poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Rozmowa redakcyjna z udziałem MARKA KOZICKIEGO, ROMANA LEWANDOWSKIEGO, ROBERTA OSTASZEWSKIEGO, VIOLETTY SAJKIEWICZ, JANKA SOWY I MAGDALENY UJMY.
Zaangażowani? i ponowocześni
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)

VIOLETTA SAJKIEWICZ: Tytuł naszej rozmowy, poświęconej zaangażowaniu w literaturze i sztuce „roczników 70.”, opatrzony został znakiem zapytania. Gdy kilka lat temu ówcześni dwudziestolatkowie wchodzili w obieg artystyczny, zaczęto mówić o wyciszeniu się buntu w sztuce. Temat ten podnoszono zwłaszcza w dyskusjach toczących się wokół wystawy „Scena 2000” (CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, grudzień 2000 – luty 2001). Ryszard Ziarkiewicz, redaktor naczelny „Magazynu Sztuki” – pisma promującego w latach 90. sztukę krytyczną, pisał wówczas, że „najnowsza sztuka polska wydaje się być spokojna i łagodna, pogodzona z losem i światem globalnej konsumpcji”. Czy z perspektywy kilku lat, które minęły od artystycznych i literackich debiutów artystów urodzonych w latach 70. jest to słuszna diagnoza? Czy można podtrzymywać tezę, że godzą się oni z otaczającą ich konsumpcyjną rzeczywistością?

MAGDALENA UJMA: Na ten temat pisała też Iza Kowalczyk, zarzucając młodym brak wrażliwości politycznej, nawet „zdradę” sztuki krytycznej, wytykając, że zbytnio poszli w stronę zabawy, zainteresowania popkulturą.

VS: „Scena 2000” pokazała proces „rozhermetyzowania się” sztuki, która, posługując się językiem mediów, filmu i dizajnu, stała się bliższa potocznemu, codziennemu doświadczeniu. Punkt ciężkości przesunął się ku banalistycznej odmianie realizmu, co oczywiście nie zyskało poklasku krytyków optujących za „zaangażowaniem” sztuki.

ROMAN LEWANDOWSKI: W tym miejscu warto zasygnalizować pytanie, czy zajmuje nas zaangażowanie artystów stosujących realistyczne techniki przedstawienia, czy też takich, którzy nie używają realizmu, ale poruszają istotne problemy społeczne, są nimi zainteresowani?

JANEK SOWA: To określenie, „są zainteresowani” jest chyba lepsze w tym przypadku. Nie można młodych artystów nazywać zaangażowanymi, to zbyt mocne określenie.

VS: Jak w takim razie to „zainteresowanie” się objawia? Czy chodzi wyłącznie o funkcjonowanie sztuki w przestrzeni publicznej, sztukę społeczną czy też o sztukę krytyczną, która, przypomnijmy, w rozumieniu Halla Fostera oznacza „ujawnianie struktur języka władzy, systemu komunikacji służącego manipulowaniu obywatelami”. Czy zgodnie z tą definicją sztuka roczników 70. może być rozpatrywana jako „krytyczna”?

MU: W ogóle w polskim wcieleniu sztuki zaangażowanej, czyli sztuce krytycznej lat 90., poprzedzającej to, co dzieje się dzisiaj, mamy do czynienia bardziej z podejściem antropologicznym niż politycznym.

ROBERT OSTASZEWSKI: Ale właśnie perspektywa antropologiczna, objawiająca się choćby poprzez prywatny bunt, może ułatwiać krytyczne spojrzenia na świat. Czwarte niebo Mariusza Sieniewicza jest w gruncie rzeczy książką bardzo osobistą, ale jednocześnie oddaje nastroje sporej części pokolenia. Nie ma chyba sensu ostro rozgraniczać w tym przypadku sfery prywatnej od publicznej, one się przecież nakładają na siebie, im bardziej, tym lepiej dla literatury czy sztuki.

JS: Być może istnieje coś takiego jak literatura czy sztuka zaangażowana, ale nie ma niestety zaangażowanych twórców. Np. Sławomir Shuty pisze krytyczną wobec świata prozę, ale sam chętnie wchodzi w układy medialno-promocyjne. Może Sieniewicz tego akurat nie robi.

RO: I tu jest problem, bo wydaje mi się, że zaangażowanie w literaturze jest trochę przypadkową pochodną strategii literackich zmierzających przede wszystkim do opisu rzeczywistości, naszego tu i teraz. A przecież za zaangażowaną twórczością powinien stać jakiś spójny światopogląd, jakaś wyrazista deklaracja społeczno-polityczna. Pisarze raczej niechętnie mówią o swoich wyborach ideologicznych czy politycznych. Nie wiem, jak to przedstawia się w światku artystów.

MU: Zastanawiające jest dla mnie, skąd biorą się tęsknoty krytyków i publiczności za zaangażowaniem. Przykładowo – po otwarciu pionierskiej wystawy o męskości w sztuce polskiej zostałam wraz z moją współkuratorką zaatakowana m.in. przez działaczki feministyczne, zarzucające nam, że ta wystawa nie jest zaangażowana politycznie. Nie wiem, dlaczego tak jest. Może to wynika z tęsknoty za opisem rzeczywistości, w której żyjemy.

JS: W Polsce jest dzisiaj tyle problemów społeczno-politycznych i ekonomicznych, że przynajmniej niektórzy oczekują od artystów zainteresowania tymi tematami.

MU: Z jednej strony od sztuki oczekuje się zaangażowania, ale gdy ono już się pojawia, to zazwyczaj wywołuje potworny skandal. Chyba więc jedynie wąskie elity chcą zaangażowania, ogół – nie.

VS: Być może nieporozumienie wynika z typowo polskiego, romantycznego wyobrażenia o tym, że sztuka powinna służyć jakimś społecznym czy narodowym celom. Czasami można odnieść wrażenie, że nigdy nie przeszliśmy lekcji modernizmu i awangard, natomiast do dziś w odniesieniu do sztuki nader chętnie wykorzystywana jest socrealistyczna frazeologia. W najważniejszej gazecie codziennej w Polsce w tekście poświęconym „Reallaurze” – internetowemu projektowi artystycznemu Laury Paweli – można było przeczytać, że młodzi artyści zamiast „budować szańce sztuki wysokiej, lepić pomniki z własnej egzystencji” bawią się w „reality show, w reklamy nieistniejących produktów i usług, w sesje niemodnej mody”. Z drugiej strony, gdy sztuka zaczyna dotykać trudnych, a więc często kontrowersyjnych tematów, odzywają się głosy sprzeciwu. Jakby obowiązkiem artystów było przestrzeganie political correctness.

RL: W sztuce jest miejsce na pełne spektrum postaw. Natomiast fakt, że dochodzi do rozmaitych, wygrywanych medialnie skandali, bierze się głównie z niestabilności politycznej, jaką mamy w naszym kraju, a zwłaszcza z tego, że politycy próbują ogrywać własne interesy przy okazji kontrowersyjnych wystaw. Interesujące jest, że rzadziej odium spada na książkę…

RO: Bo książkę trzeba przeczytać, a to wymaga trochę czasu i wysiłku.

JS: Tymczasem „Produkt Polski” Sławka Shutego jest zdecydowanie bardziej obrazoburczy niż jakakolwiek wystawa sztuki współczesnej atakowana przez prawicowych ekstremistów.

RL: Jest jeszcze jedno ważne pytanie: kto od artystów i pisarzy domaga się zaangażowania? Krytycy czy odbiorcy?

RO: W literaturze „moda” na zaangażowanie w dużym stopniu została wygenerowana przez krytyków, którzy rzucili hasło zaangażowania, co „kupiły” mass media, a teraz korzystają na tej koniunkturze pisarze i wydawcy.

VS: W sztuce było podobnie, bo przecież „sztuka krytyczna” pojawiła się trochę na przekór temu, czego spodziewano się na początku lat 90. Wydawało się, że w nowej rzeczywistości sztuka zwróci się w kierunku postmodernistycznych gier metaartystycznych, tymczasem stało się inaczej.

MU: Artyści nawet początkowo odżegnywali się od tego określenia, myślę chociażby o Alicji Żebrowskiej. I dopiero potem zyskiwali świadomość tego, że mogą działać wywrotowo.

VS: Innym przykładem może być sposób postrzegania twórczości Wilhelma Sasnala. Artysty kojarzonego obecnie przede wszystkim z czysto malarskimi obrazami, który jest także autorem komiksu „Życie codzienne w Polsce 1999-2001”. Zawarte w nim obyczajowe obserwacje skłoniły Łukasza Gorczycę do nazwania go artystą społecznym. W tym rozumieniu zaangażowanie oznaczałoby odniesienie do rzeczywistości społecznej.

JS: Zaangażowanie, wydaje mi się, często pojawia się dopiero w interpretacjach. Na przykład liczne prace Janka Simona można interpretować jako społeczno-polityczne, ale równie dobrze można je odczytać jako żarty czy dyskursy czysto estetyczne.

RO: Może jest tak, że w młodej sztuce i literaturze mamy do czynienia jedynie z realizmem, zwykłym opisem rzeczywistości, który my dointerpretowujemy jako zaangażowanie.

JS: Zaangażowanie implikuje przecież chęć zmiany, więc opis nie wystarczy. MU: Ale przecież takie inicjatywy jak Raster czy Ha!art doskonale potrafią umieścić się w rzeczywistości, korzystając jednocześnie z etosu niszowego i romansując z mainstreamem. I to są przykłady doskonałego dopasowania się do sytuacji…

JS: …strategia ponowoczesna jak najbardziej. Twożywo ma też taką strategię. VS: Zdecydowanie nie możemy w tym przypadku mówić o kontestacji rzeczywistości, co najwyżej dystansowaniu się wobec niej, co jest niezwykle charakterystyczną cechą sztuki dwudziestokilkulatków.

JS: Z drugiej strony jest jednak Radykalna Akcja Twórcza z Gdańska. Oni zajmują się przerabianiem billboardów. I to są działania na granicy sztuki i aktywizmu. Konsekwentnie kontestują media, zachowują anonimowość. Jest cała grupa inicjatyw środowisk anarchistycznych, np. Rozbrat w Poznaniu. Oczywiście wartość artystyczna ich twórczości jest w wielu przypadkach dyskusyjna, ale nie zmienia to faktu, że takie działania też się pojawiają.

VS: Jednak pozostają wyizolowane.

JS: Tak, znane są głównie grupie entuzjastów i kolegów.

VS: Wydaje mi się, że taka kontestacja jest w gruncie rzeczy wycofaniem, pozbawiona jest siły…

JS: Trzeba pamiętać, że pewne środowiska, mam tu na myśli choćby antyglobalistów, są konsekwentnie marginalizowane, albo ukazywane przez ośrodki opiniotwórcze jako banda niebezpiecznych chuliganów. Trudno więc zarzucać tym marginalizowanym środowiskom, że są na marginesie.

RL: Ale z drugiej strony, trudno mieć komuś za złe, że osiągnął sukces, także merkantylny.

VS: Oczywiście, o twórczości Sasnala, Rafała Bujnowskiego i Moniki Sosnowskiej stało się głośno dopiero wtedy, gdy artyści ci odnieśli sukces w zagranicznych galeriach, a ich prace osiągnęły zawrotne ceny. Dzięki temu w polskich mediach przestano mówić o „młodej” sztuce wyłącznie w kategoriach skandalu, a zaczęto przedstawiać ją jako ważne, wartościowe zjawisko.

JS: Sztuka w odróżnieniu od literatury jest w o tyle lepszej sytuacji, że można odnieść w jej obszarze sukces bez pomocy mediów, bo istnieje odpowiedni system kuratorsko-wystawienniczy. A literatura musi się sprzedać, a to możliwe jest tylko dzięki mediom. Na przykład Robert Kuśmirowski jest cenionym artystą, a trudno powiedzieć, żeby odniósł sukces medialny…

MU: To inny przypadek, bo promuje go Fundacja Galerii Foksal, która odpowiada za promowanie i sprzedawanie naszej sztuki za granicą.

JS: Tak, ale w literaturze nie ma takich instytucji. W sztuce istnieje cały obieg niezależny właściwie od mediów. Jeśli zapraszasz jakiegoś artystę do Bunkra Sztuki to wcale nie dlatego, że pisze o nim „Gazeta Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”.

MU: Ale czy ten obieg jest opiniotwórczy?

JS: Moim zdaniem, to właśnie ten obieg wytwarza opinie o sztuce, ustala ranking, który potem wykorzystują media. W literaturze jest inaczej.

RO: Całkiem odwrotnie, bo ostatnio to media decydują o tym, co jest wartościową literaturą, właściwie nawet – co jest literaturą. Wszelkie instytucje spoza świata mediów mają zbyt małą siłę rażenia czy przebicia. W odniesieniu do literatury działa zasada: jeżeli nie funkcjonujesz w obiegu medialnym – to cię nie ma. Nisze literackie są już tak bardzo niszowe, że praktycznie niezauważalne poza niewielkim kręgiem animatorów poszczególnych inicjatyw. JS: Sztuka jest w luksusowej sytuacji, jeśli chodzi o kontestowanie mediów i mainstreamu.

MU: Tylko to kontestowanie nie wynika ze świadomego wyboru artystów, krytyków czy kuratorów, ale raczej z niechęci i ignorancji mediów.

VS: To nie jest regułą. Spektakularny sukces artystyczny prędzej czy później przyciąga uwagę mediów. Przykładem tego jest choćby wspomniany już Sasnal, którego w pewnym momencie bardzo intensywnie kreowano na „gwiazdę” młodej sztuki polskiej. Co znaczące, interesowano się bardziej nim samym niż jego pracami. Podobnie rzecz się miała z Wojciechem Kuczokiem. On sam, jego życie i perypetie rodzinne były ważniejsze od książek. Pisarz stał się postacią medialną, a jego nazwisko – marką „produktu” literackiego. Nic więc dziwnego, że pojawili się artyści, którzy, jak Laura Pawela czy Agata Bogacka, zaczęli bawić się swoim wyimaginowanym wizerunkiem medialnym. Tworzyć modę na swój wizerunek, a tym samym na swoją sztukę.

MU: Moim zdaniem, te działania są jednak robione na wyrost, nie przystają do naszej rzeczywistości, gdzie ani media, ani reklama nie zawładnęły naszymi umysłami tak bardzo jak np. w Stanach Zjednoczonych.

RO: Z tego chyba wynika, że dla artystów zaangażowanie jest po prostu dobrym towarem do sprzedania.

MU: Do pewnego stopnia, bo jeśli artysta pójdzie „za daleko”, jak Dorota Nieznalska, to od razu dostaje po łapach. To jest więc takie miękkie zaangażowanie – można tu dać przykład prac Eli Jabłońskiej, Julity Wójcik czy Małgorzaty Markiewicz. Z jednej strony artystki te posługują się elementami ideologii feministycznej, ale z drugiej – doskonale dopasowują się do wzorców przewidzianych dla kobiet w naszej kulturze i w naszym społeczeństwie, choćby wzorca „ciepłej matki” czy „głupawej dziewczyny”. Ja tego zresztą nie deprecjonuję, w końcu to całkiem inteligentna strategia.

RL: A może jest tak, że my nie doceniamy artystów, bo większość z nich już dawno zrozumiała, że dzisiaj zaangażowanie jest nie tyle kontestacją, co umiejętnością podjęcia strategii gry, jaką prowadzą z mediami, odbiorcą i sami ze sobą. Prace Jabłońskiej czy Wójcik dobrze się w tę strategię wpisują. Ważna jest wiążąca je ironia. Wprawdzie niektórzy mogą zarzucić im pewien relatywizm, ale ja bym się tego nie obawiał.

MU: Ale czy to jest świadomie wybierana strategia? I jaki jest cel tej gry? JS: Nie wiem, czy na świecie jest to obowiązujące podejście.

MU: Wystarczy zobaczyć, jaka sztuka odniosła sukces na ostatnim Biennale w Wenecji. Regina Jose Gallindo działa jak najbardziej na poważnie, bez gry, ma po prostu cel polityczny.

RO: Element gry jest moim zdaniem bardzo ważny, bo daje dystans autorowi i odbiorcy. Brakuje mi go w twórczości pisarzy, która jest nazbyt poważna, realistycznie naiwna, w której właśnie zbytnio dociska się pedał dokumentalności, poprzestają na „wypisach z rzeczywistości”, do tego naciąganych, bo w gruncie rzeczy w większości przypadków to są kalki gazetowych newsów. Ale strategia gry ma też swoje ograniczenia, prędzej czy później dochodzi się przecież do ściany ideologii, którą trzeba albo zaakceptować, albo odrzucić. A wtedy nie ma już miejsca na grę.

JS: Poza tym ta strategia może doprowadzić do cynizmu. Przykład z wystawy sztuki litewskiej w Bunkrze Sztuki: długa praca wideo przedstawiała proces produkcji heroiny, od siania maku do użycia narkotyku. I to jest cyniczne, bo jakie to jest zaangażowania, kiedy potem artysta chodzi po wernisażach i je kanapki z kawiorem.

MU: To też przypadek Artura Żmijewskiego. W wywiadzie dla „Dużego Formatu” Żmijewski mówił o ludziach chorych, wegetujących w zakładach opieki, choćby o bohaterce filmu Karolina chorej na postępującą osteoporozę, z którymi on robił filmy. Pytany o to, czy po nakręceniu filmu interesował się tą dziewczyną – a przecież deklarował szlachetne intencje, chęć pokazania bólu itp. – mówił, że nie, bo już nie mógł znieść jej cierpienia.

VS: Taka postawa może być traktowana jako podręcznikowy przykład dekadentyzmu kultury alienacji, fascynacji tym co obce, przerażające, a co równocześnie poddawane jest estetyzacji. Z jednej strony artyści epatują cierpieniem, pokazują różnego rodzaju patologie i anomalie, obszary życia, które zostały wyparte z naszej świadomości, z drugiej – pozostają wobec nich obojętni.

MU: Wracając do tematu zaangażowania. Właściwie jedynym przykładem takiej pracy, która odbiła się szerokim echem w Polsce, była „Pasja” Nieznalskiej. Abstrahując już od niekończącej się dyskusji, czy jest to dobra sztuka, czy zła, należy jednak powiedzieć, że to, co się z nią działo, stanowi probierz naszej demokracji. I nawet jeśli ponoć w elitach akademickich czy związanych ze sztuką, da się odczuć potrzebę zaangażowania, to recepcja procesu Doroty, pokazuje, że pewna szansa nie została wykorzystana. Nieznalska – chcąc nie chcąc – przeorała stan naszej świadomości. Ale my nie bardzo wiemy, co z tym dalej zrobić. Właściwie nie było w środowisku poważnej dyskusji na temat Nieznalskiej, a może raczej nie było wyciągnięcia z niej wniosków.

JS: Może to wynika z tego, że po prostu nie jest to dobra praca, i to poniekąd blokuje dyskusję. Inna sprawa, nieco kuriozalna – Nieznalska wcale nie chciała się zaangażować po takiej stronie, do jakiej została przypisana. W moim odczuciu to była praca bardziej o męskości niż religii. Poniosła poniekąd karę za brak wyobraźni, bo tę samą treść mogła pokazać w innej formie, nie używając krzyża unaocznić „pasję” mężczyzny, który katuje się na siłowni. I przez to w bezsensowny sposób wpakowała się w dyskusję, w której nie chciała uczestniczyć, bo wydaje mi się, że jej celem nie było wcale obrazoburstwo.

MU: Na początku na pewno była to sztuka zaangażowana mimo woli.

 JS: Zaangażowana, ale tylko przez jej stronnicze odczytania.

RL: Co prawda, świat po procesie Nieznalskiej nie zmienił się, ale na pewno cała ta historia wpłynęła na zmianę świadomości mediów w stosunku do tego, co pokazuje się obecnie w galeriach.

JS: Ale to zaczęło się przez media, przez to że TVN nadała relację i wtedy pojawili się obrażeni i dotknięci. Gdyby się media tym nie zainteresowały, nie byłoby sprawy.

VS: Wcześniej z podobnym, histerycznym odbiorem spotykały się prace Katarzyny Kozyry. Do „spopularyzowania” jej twórczości przyczynił się program „Animals”, w którym oskarżono ją o znęcanie się nad zwierzętami. Nikt nie interpretował wówczas „Piramidy zwierząt”, nie starał się zrozumieć przesłania tej pracy, dostrzegano jedynie, że artystka, aby ją zrealizować, uśmierciła konia. Co zresztą nie do końca było prawdą. Kilka lat później tekst w „Gazecie Wyborczej” spowodował, że doszło do ocenzurowania „Więzów krwi” jeszcze zanim ktokolwiek mógł tę pracę zobaczyć.

MU: I tu pojawia się pytanie, jak wygląda zaangażowanie w świecie opanowanym przez media, w świecie symulakrów?

JS: Samo zaangażowanie jest symulakrum.

MU: Może więc rozdźwięk pomiędzy twórczością a działaniami i deklaracjami artystów wynika z pewnych strategii ponowoczesnych, polegających z jednej strony na krytykowaniu systemu, a z drugiej – wpisywaniu się w niego? Co ukazuje, że z systemu nie ma ucieczki, że wszyscy jesteśmy „umoczeni”.

MAREK KOZICKI: Zaangażowanie jest mediom na rękę, bo wiąże się z pewną odwagą i łamaniem tabu. Myślę, że powinniśmy porozmawiać nie tylko o samej definicji zaangażowania, ale także o tej odwadze.

RO: Sądzę, że zarówno pisarze, jak i artyści wpisujący się w rytm ponowoczesności, używają różnych konwencji i rozmaitych tematów, między innymi wiążących się właśnie z zaangażowaniem, ale specjalnie się z nimi nie utożsamiają. Nie rzucają też żadnych haseł typu „zaangażowanie albo śmierć”.

 JS: Bo jeżeli już, to jest to właśnie zaangażowanie ponowoczesne.

MK: Zaangażowanie przede wszystkim nie pasuje do ponowoczesnej niejednoznaczności. Wymaga jednoznacznego opowiedzenia się za jakąś opcją, a wtedy łatwo taką postawę skrytykować. Stąd bierze się może strategia gry, chętnie stosowana przez artystów, którzy w ten sposób chcą się wymknąć niejednoznaczności. Może więc tego rodzaju sztuka czy literatura jest jak na nasze czasy zbyt prymitywna, łatwa, uwikłana w swój czas. Właściwie – czy to w ogóle jeszcze jest sztuka?

MU: U podstaw postaw zaangażowanych leży awangardowe przekonanie, że sztuka powinna zmieniać świat i człowieka. I to jest właśnie zaangażowanie.

JS: Jednak sztuka nazbyt ostentacyjnie zaangażowana kojarzy się z publicystyką, na przykład niektóre prace Jarosława Kozłowskiego. Artyści zdają sobie z tego sprawę i unikają podobnej etykietki.

MU: A jak myślicie, co by było, gdyby twórców z roczników 70. spytać o zaangażowanie?

JS: Przykład, uczestniczyłem w rozmowie w Rastrze ze Shutym i Markiem Sieprawskim i oni, zapytani o zaangażowanie, stanowczo zaprzeczyli, wyraźnie odcięli się od tego. A przecież można uznać bez naciągania, że np. „Ucieczka przed śmiechem” Sieprawskiego jest jak najbardziej zaangażowana choćby w krytykę kultury masowej. Ale oni nie chcą podobnych określeń, chyba właśnie dlatego, że odbierają je jako artystyczną deprecjację. Problem jest taki: w sztuce czy literaturze, im coś bardziej niejednoznaczne, tym lepsze, natomiast dzieła zaangażowane muszą być jednoznaczne. Rozplenienie sensów w dziele, jest więc niekorzystne dla jego zaangażowania.

MK: Można powiedzieć, że artysta zaangażowany sam wystawia się na krytykę.

 MU: Może postulat zaangażowania nie przystaje do dzisiejszych czasów?

VS: Czy nie jest przypadkiem tak, że zaangażowanie jest wyłącznie postulatem, który w różnych sytuacjach bywa rozmaicie rozumiany? Czyli, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju grą w zaangażowanie.

JS: Może lepszy jest inny rodzaj zaangażowania reprezentowany np. przez Noama Chomsky’ego, który w swojej pracy merytorycznej, jest językoznawcą, nie dotyka kwestii zaangażowania. Ale jako ceniony autorytet wypowiada się, jakby obok swojej zwykłej działalności, na tematy polityczne. Może to jest właściwa droga zaangażowania, nie przez własną twórczość.

RO: Osobiste zaangażowanie wymaga jasno określonej postawy. A z tego co widzę, ludzie sztuki czy literatury mają raczej mgliste światopoglądy.

MK: Ale czy zaangażowanie nie jest tylko i wyłącznie strategią marketingową, która pozwala artyście na zaistnienie?

JS: Myślisz, że artyści są aż takimi cynikami? Mnie się wydaje, że dają się tylko uwodzić, nic więcej. Nie podobają im się hipermarkety, reklamy, walą w to, ale jak potem przychodzą do nich ludzie z tego świata i kuszą, to ulegają. Taka ludzka słabość. Potem racjonalizują to w ten sposób, że chcą ze swoim przekazem dotrzeć do jak największej liczby osób. Tak tłumaczy Piotr Marecki działania Shutego: robi wszystko, żeby się wypromować, aby ludzie dowiedzieli się, że istnieje coś takiego jak powieść „Zwał”, przeczytali to, a wtedy system przeżyje zawał.

VS: Zatem, w jakiś sposób jest to sztuka wywrotowa, choć jest to wywrotowość paradoksalna. Oparta nie tyle na buncie, bo ten – o czym doskonale wiedzą artyści i pisarze z roczników 70. – prędzej czy później musi zostać wchłonięty przez mechanizmy rządzące społeczeństwem konsumpcyjnym, ile na ironii i kpinie. Wiele mówiliśmy o strategiach postmodernistycznych, które powodują „wyziębienie” współczesnej sztuki oraz o tym, jak jest postrzegana, a często – jak w przypadku literatury – wręcz kreowana przez media. Być może właśnie nieprzejrzystość mediów wyklucza zaangażowanie. Podobnie jak popularyzacja rzeczywistości, polegająca na takim przekształceniu różnych sfer życia, by dostarczały jednostkom przyjemności. Z naszej rozmowy wynika, że przyjęcie postawy „niezaangażowanej”, nie oznacza obojętności wobec rzeczywistości społecznej. Raczej zmianę perspektywy, z jakiej artyści spoglądają na otaczający ich świat. Skupienie się na tym, co ich bezpośrednio dotyka, na problemach, z którymi zmagają się na co dzień. Stąd wyciszenie buntu, które jednak nie oznacza wcale pogodzenia się z rzeczywistością.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas