poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA KAŁUŻA
Zamiast O’Hary – Jumbo-Jet
Bohdan Zadura, „Wiersze zebrane”, t. II, Biuro Literackie, Wrocław 2005.
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)


Drugi tom „Wierszy zebranych” rozpoczyna „tomik węgierski”, czyli „Prześwietlone zdjęcia”. Tak sam autor nazwał zbiorek, którego tytułowy cykl powstał podczas pobytu poety w Budapeszcie w 1986 roku. Potem „Cisza” z poematem o stanie wojennym, uznanym przez Adama Wiedemanna za najdoskonalszy przykład literackiego świadectwa „odmowy komentarza” – obok „Liturgii” Wirpszy i „Kabaretu Kici Koci” Białoszewskiego. Odmowa komentarza oznaczała zdystansowanie się do „poezji stanu wojennego”, co świetnie Zadurze się udało. Wraz z następną książką, Kaszlem w lipcu, poeta wchodzi już w wiek XXI. Od tej pory zaczynają przeważać w jego poezji epigramaty, krótkie, minimalistyczne formy, choć jeszcze nieraz spotkamy się z poematami – rymowanymi układankami. Ptasia grypa i inne wiersze dla kobiet i mężczyzn z 2002 roku, a także późniejszy Kopiec kreta pokazują, że Zadura jest wielojęzykowy i wielostylowy, tak samo klasycyzujący, jak i anarchistyczny, sprawny w formie narracyjnej, jak lirycznej, zdolny unieść długi poemat i krótkie cięcia epigramatu. Drugi tom Wierszy zebranych to w końcu prawie ponad piętnaście lat historii polskiej poezji!

Inicjalne „Prześwietlone zdjęcia” – w zasadniczej części – są wierszami turysty, obserwacjami nowych krajobrazów i relacjami ze spotkań. Jakże inne jednak od znanych nam relacji z podróży z wierszy Herberta, Barańczaka, Miłosza i Zagajewskiego. Prowokująco egalitarny wiersz „Keszthely”, w którym zamiast oglądania muzeum, tego stałego motywu wszystkich wierszy podróżnych, włóczy się i pije kawę, jeździ autostopem i chodzi do kalwińskiego zboru. W ogóle za sprawą tych wierszy wkracza do poezji zwyczajność, którą potem inni – nazwani na chwilę banalistami – rozciągną poza granice możliwości. Koniec z oficjalnością i podróżami według przewodników turystycznych! To już wiersze mówione, w których granicę między językiem potocznym a poetyckim Zadura mocno narusza. Ich dialogowość, otwarcie narracyjna forma niesłychanie ożywczo wpływają na wyobrażenie o statycznym kroju wiersza.

W kolejnych tomach autor Ciszy pójdzie jeszcze dalej – znajdzie przestrzeń w swoich wierszach nie tylko dla mowy potocznej, ale i dla autentycznych fragmentów języka ulicy, reklamiarskiego i towarowego świata. Nie obejdzie się bez ironii i ostrej kpiny z tego świata, w którym „reklamy stoją na rozstajnych drogach” („Ośmiowiersze”) a „urząd ochrony państwa zamierza prześwietlić życie” („Głaszcząc Einsteina”). Pikantna ironia pojawia się jednak w wierszach Zadury jako specyficzna „wartość dodatkowa”, próżno by szukać u niego znanej skądinąd nuty moralizatorskiej, na którą polska poezja czasami wytrwale przytupuje. Jego zdystansowanie, nieco cyniczne (zwłaszcza w „Ptasiej grypie”), bierze się – tak sądzę – z pracy na całej przestrzeni znaczących form, jaką stają się różne miary wiersza.

To one właśnie są odpowiedzialne za przekraczanie możliwości, jakie daje żonglowanie różnymi językami. Siła tej poezji nie wynika jedynie z dopuszczenia do głosu na równorzędnej zasadzie wielu stylów i konwencji. Tam dzieje się coś innego, co każe myśleć nie tyle o zamknięciu w języku, uwięzieniu w przestrzeni podmienianych znaków, ile o możliwych przejściach „gdzie indziej”. I nie chodzi o to, iż poezja Zadury stwarza iluzje, że między słowami a rzeczami nie ma przepaści, zresztą nikt lub prawie nikt nie może w nią już uwierzyć. Poeta nie celuje w demaskowanie żadnej z utopii literackich, obywa się jednak także bez budowania innych, nowych. A to już wiele. Czyż bowiem nie jest kolejną utopią ta, która opowiada nam o niemożliwości przekroczenia granicy języka? Innymi słowy, Zadura buduje swoją poezję – choć zabrzmi to absurdalnie w naszym wieku absolutyzującym język – nie tylko ze słów. Równie ważne jest wszystko inne, na przykład wspominany już przeze mnie format wiersza. I choć nie jest to poezja tak radykalna, jak poezja poetów niemimetycznych, bo formy wiersza Zadury są jeszcze integralne i nie rozpadają się, a świat komentowany jest raczej w duchu racjonalnym, to jest to przede wszystkim poezja, która nie lekceważy świata i nie redukuje go – w geście bezsilności – do znaku.

To właśnie także dzięki formatowi tekstu udaje się osiągnąć poecie obiektywistyczne nagięcie wiersza, raczej drwiącego z rzeczywistości społecznej niż zaangażowanego w demaskatorskie ujęcia. Przykładem chociażby „Randka w ciemno”, dająca skrót wydarzeń z naszej rzeczywistości w rwany, naśladujący sloganową prędkość sposób. Należy oczywiście tekst przeczytać w całości, by zobaczyć jak zwrotnie działa tu odbicie fraz, tak ustawionych, by same siebie kompromitowały. A ich zwrotność nie pozostawia nieciekawego i mdłego w gruncie rzeczy osadu taniej moralistyki: „Nauka zwyciężyła w walce z łupieżem / lecz lekarze wynajdowali wciąż nowe choroby / promując zdrową żywność i zdrowy pieniądz”.

Podobnie nacisk innej formy – tym razem pozornie rozluźnionej, swobodnej, konwersacyjnej – decyduje o widzeniu świata. Chodzi mi oczywiście o to, że wybór wiersza wolnego, bez rymów i o improwizowanej strukturze świadczy o wyborze pewnej wizji świata: przypadkowych wydarzeń, bez nadrzędnej zasady, która narzuca hierarchie i ważność. Najlepszym tego dowodem jest tekst „Noc poetów” („Warszawa pisarzy”), w którym nie ma miary rzeczy ważnych i małych. I także forma – zupełnie przecież inna – gęstych spięć słów, fraz ściśniętych w wierszu epigramatycznym albo w rymowanych strofach scala – by ograniczyć się tylko do paru uogólnień – liryczność, nostalgiczną aurę, żal z powodu niemożliwości („zawsze się tęskni do tego, czego się nie wybrało” z wiersza „Chcesz jechać w prawo, skręć w lewo”). Oczywiście Zadura robi wolty wielorakie i nigdy nie pozwala zastygnąć jednej formie w określonej emocji, czego najlepszym dowodem jest – pod tym względem rewindykacyjny – ostatni tomik Kopiec kreta. Jeśli więc do tej pory sądziliśmy, że epigramat u Zadury mógł podsumowywać jakiś fragment świata, to w Kopcu kreta stał się bardziej tajemniczy i zbyt otwarty, by mógł być jakimkolwiek podsumowaniem. Jeśli rymowane i silnie zrytmizowane wiersze zwykle wspierały autorytet porządku i miary albo wybierały rekwizyty tzw. klasycystyczne, to i one straciły swój charakter.

Ten naddatek – związany z nieustanną transpozycją krojów, długości, zwięzłości i pojemności wiersza, a także ze stosunkiem do świata, niemożliwym do przechwycenia w definicyjnych ramach – doskonale nadaje się do wyrażenia tego, co sam kod (z racji swojej natury) blokuje. Ograniczenia, jakie nakłada język, ustępują właśnie pod naporem dystansu i stylizacji, owego przemiennego ostrza, dzięki którym Zadura odzyskuje z potocznej, pełnej banałów mowy to, co ją samą unieważnia i ośmiesza: „Wczoraj 8 marca papież powierzył Matce Boskiej / opiekę nad kobietami / jakby mógł zrobić coś innego / I tak już będzie do końca // O takiej ochronie mężczyźni mogą tylko marzyć / wiem bo oglądam reklamy / jakbym mógł zrobić co innego / I tak już będzie do końca” („Trwała ruina”). Natomiast ze skompromitowanych lirycznych sekwencji – jak być poetą lirycznym w XXI wieku? – wydobywa dawne światło utraconego wdzięku miłosnych tajemnic: „jeszcze tli się na obrzeżach // mów za siebie / powiedziała” („Za siebie”).

Rytm przemian poezji Zadury jest falowy i jeśli ktoś chciałby ułożyć go według biegunów rygorystycznych kompozycji i poluźnień formy, to miałby – tak myślę – sporo racji. Cały tom „Wierszy zebranych” został tak ułożony, że rok dziewięćdziesiąty wybija wierszom czas i dlatego trudno ich nie czytać także w perspektywie zmieniających się układów poetyckich. Powszechnie uważa się, że Zadura i Sommer to pośrednicy w przyswojeniu polszczyźnie wierszy ashberystycznych i o’harystycznych. Na szczęście – niemożliwa jest taka historia poezji, która będzie prowadzała nas tylko tymi dwoma ścieżkami, a pisanie Zadury zakwalifikuje nazbyt łatwo jako pisanie o’harystyczne: „Bogusław mnie pyta, czy nie boję się lecieć O’Harą. / Czemu nie Whitmanem, ale mniejsza z tym. Lecę / jumbo-jetem (Krok Sitonena)”.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas