poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z JULIANEM KORNHAUSEREM rozmawia Joanna Hobot
Poeci poszukują prawdy
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

*Tematem wielu wywiadów, których Pan udzielał, była Nowa Fala, proces powstania tej formacji i jej działalność. Stąd też niejako samoistnie rodzi się pytanie: czy fakt, iż badacze często odczytują Pańską twórczość w kontekście jej generacyjnej przynależności, nie stanowi dziś dla Pana (jako poety, prozaika i krytyka literatury) swoistego obciążenia?

Raczej tak. Widzę w tym pewne historycznoliterackie ułatwienie. Oglądanie czyjejś twórczości w kontekście pokoleniowej przynależności często zwalnia od czytania konkretnych tekstów. Rodzi także wiele niebezpieczeństw: fałszywą perspektywę, zewnętrzny, pozaliteracki odbiór, wtłaczanie pisarza w niewłaściwy kostium. Z drugiej strony, skoro tak wiele osób mówi o Nowej Fali i ją pamięta, świadczyć to może o jej żywotności i ciągle istotnym miejscu w powojennej literaturze.

*Nie ulega wątpliwości, że Nowa Fala stała się punktem odniesienia dla młodszych pokoleń poetów, między innymi dla pokolenia „bruLionu”. Czy starcie pomiędzy Nową Falą, pomiędzy Julianem Kornhauserem a „bruLionowcami” było przejawem odwiecznej walki literackich pokoleń?

Z tym pytaniem powinna Pani się zwrócić do „bruLionowców”. Czy to było starcie? Z mojego punktu widzenia - nie. Najpierw życzliwe powitanie, kredyt zaufania, potem rozczarowanie i podrażnienie. Zwłaszcza po wejściu wielu poetów w obręb kultury medialnej, a więc strywializowanej i konformistycznej.

*Jednak późniejsza twórczość chociażby Marcina Świetlickiego dowiodła, iż generacja „bruLionu” w końcu zdystansowała się od pop-kultury i uczyniła ją wręcz przedmiotem szyderstwa. Dziś wielu antropologów, wielu psychologów, badaczy kultury popularnej (wśród nich m.in. Bartłomiej Dobroczyński, „III Rzesza Popkultury i inne stany”) - z pewną co prawda dozą przesady - określa popkulturę mianem nowego faszyzmu, nowego totalitaryzmu. Czyż zatem literatura nie powinna demaskować świata kultury masowej i jego języka, który dąży do zajęcia miejsca uprzywilejowanego, miejsca ponad innymi językami?

Rzeczywiście ten język jest demaskowany przez poetów i prozaików, jest stale obecny we współczesnej literaturze. Można powołać się na wiersze Bohdana Zadury, dwie powieści Doroty Masłowskiej. To oczywiste, że język medialny, dominujący w kulturze z jednej strony pożera i niszczy wielu twórców, zwłaszcza tych, którzy chcą być na fali. Z drugiej, staje się obiektem negatywnej fascynacji ze strony artystów. Kto wie zresztą, czy nie nastąpiło tu dziwne przewartościowanie pojęć. Często bowiem zamiast obserwacji i opisu rzeczywistości, jej egzystencjalnych zagrożeń, pisarze, aby ułatwić sobie zadanie, zatrzymują się na powierzchni języka, dostrzegając jedynie to, co jest oczywiste i łatwe do ośmieszenia. Dowartościowanie niektórych zjawisk należących - jak Pani mówi - do popkultury (np. hip hopu) zarówno przez media, jak i zwykłych użytkowników jest przejawem jakiegoś minimalizmu, jakiejś presji tego, co ułatwione i w dużej mierze bełkotliwe, na to, co kiedyś nazywaliśmy wysoką kulturą, a czego zdaje się już nie ma. Stąd rozumiem manifestacyjne błaganie Adama Zagajewskiego wyrażone w „Obronie żarliwości”; błaganie o obronę zagrożonego - według niego - wysokiego stylu.

*Rozumiem, że wyżej przez Pana wyrażone obawy, co do artystycznej użyteczności demaskacji kultury masowej i jej języka, zadecydowały o tym, że polemika z popkulturą jest w zasadzie nieobecna w Pańskich książkach, np. w tomikach „Kamyk i cień” (1996) czy „Było minęło” (2001).

Rzeczywiście, tomik „Kamyk i cień” nie dotyka współczesności, a „Było minęło” ma raczej historyczno-nostalgiczny charakter. Być może podświadomie unikam dotykania tego nowego języka. Dla mnie to jest zbyt łatwe. Dlatego w „Poezji i codzienności” zarzuciłem Zadurze, że zbyt łaskawie traktuje ten język. Demaskacja trywialności języka kultury masowej jest zbyt łatwym zadaniem. Nie widzę w tym żadnej nici tragicznej. Kiedy my demaskowaliśmy język propagandy, to było coś istotnego, dotykało losu człowieka zdeptanego przez system. Ten język, o którym mówimy, język kolorowych czasopism, prywatnych kanałów telewizji należy do sfery wolności. To jest tylko sprawa naszego wyboru, czy przyjmujemy jego zniewalający uśmiech, czy też mu się nie poddajemy? Już w „Świecie nie przedstawionym” odrzuciliśmy to, co nazwaliśmy kulturą masową. Odrzuciliśmy to, co miałkie, zbanalizowane, zdziecinniałe. Obecna kultura popularna nie może być obiektem naszego zainteresowania, bo to jest coś -moim zdaniem - dla literatury bez znaczenia.

*Odwołując się do tytułu wspomnianej przez Pana przed chwilą książki, można zapytać, czy taki stosunek do popkultury nie jest z Pańskiej strony wyrazem rezygnacji z próby opisania świata? Czy współautor „Świata nie przedstawionego” nie rezygnuje teraz z przedstawienia rzeczywistości, w tym rzeczywistości językowej, która dla młodego pokolenia jest jedyną znaną lub przynajmniej pierwszą, z jaką się ono styka?

Czy rezygnuję? Czy rezygnujemy z opisania rzeczywistości? Opisują ją młodzi pisarze, prozaicy i dramaturdzy.

Rozumiem, że dla tych młodych pisarzy jest to coś istotnego, oni żyją w tym świecie. Starają się wyciągnąć z niego jak najwięcej dla siebie, chcą poczuć się dowartościowani. Dla mnie od strony artystycznej jest to podobne do małego realizmu, do prozy z początku lat 60., którą mocno atakowaliśmy za brak jakiejkolwiek wizji, pierwiastka tragicznego, siły wyrazu. Przypominam, że w naszych książkach z epoki nowofalowej „warstwa rzeczywistościowa” była tylko punktem wyjścia do pewnych projekcji, uzasadnień intelektualnych, nawet daleko idących kreacji.

*A zatem, jako współtwórca jednego z najważniejszych nowofalowych programów i zarazem jako poeta nowofalowy, uważa Pan, że Pańskiej generacji udało się przedstawić tamten świat; świat, którego opisania tak gwałtownie domagaliście się? Czy uważa Pan, że zdołaliście potraktować go serio i - mówiąc po Herbertowsku - uczynić przedmiotem tragedii?

Poeci poszukują prawdy. Łatwo im zarzucić naiwność. Ale przecież ta despotyczna niemal wiara, przynosząc zamierzone efekty, nie zawsze trafia do celu. Ważne są próby. My próbowaliśmy. Przede wszystkim uciec od letniości, konformistycznej postawy, zakłamywania rzeczywistości. Pamiętajmy, że poprzedzające nas pokolenie „Orientacji” domagało się sztuki lewicowej i ideowej, kreowało człowieka socjalistycznego, o paradoksie, językiem szalenie hermetycznym. A nam, czy udało się przedstawić świat? Nie tyle może świat, ile świadomość własnego ograniczenia, własny bój o autentyczność. Cieszę się, że duch tamtego czasu jest tak silnie obecny w wielu utworach.

*Wydaje mi się, że zarówno w przypadku lingwistycznego skrzydła Nowej Fali, jak i w przypadku grupy Teraz owo opisanie świata i wyrażanie świadomości - jak Pan to nazwał -własnego ograniczenia odbywało się poprzez zakwestionowanie nowomowy - języka aspirującego wówczas do roli nadrzędnego.

Zainteresowanie pastiszowaniem nowomowy było bardzo silne także w grupie Teraz, choć nie w takim stopniu jak u lingwistów. O różnicy pisaliśmy zresztą w manifeście opublikowanym na łamach, istniejącej jeszcze, „Współczesności” w 1970 roku. Ponieważ język partyjnej propagandy wciskał się wszędzie, trudno go było nie zauważyć. Traktowaliśmy go jako „pars pro toto” systemu, ośmieszaliśmy, lekceważyliśmy. Na prawach cytatu znalazł się w mojej prozie i w wielu wierszach z lat 70., a potem w tomie „Hurrraaa!” został zderzony z językiem półautentycznej, środowiskowej polszczyzny. Ta konfrontacja z nowomową rodziła rozdarcie, a w konsekwencji budowała oczekiwaną kategorię prawdy. Kiedy pisaliśmy w swoim manifeście o tym, że poezja jest niezgodą (to jest pierwsze zdanie w naszym grupowym almanachu pt. „Teraz” z 1972 roku, prezentującym wiersze sześciu autorów), może najmniej myśleliśmy o lingwistycznych popisach. Właściwie żaden z zamieszczonych tam wierszy nie był „lingwistyczny”, może poza moim „Zamkiem błyskawicznym”, a przecież po debiutach byli już i Stanisław Barańczak, i Ryszard Krynicki. Nam chodziło głównie o ukazanie pozornego życia i kryzysu duchowego, rodzącego bunt. W „Zamku błyskawicznym” (rok 1971!) pisałem m. in.: „Ponury kraj pod kątem prostym, słońce I rzyga do urzędów niebezpieczeństwa, rośnie w pudle twarzy głód; a mięso, mięso I wolności rozrywane na strzępy pakuje I każdy do dymiącej gazety i leci jak I gołąb do swej nieskończonej partii”. Sam się dziwię, jak to przeszło!

*Być może cenzor był w tym wypadku posłuszny zaleceniom, które nakazywały unikania ingerencji mogących narazić urząd na zarzut niedopuszczania do głosu poetów młodego pokolenia. Chciałabym jednak nawiązać do tego, co Pan powiedział o celowym zabiegu zderzenia języków w tomiku „Hurrraaa!”. Wydaje mi się, że zasadzie cytowania „cudzego słowa”, a raczej wchodzenia z nim w dialog, pozostaje Pan wierny po dziś dzień. Czy można zatem mówić o swoistej dialogiczności Pańskiej poezji, dialogiczności rozumianej jak gdyby po Bachtinowsku (choć sam Bachtin tej cechy akurat poezji odmawiał); rozumianej jako zderzenie języków, a co za tym idzie - wyrażanych w tychże językach świadomości? Czy z tego typu dialogicznością mamy do czynienia właśnie w tomikach „Hurrraaa!” oraz „Kamyk i cień”?

Poetyka dialogu, może nie w każdym tomie, ale jest obecna w mojej poezji. We wczesnej fazie chodziło - jak już to powiedziałem - o polemikę z językiem oficjalnym, to jest z językiem propagandy ówczesnych mediów kontrolowanych przez partię, z językiem nowo-mowy z całą jego mdłą zewnętrznością. W późniejszym okresie sięgałem po poetykę dialogu, aby ciągle zachowywać dystans do samego siebie. Co jest cechą charakterystyczną, szukałem „potencjalnych rozmówców”; szukałem ich wszędzie: w życiu, a także wśród poetów mojej generacji. To był ukryty dialog, dzięki któremu mogłem wyraźniej (choć niebezpośrednio) przedstawić swój sąd, opinię na jakiś ważny temat. A zatem ta wielogłosowość, często - jak mówię - niebezpośrednia, pomagała mi uciec od bezpośredniości wypowiedzi i monologu wewnętrznego w stronę przestrzeni bardziej ogólnej. To na pewno jest coś innego niż w poezji Miłosza czy Herberta, gdzie ów teatr głosów pełni dominującą funkcję poprzez system aluzji i odwołań. Mam wrażenie, że u mnie jest to raczej kwestia bardziej liryczności czy też sposobu ujawniania tego, co prywatne a nie problem filozoficzno - kulturowy.

*Ten dialog języków widoczny jest też w „Kamyku i cieniu”. Słowo „cudze” i cudze - że tak powiem - sposoby mówienia dopuszczone zostały do głosu zwłaszcza w cyklu „Żydowska piosenka”.

Tak, to trafny przykład, świadczy on niezbicie o mojej próbie oderwania się od tego, co jest jeśli niebolesne, to z całą pewnością zbyt intymne, a więc nie w pełni zracjonalizowane. Wolałem zatem użyć pewnej konstrukcji literackiej, odwołać się do nie-swojego języka. To oczywiście nie znaczy, że nie chciałem osiągnąć zamierzonego efektu. Inną sprawą jest, czy czytelnik podchodzi do mojej próby z takim samym nastawieniem. Wielu dość krytycznie podeszło do tej obranej przeze mnie formuły mówienia...

*A zatem próbą oderwania się od tego, co intymne jest też w „Wierszu o zabiciu doktora Kahane” parafraza tekstu staropolskiego, która w Pańskim ujęciu brzmi: „A jacy źli to ludzie mieszczanie kielczanie...”

No właśnie, tak samo jest i z tym wierszem przypominającym pogrom kielecki. Jest to wiersz zresztą (mam nadzieję) wieloznaczny, nie wyrażający jedynie (mojego po wielu latach) stosunku do kwestii antysemityzmu. Ale odszukanie tego drugiego dna pozostawiam już czytelnikowi.

*Dlaczego teraz właśnie w Pańskiej twórczości powraca problem antysemityzmu? Czy ma to związek z faktem, iż w okresie pomarcowym o nagonce antyżydowskiej można było -z powodu ograniczeń cenzuralnych -pisać jedynie w sposób aluzyjny? W 1969 roku w wierszu „Wszystko jest proste” pisał Pan: „Sympatycznie wyglądający / chłopcy z republiki poetów, młodzi Żydzi zapuszczali / brody, ktoś cicho mówił: odesłali do sanatorium”. W tomie „Kamyk i cień” z 1996 roku w wierszu „Bat” mottem staje się hasło marca 1968 roku „Syjoniści do Syjonu”. W czym należy upatrywać przyczyn powrotu do tego tematu?

Rzeczywiście do problematyki żydowskości tak naprawdę wróciłem dopiero ostatnio, ale zmagałem się z nią także i wcześniej, choć w sposób (z wiadomych względów) zakamuflowany w niektórych wierszach z dwóch pierwszych tomików z 1972 i 1973 roku. Ale oczywiście np. o holocauście wolno było pisać. W latach 70. to były w mojej twórczości ledwie sygnały, mało wyraziste punkty, wątki nie pogłębione, co wiązało się nie tyle z przyczynami natury cenzuralnej czy osobistej, ale było związane z innymi moimi wówczas zainteresowaniami jako poety, pisarza. Dopiero w dojrzałym już wieku, w czasie coraz częstszych powrotów do dzieciństwa, młodości, penetrowania małej ojczyzny, szukania odpowiedzi na pytanie o tożsamość zacząłem myśleć o tym. To jest sprawa jakby dorastania do pewnych tematów, oczyszczania pola ze zbędnych myśli, wątków. To u mnie objawia się zresztą w takim dziwnym połączeniu, co widać chyba najlepiej w mojej ostatniej prozie: Śląsk, wielokulturowość, kwestia samoidentyfikacji. Przypomina mi się akurat w tej chwili wywiad, jakiego udzielił przed laty Danilo Kiš, wybitny prozaik serbski. Zapytany przez amerykańską bodaj dziennikarkę, dlaczego nigdy nie określił siebie mianem pisarza żydowskiego, odpowiedział: bo nie chciałem należeć do literatury mniejszościowej. Ta jego odpowiedź o tyle jest istotna, że najważniejsze swoje książki poświęcił problematyce holocaustu (sam urodzony w 1935 roku, mówił przede wszystkim o doświadczeniach ojca). Ja oczywiście nigdy bym tak nie odpowiedział. Ale bliska mi jest ta manifestacja dystansu czy też ucieczka od jednoznaczności „etnoliterackiej”.

*Czy i w jaki sposób Julian Kornhauser - prozaik sięga dziś do swoich nowofalowych korzeni? W jakim stopniu Pańska proza „Dom, sen i gry dziecięce” pozostaje w związku z utworami prozatorskimi z lat 70.: „Kilkoma chwilami” i „Stręczycielem idei”.

Do nowofalowych korzeni sięgam bardzo często. W końcu to moja młodość, także literacka. Ale przeszłości nie roztrząsam, raczej ją śnię, a to znaczy: kształtuję na nowo. A co do prozy... Moje trzy powieści mają więcej cech wspólnych niż różnic. Tak mi się przynajmniej wydaje. Mimo odmiennych konwencji. Każda z nich opiera się na fragmentaryzacji, czyli filmowej w istocie strukturze przedstawiania. Zresztą „Kilka chwil”, utwór sprzed trzydziestu lat, zainteresował Krzysztofa Bukowskiego, nieżyjącego już reżysera, który próbował nakręcić film na jego podstawie, ale z różnych powodów nic z tego nie wyszło, mimo że dopisałem na jego prośbę kilka sekwencji dialogowych. To kadrowanie dawało mi możliwość łamania narracji i wprowadzania wieloznaczności. Ale nie tylko forma jest podobna. Przede wszystkim temat: walka o to, by być sobą, problem niezależności, samoidentyfikacji. Niemniej ważny był kontekst historyczny: opis teraźniejszości, wbrew cenzuralnym zakazom - myślę o dwóch pierwszych powieściach, które powstały, kiedy nie było jeszcze drugiego obiegu - z wieloma odniesieniami do Marca 1968 roku i początku lat 70. Niestety, udało mi się tylko połowicznie zrealizować te zamierzenia, bo cenzura nie zasypiała gruszek w popiele. Wszystkie trzy książki mają oczywiście podtekst autobiograficzny, choć nie unikam w nich, czasem nawet rozbudowanej, kreacji. Najmniej jest ona obecna w „Stręczycielu idei”, powieści jawnie krakowskiej, w której ważną rolę odgrywają autentyczne teksty różnej proweniencji. Tę zasadę „cytowania” cudzego słowa, tak charakterystyczną dla poetyki Nowej Fali, stosowałem też w „Kilku chwilach”, choć tam ociera się ona o konwencję metafikcji.

*Adam Zagajewski nieco żartobliwie stwierdził kiedyś, że poeci dlatego piszą książki krytyczne, iż boją się, że nie zostaną zrozumiani, że nie zostanie właściwie odebrana ich koncepcja poezji. W związku z tym chciałabym zapytać o Pańską wizję poezji. W jaki sposób ewoluowała ona począwszy od „Świata nie przedstawionego” poprzez „Międzyepokę”, „Postscriptum” do „Poezji i codzienności”?

Jestem stały w uczuciach. Nie za bardzo zmieniam swoje sądy, czy raczej swój sposób myślenia o literaturze, a zwłaszcza poezji. Z jednej strony jestem przywiązany do lektury wewnętrznej, do wchodzenia w głąb tekstu, w poszukiwaniu jakiejś jednej barwy. A z drugiej oglądam zjawiska literackie w szerszym kontekście. Mam na myśli życie literackie, zderzanie idei, konflikty generacyjne, socjologię odbioru. Te dwa punkty widzenia zawsze towarzyszyły mojemu myśleniu krytycznoliterackiemu. Poza tym wszystkim lubiłem być ostry w poglądach i opiniach, nie uznając „owijania w bawełnę” czy tak zwanej połowicznej prawdy. Zresztą gdyby nie taka strategia, taki sposób podchodzenia do literatury nie byłbym dzisiaj pamiętany jako współautor „Świata nie przedstawionego”.

*Czy mógłby Pan dokonać również oceny ewolucji postaw i przekonań innych autorów nowofalowych? Którzy z Pańskich kolegów najradykalniej odeszli od swych dawnych nowofalowych poglądów, a którzy po dziś dzień pozostają im wierni?

Proszę wybaczyć, ale nie umiem tego ocenić. To przecież Pani powinna odpowiedzieć na to pytanie. Będąc wewnątrz, widzę mniej i często bardzo subiektywnie. Choć, jako historyk literatury, rzecz jasna, jestem w stanie wydać taką ekspertyzę, ale wymagałoby to wnikliwej analizy, na jaką mnie teraz nie stać. Mogę tylko dodać kilka słów na temat, wspomnianych wyżej, moich książek z ostatnich lat. Głównie wydawałem krytykę literacką: wydawało mi się, że ostatnia dekada była bardzo ciekawa, z różnych zresztą powodów, dlatego chciałem ją opisać i odnieść do poprzedniego okresu. Stąd też z jednej strony „Międzyepoka”, a z drugiej „Postscriptum” i „Poezja i codzienność”, nie mówiąc o monografii Herberta, która jest moim prywatnym powrotem do dawnej lektury i próbą jej rewindykacji. Jako prozaik jestem uśpiony, a wiersze piszę coraz rzadziej. Mój ostatni tomik „Było minęło” wyszedł w 2001 roku po sześcioletniej przerwie, teraz znowu coś drgnęło, choć, jak zawsze, mam wątpliwości, czy jestem na dobrej drodze.

*Zbigniew Herbert od początku był autorem niezwykle ważnym dla Pańskiego pokolenia. Był chyba dla Pana, dla Adama Zagajewskiego, Stanisława Barańczaka swoistym punktem odniesienia, przedmiotem ataków i podziwu. Teraz po latach zarówno Pan, jak i Adam Zagajewski (chociażby we wspomnianej już „Obronie żarliwości”) powracacie do lektury Herberta, do rozważań nad jego stylem uprawiania poezji. Skąd w Pana przypadku tak silna potrzeba - jak Pan to nazwał - rewindykacji lektury Herberta?

W latach 90., kiedy Herbert wydał trzy swoje znakomite tomy poetyckie, odczułem potrzebę powtórzenia dawnej lektury jego utworów, które w epoce „Świata nie przedstawionego” były dla mnie wyrazem postawy paseistycznej. Po wydaniu „Elegii na odejście” zrozumiałem, tak naprawdę, dramat Herberta, podejmowany przez niego wysiłek mówienia rzeczy niepopularnych i w dużej mierze moralnie poważnych. W tych trzech książkach otworzył mi się prawdziwy Herbert ze swoim złamanym losem, ostrym widzeniem spraw codziennych, także politycznych. To zmusiło mnie do nowej refleksji nad jego dawnymi utworami. Stąd też przyjęta przeze mnie konwencja „Uśmiechu Sfinksa”, polegająca na chronologicznej, systematycznej lekturze poszczególnych wierszy i tomików od „Struny światła” po „Epilog burzy”. To zresztą nic dziwnego, przecież każdy z nas, wracając do książek, które czytaliśmy, widzi coś więcej, coś innego i przymierza tamte słowa do własnych obecnych oczekiwań.

*Jaki teraz po latach jest w takim razie odbiór twórczości Pańskiej generacji? Czy pana zdaniem Nowa Fala pozostaje punktem odniesienia dla poetów najmłodszego pokolenia?

Jeżeli spojrzymy na to, co się mówi, pisze o mojej generacji w aspekcie czy to literackim, czy to kulturowym - jak obserwuję - następuje tu pewne zawężenie odbioru. Bo w końcu, właściwie media, dziennikarze, opisywacze, często przypadkowi - wspominają zwykle trzy nazwiska: Zagajewskiego, Krynickiego i Barańczaka. Mam poczucie niespełnienia, powolnego zapominania o tym, co się stało. Co do Pani drugiego pytania... Nie wiem. Nie sądzę. Dla najmłodszych to już prehistoria, w dodatku ulegająca daleko idącej stereotypizacji, dzięki podręcznikom, generalizującym opiniom. Ale tak naprawdę nie mam pojęcia, co czytają młodzi autorzy. Wiem natomiast, jakimi lekturami zachwyca się mój syn: Jarrym, surrealistami, dadaistami, ale jednocześnie uwielbia Szekspira i Nietzschego.

*Być może nasycenie wierszy nowo-falowych politycznym i społecznym konkretem utrudnia dziś lekturę młodym ludziom? Wszak próba opisania i zdiagnozowania PRL-owskiej rzeczywistości naraziła Pana samego i całą nowofalową formację na konflikt z cenzurą. Próba obchodzenia zakazów cenzury oznaczała niekiedy konieczność wprowadzaniu aluzji opartych na konkrecie, odsyłającym dopiero do właściwego tematu wypowiedzi.

Nasycenie wierszy konkretem to dar boży. Jak już wielokrotnie mówiłem, przy różnych okazjach, konkret nie zubaża poezji, ale ją wzmacnia. Świadomemu czytelnikowi nie może on przeszkodzić w zrozumieniu przesłania. Jeśli u Kochanowskiego czytamy, że „w ręce polskie Połock przeszedł”, musimy znać historię, podobnie jest przecież u większości poetów. Nawet kiedy „jasny” Różewicz pisze: „ocalałem prowadzony na rzeź”, czytelnik - jak Pani chce, młody - powinien wiedzieć, o jaką tu rzeź chodzi. Cały Miłosz, cały Herbert to operowanie konkretami. Nam chodziło o to, by pisać o naszym realnym świecie, kiedy to było zabronione czy niewygodne. A poza tym konkret dawał możliwość unowocześnienia skostniałego języka, wprowadzenia go na tory naturalnej mowy, co zresztą w naszej poezji nie było tak oczywiste, bo hasło „mówienia wprost” dotyczyło nie stylistyki, tylko prawdy.

*Nowa Fala na Zachodzie buntowała się przeciw mieszczańskiemu stylowi życia i przeciw wartościom reprezentowanym przez pokolenie rodziców. Dziś Pokolenie '68 piastuje wysokie stanowiska rządowe, objęło katedry uniwersyteckie i - że tak powiem - rząd dusz. Pokolenie to na Zachodzie dość butnie uznaje dziś swoje rozpoznanie rzeczywistości za najtrafniejsze i wciąż aktualne, w związku z czym zakłada, że młodsze generacje odczuwają tę samą potrzebę kontestowania tradycyjnych wartości. Czy zatem fakt, że polska Nowa Fala musiała się zmierzyć z innymi wyzwaniami, z wszechobecnym w życiu publicznym kłamstwem, nie przyczynił się do tego, że jej bunt widziany z dzisiejszej perspektywy jest o wiele głębszy, istotniejszy?

Nasz bunt wcale nie był głębszy, tylko inny. Przede wszystkim był lekceważony. Na Zachodzie młode pokolenie doprowadziło do zmiany stylu życia i rządzenia, stało się zaczynem nowej, nowoczesnej aksjologii. U nas w kraju niedemokratycznym wszystkie te ruchy były anemiczne, słabo słyszalne, wąsko środowiskowe. Może dlatego, że szybko staliśmy się obiektem inwigilacji służby bezpieczeństwa. Uległo to zmianie dopiero w latach 80., kiedy ruchowi generacyjnemu zaczęły towarzyszyć działania na znacznie szerszą, „solidarnościową” skalę. Pani pytanie zresztą jest raczej socjologiczne. No, może rzeczywiście bunt Zachodni widziany nie tylko z dzisiejszej, ale i z tamtej perspektywy wydawał się nam nieco naiwny...

*Czy nie tęskni Pan za czasami nowofalowymi, w których literatura nie była towarem, a słowo pisarza, poety uważano za niebezpieczną broń, której użycie doprowadzić może do upadku systemu?

Nie tyle tęsknię, ile mam świadomość, że dawało to poczucie wyższego sensu, połączonego z ryzykiem. Ale z drugiej strony obecna sytuacja też wymaga samozaparcia, nowej strategii, żeby się nie zagubić.

*Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Hobot


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas