poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)]

■ Choć kolejki po kremówki i do papieskiego muzeum w Wadowicach nie maleją, opadła już fala tekstów prasowych poświęconych Janowi Pawłowi II. Czytam jeszcze te spóźnione z racji cyklu wydawniczego czasopism. Napiszę tylko o jednym, wartym uwagi, dlatego ze nawiązuje do gazetowego schematu kochamy papieża, ale go nie słuchamy. Nawiązuje, lecz nie popada w banał i nie raczy nas kolejną porcją naiwnych diagnoz polskiego stanu ducha. Chodzi o, zamieszczony w majowej „Odrze” (5/2005), tekst Adama Chmielewskiego „Kondensacja polskiego ducha. Jan Paweł II. Krzyż interpasywnosci”. Zdaniem Chmielewskiego nasz stosunek do papieża był przeciwieństwem interaktywności - był interpasywny. „Aby być interpasywnym, należy zaniedbać działanie, które mamy wykonać, zrobić cos zupełnie innego albo tez nic kompletnie nie robić. Jednakże warunkiem wkroczenia w stosunek interpasywny jest posiadanie czegoś (lub kogoś), co (kto) wykona nasze zadanie (obowiązek) zamiast nas”. Stosunek niemal wszystkich Polaków i naszego Kościoła do Jana Pawła II to czysta interpasywność. Robił za nas wszystko to, co uważaliśmy za swój obowiązek. A zatem to On wierzył w Boga, kochał (miłował), pracował, myślał, czuł (współodczuwał), poświęcał i oddawał się (...). Postrzegając Go w taki sposób, zyskiwaliśmy swobodę niewyznawania tej wiary, w jaką On kazał nam wierzyć, zyskiwaliśmy swobodę nienawidzenia się nawzajem i skakania sobie do gardeł, wolność popadania w egoizm, zachłanność, obojętność i bezmyślność (...)”. Jako pierwszy papież, który przekroczył próg synagogi i modlił się przy Ścianie Płaczu, dał nam wolność nienawidzenia Żydów. Robił wszystko, czego nie robiliśmy, stąd tak wielki smutek i strach po jego odejściu. „Uznawanie Go za świętego jest dowodem, że pilnie poszukujemy sposobu na uwolnienie się od powinności przestrzegania nauk, które pozostawił. Instynktowne postrzeganie Go jako świętego należy właściwie rozumieć jako jedyny dostępny nam sposób uniknięcia niezaprzeczalnej teraz konieczności usłuchania Jego nauki: któż bowiem - myślimy sobie w duchu - byłby aż tak zarozumiały, aby równać się z tak wielkim świętym?” Prawda, ze był święty w tym kontekście, okazuje się bardzo wygodna. A wstąpienie na drogę świętości dla prawie wszystkich jest zbyt trudne. Łatwiej szukać ujścia wzburzonych jego odejściem uczuć w stawianiu kolejnych pomników i masowym wykupywaniu encyklik, które zamiast pokrywać się kurzem na półkach księgarskich, obrosną nim w domowych biblioteczkach. Nie zastanawiamy się, czy ten skromny człowiek chciałby takiego festiwalu bałwochwalstwa. Na koniec tekstu, napisanego w dzień pogrzebu papieża, Chmielewski zastanawia się, jak Europa poradzi sobie „ze wzburzonym polskim duchem, pogrążonym w tej chwili bez reszty w bezprecedensowym religijnym oszołomieniu. W tym stanie bowiem duch polski pozostanie w przewidywalnej przyszłości”.

W „Odrze” trzeba przeczytać jeszcze kilka tekstów. Opis współczesnej wojny, która co najmniej w takim samym stopniu rozgrywa się na ekranach telewizorów, co na polu walki. A przemysł wojenny i media wzajemnie się stymulują (Michał Mońko, „Media i wojna, czyli stan wojenny umysłu”). O wygnanych Niemcach, niemieckiej duszy, manipulacji historią i demagogu oraz o swoich filmach dokumentalnych pisze Wiesław Wodecki („Historia i demagogia”). O moralności i odpowiedzialności społecznej w nauce możemy przeczytać we fragmencie „Etyki” (ostatniego tomu „Metod”) Edgara Morina (tekst został zatytułowany „Nauka/technika/społeczeństwo”). Coś z literatury fragment świetnej prozy Philippe'a Bessona. Całość - książka „Niepewne dni” - ma się ukazać u nas w jesieni. I jeszcze dla smakoszy - wiersz Alaina Robbe-Grilleta „Kocham nie kocham”.

Ryszard Nycz tak poważnie przekonuje do studiowania literatury w każdym wymiarze, ale uniwersyteckim przede wszystkim, że aż zacząłem w tej apologii doszukiwać się ironii. Nie byłoby to dziwne w przypadku profesora Nycza, aczkolwiek tu jest (chyba) nieuzasadnione. Wprawdzie tekst „O paru pożytkach (nie mówiąc o przyjemnościach) ze studiów literackich” („Opcje” 1/2005) jest reklamą tych studiów, napisaną jednak w stylu nawiązującym do wyszukanego dyskursu literaturoznawczego. Jest jednym z artykułów zaprojektowanych przez „Opcje” jako „miniprzewodnik po naukach humanistycznych”. Nycz zaczyna od anegdoty, która wskazuje na znaczącą rolę literatury w świecie pozatekstowym - i do tej roli będzie odwoływał się w całym artykule. Przytoczmy tę ważną anegdotę. „Znajomość literatury, jak przypominają z dumą - ale i z melancholią - badacze literatury, pozwalała na progu czasów nowożytnych nawet uchronić człowieka przed śmiercią (mianowicie znajomość Pisma św., a w szczególności jednego z psalmów, którego recytacja przez podejrzanego była traktowana jako dowód przynależności do stanu duchownego, który z kolei osoby do niego należące chronił przed powieszeniem)”. Przez wieki znajomość literatury dowodziła ogłady, klasy, przynależności do dobrego towarzystwa, była wreszcie gwarantem znalezienia całkiem niezłej posady nauczycielskiej. Dzisiaj na pewno znajomość literatury i związane z tym kompetencje dają satysfakcję płynącą z lektury i możliwość intelektualnej samorealizacji. Ale nie tylko. „By sprowadzić rzecz na poziom najogólniejszy umiejętność (fachowego!) czytania i pisania jest ciągle - nietrudno to doprawdy zauważyć - rzadko spotykaną, a potrzebną i poszukiwaną sprawnością. Perspektywy całożyciowego zatrudnienia w zawodzie nauczycielskim zaś nie są co prawda ani tak pewne, ani tak poszukiwane jak niegdyś, ale nie są tez tak nierealne ani tak nieatrakcyjne, jak mogłoby się wydawać (...)”. Zgoda, umiejętność pisania to towar wciąż deficytowy i nadprodukcja absolwentów rożnych studiów dziennikarskich niewiele w tej matem zmienia. Jednak z zawodem nauczycielskim nie jest nawet tak ostrożnie optymistycznie jak w tekście uniwersyteckiego polonisty. Dla nauczycieli brakuje pracy i będzie z tym coraz gorzej. Poza tym, komuś kto zna literaturę nie na sztampowym poziomie (jak chce Nycz) i posiada gruntowną znajomość sztuki literaturoznawczej coraz trudniej zaakceptować jest rzeczywistość szkolną, na której piętno odciskają nie tylko chamstwo i zgrubienie obyczajów, ale i funkcjonalny analfabetyzm, noszący wszelkie znamiona choroby wirusowej. Inne możliwości zatrudnienia wymienione w artykule są atrakcyjniejsze instytucje edukacyjne niebędące szkołami, instytucje kultury, uczelnie, wydawnictwa. Społeczne zapotrzebowanie na fachowców od szeroko pojętej literatury będzie wzrastać. „Chcę powiedzieć, że znajomość literatury (jej rozumienia, obsługiwania, komentowania, współtworzenia) jest dziś rodzajem poważnego kapitału (...), którego rola wzrasta w miarę powiększania się kulturowej rzeczywistości, stanowiącej podstawową społeczną przestrzeń działania jednostek”. Umiejętność interpretacji, znajomość technik budowy, organizacji znaczenia, strategu oddziaływania literatury przydają się do profesjonalnego czytania tekstów mniej złożonych oraz innych, nietekstowych znaków kultury. Są to więc narzędzia o znacznie większych możliwościach niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać Ich zdobywanie i doskonalenie jest wciąż atrakcyjne.

Wreszcie ktoś to powiedział. Kolejny tekst „miniprzewodnika po naukach humanistycznych” poświęcony jest filozofii. Bolesław Łagowski w artykule „Filozofia irytująca i niezbędna” wreszcie wyraźnie powiedział, że książki pisane przez filozofów są adresowane do filozofów i to nie wszystkich - do zajmujących się tą samą dziedziną. Poczułem pewną ulgę więc oprócz mojego niedokształcenia jest jakaś inna przyczyna czytelniczych problemów z tekstami filozoficznymi. „Czytelnik, nawet bardzo wykształcony, pragnący zgłębić współczesną filozofię metodą ufnego czytania, dochodzi często do zwątpienia nie w filozofię, lecz w samego siebie. Zostaje doprowadzony do myśli, ze może do tej wiedzy jeszcze nie dorósł, a może tylko nie przyswoił sobie wyrafinowanej, nadzwyczaj wysubtelnionej terminologii Przekonanie, ze może tam nie być treści godnej jego uwagi, grzecznie od siebie oddala”.

Autorzy i redaktorzy polskich czasopism kulturalnych mają kłopot z „nie”. Już nie mam siły czytać konstrukcji typu „jak by nie było”. Aż strach pomyśleć o ambitnych licealistach i oczytanych studentach, którzy takie frazy - za pośrednictwem szanowanych czasopism - sobie przyswajają. Czytam więc kolejną część miniprzewodnika, napisaną przez modnego psychologa (Zbigniew Nęcki, „Atrakcje bycia psychologiem”), i utykam na „jakkolwiek by nie było”. Cokolwiek byłoby dalej napisane i jakkolwiek by to było napisane, nie mogę.

Tekstów w miniprzewodniku jest więcej. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na socjologię z przymrużeniem oka czyli wypisy nieakademickie” Krzysztofa Łęckiego („Socjolog jako powołanie i zawód”).

O nosorożcu za chwilę. Teraz o dwóch wersach, które warto wyłuskać z wierszy ks. Henryka Romanika poświęconych triduum paschalnemu, zamieszczonych w grubym, łączonym numerze dwumiesięcznika „Topos” (1-2/2005). Wiersze nie są złe, ale jakoś nie porywają do zaangażowanych omówień. Mówią jednakże nienachalnie o wierze i rzeczach ważnych, z którymi trudno się uporać, szamocąc się między epistemologią, ontologią a tak zwanym zwykłym życiem. Stąd chodzą mi po głowie dwa wersy, w których kondensuje się ta szamotanina „teolog gubi się w procesji / do pustego tabernaculum”. Być może wyłuskiwanie trafnych określeń, świeżych metafor, śmiałych porównań jest praktyką nie do końca uprawnioną, jednak na pewno w przeglądzie prasy można sobie na nią pozwolić. Nie chciałbym tu zamrażać błyskotliwych cytatów (wielkie obawy o uproszczenia rodem ze sztambuchowej wyliczanki budzą we mnie coraz grubsze skrzydlate słowa obciążające półki księgarń), a zachęcać do lektury. Bo jeśli ktoś w tym przypadku zada sobie trud przeczytania zestawu „Triduum sacrum albo wiosenna pełnia” i się zniechęci, to na pewno nie przeoczy nosorożca otwierającego numer „Toposu”. Wiersz *** („urodziłem się nosorożcem”) Tadeusz Różewicz napisał na prośbę uczniów ze Szkoły Hermannsburg w Bremie w Niemczech. Został on opublikowany w szkolnym czasopiśmie „Das Nashorn” (Nosorożec). Można go znaleźć też w najnowszym tomie wierszy Różewicza „wyjście” (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2004). Zacytuję początek i koniec tego wiersza, które spinają klamrą jego znaczenia i trafnie oddają „rozwinięty” wewnątrz dramat bycia nosorożcem z wpisaną weń niemożnością transgresji: „urodziłem się nosorożcem / z grubą skórą i rogiem na nosie // chciałem zostać motylem / ale powiedziano mi że / muszę być nosorożcem // (...) byłeś jesteś i będziesz nosorożcem / do śmierci”. Krótko omawia w „Toposie” ten wiersz Krzysztof Kuczkowski („Byłeś jesteś i będziesz nosorożcem”). Wyjaśnia, że wiersz napisany dla niemieckich uczniów jest krótszą wersją utworu „Nosorożec”, także zamieszczonego we wspomnianym tomie wierszy. Jednak utwory te różnią się nie tylko długością. W krótszym nie ma akceptacji i pogodzenia się z wyrokiem natury, wyrokiem dożywotnim. W drugim Toni, biały nosorożec, przemyślał świat i doszedł wprawdzie do równie kategorycznego, ale optymistycznego wniosku: „jak to dobrze że jestem nosorożcem”.

Pierwszy tegoroczny numer „Kwartalnika Artystycznego” (1/2005) w znacznej części poświęcony jest twórczości Harolda Pintera. Ten, uważany za najwybitniejszego powojennego dramatopisarza brytyjskiego, twórca jest dość dobrze znany publiczności polskich teatrów i czytelnikom „Dialogu”. „W Polsce jego utwory byty tłumaczone i wystawiane od 1959 roku, nierzadko wkrótce po brytyjskich premierach. Pinter należał do pierwszej fali współczesnych dramatopisarzy Zachodu, którzy wkroczyli na nasze sceny w czasie postalinowskiej odwilży ...” - pisze Marek Kędzierski we wprowadzeniu do prezentacji twórczości autora „Urodzin Stanleya”. Mimo że jest ona dość dobrze znana, kwartalnik przygotował gratkę dla swoich czytelników: pierwsze polskie tłumaczenie (Marka Kędzierskiego) pierwszej sztuki Pintera. „Pokój” to debiut 26-letniego autora, który powstał w ciągu kilku dni. Myślę, że wszyscy z zaciekawieniem przeczytają dwie mowy Pitera z dwóch różnych okresów: gdy jeszcze nie był zaangażowany w politykę („Pisanie dla teatru” - mowa wygłoszona na Krajowym Festiwalu Dramatu Studenckiego w Bristolu w 1962 r.) i gdy już bardzo się w nią zaangażował (mowa wygłoszona w Izbie Gmin w październiku 2002 r.). Jak bardzo się zaangażował, niech świadczy cytat z tej drugiej mowy: „I trzeba przyznać, że Pan Bush i jego paczka naprawdę wiedzą, co robią, i Blair także to wie, chyba że jest zaślepionym idiotą, na jakiego często wygląda. A oni po prostu wytrwale dążą do objęcia kontroli nad światem i jego zasobami. Mają gdzieś liczbę osób, które przy okazji zamordują, zaś Blair temu przyklaskuje. (...) Żałosna służalczość Tony'ego Blaira w stosunku do przestępczego reżimu amerykańskiego poniża i hańbi ten kraj.” Bolesław Taborski dość obszernie omawia twórczość Pintera („Harold Pinter: komedia ludzka czy absurd istnienia?”), a Barbara Bray, twórca radiowy i znana dziennikarka BBC, (w rozmowach z M. Kędzierskim), ciekawie opowiada o pracy z Pinterem, o wystawianiu jego sztuk w BBC, o wspólnej przygodzie podczas pisania tzw. scenariusza Proustowskiego. Na deser: zestawienie utworów dramatycznych Pitera, polskich tłumaczeń i wykonań.

Robert Kozela


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas