poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Jego lewa stopa. O aktorstwie Daniela Day-Lewisa
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

Daniel Day-Lewis jest aktorem znakomitym. Nie tylko dysponuje świetnym warsztatem (akurat tym darem obdarzonych jest wielu artystów), ale ów warsztat potrafi zamienić w aktorstwo nieomal transparentne, przezroczyste. Oto widzimy mężczyznę o rysach znanego aktora, ale już nie aktora grającego tę postać. Pojawia się w filmach lepszych i gorszych, ale nawet w tych drugich udaje się mu zachować skomplikowany kontrapunkt dla postaci, obronić prawdę zachowań. Na początku tego roku, na festiwalu w Sudance odbyła się premiera najnowszego obrazu z udziałem Day-Lewisa, „Ballada o Jacku i Rose” w reżyserii Rebeki Miller. Film nie jest, niestety, najlepszy, ale Day-Lewis w roli ojca dorastającej córki znowu był zjawiskowy. Większy niż wszystkie psychoanalityczne bzdury, które kazano mu wygłaszać.

Kameleon

Filmografia Daniela Day-Lewisa, którego nazwisko znalazło się pośród stu największych aktorów w historii kina wg „Empire”, nie jest ani okazała, ani imponująca. Sam Lewis także zrobił wiele, żeby o nim zapomniano. Coraz rzadsze występy, unikanie dziennikarzy, życie obok systemu filmowego, wreszcie zła sława jego neurotycznych wybuchów na planach filmowych. Wbrew obiegowym opiniom „angielskiemu Robertowi de Niro” zdarzały się także role chybione w przedsięwzięciach, o których trzeba zapomnieć („Uśmiech New Jersey”, „Stars and Bears”), a przecież niemal bezdyskusyjnie uważany jest za wielkiego aktora.

Day-Lewis łączy bowiem w swoich rolach rzadką sprzeczność: dziką gwałtowność i przenikliwą inteligencję. Bohaterowie Day-Lewisa nigdy nie są przeciętni, często „więksi niż życie”, odbiegają od prawomocnych norm psychicznych, intelektualnych i fizycznych. Niekiedy, jak w „Mojej lewej stopie” czy „Gangach Nowego Jorku”, od wszystkich jednocześnie. Są niedojrzali jak dzieci, bywają okrutni, nawet sadystyczni (William 'Rzeźnik' Cutting w „Gangach”), ale potrafią też kochać, tęsknić i cierpieć. Samotność bohaterów granych przez Day-Lewisa ma nie tylko wymiar filozoficzny, ale także zwyczajny, ludzki. Łączy się z niemożnością skomunikowania z drugą osobą, z brakiem porozumienia, nieumiejętnością kochania.

Daniel Day-Lewis kontynuuje najlepszą tradycję aktorów teatralnych, którzy niczego nie pozostawiali przypadkowi i z całą świadomością wypracowywali każdy szczegół roli. W swoich najważniejszych kreacjach („Moja lewa stopa”, „Bokser”) Day-Lewis śmiało eksploatuje swoją cielesność i nawet fizjologię, czyni to jednak z całkowitą dyscypliną, dzięki której choć na granicy szarży - świadomie i planowo - nigdy nie staje się zbyt dosłowna. To bodaj jeden z najciekawszych paradoksów jego aktorstwa.

Do legendy przeszły mordercze treningi Day-Lewisa poprzedzające każdy kolejny występ. Doprowadzona do skrajności metoda Stanisławskiego każe aktorowi - na czas realizacji filmu - dosłownie zamieniać się w kreowanego przez siebie bohatera. Grając Christy’ego Browna w „Mojej lewej stopie” (1986) Jima Sheridana Lewis był nim naprawdę. Nie podnosił się z wózka inwalidzkiego, na planie był karmiony przez wykwalifikowane pielęgniarki. Taki stopień zapamiętania we „wchodzeniu” w każdą następną rolę okazał się dla Lewisa w jakimś stopniu toksyczny. Nawet odrzucając plotki sugerujące, że aktor musiał poddać się leczeniu psychiatrycznemu, długa absencja zawodowa Day-Lewisa oraz oszczędne wypowiedzi dla prasy sugerują, że w pewnym momencie stracił zupełnie szacunek dla zawodu aktora filmowego.

Nieznośna lekkość Daniela

Wcześniej Day-Lewis stracił szacunek dla teatru. W latach 80. uważano go przede wszystkim za wirtuoza sceny. Jeszcze jako uczeń „Bristol Old Vic Theatre School” został dostrzeżony przez Pete'a Postlethwaite'a, z którym spotkał się później na planie filmu „W imię ojca”. Na West Endzie w sezonach 1988/1990 nie miał sobie równych. Z podobnym żarem grał Majakowskiego w „Futurystach”, co w sztukach Szekspira i Marlowe'a. Hamletowi ze spektaklu w reżyserii Richarda Eyre'a (Gertrudę zagrała Judi Dench) nadał ostry, prowokujący wyraz, ukazując człowieka myślącego, cierpiącego, tragikomicznego bohatera naszych czasów. „Hamlet” z National Theatre przeszedł do legendy: w trakcie jednego z przedstawień Day-Lewis po prostu opuścił scenę. Do teatru nigdy już nie wrócił.

Teatralny skandal wybuchł w momencie, kiedy Daniel Day-Lewis miał ugruntowaną pozycję w kinie i niewiele do stracenia - na koncie kilka dekoracyjnych ról w średnich filmach i dwa bezsprzeczne sukcesy: nagrodzoną Oscarem kreację Christy Browna w „Mojej lewej stopie” (1989) Sheridana i świetną rolę Tomasza w „Nieznośnej lekkości bytu” (1988). Już wcześniej udowodnił, że potrafi zagrać absolutnie wszystko i godzić sprzeczności. W 1985 r. z jednej strony wystąpił w stylowej adaptacji „Pokoju z widokiem” E.M. Forstera w reżyserii Jamesa Ivory, z drugiej zaś - jako blondwłosy gej - z powodzeniem wcielił się w rolę Johnny'ego w kontrkulturowej „Mojej pięknej pralni”, reżyserskim debiucie Stephena Frearsa. Wydarzeniem była także firmowa adaptacja „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery. Tłem powieści była inwazja radziecka na Czechosłowację i jej skutki. Życie w kraju, życie na emigracji, strach, niepewność, nienawiść, euforia. Tego w filmie prawie nie było, zostało to, co uniwersalne: uczucia. Dla Tomasza (Day-Lewis) erotyczne przygody były warunkiem bycia z Teresą; Teresa (Juliette Binoche), chciała, żeby Tomasz wyzwolił ją z dziecięcej traumy, z roli kelnerki prowincjonalnej, którą pozostanie już do końca życia. Do miłości i odpowiedzialności potrzeba odwagi. Żaden z bohaterów jej nie miał. Został im entuzjazm. A potem już tylko nieznośna lekkość bytu.

Daniel Day-Lewis stał się aktorem modnym, o którego, pomimo etykietki trudnego współpracownika, zaczęli zabiegać najwięksi reżyserzy. Chmurne emploi i związek z Isabelle Adjani także zrobiły swoje i o względy młodego aktora zaczęły zabiegać także plotkarskie magazyny. Zresztą bez wielkiego sukcesu, bo w wywiadach Day-Lewis albo mówi niewiele i wymijająco, albo wcale. A do show-businessu ma stosunek cyniczny. Spokojnie podpisałby się zapewne pod słowami Bertolda Brechta z „Opowieści Hollywoodu” Christophera Hamptona: „Każdy ma inne zadanie. Jeden ma sprawdzać konsystencje, inny ilość, jeszcze ktoś sprawdza, czy kolor jest odpowiednio brunatny, ktoś inny bada zapach. Wreszcie wszyscy ci specjaliści zbierają się, wymieniają opinie. Dopiero wtedy podniecają się: Jest! Jest! Autentyczne, najprawdziwsze, kompletne gówno! Kręcimy!”

Popkulturowym idolem stał się tylko na chwilę za sprawą nietypowej dla siebie roli w komercyjnym „Ostatnim Mohikaninie” Michaela Manna według powieści ojca amerykańskiego westernu Jamesa F. Co-opera. Day-Lewis w pełnej wigoru kreacji wychowywanego przez Indian trapera Sokole Oko byl w filmie „pierwszym amerykańskim bohaterem” (takim sloganem reklamowym opatrzono plakat filmu), który w chaosie wydarzeń wojen o podbój kolonii uosabiał amerykański mit o wolności i niezależności. Pełen uproszczeń, schematyczny, choć w swoim gatunku niezły, film Manna był jedynym komercyjnym wypadkiem przy pracy aktora, któremu status idola najwyraźniej nie wystarczał.

Walka na śmierć i życie

W 1993 roku dwukrotnie odniósł sukces, grając role jak zwykle kompletnie od siebie różne, jak zwykle zaskakująco dojrzałe. „W imię ojca” Jima Sheridana dokumentował historię Gerry'ego Conlona, drobnego złodziejaszka w targanym zamachami bombowymi Belfaście. Historia była autentyczna, wywiedziona z autobiograficznej książki Gerry'ego Conlona „Proved innocent”. W październiku 1974 roku niezwiązany z IRA Geny Conlon trafił z trójką przyjaciół do aresztu pod zarzutem udziału w zamachach IRA na puby w Gnildford, w wyniku których zginęło 5 osób, a 60 odniosło rany. Aparat sprawiedliwości, działając pod silną presją wzburzonej opinii publicznej, szukał w istocie kozła ofiarnego. Gerry Conlon został skazany na 30 lat więzienia. Za kratki trafili także jego przyjaciele, ojciec i dalsza rodzina. 15-letnia walka o rewizję procesu nie dała rezultatu, pomimo alibi, którym dysponował Gerry, korzystnych dla niego zeznań naocznego świadka, a wreszcie -schwytania prawdziwego sprawcy zamachu. Dopiero w roku 1989 rzekomy terrorysta wyszedł na wolność, ale jego ojciec zmarł w wiezieniu. Podczas prac nad filmem Daniel Day-Lewis kazał podobno zamykać się w małej komódce, w której ściany przez kilka godzin uderzano metalowymi prętami. Nie grał udręczonego więźnia, był nim naprawdę. Gerry w interpretacji Lewisa od początkowego gniewnego oporu do końcowego załamania przechodzi wszystkie stadia rozpaczy przy wzrastającym poczuciu osaczenia.

W „Wieku niewinności” Martina Scorsese, głośnej adaptacji powieści Edith Wharton, zagrał bogatego prawnika, Newlanda Archera i świetnie odnalazł się w tej wyrafinowanej kronice erotycznych tęsknot wyższych sfer nowojorskiej bohemy lat 80. XIX wieku. Niestety, ani Czarownice z Salem Nicholasa Hytnera wg sztuki Arthura Millera z 1953 roku ani tym bardziej Bokser - trzecie wspólne, irlandzkie z ducha, dzieło Day-Lewisa i Jima Sheridana -nie były filmami równie udanymi. Ten sam wysiłek, ta sama tytaniczna praca nad rolą nie przyniosły tym razem równie porywającego efektu. Przyszło zwątpienie, Day-Lewis wycofał się z zawodu: „Po obejrzeniu każdego kolejnego filmu byłem coraz bardziej rozczarowany. Podczas przygotowań do ról i na planie prowadziłem walką z samym sobą. Walkę na śmierć i życie o przetrwanie w roli. Efekt zawsze wydawał mi się mizerny w stosunku do włożonego w tę pracę wysiłku. Byłem zmęczony, przestało mnie to interesować”.

W tym czasie Lewis ożenił się z poznaną na planie „Czarownic z Salem” córką Arthura Millera - Rebeccą, podobno wyjechał do Włoch, podobno we Florencji zajął się produkcją i sprzedażą obuwia. Na szczęście po pięciu latach powrócił do kina, i to powrócił w wielkim stylu. Kiedy Martin Scorsese zgromadził już budżet potrzebny do rozpoczęcia zdjęć do gangsterskiej epopei o XIX-wiecznych rozgrywkach pomiędzy gangiem irlandzkich imigrantów a miejscowymi bandziorami dowodzonymi przez okrutnego Billa „Rzeźnika”, kompletowanie obsady rozpoczął od powierzenia roli szykującego vendettę młodego irlandzkiego mściciela Leonardowi di Caprio. Początkowo „Rzeźnika” miał w „Gangach Nowego Jorku” zagrać stały współpracownik Scorsese, Robert de Niro. Kiedy ten odmówił, Scorsese pomyślał o Danielu Day-Lewisie. Należało „tylko” go odszukać i przekonać, że jest to rola, dla której warto wrócić do kina. „Nie było to łatwe” - dyplomatycznie dopowiada Scorsese.

Daniel Day-Lewis znowu był w swoim żywiole. Agenci PR produkującej Gangi firmy Miramax donosili, że Lewis spędzał całe dni w rzeźni, ćwiartując mięso. Na planie budził popłoch, poza planem był zdystansowany i nieprzyjemny. W „Gangach Nowego Jorku” spotkały się dwa wielkie tematy Martina Scorsese: jego miasto, Nowy Jork, i świat gangsterski, któremu poświęcił większość swoich filmów. W tym ponurym, pozbawionym złudzeń świecie, postać „Rzeźnika” granego przez Lewisa budzi respekt. Gwałtowny i bezwzględny, jest jednak człowiekiem honoru. W scenach, w których pojawia się „Rzeźnik” Day-Lewis, nie ma innych aktorów. Nie zwracamy na nich uwagę, giną w tle.

***

Bohaterowie Day-Lewisa mają w sobie coś z postaci Dostojewskiego. Żyjąc w piekle ludzkiej egzystencji, wierzą w zbawienie. Nędza, upokorzenia, przemoc nie są w stanie zniszczyć w nich nadziei, zabić godności. Jack Slavin z „Ballady o Jacku i Rose”, Danny Flynn z „Boksera”, Geny Conlon z „W imię ojca”, nawet Dr. Fergus O'Connell z filmu „Uśmiech New Jersey”, upadają, ale starają się za każdym razem powstać znowu. Ich próby wychodzenia z otchłani nie mają w sobie niczego podniosłego. Są wytrwałym zmaganiem z rzeczywistością i sobą samym. Mozołem znaczonym kolejnymi klęskami z niemal iluzoryczną szansą na zwycięstwo w finale.

Nie musiał terminować w zawodzie, walczyć o sukces, nie musiał też – na własne życzenie - z tego sukcesu rezygnować. Ale to zrobił. Na spotkaniu po pokazie filmu „Ballady o Jacku i Rose” na festiwalu w Sundance powiedział: „Częścią zawodu aktora jest to, że się ciągle uczysz i uczysz, potem kręcisz film za filmem, a na koniec jesteś już tylko wrakiem. Znowu czuję się pusty”. W ustach Day-Lewisa brzmi mi to jak groźba.

Łukasz Maciejewski

WYBRANA FILMOGRAFIA:

„Moja piękna pralnia” (1985): Johnny. „Pokój z widokiem” (1985): Cecil Vyse. „Moja lewa stopa” (1989): Christy Brown. „Ostatni Mohikanin” (1992): Hawkeye/Nathaniel Poe. „Wiek niewinności” (1993): Newland Archer. „W imię Ojca” (1993): Gerry Conlon. „Polowanie na czarownice” (1996): John Proctor. „Bokser” (1997): Danny Flynn. „Gangi Nowego Jorku” (2002): William 'Rzeźnik' Cutting. „The Ballad of Jack and Rose” (2005): Jack Slavin.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas