poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WOJCIECH RUSINEK
Przekraczanie zaangażowania. O kilku wyzwaniach tzw. młodej prozy zaangażowanej
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)

W ostatnich latach polską krytykę literacką zdominowało hasło powrotu prozy w przestrzeń dyskusji społecznych (1). Proces ten rozumiano najczęściej jako konieczność ponownego (po medialnej „dezercji” literatury w drugiej połowie ostatniej dekady XX wieku) zwrócenia się pisarzy i krytyków ku sprawom bieżącym czy wręcz jako konieczność zaangażowania społeczno-politycznego. Postulatom tym towarzyszyło zwykle przekonanie, że literatura – zwłaszcza proza – jest tylko jednym z wielu dyskursów codziennej komunikacji i jako taka nie powinna stronić od kwestii istotnych w danym czasie dla konkretnej społeczności. W konsekwencji – w nowych warunkach zmienił się też charakter krytyki literackiej: kluczowymi sprawami w opisie dzieła literackiego stały się atrakcyjność tematu (oscylującego wokół spraw całkowicie partykularnych: obyczajowości, gospodarki, polityki) oraz stanowisko światopoglądowe autora, w dużo mniejszym natomiast stopniu: estetyka, konwencje, języki, którymi literatura mówi o świecie. Zmiany te można prześledzić, biorąc pod uwagę recenzje krytyków literackich publikujących jednocześnie w prasie branżowej, jak i wysokonakładowej (Dariusz Nowacki czy Robert Ostaszewski). Z pewnością krytyka sytuacji literatury drugiej połowy lat 90. była uzasadniona, a dyskusja nad ponownym zaangażowaniem prozy słusznie zwróciła uwagę na zapomniany wymiar poznawczy dzieła literackiego. Należy jednak dodać, że w projektach zmiany charakteru funkcjonowania literatury w społeczeństwie polskim dokonano zbyt głęboko sięgającego uproszczenia: sens „poznawczego wymiaru dzieła” został zubożony. Tekst otwarty na rzeczywistość ograniczony zostaje do jego wymiaru publicystycznego, dzieło literackie w dyskusji medialnej zajmuje to samo miejsce, co reportaż w popularnym tygodniku czy telewizyjny serwis informacyjny.
Literatura jako narzędzie poznawcze nie spełnia tylko funkcji publicystycznej. Bynajmniej nie ze względu na domniemaną „godność” czy „wielkość” pisarza, nie ze względu na fakt, że literatura poważną i szacunku godną sprawą jest... Rzecz w tym, że rozwój form artystycznych w okresie szeroko rozumianego modernizmu umożliwił dużo subtelniejsze niż publicystyczne petryfikowanie rzeczywistości w dziele literackim. Nie chodzi tylko o tematy wykluczone z dyskusji medialnej (choć przede wszystkim dla nich literatura stanowi dogodną przestrzeń). Przede wszystkim mam na myśli tematy i zjawiska, których złożoność i wieloaspektowość znacznie wykracza poza społeczne schematy poznawcze, oraz o takie techniki przedstawiania, na które nie ma miejsca w dyskursie publicystycznym podporządkowanym określonej wizji światopoglądowej. Jeśli bowiem zgodzić się z koncepcją, wedle której nasze możliwości językowe konstytuują nasze widzenie świata, to uznać też trzeba, że literatura – jako przestrzeń poszerzania możliwości użyć języka, badania napięć między językiem a rzeczywistością – otwiera na świat w jego ogromnej złożoności (choćby ostatecznie była to tylko złożoność językowych sposobów mówienia o nim) (2). Co za tym idzie – wewnętrzne właściwości predestynują ją do ujęć głębszych niż prasowe oraz do spojrzenia wykraczającego poza partykularność polityczną czy obyczajową. Takie traktowanie literatury nie przekreśla jej powrotu w sferę komunikacji społecznej, ale umożliwia też obronę jej autonomii jako – po prostu – literatury, zjawiska swoistego na tle innych dyskursów.

Proza straconej szansy

Tymczasem lektura wydanych w ostatnich latach książek, które wpisują się w nurt „prozy zaangażowanej”, pozostawia spory niedosyt. Można odnieść niepokojące wrażenie, że wizja rzeczywistości w tekstach pisarzy należących najczęściej do formacji „roczników 70.” utkana została ze stereotypów publicystycznych, prawd obiegowych i – chyba najmniej drażniących w tym zestawie – mitów literackich. Co gorsza, są to najczęściej ujęcia podpowiedziane autorom przez krytykę literacką czy publicystykę, tak jakby prozaicy skorzystali bezrefleksyjnie z podsuniętej im „recepty” na sukces wydawniczy i medialny (recepty, której skuteczność ufundowana została na faktycznym sukcesie książki Doroty Masłowskiej). Bo też co – na pierwszy rzut oka – próbowali dotąd o rzeczywistości powiedzieć młodzi pisarze? A no niewiele ponad to, o czym sami doskonale wiemy, co wydaje nam się diagnozą opartą na zbyt głęboko sięgających uproszczeniach, bądź też – diagnozą zgoła fałszywą. Proza, której przewodnimi motywami stały się marazm panujący na polskiej prowincji („Czwarte niebo” Mariusza Sieniewicza, „Do Amsterdamu” Michała Olszewskiego), bezwzględność ustroju kapitalistycznego („Zwał” Sławomira Shutego, „Ballada o dobrym dresiarzu” Marka Kochana), bezrobocie, brak perspektyw i cały szereg zjawisk mieszczących się w tym polu („Małż” Marty Dzido), jawi się więc jako nurt „straconej szansy”, co należałoby rozumieć dwojako. „Stracona szansa” pojawia się w przywołanych książkach przede wszystkim jako temat (kluczowe doświadczenie bohaterów), ale możliwe jest także wykorzystanie tego określenia (jako kategorii krytycznoliterackiej) w nieuchronnie surowej ocenie tej prozy. Większość bowiem książek, których genezy należałoby szukać w rzeczywistej frustracji młodych ludzi z jednej oraz w postulatach krytyki z drugiej strony, stanowi dzieła nieudane, niedojrzałe, zaprzepaszczające szansę wiarygodnej artykulacji doświadczeń społecznych.

Aby jej dokonać, nie wystarczy sama tylko złość, tym bardziej, jeśli nie towarzyszy jej pogłębione i dojrzałe spojrzenie na świat. Owszem, złość ta, z pewnością w wielu wymiarach uzasadniona, okazała się bardzo ożywcza dla polskiej literatury (rozbudzenie aktywności pisarskiej, zainteresowanie mediów tego typu literaturą itd.), jednak nie wykorzystana twórczo, nie doprowadziła dotąd do powstania wielu naprawdę intrygujących dzieł literackich. Tym bardziej godne uwagi są te pozycje, które, stanowiąc najbardziej udane realizacje w ramach nurtu tzw. prozy zaangażowanej, przekraczają jednocześnie standardy tego modelu pisania. Pisząc o „przekraczaniu”, mam na myśli nie tylko świadomą, autorską polemikę z modelem dzieła otwartego na rzeczywistość społeczną czy polityczną, ale także te teksty, w których ów proces odbywa się mimowolnie, jakby przy okazji zamiarów pisarskich. Jak się wydaje, dopiero w takich przypadkach, kiedy mamy do czynienia z zaprzeczeniem konwencji, z polemiką wobec publicystycznych odczytań dzieła, z wewnętrznymi pęknięciami tekstu, ujawnia się poznawczy potencjał tekstów „zaangażowanych”. Wówczas dopiero może zostać odsłonięta głębsza motywacja utworu, niejednoznaczność i złożoność przedstawianej rzeczywistości, dojrzalszy i literacko bardziej nośny światopogląd.

Cóż, nie sposób przecież uznać, że polską współczesność da się rozpisać na kilku prostych opozycjach, ująć w kilka wygodnie tłumaczących ją mitów! Co więcej, oczywistość i nieraz fałszywość tych uproszczeń w młodej prozie nie domaga się wyczerpującego krytycznoliterackiego opisu – wytykanie autorom schematyzacji wydaje się zadaniem zbyt łatwym. Wśród podstawowych uproszczeń znajduje się m.in. podział „my – oni”, najczęściej „my – przegrani, wykorzystani, oszukani” i „oni – zwycięzcy, kapitaliści, bezwzględni” („Zwał”, „Małż”, „Czwarte niebo”). Kolejne ważne podziały rozpięte są między „centrum” a „prowincją” („Do Amsterdamu”, „Ballada o dobrym dresiarzu”, „Czwarte niebo”), czy między ogłupiającą pracą „w instytucjach systemu” a skazaną na klęskę „pracą twórczą” („Małż”, „Ballada o dobrym dresiarzu”). Rejestr ten uzupełniają podziały polityczne („wersja à la Balcerowicz” i „wersja à la Rydzyk” w Czwartym niebie jako dwie możliwe opcje objaśniania świata) i obyczajowe (kobieta i mężczyzna w Małżu). Natomiast już na pograniczu dzieła i wyborów pisarskich sytuują się opozycje czysto artystyczne – wybory twórców prozy zaangażowanej zdają się czasem sugerować, że realizm, otwarty bunt, złość stanowią remedium na „postmodernistyczne gry” i prozę eskapistyczną.

Przekraczanie publicystyki

Jednym z głównych wyzwań, przed jakimi stoi proza zaangażowana „roczników 70.”, jest przezwyciężenie wyżej zarysowanych schematów – literacki potencjał opartej na nich wizji rzeczywistości zda je się być bardzo ograniczony i już właściwie wyczerpany. Przekonuje o tym chociażby ostatnia książka Daniela Odiji – Szklana huta, w której „twardy realizm” oraz nadmierna „wiara w siłę nagich faktów” (3) (dotyczących najczęściej nieciekawego życia zwyczajnych ludzi, osobliwie braku pracy) doprowadziły do powstania dzieła jałowego poznawczo i najzwyczajniej nudnego na tle poprzednich, choć także różnorodnie ocenianych, powieści autora. Szklana huta stanowi jakby modelową realizację dzieła wytworzonego przez koniunkturę na zaangażowany model literatury, uświadamia ponadto, że w pisaniu o rzeczywistości odejście od ujęć publicystycznych jest już absolutnie konieczne. Podobne refleksje pojawić się mogą w trakcie lektury Ballady o dobrym dresiarzu Kochana, kolejnej nieudanej próby zmierzenia się ze współczesnością. Warto dodać, że w obu zbiorach opowiadań najwyrazistsze są te teksty, niestety nieliczne, w których autorzy rezygnują z naiwnie aktualizowanej konwencji realistycznej na rzecz groteski. Cóż, że opisują wówczas sprawy nieprawdopodobne (bukmacherskie zakłady dotyczące prawdziwych wojen u Odiji czy dresiarz-krytyk teatralny w książce Kochana), ale o ile bardziej potrafią zaintrygować! Z niebezpieczeństwa zbyt głębokiego utożsamienia dzieła literackiego z przekazem publicystycznych zdają sobie natomiast sprawę autorzy najbardziej interesujących pozycji omawianego nurtu: Mariusz Sieniewicz (jako autor zbioru „Żydówek nie obsługujemy”) oraz Michał Witkowski. Pierwszy w najnowszej książce zrezygnował z tego, co zdawało się być główną wadą poprzedniej powieści – „Czwartego nieba”. Zrezygnował mianowicie z etykietek, wyraźnego przyporządkowania każdego z bohaterów do określonej grupy społecznej i charakterystycznych dla niej zachowań, ze zbyt prostego konfrontowania postaw. Przykładem na to ostatnie może być kuriozalna przemiana protagonisty Czwartego nieba – z miłośnika podniosłej atmosfery wieczorów poetyckich w personę tyleż rozmarzoną, co pospolicie sfrustrowaną i cyniczną. Co było przyczyną owej zmiany? Odpowiedź Sieniewicza budzi uzasadniony opór – dwutygodniowa, wakacyjna popijawa...

W zbiorze „Żydówek nie obsługujemy” natomiast Sieniewicz uciekł od jednoznaczności, z korzyścią zarówno dla zawartości światopoglądowej tekstów, jak i samej ich wartości literackiej. Choć przyznać trzeba, że niektóre z opowiadań sprawiają wrażenie równie „przegadanych” jak „Czwarte niebo” – stanowią po prostu ciąg następujących po sobie wydarzeń czy opisów, przy czym kolejność ta wydaje się czysto przypadkowa, nieumotywowana, jakby samo pisanie pochłaniało autora bardziej niż precyzyjne konstruowanie tekstu. Tym, co interesuje olsztyńskiego pisarza w najnowszej książce, zdaje się być wszelkiego rodzaju „inność” (stąd tytułowe Żydówki), „inność” nie dająca się zidentyfikować, określić za pomocą wyrazistych kategorii opisu. „Kobieta? Może facet? Kto zgadnie, jaka prawda czai się w zbyt mięsistych ustach?”, (4) czytamy w jednym z opowiadań. „Innością” może być zarówno migotliwość płci, ale i szaleństwo (czające się zazwyczaj w zjawiskach pozornie zwyczajnych – co zdaje się być dobrą wskazówką dla Odiji i Kochana), odmienny model życia. A może chodzi o „inność w ogóle”, próbę przeniknięcia jej roli w codziennym życiu oraz społecznego stosunku do niej? W każdym razie, odsłanianie marginesów społecznych zachowań, ukazywanych przez Sieniewicza najczęściej w konwencji groteskowej, parabolicznej lub onirycznej, zdaje się – paradoksalnie – mówić o codzienności społeczeństwa polskiego więcej, niż grające w otwarte karty „Czwarte niebo”.

Przeciwstawienie, które w zbiorze Sieniewicza odbyło się przede wszystkim na poziomie wyborów pisarskich, w „Lubiewie” Witkowskiego zostało ponadto zwerbalizowane. Powieść gejowska autora Copyright ukazała się na fali ogólnopolskiej debaty nad prawami mniejszości homoseksualnej, teksty poświęcone książce i jej autorowi ukazywały się równolegle z relacjami z gejowskich manifestacji i imprez. Tymczasem zawartość „Lubiewa” wydaje się, w świetle dyskursu emancypacyjnego, cokolwiek kontrowersyjna... Witkowski, ukazując świat ciot, nurzając się w opisach pikiet, szaletów, seksualnej obsesji, staje w wyraźnej opozycji do ugrzecznionego modelu życia homoseksualisty, lansowanego przez media właśnie. Ale też – co wydaje mi się ważne – staje w opozycji do wszelkiej literatury podporządkowującej się odgórnemu programowi. W ironicznym kontekście umieszcza Witkowski w powieści propozycję przedstawiciela „emancypacyjnej” grupy gejowskiej: „Napisz koniecznie książkę o nas, o nas – Gejach... Musi to być historia dwóch gejów z klasy średniej, z wyższym wykształceniem, którzy stworzyli trwały związek i chcą adoptować dziecko, ale napotykają na problemy. Społeczeństwo, rozumiesz, ich nie chce zaakceptować, choć są kulturalni i spokojni, co czytelnik widzi. Aby kontrast był większy, niech sąsiedzi mają nieudane związki, niech piją i biją swoje dzieci (...)” (5) [podkr. – W. R.]. Gest niezależności Witkowskiego zasługuje na uwagę – jego werbalizacja wskazuje być może, że konieczność pisarskiej samodzielności przestała być oczywista! Autor wybrał temat bardziej nośny, mający dużo większy potencjał poznawczy (o czym poniżej), siłą rzeczy wydzielający powieść z publicystycznej otoczki i medialnych przyporządkowań. Paradoksalnie, Lubiewo pełniej oswaja z „innością” (z rzeczywistym marginesem zachowań społecznych) niż teksty powstałe w zgodzie z wyśmianym przez autora dyskursem emancypacyjnym, a przy okazji – staje się głosem autonomii literatury.

Przekraczanie tematu

Zastanawiająca jest monotematyczność młodej zaangażowanej prozy: większość tekstów dotyczy pracy oraz perspektyw zawodowych – a raczej braku tychże. Co jeszcze bardziej interesujące, teksty uznane przez krytykę za najbardziej udane („Lubiewo”, „Żydówek nie obsługujemy”, wcześniej – „Gnój” Wojciecha Kuczoka) abstrahują od kwestii rynku, ustroju gospodarczego, stosunków panujących we współczesnych firmach. Wyjątkiem jest może „Zwał” Shutego, ale wartość tej książki zaznacza się raczej w warstwie językowej niż w zawartości światopoglądowej i poznawczej – pod tym ostatnim względem powieść krakowskiego pisarza i performera nie mówi niczego odkrywczego. Trudno się jednak zgodzić na takie ograniczenie, trudno uznać, że problem pracy jest jedynym wartym opisania (jako podstawowe doświadczenie wchodzących w dorosłość), że rzeczywistość da się ograniczyć tylko do tego pola. Więcej, trudno się zgodzić, że jakikolwiek temat podpowiedziany prozie zaangażowanej przez publicystykę wyczerpuje możliwe ujęcia!

Być może otwartość na nowe, głębsze odczytania jest już potencjalnie wpisana w dzieła omawianego nurtu, jak napisałem wcześniej – może nawet wbrew zamierzeniom autorskim. Kilka miesięcy temu podczas panelu dyskusyjnego katowickiego Koła Naukowego Krytyki Literackiej dokonaliśmy, może nie całkiem poważnie, próby odczytania „Zwału” przez pryzmat tradycji gnostyckiej. Nie całkiem poważnie, a jednak rezultat był zaskakująco płodny poznawczo. Podobnie intrygująca wydaje się lektura „Małża” Marty Dzido, w której kwestie zatrudnienia, bezrobocia i dyskryminacji kobiet uznamy za pochodne wobec głębszej motywacji zachowania głównej bohaterki – histerii (6). Przyznać muszę, że czytana z tego punktu widzenia, rozemocjonowana historia Magdy, „dziennik zbuntowanej panny w wieku licealnym” (7), zaczyna przekonywać; pojawiające się w opowieści uproszczenia (jakby wycięte z młodzieżowego opowiadania pisanego „przeciwko światu”) i pretensje wpisują się w ciekawsze studium narastania histerii podczas wchodzenia protagonistki w dorosłość. Być może efekt ów jest niezamierzony, może świadczy o pęknięciu tego nie najlepszego tekstu, wydaje się jednak, że takie ujęcie stanowi antidotum na bardzo banalną wizję świata wpisaną w „Małża”.

Z podobnym, jak się jednak wydaje już przemyślanym „pęknięciem”, wykroczeniem tekstu w kierunku donioślejszego, głębszego tematu, mamy także do czynienia w Lubiewie. Witkowski
odwołuje się w powieści do poetyki kampu, manifestacyjnie sztucznej i, wydawałoby się, powierzchownie czytającej tekst rzeczywistości. Tymczasem w „barokowej” wizji autora karnawał i rytualizacja, maskarada i kosmetyki, przyjemność i jej intensyfikacja podszyte są przeczuciem „mroku”... Bo oto, gdy spojrzeć na przedstawiony w Lubiewie „katalog ciot polskich” z perspektywy ogólnej, można w książce dojrzeć dramatyczny ruch badania granic fizjologii, bataillowskie dążenie to zatracenia w ekstazie. Dla wywodzących się z reguły z niższych klas społecznych ciot transgresja staje się nieuświadomionym sposobem na życie – dotykają upodlenia, samoponiżenia, znosząc pojęcie grzechu docierają do granicy, poza którą seksualność zamienia się w zwierzęcość. Poza granicą brutalności i pożądania rozpościera się już tylko brud, śmierć i pustka. A przy tym – ciągle zachowywana jest dbałość o rytuał pikiety, o maskę kobiecego stylu życia czy o reguły polowania na luja! Spoza skrajnie natężonej przyjemności prześwieca coś, co i narratora napawa przerażeniem: „Rzymska sauna przypominała sceny z Markiza de Sada, z filmów Pasoliniego. Z jaką zawziętością te rozpadające się ciała pięćdziesięcioletnich facetów z brzuchami czepiały się siebie nawzajem! Nie było takiej wydzieliny, której by nie zlizali, nie było takiego ruchu, którego nie zinterpretowaliby jako zaproszenia do... seksu? Czy to był jeszcze seks? Był to raczej jakiś taniec śmierci, coś, o czym pisać nie wiadomo jak” (8).

Literatura jako remedium

Zauważmy – ujęcie to głębsze jest od medialnego stosunku do tematu homoseksualizmu, ale też Witkowski zdaje się być pisarzem, dla którego literatura musi petryfikować nowe bądź niedostatecznie rozpoznane obszary rzeczywistości, co było widoczne już w debiutanckim zbiorku „Copyright” (2001). Jestem przekonany, że podobna konieczność ciąży nad każdą książką, w którą wpisane są ambicje poznawcze, tym bardziej – w każdą pozycję aspirującą do miana „prozy zaangażowanej”. Konieczność ewolucji nurtu wiąże się – w moim odczuciu – z ponownym zwróceniem się pisarzy w kierunku „literatury jako takiej”, co widoczne jest w najciekawszych z omawianych pozycji. Co przez to rozumiem? Chodzi o uznanie, że narracja, ukształtowanie tekstu, zabiegi stylistyczne w tym samym stopniu, co temat książki, mogą współtworzyć przestrzeń „znaczenia” (podział ten bowiem wydaje mi się dość umowny), modelować przedstawianą w dziele rzeczywistość, stosunek autora do niej. Rozwój strategii literackich umożliwia wszak wydobywanie z rzeczywistości (bądź jej językowych przedstawień) wymiarów dostępnych jedynie w procesie pisania/lektury, pokazywanie jej złożoności czy „drugiego dna”. W tym ujęciu konwencja realistyczna, aktualizowana przez niektórych pisarzy, okazuje się nie tylko nieadekwatna (powiela anachroniczne spojrzenie na rzeczywistość), ale i zupełnie niewiarygodna – ustala, jak się wydaje, wyraziste podziały, jednoznaczne oceny, dychotomiczną strukturę świata.

Przesunięcie akcentu na warstwę stylistyczną uchroniło chociażby prozę Shutego – poznawczo nieodkrywczą, jednak intrygującą ze względu na swój kolażowy, lingwistyczny charakter. „Zwał” (ale i wcześniejsze książki autora) oparte zostały na jednym właściwie, ale literacko skutecznym chwycie: Shuty doprowadza do absurdu współczesne języki (reklamy, firmy, mediów), w intensyfikacji ich reguł odsłaniania pustkę, banał i ukryte motywacje. Inną możliwą strategią, chroniącą prozę zaangażowaną przed jednoznacznością, jest wewnętrzne zdialogizowanie książki. Przy czym nie chodzi już o czysto światopoglądową polemikę (jak w przypadku konfrontacji dwóch dyskursów w „Lubiewie”), lecz o napięcia rodzące się w samej narracji, w sferze wyborów pisarskich. Na takim zdialogizowaniu oparta została, mam wrażenie, ostatnia książka Sieniewicza. W zbiorze „Żydówek nie obsługujemy” autor, chcąc uciec jednoznacznemu określeniu tematu – zawartości znaczeniowej pojęcia „inności”, testuje konwencje, penetruje możliwe stylistyki – gombrowiczowską groteskę („Posuń się, posuń! Bo ci posunę!”), narrację oniryczną („Ból brzucha od ucha do ucha”), zderza języki mówienia o świecie (Złota akszyn). Co niezmiernie interesujące, w tej samej książce prowadzi polemikę z parabolizacją, na której oparte zostały wszystkie pomieszczone w zbiorze opowiadania! Tekst „O, kurna! W głowie wujnia!”, opatrzony ironicznym podtytułem „bajka straszliwie zaangażowana”, sprawia wrażenie, jakby świadomie i z premedytacją został złożony z gotowych klisz narracyjnych – charakterystycznych właśnie dla „zaangażowanej” paraboli. Tak, jakby Sieniewicz zauważał ograniczenia tkwiące w stosowanej przez siebie metodzie pisarskiej, jakby przepowiadał kres takich ujęć, a tym samym – otwierał na nieustanne poszukiwanie nowych sposobów mówienia o świecie.

Cóż, literatura jest wszak przestrzenią relatywizacji, każdy tekst otwiera możliwość rozwinięć, zaprzeczeń, uruchamia konieczność poszukiwania nowych form przedstawiania. „Przekraczanie” stanu literatury, rozwijanie form narracyjnych i językowych, jest niczym innym, jak doskonaleniem narzędzi, za pomocą których można będzie pisać o najbardziej współczesnej rzeczywistości. Wewnętrzne zdialogizowanie zbioru opowiadań Sieniewicza uświadamia więc nie tylko to, co powinno stanowić istotę literatury, ale też – co wpisuje się w sugerowaną przez pisarza płynność, uniwersalność „inności”; w ten sposób strategia narracyjna spotyka się z tematem, współkształtuje go.

W tym widzę też szansę całego nurtu „prozy zaangażowanej” – we wzajemnym (przez kolejnych autorów kolejnych tekstów) „przekraczaniu” utrwalanych z każdym dziełem perspektyw, w ciągłym zapytywaniu o możliwości przedstawienia, o najbardziej nośne poznawczo konwencje. Odkrycie i stosowanie tych ostatnich więcej, obawiam się, może nam powiedzieć o rzeczywistości niż wyraziste i mało inspirujące spostrzeżenia (że pracy brak... że kapitalizm jest zły... itd.). Bo czy nie jest tak, że proza nie tyle ma nam podpowiadać gotową interpretację świata, co raczej otwierać na nowe interpretacje i języki, może dopiero kształtujące się? Zadanie to jest bardzo ambitne i maksymalistyczne, ale wydaje się, że tylko wtedy pisanie kolejnych dzieł ma sens, jeśli „przekraczają” one zastany zakres wiedzy i możliwości poznawczych, bądź inspirują do tego, by samemu tego przekroczenia dokonać.

Wojciech Rusinek

PRZYPISY

(1) Powrotu zarówno postulowanego, jak i opisywanego jako stan już zaistniały. Por. jedne z pierwszych tekstów na ten temat: I. Stokfiszewski, „Czwarta władza Literatura”, „Ha!art” 2002, nr 4; R. Ostaszewski, „Północ Pany!”, „Undergrunt” 2003, nr 2-3.

(2) P. Czapliński, „Polska poróżniona”, w: „Była sobie krytyka... Wybór tekstów z lat dziewięćdziesiątych i pierwszych”, w opr. i ze wstępem D. Nowackiego i K. Uniłowskiego, Katowice 2003, s. 132-135.

(3) R. Ostaszewski, „Pod ścianą”, „Książki w Tygodniku” [dodatek do „Tygodnika Powszechnego”] 2005, nr 26, s. 4.

(4) M. Sieniewicz, „Żydówek nie obsługujemy”, Warszawa 2005, s. 34.

(5) M. Witkowski, „Lubiewo”, Kraków 2005, s. 133-134.

(6) S. Gwóźdź, „Marta i jej Małż” [recenzja niepublikowana].

(7) A. Madaliński, „Z pamiętnika małżowiny”, „Książki w Tygodniku” [dodatek do „Tygodnika Powszechnego”] 2005, nr 26, s. 5.

(8) M. Witkowski, j.w., s. 68.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas