poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA WAJDA
Infantylna i zagubiona osobowość naszych czasów. O prozie Nicka Hornby'ego
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

Nie ukrywa, że chce być czytany teraz, że woli usłyszeć od ludzi spotkanych na meczu piłkarskim pochwałę swojej powieści, niż czekać na uznanie kilkaset lat. O swojej twórczości Nick Hornby zwykł mawiać „treść brytyjska, forma amerykańska”, co oznacza ciekawą, zręcznie opowiedzianą historię z dużą dawką humoru. Podobnie jest w przypadku jego ostatniej książki, wydanej właśnie u nas „Długiej drogi w dół” (2005), w której odnajdziemy i inne cechy wcześniejszej twórczości pisarza - jest i Londyn, oczywiście z drużyną Arsenału w tle, i silnie oddziałujący na bohaterów świat popkultury. I potwierdzenie tezy, że literatura popularna może być czymś więcej niż tylko synonimem lektury łatwej, lekkiej i przyjemnej.

Trudne dojrzewanie Piotrusia Pana

Hornby nie ma nic przeciwko określaniu jego powieści angielskim terminem „domestic”, ponieważ opowiadają one o codziennym życiu i problemach zwyczajnych ludzi. Literatura tego typu dotąd była domeną pisarek - sam autor, pytany o inspirację wymienia zazwyczaj twórczość Annie Tyler czy Lorrie Moore, przyznając przy tym, że jego celem było stworzenie męskiego odpowiednika najlepszych kobiecych powieści, pokazania, co roi się w głowach zwykłych facetów. Zanim jednak został powołany do życia Rob Fleming, pierwsze współczesne wcielenie Piotrusia Pana (jednocześnie mające sporo rysów autobiograficznych), powstała książka stanowiąca swoiste preludium, zapowiedź późniejszej problematyki – „Futbolowa gorączka” (1992, polskie wydanie 2003).

Jest to rodzaj pamiętnika, autobiografii, zbioru refleksji, anegdot związanych z meczami, które drużyna Arsenału rozegrała w latach 1968-1992 i którym przyglądał się Hornby, wierny kibic klubu. Wbrew pozorom „Futbolowa gorączka” nie jest rodzajem relacji ze spotkań piłkarskich, opisem genialnych podań - być może dlatego, że Arsenał, dziś jeden z czołowych piłkarskich klubów, w tamtych dekadach uznawany był za najnudniej grającą drużynę angielskiej ligi, rzadko wygrywającą, najczęściej zaś remisującą w marnym stylu. I kibice, łącznie z Hornby'm, doskonale o tym wiedzieli, stąd też próba opisania fenomenu bycia długoletnim kibicem nie tyle piłki nożnej, co konkretnego, mało rewelacyjnego klubu. Narrator opowiada o stadionowych rytuałach (np. opuszczenie w pewnym wieku sektora dla dzieci) i przesądach, zastanawia się nad przyczynami tragedii jak ta na Heysel i irracjonalnego sile, która sprawia, że kilka dni później kibice, mimo wszystko, przychodzą na mecz. Zauważa wzrost chuligaństwa na stadionach - z czym Anglicy zdążyli w międzyczasie się uporać - i zabawne sytuacje z tym związane, jak kibic wykrzykujący rasistowskie hasła pod adresem piłkarza, którego, jako niewidomy, nawet nie widzi. Jakkolwiek „Futbolowa gorączka” nie jest powieścią, to pojawia się w niej stały element twórczości Hornby'ego: męska obsesja. „Nic nie ma znaczenia poza piłką nożną” - deklaruje narrator, który podporządkowuje jej wszystko, łącznie z życiem towarzyskim, bo nie może ono kolidować z rozgrywkami ligi. Nic dziwnego, że bohater wspomina o kłopotach z kobietami - zaskakujący jednak jest fakt, że nawet jeśli w jego życiu pojawia się niewiasta chętnie chadzająca na mecze, to rodzi się problem, gdyż mężczyzna kocha futbol miłością zaborczą.

Piłka nożna jest jednym z „opóźniaczy”, czynnikiem sprzyjającym infantylizacji dotykającej zwłaszcza współczesnych mężczyzn, takich jak bohater „Wierności w stereo” (1995, polskie wydanie 1996), choć na jego odmowę bycia dorosłym wpływ ma inna pasja: muzyka. Trzydziestopięcioletni Rob Fleming, były DJ, właściciel sklepu muzycznego, mógłby powiedzieć „słucham, więc jestem”. Poznajemy go, kiedy po odejściu swojej dziewczyny Laury poddaje się tradycyjnemu w podobnych sytuacjach rytuałowi: reorganizuje swoją imponującą kolekcję płyt. Muzyka jest dla niego azylem, lepszym światem, nad którym -w przeciwieństwie do tego prawdziwego - może panować, stąd też owe obsesyjne porządkowanie kolekcji i nieustanne układanie rankingów (np. pięć ulubionych utworów otwierających płytę) dające poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Rob, by wmówić sobie, że zerwanie z Laurą wcale nie było bolesne (i że nie on ponosi zań odpowiedzialność), opowiada o pięciu najboleśniejszych rozstaniach w swoim życiu. I jakkolwiek powieść Hornby'ego reklamowano jako męską wersję Bridget Jones, to podobieństwo między postaciami są pozorne - w istocie, gdyby owa bohaterka kiedykolwiek spotkała Roba, nie miałaby wątpliwości, że ma przed sobą emocjonalnego popaprańca. Jest on niemal klasycznym przykładem związkofoba, a jego opowieść o bezskutecznym poszukiwaniu idealnej miłości ujawnia męskie fobie i sztuczki, gdzie odgrywaniu roli twardziela towarzyszy niemal dziecinne tupanie nóżkami. Roba usprawiedliwia nieco fakt, że sam uświadamia sobie, mimo wkładania masek, własną niedojrzałość, niechęć do podejmowania ostatecznych decyzji, brania odpowiedzialności. I jakkolwiek pewne cechy charakteru predestynują go do bycia Piotrusiem Panem, to jego infantylizm w znacznym stopniu wspomaga muzyka, czy szerzej - kultura masowa. „Co było pierwsze: muzyka czy rozpacz? Czy słuchałem muzyki dlatego, że rozpaczałem? Czy może rozpaczałem dlatego, że słuchałem muzyki? Czy płyty zamieniają człowieka w melancholika?” Powieść porusza bowiem dwie ważne kwestie - po pierwsze, kultura masowa lansuje modele życia, którym bezskutecznie usiłujemy sprostać, po drugie -dążeniem do promowanego ideału często usprawiedliwiamy własne błędy i niewłaściwe zachowanie, stąd owa opóźniająca funkcja popkultury. Tworzone przez nią mity nie wytrzymują konfrontacji z prawdziwym życiem, czego przykładem... wykwintna damska bielizna, nieodzowny element kobiecości, ale, jak boleśnie przekonuje się Rob, tylko na filmach albo reklamach, kobiety na co dzień wolą tę wygodniejszą. Bohater, przytaczając różne popkulturowe wzorce, zwraca uwagę na ich swoistą hipokryzję: z jednej strony podkreśla się, że najważniejszy jest człowiek, jego osobowość, z drugiej - promuje kult pięknego ciała. Symptomatyczna jest tu złośliwa uwaga bohatera na temat piosenkarza śpiewającego o tym, że nie warto poślubiać atrakcyjnych partnerów właśnie dlatego, że mogą podobać się innym (w domyśle: porzucić lub zdradzić) - „często zastanawiałem się, czy stosował się w życiu do swoich rad i rzeczywiście zaciągnął do ołtarza jakiegoś obrzydliwego babona”.

Popkultura propagująca wysokie stany emocjonalne (wielka miłość, bolesne rozstanie) na pewno nie sprzyja angażowaniu się w stałe związki, bo te -jak Rob sam stwierdza - oscylują w granicach letnich temperatur. Szukamy zatem wielkiej miłości, która porazi nas niby piorun i zwali z nóg, ale kiedy wydaje nam się, że ją spotkaliśmy - romantyzm pryska w zderzeniu z bawełnianą bielizną i codziennymi sprawami. Dochodzimy zatem do wniosku, że to nie jest to uczucie i - słuchając kolejnej piosenki o idealnej miłości - wznawiamy poszukiwania. Robowi muzyka zastępuje życie, ale do momentu pokonania pierwszego progu dojrzałości, uzmysłowieniu sobie, że związek dwojga ludzi nigdy nie będzie idealny, ale jeśli oboje mogą powiedzieć, że jest im z sobą dobrze - to już znaczy bardzo wiele. Pozornie zakończenie „Wierności w stereo” to happy end: Rob i Laura znowu są razem, ona w ramach prezentu urodzinowego zorganizowała imprezę w klubie, którą on, jako DJ, poprowadzi. Puszcza piosenkę, tę samą, przy której się niegdyś poznali, i jest w tym coś z baśniowego balu, po którym „...żyli długo i szczęśliwie”. Zakończenie - i to kolejna cecha twórczości pisarza - pozostaje otwarte, nie wiemy, czy trzydziestosześcioletni chłopiec stanie się mężczyzną. Dostał jednak od losu szansę, którą jest mądra kobieta - wydaje się bowiem, że Piotruś Pan nie zdoła opuścić Nibylandii bez pomocy Wendy. I tak, paradoksalnie, pisarz, który chciał stworzyć męski odpowiednik literatury kobiecej, napisał powieść będącą pochwałą dojrzałej kobiecości.

Pożegnanie indywidualizmu

Trudno dorosnąć w świecie pozbawionym atrybutów dorosłości - zauważa Hornby i w swojej kolejnej powieści, „Był sobie chłopiec” (1998, polskie wydanie 2002), przedstawia bohatera, którego losy doskonale ilustrują słuszność tej tezy. Oto Will Freeman, lat 38, stanu wolnego, bezdzietny, człowiek, którego hierarchię wartości kształtują ankiety z męskich magazynów, pozwalające odpowiedzieć na egzystencjalne pytanie „Czy jesteś cool?”, a codzienne zajęcia sprowadzają się do zakupów i oglądania telewizji. Nazwisko nie jest przypadkowe - bohater jest wolny w sensie ekonomicznym dzięki ojcu, autorowi popularnej kolędy, którą śpiewali wszyscy od Elvisa po Muppety (wśród wykonawców jest trudny do wyobrażenie duet David Bowie i Zsa Zsa Gabor; to zapewne złośliwy żart pisarza), co pozwala synowi wieść żywot rentiera. Wolność Willa polega też na braku zaangażowania i nie dotyczy to wyłącznie stałych związków z kobietami, bo -jak mówił sam Hornby- świat bohatera nie jest w żaden sposób zanieczyszczony przez zwykłe życie. Ono jednak zapuka do drzwi jego luksusowego mieszkania wraz z dwunastoletnim Marcusem. Powieść wykorzystuje znany schemat przyjaźni mężczyzny i chłopca, która zmienia ich obu, z tym, że to nastolatek jest dojrzalszy, choć jego dorosłość jest równie niepokojąca i niestosowna jak infantylizm Willa. Marcus doskonale wie, czym są problemy, stwarzane zwłaszcza przez jego rodziców, byłych hippisów, których nowych partnerów raz po raz poznaje. Mieszka z matką, Fioną, skrajną indywidualistką, wegetarianką, której system wychowawczy sprawia, że chłopiec jest szkolnym outsiderem, obiektem kpin, a na dodatek musi sobie radzić z narastającą depresją niedoszłej samobójczyni. Poznany w dosyć niezwykłych okolicznościach Will nie tyle może mu pomóc rozwiązać domowe problemy - bo te zna tylko z seriali telewizyjnych - co stać się dzieckiem, zaszczepić odrobinę konformizmu, dzięki której chłopiec przetrwa w szkolnej dżungli. Modne buty, uświadomienie, kim jest Kurt Cobain - to maski, które pozwolą Marcusowi wtopić się w tłum. Sam Will spotkania z chłopcem traktuje jako swoisty odpowiednik działalności charytatywnej, ale z czasem Marcus stanie się ważną częścią jego infantylnej egzystencji, której jałowość uzmysłowi mu pojawienie się Rachel, kolejnej mądrej kobiety z galerii Hornby'ego.

Centralną postacią, mimo naprzemiennej narracji, pozostaje Marcus, skłonny do analizy i racjonalizowania tego, co mu się przydarza, obserwator rzeczywistości. Nastolatek dostrzega, zarówno w świecie dorosłych i jak rówieśników, hipokryzję, rozdźwięk między deklaracjami a czynami, głównie dzięki przykładowi matki konsekwentnie przestrzegającej swoich zasad. I o ile Will jest idealnym konsumentem kultury masowej, o tyle Marcus jest kimś w rodzaju jej krytyka, na przykład próbując znaleźć przyczyny depresji Fiony, ogląda „soap opery”, ale te nie dają żadnej odpowiedzi, bo życiowe kataklizmy spadające na ich bohaterów nijak nie pasują do niej. Bardzo wcześnie odkrywa, jak bardzo prawdziwe życie różni się od filmowej czy telewizyjnej fikcji - żadne ekranowe potwory, masakrowane ciała nie są tak przerażające jak widok nieprzytomnej matki na podłodze. Powieści patronuje niejako Kurt Cobain (angielski tytuł „About the Boy” -to aluzja do piosenki Nirvany „About the Girl”), którego postać w książce pełni istotną dramaturgiczne rolę, będąc m.in. przykładem popkulturowej ignorancji Marcusa, który jednak z charyzmatycznym muzykiem ma o wiele więcej wspólnego niż Ellie, koleżanka chłopca i wierna fanka Nirvany. O ile dziewczyna niezmiennie deklaruje identyfikacje z tekstami zespołu, o tyle Marcus zdaje sobie sprawę, że jej argumenty uwiarygodniające tezę, że „życie jest gówniane” - bo na świecie pełno rasistów, seksistów i przemocy - to frazesy. Te patologie to problem, ale uczciwie trzeba przyznać, że - póki nie dotkną nas bezpośrednio - raczej nie spędzają nam snu z powiek. Dlatego też Marcus wie, że Ellie mimo samobójczych deklaracji, wcale nie chce się zabić, choć wierzy, że Cobain zrobił to, ponieważ miał prawdziwe problemy.

Dzień śmierci wokalisty to dla bohaterów czas swoistego „katharsis”, co nie oznacza, że wszystko zmierza do happy endu: choć Marcusowi udało się stworzyć coś na kształt wspierającej się ludzkiej drabiny, a odmieniony Will zdobył zarówno Rachel, jak i przychylność jej syna, to w powieści pobrzmiewa smutna nuta. „Był sobie chłopiec” to pożegnanie indywidualizmu w różnych jego przejawach. Indywidualizm Willa jest infantylny, polega na unikaniu życia, niemożliwym na dłuższą metę. O ile jednak dawny styl życia bohatera żegnamy bez żalu (kto lubi bogatych próżniaków?), o tyle sprawa z Marcusem wygląda inaczej: sposób myślenia, zachowanie czyniły go wyjątkowym. Współczesny świat na takich indywidualistów patrzy z niechęcią, stąd potrzeba konformizmu - pozostaje jednak rodzi pytanie, czy chłopiec zachowa przynajmniej resztki swojej osobowości. Stąd i smutek tej powieści -ta tonacja będzie narastać w kolejnych książkach Hornby'ego.

Lepiej być nie może?

Pisarz nie ma wątpliwości, że to kobiety są lepszą częścią ludzkości - jego bohaterki są bardziej dojrzałe od swoich Piotrusiów Panów, wyrozumiałe, choć przecież pozbawione złudzeń co do męskich charakterów. Taką postacią jest również Katie Carr, bohaterka i narratorka „Jak być dobrym” (2001, polskie wydanie 2003), lekarka po czterdziestce, która po 20 latach wspólnego życia ma tylko jedno marzenie: żeby jej mąż, David, złośliwy felietonista lokalnej gazety, nie był dalej sobą. I życzenie się spełnia, a dobrą wróżką jest niejaki DJ GoodNews, uzdrowiciel dotknięciem ręki usuwający ból nie tyle fizyczny, co duchowy. Za jego sprawą David zaczyna nowe, lepsze życie, wpadając w swoisty filantropijny szał, co wprawia Katie w coraz większą irytację i budzi tęsknotę za dawnym, gorszym wcieleniem męża.

„Jak być dobrym” to kolejna zabawna, zwłaszcza w dialogach, powieść Horn-by'ego, pełna trafnych obserwacji obyczajowych (np. że bez złośliwości i cynizmu konwersacja towarzyska zamiera i to chyba nie tylko w Anglii). Jednocześnie, skądinąd zgodnie z deklaracjami autora, całkiem poważna - poruszane problemy należą do tych najtrudniejszych do rozwiązania. W pierwszym rzędzie to opowieść o kryzysie małżeństwa, rutynie, która opanowała wszystkie dziedziny ich życia, łącznie z erotyką. Frustrująca dla Davida jest też sytuacja, w której żona zarabia więcej, przejmując rolę żywiciela rodziny, z kolei Katie próbuje godzić karierę z macierzyństwem, mając jednak świadomość, że jej system wychowawczy niekoniecznie przynosi pożądane efekty, a dzieci nie zawsze przypominają rozkoszne pociechy z reklam. I - podpowiada Horn-by, skądinąd samotny ojciec autystycznego Danny'ego - nie bądźmy hipokrytami, przyznajmy, że każdy rodzic wolałby czasami nim nie być. Powieść zestawia dwa rodzaje starań o bycie dobrym: Katie stara się być dobrym człowiekiem, jej praca polega na pomaganiu innym, z kolei David w czynieniu dobra idzie dalej, ale jego charytatywne akcje, na przykład osiedlowy program resocjalizacyjny, unieszczęśliwiają kobietę, wpędzają w poczucie winy, skądinąd zrozumiałe - ciężko pracuje, więc dlaczego miałaby sobie odmówić drobnych przyjemności, przeliczać je na litry zupy dla ubogich. Postawa Katie jest bliska większości z nas: widzimy zło, chcemy pomóc, ale wiemy, że sami nie zmienimy świata, dlatego wybieramy drogę pośrednią, na przykład poprzez datek. Priorytetem pozostają jednak najbliżsi.

Hornby nie daje gotowych odpowiedzi, jego bohaterowie są smutni, wszyscy- w jakiś sposób zagubieni, od Katie, poprzez jej brata, pacjentów po panią pastor, wyznającą, że nienawidzi ludzi, dla których pracuje, a zwłaszcza szefa. Każdy jednak próbuje odnaleźć sens i marzy o tym, by spotkać mistrza, który pomoże wszystko zacząć od nowa, z czystym kontem. Znaczący i ironiczny w tym kontekście jest tytuł powieści, ważne marketingowo zaklęcie „jak”, bo cóż sprzedaje się lepiej od poradników (niejaka Bridget Jones wie o tym najlepiej), kuszących nas gotowymi receptami na wszelkie życiowe kłopoty. I choć czytanie podobnej literatury niczego zazwyczaj w życiu nie zmienia, to samo w sobie jest symptomem zagubionej osobowości naszych czasów.

Smutno, coraz smutniej

„Długa droga w dół” potwierdza konsekwencję pisarza: jest śmiesznie, ale i coraz smutniej, mroczniej. Czwórkę bohaterów - narratorów właściwie wszystko dzieli: Maureen to samotna matka upośledzonego syna, przekonana, że kalectwo syna to kara za jej cudzołóstwo, Jess- irytująca nastolatka przeżywająca rozstanie z chłopakiem i zniknięcie siostry, Martin - niegdysiejsza gwiazda telewizyjna, której kariera i życie rodzinne legło w gruzach po tym, jak przespał się z piętnastolatką, zaś JJ to młody Amerykanin, poddany presji bycia „Kimś”, świadomy jednak, że nie będzie gwiazdą rocka. Łączy ich decyzja o popełnieniu samobójstwa i pechowy wybór daty: w Sylwestra na dachu legendarnego Domu Skoczka spory tłok. Oczywiście nikt nie skoczy - bynajmniej nie dlatego, że nagle odkrył sens życia - decyzja zostanie tylko odłożona, wyznaczony kolejny termin (walentynki), jak się okaże po to, by wszyscy stwierdzili, że ze skokiem można jeszcze trochę poczekać. W istocie, nikt tak naprawdę nie chciał popełnić samobójstwa - w przeciwnym razie obecność innych nie byłaby żadną przeszkodą - a spotkanie ludzi będących w podobnej sytuacji zaowocowało po wstaniem wspólnoty, początkiem nieco dziwnej przyjaźni. Hornby po raz kolejny kpi z popkulturowych schematów, jego bohaterowie z sarkazmem przywołują historie o niedoszłych samobójcach, którzy doznali iluminacji, w jednej chwili życie wydało im się cudem - i odtąd żyli długo i szczęśliwie. Zdaje się też krytykować robienie z artystów - samobójców, jak Wirginia Woolf czy Sylvia Plath, swoistych ikon i - co było widoczne już w „Był sobie chłopiec” - komercjalizację śmierci. Czwórka z dachu Domu Skoczka nagle nie odnajdzie sensu istnienia, nawet specjalnie się nie polubią, ale dzięki byciu razem będą znajdować - by użyć metafory Martina - kawałki gąbki, by zatkać dziurę, jaką jest życie. Bo to powieść o tym, jak bardzo ludzie nie chcą być sami. Banalne? Oczywiście, podobnie jak świadomość, że życie jest piękne, nawet w najgorszych momentach - frazes, ale krzepiący.

Katarzyna Wajda


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas