poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ PIĄTEK
Moja szkoła
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)

Moją szkołę widać z daleka. Różowa, wyraźnie wybija się na tle szarozielonych bloków. Zawsze jestem na miejscu co najmniej na godzinę przed pierwszym dzwonkiem. Woźny musi zdać mi raport, jak przebiegła noc, bo mamy w szkole internat dla szczególnie trudnych uczniów.

Woźny to poczciwy staruszek. Niestety, jest ze mną na ty, a przynajmniej tak mu się wydaje. Nie mogę go tego oduczyć.

– Wnusie zdarły plusz z jednej ze ścian – zaczął tego dnia, pomarszczony jeszcze bardziej niż zwykle. Wnusiami nazywał uczniów. – Wiesz, ten różowy.

Oczywiście, że wiedziałem. W całej szkole ściany są obite tylko różowym pluszem.

– No i podsłuchałem – kontynuował. – Dziś w nocy znowu sobie opowiadali. – Co sobie opowiadali? Jakieś... sprośności?

– Nie. Opowiadali sobie o Super-Źlaku.

Super-člak to stwór, w którego istnienie wierzą moi uczniowie. Ma pysk niedźwiedzia z dziobem jastrzębia i uszami rysia. Rozszarpuje wszystkich dobrych ludzi.

– Muszę się zastanowić – powiedziałem. – Coś trzeba z nimi zrobić.

A potem ruszyłem różowym korytarzem do wielkiej, gąbczastej auli. Byłem umówiony na wywiad dla telewizji. Kazałem im przyjechać tak wcześnie, bo chciałem im pokazać moje autorskie, eksperymentalne gimnazjum tak, aby obecność telewizji nie ingerowała w życie uczniów i przebieg zajęć szkolnych. Mogli podziwiać oddziaływanie szkoły, nie widząc uczniów, bo moja szkoła oddziaływała nie tylko poprzez lekcje. Moja szkoła oddziaływała także przez aranżację przestrzeni, pluszowe ściany, fotelo-poduchy zamiast krzeseł i wszechobecne uśmiechnięte zajączki. A to można świetnie pokazać w telewizji.

Kiedy telewizja już sobie poszła, ruszyłem do klasy. Rano zawsze zaczynaliśmy od warsztatów.

– Dzień dobry, drogie dzieci – powiedziałem.

– Dzień dobry – odmruknęły dzieci.

– Zobaczmy, czego nauczyłyście się na ostatnich zajęciach. Andrzejku, ty miałeś największe problemy z palcami. Pokaż nam, jak sugerować innym ludziom pozytywne uczucia za pomocą palców, tak, aby podświadomie odbierali cię jako dobrego człowieka.

Andrzejek, ciemnooki i ciemnowłosy, podniósł swoje pulchne łapki i wykonał nimi coś nieopisanie pokracznego.

– Andrzejku! W ten sposób sugerujesz ludziom, że chcesz ich rozszarpać. Musisz lekko i płynnie powiewać dłońmi, trzymając palce złączone. W ten sposób sugerujesz wspólnotę. A teraz spróbuj ty, Łukaszku.

Dłonie Łukaszka, poplamione liliowym tuszem, bo tylko taki jest dozwolony, zrobiły się nagle sępie i drapieżne.

– Nie tak! Nie wyginaj ich do dołu, bo zaczynają przypominać złowieszczy dziób. Zrób o tak, widzisz?

– Ale tak mnie ręce bolą.

– Pobolą, pobolą i przestaną. Dla bliźnich warto pocierpieć. A teraz wszyscy zrobimy sobie małe ćwiczenie z chodzenia. W chodzeniu chodzi o to, żeby chodzić kołysząco.


Potem miałem lekcję z inną klasą. Zgodnie z programem, była to lekcja języka polskiego, ale w moim specjalnym curriculum dydaktycznym określałem ją jako lekcję pozytywnej ekspresji językowej. Każde z dzieci miało napisać wierszyk o najmilszej rzeczy, jaką widziało w życiu.

Najpierw był dwunastoletni Julian. Dwunastoletni Julian napisał biały wiersz:


Wszystkie miłe rzeczy są
mają kształt poduszki.
I zaczynają się na „P”.
Na przykład poduszki.
Albo pierogi.

Potem była Carmen. Carmen napisała taki wierszyk:

Przed moim domem jest mały stawek
Nad którym mieszka rodzina kawek
Są duże kawki i małe kawki
Te małe kawki kradną zabawki
Bo miałam kiedyś malutką myszkę
Całą wypchaną skrzypiącym proszkiem
Ja ją tuliłam i się bawiłam
Aż mi ją kawka z okna ściemniła
Lecz nie mam żalu, bawcie się ptaszki
Róbcie użytek z tej mojej myszki
Bo małe kawki w tym swoim stanie
Ćwiczą się na niej, trenują na niej

Karolina napisała wiersz regularny, świadczący o tym, że dziewczynka, wbrew moim obawom, nie dojrzewa w przesadnie szybkim tempie:

Najbardziej lubię, gdy jest Dzień Matki
Albo spadają śniegowe płatki
I lubię, kiedy jest w telewizji

Konkurs Piosenki na Eurowizji
I lubię, kiedy mój kotek mruczy
Lubię się rzeczy ciekawych uczyć
I lubię, kiedy tata jest wcześniej
I lubię mały fitness na mięśnie

Adam napisał wierszyk, za który najpierw chciałem dać mu pałę, ale po namyśle dałem szóstkę:

Ciu ciu ciu ciu ciu
Fu fu fu fu fu
Misiu misiu misiu misiu misiu
Jedzu jedzu jedzu jedzu jedzu
Frytku frytku frytku frytku frytku
Spaciu spaciu spaciu spaciu spaciu


Po lekcjach pojechałem do Centrum, oczywiście metrem. Nie mam samochodu, bo po pierwsze, jestem przeciwnikiem zatruwania drzewek i krzewów, a po drugie, nigdy nie zrobiłem prawa jazdy. Jakoś nie chciało mi się posiadać czegoś tak kłopotliwego, jak samochód. Już i tak wystarczy mi moja szkółka. Z tym jest dosyć kłopotów.

No właśnie. Wysiadłem na stacji Politechnika i poszedłem na Hożą, gdzie był sklepik z kostiumami.

– Dzień dobry – przywitałem się grzecznie.

– Witaj, kochany – odpowiedział starszy facet, niegdyś brunet, teraz łysy, ale, jak widać, zawsze w dobrym humorze.

– Czy ma pan łeb niedźwiedzia?

– Mam cały kostium.

– Ale ze zdejmowaną głową?

– Tak.

– Miałbym dla pana zlecenie specjalne. Czy mógłby pan przyszyć do niego dziób drapieżnego ptaka i uszy rysia? Da pan radę przygotować to na dzisiaj, szybko? Zapłacę, ile pan będzie chciał.

– Dla ciebie zrobię wszystko – odpowiedział rozkoszny sprzedawca.



Kiedy wyszedłem ze sklepiku, udałem się do delikatesów „Koral” na zakupy. Kupiłem patisonki w słoiku i maleńkie kolby kukurydzy w puszce, tak zwane pół-bagietki i hiszpańskie kiełbaski, nie dłuższe niż kciuk. W domu pożarłem to wszystko z bundzem, a potem oglądałem sobie serial animowany o Fujarku. Fujarek był zupełnie innym bohaterem niż Gołoworek. Był istotą pełną dziurek, a przez te dziurki wydobywały się różne piszczące odgłosy, kiedy był zdenerwowany. Jego problemem było to, że gonił go światowej sławy flecista, który za wszelką cenę chciał na nim zagrać.

Potem poszedłem odebrać moją nową maskę ze sklepiku. łysy facet dobrze się sprawił. Dziób był twardy i metaliczny, a pędzelki na uszach trzęsły się przy każdym ruchu. Założyłem ją na twarz na ulicy, ale od razu poczułem, jak negatywnie zmienia się nastawienie ludzi do mnie. Co prawda, takie miało być jej zadanie, ale zdjąłem ją natychmiast.

Gdy wróciłem do domu, w telewizji pokazywali już inne filmy, głupie i nudne, z prawdziwymi, realnymi aktorami udającymi maklerów i modelki. Wyłączyłem telewizor i wszedłem w internet, szukając stron, na których można znaleźć fajne, kwieciste tapety i screensavery.

Wreszcie zrobiło się naprawdę późno i wyszedłem na dwór. Kanciasta prostytutka stała już pod blokiem, wydając z siebie odgłosy, które brzmiały jak „glu”. A może jak „gu”. Maskę miałem w teczce. Niejedną zresztą.

Metro już nie jeździło, dlatego zamówiłem taksówkę.

– Dobry wieczór – zacząłem tak, jak to trzeba zaczynać o tak późnej porze.–

Na Ursynów poproszę.

Taksówkarz popłakał się.

– Przepraszam, coś się panu stało?

Kręcił głową, ale jakoś dziwnie. Nie wiem, co to miało znaczyć. Wsiadłem i zażartowałem:

– Tylko zamontuj pan sobie wycieraczki na oczy, żebyśmy bezpiecznie dojechali. Taksówkarz rozpłakał się jeszcze bardziej. A potem mnie zawiózł.

Po piętnastu minutach byłem pod szkołą. Moto-mazgaj odjechał, a ja po cichutku podszedłem do bocznych drzwi. Otworzyłem je moim kluczem, wszedłem, a następnie zamknąłem od środka. Ze strony stróżówki woźnego dobiegało chrapanie, od czasu do czasu przerywane bełkotem. Woźny mówił przez sen, i to chyba: „Dzidzi! Dzidzi!”.

Rozejrzałem się, a następnie ruszyłem w stronę korytarza prowadzącego do części internatowej. Tam spały dzieci.

Spały, albo i nie spały. Słyszałem szmer dobiegający z pokoju numer 106. Zatrzymałem się przy drzwiach. Chociaż nie dam głowy, brzmiało to chyba tak:

–...i wtedy Super-Źlak rozdepcze. A dyrektor skoczy ratować, a wtedy Super

- Źlak złapie go wszystkimi pazurami i rozedrze jak kartkę papieru...

– Hraaa!!! – wrzasnąłem wskakując do pokoju i zapalając światło. Miałem już wtedy na twarzy moją maskę Super-Źlaka.

– Aaaarh!!! – krzyknęli Andrzejek i Łukaszek.

– Witajcie – powiedziałem – Jestem Super-Źlak. I teraz zrobię wam to wszystko, co wyście chcieli, żebym zrobił innym.

Bali się. Chyba nie wierzyli, że jestem Super-Źlakiem, ale tym bardziej się bali. Pewnie bardziej się bali kogoś, kto był na tyle pojebany, żeby przyjść do nich w masce Super-Źlaka, niż samego Super-Źlaka.

Wreszcie Łukaszek się rozpłakał. Wtedy zdjąłem maskę Super-Źlaka, ukazując maskę Uszatego Serducha, którą miałem pod spodem.

– Nie bójcie się – zacząłem innym tonem. – Tak naprawdę to jestem Hiper-Dobrak, Uszate Serducho, które wszystko słyszy. Przyszedłem dać wam nauczkę.

Coś zaplaskało na korytarzu. W pierwszej chwili przestraszyłem się, ale potem zrozumiałem, że to nadchodzą dzieci z innych pokojów, rozbudzone hałasem. Zdjąłem też maskę Uszatego Serducha, ukazując mój prawdziwy uśmiech.

– Witajcie dzieci – powiedziałem – Nie bójcie się, to ja, wasz dyrektor. Andrzejek i Łukaszek opowiadali sobie ciągle o Super-Źlaku, więc przyszedłem w masce Super-Źlaka, aby ich zawstydzić. Teraz, drogie dzieci, skierujcie palce w ich stronę i mówcie: „Zawstydzeni, zawstydzeni”.

Fragment mikropowieści „Dobry Pan”, która niebawem ukaże się w tomie pod tym tytułem nakładem Wydawnictwa PIW. Tytuł fragmentu pochodzi od Redakcji.

Przyjaciele

Po raz pierwszy piszę do was ręcznie – to znaczy długopisem, a nie na komputerze. W tej chwili wiele innych rzeczy też muszę robić ręcznie. Zawsze wykorzystywałem najnowsze osiągnięcia techniki, a zwłaszcza chemii. Za pomocą chemii sterowałem własnym życiem i własnymi uczuciami. Okazało się, że tak nie można. Mimo nieustannych „sukcesów” moje życie okazało się kompletną klęską. Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo jestem chory. Musiałem przejść na sterowanie ręczne. Teraz bardzo prostymi, tradycyjnymi, rolniczymi metodami próbuję siebie naprawić. Dlaczego rolniczymi? Bo to jest jak roślinka. Wyrosła krzywo i trzeba było obciąć gałązki. A teraz trzeba powoli czekać, aż odrośnie i cały czas próbować, żeby rosła prosto. Każdy z nas ma w sobie taką roślinkę i u mnie wyrosła makówka zamiast normalnej rośliny. Dlatego leczę się w ośrodku dla uzależnionych. Dlatego nie mogę przyjechać i pogadać o mojej najnowszej książce. Żałuję – ale może to dobrze.

„Dobry pan” to moja pierwsza książka, która nie wymaga żadnej promocji.

T.P.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas