poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TADEUSZ NYCZEK
Teraz wprost
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

Czyżby wszystko się zaczęło od poezji, najszybszej? Przynajmniej w naszej pokoleniowej świadomości rzeczywiście ona była pierwsza. Było nie było, Grupa Teraz powstała w 1968 roku, a tam, w Marcu, był początek... Zresztą diabli wiedzą, nie o rachuby pierwszeństwa przecież chodzi. Bo w końcu Teatr STU czy 8. Dnia powstały wcześniej, a to niemniej istotne filary ruchu... Podobnie z wcześniejszego czasu wywodzi się plastyczna Grupa Wprost, założona w 1966 roku. Tyle że z nią było trochę inaczej, wprostowcy byli starsi, Sobocki nawet dużo starszy, bo gdyśmy się poznali, z początkiem lat 70., niemal dobiegał czterdziestki, więc już był prawie z innego świata. Ale tu znowuż złośliwa pamięć podpowiada, że równolatkami wprostowców byli i Leszek Moczulski, i Krzyś Karasek, którzy dosyć szybko i jakby naturalnie znaleźli się w środku poetyckiego pokolenia '68... Zostawmy. Przynajmniej na razie. Wiek jeszcze wtedy odgrywał pewną rolę, później, jak to bywa, różnice się pozacierały.

Pierwszy z plastyków w kręgu nowofalowym znalazł się bodaj Janek Sawka. Zabrzanin, rocznik 1946, rówieśnik Barańczaka, Kornhausera, Szarugi, a też Michnika, i poniekąd piszącego te słowa, studiował we Wrocławiu, ale w newralgicznym 1970 roku zjechał do Krakowa, zagnieździł się w dosyć okropnym garażu na wygwizdowie, bo było po prostu łanio, i tam zaczął swoją działalność nadwornego projektanta programów i najsłynniejszych do dziś plakatów Teatru STU, tudzież głównego naonczas rysownika „Studenta”. Był jednym ze spadkobierców i ostatnich współtwórców słynnej polskiej szkoły plakatu. Uczeń Macieja Urbańca, przyjaciel Geta-Stankiewicza i debiutującego wtedy ze sporym hukiem duetu Marcin Mroszczak/Tomek Sikora, czynnego, dopokąd Sikora nie wyniósł się do Australii robić tam karierę wziętego fotografika reklamowego i nie tylko. Sawka zresztą też rychło się wyniósł. Najpierw z Krakowa do Warszawy, potem do Paryża, po znacznym sukcesie w postaci Oskara Malarstwa otrzymanego w międzynarodowym konkursie we francuskim Cagnes-sur-Mer. Stamtąd zaś po paru latach szarpaniny wreszcie do wymarzonego Nowego Jorku, gdzie do dziś żyje i pracuje. Podobno nosi się z zamiarem kolejnych przenosin, tym razem aż do Japonii, bo w sumie ze wszystkich nacji Japończycy okazali się dlań najłaskawsi. Z ich pismami artystycznymi i firmami projektowymi od dawna miał zażyłe kontakty i konszachty, a że kraj ten artystów szanuje, jeśli dojrzy w nich dobry obiekt do inwestycji, pewnie tak się to skończy.

Sawka był w Polsce trochę dzikim szaleńcem. Roznosiło go, rzucał się na wszystko z pazernością kogoś, kto chciał połknąć cały świat i zostać Głównym Artystą Planety, więc nie dziwota, że przaśny socjalizm, choć okraszony niezłym życiem towarzyskim i intelektualnym, to było dla nadzwyczaj ambitnego artysty za mało. Robi od Palestyny po Tokio wielkie projekty rzeźbiarsko-architektoniczno-instalacyjne, miewa wystawy, a że jest pracowity jak całe stado mrówek, pewnie ma, co chce. Jakiejś szalonej kariery, na którą bardzo liczył, raczej nie zrobił. Wiele jego opowieści o licznych sukcesach było owocem radosnej mitomami, ale ze swoją przebojowością, wiarą w siebie i niezmożoną pomysłowością w różnych dziedzinach sztuk plastycznych pasował do Ameryki jak mało kto i nikt nie miał mu za złe, że w pewnej chwili porzucił nas i wybrał wielki świat.

Ale może nie Janek był pierwszy? A raczej pewien kompletnie dziś zapomniany artysta-społecznik, brodaty, o urodzie ni to młodego Marksa, ni to jakiegoś chilijskiego rewolucjonisty - Janusz Kaczorowski? Grafik, prekursor instalacji czynionych z najprzeróżniejszych odpadków doczesnego życia, ironista w sztuce, ale śmiertelnie serio pośród ludzi Zrazu zasłynął jako świetny i sugestywny mówca podczas studenckich wieców marcowych w krakowskim Żaczku w 1968 roku Prawdziwy guru, także dlatego, ze parę lat od nas starszy, był z tych, co wcale nie chcieli obalać socjalizmu, wręcz przeciwnie, utopijnie i namiętnie marzyli o jego szlachetnej naprawie Pisywał także gniewne wiersze, jako poeta przynależał do efemerycznej grupy 848, której nazwa, dziś juz bodaj nikomu z niczym się nie kojarząca, wywodziła się od daty publikacji Manifestu Komunistycznego Partyjny, był przy okazji totalnym anarchistą w zachodnio-lewackim stylu, co na naszym gruncie było pewnym dziwactwem, ale widać i takie rzeczy musieliśmy mieć na rozkładzie. W końcu, „nolens volens”, ale często „volens”, byliśmy fragmentem większej pokoleniowej całości, od uniwersytetów paryskich po campusy amerykańskie, i przynajmniej jeszcze z początku trochę gubiliśmy się w rozróżnieniach między lewicowością, lewactwem, anarchizmem i zwykłą kontestacją czegokolwiek. Byle było inaczej niż jest.

Kaczorowski przyjaźnił się z terazowcami (Witkiem Jaworskim zwłaszcza, ideologicznie mu bliskim) i wprostowcami jednocześnie; przez chwilę wykładając na krakowskiej ASP, został zeń rychło wyrzucony za... publiczne ataki na nią. Czynił je zresztą w duecie ze Zbylutem Grzywaczem, tego jednak nie wyrzucono dlatego tylko, że był już docentem, a bodaj i profesorem, a Janusz prostym kontraktowym wykładowcą i nic go nie chroniło. Pies na kobiety, zostawiał za sobą krwawe ślady wielu złamanych serc. Skłonność do dam dzielił w swoje bujnej i ścichapęk naturze z pasjami czysto społecznikowskimi, pracując już to jako wychowawca młodzieży, już to pracownik bractwa św. Alberta. Miał też w życiorysie epizod pracy w znanym skansenie etnograficznym w beskidzkiej Zubrzycy Górnej. Był nieźle pokręcony wewnętrznie, co widać choćby po tym zarysie curriculum vitae; zapadał na różne choroby; wciąż rzucając się po życiu jak ryba zbyt często wyjmowana z wody, w końcu nie wytrzymał ciśnienia nieuleczalnej, jak mu się zdawało, polskiej paranoi, i w 1986 roku wyskoczył z okna osiedlowego mieszkania. Niewielu już pamięta, że taka dziwna i niespokojna postać przewinęła się kiedyś przez Kraków i nasze pokolenie. Z jego sztuki chyba już nic się nie ostało, ale nie wiem, czy dbałby o to; wolałby chyba z sensem żyć, a z tym już było gorzej. Jeszcze jedna ofiara parszywego czasu.

Swoistą karierę zrobili w naszej paczce rysownicy, głównie satyryczni. Pierwszy, po Sawce, zjawił się Mleczko. Był rok 1971, Andrzej miał jeszcze nadzieję skończyć studia architektoniczne u słynnego profesora Zina. Póki co, przyszedł do „Studenta” z nieśmiałymi rysunkami, dosyć jeszcze niepodobnymi do „prawdziwych Mleczków”. Ale było już w nich to coś i Andrzej został w „Studencie” na długie lata. Piekielnie mu zależało na dorobieniu się własnej kreski, własnego stylu. Rysował jak szalony, wciąż próbując tego i owego, aż trafił na właściwy dukt i tego się trzyma właściwie do dziś. Czasem dorzuca do swoich obrazków kolor, ale dopiero odkąd się dorobił własnej galerii i ktoś bystry mu doradził, a może sam na to wpadł, żeby i tym sposobem spróbować poszerzenia „oferty handlowej”. Miał (i ma) zupełnie niewyobrażalny talent do wymyślania historyjek. I to na wszelkie możliwe tematy - od politycznych po ostro erotyczne. Kipiąc pomysłami, stworzył na przykład całą szkołę komiksu własnego wyrobu, a z jego książek i książeczek, które z latami zaczął wydawać przy swojej autorskiej galerii, uzbierała się niezłej długości półka. Długo nie doceniano jego tekstów wpisywanych w tak zwane dymki, mając je za konwencjonalne dopełnienie rysowanek; dopiero Stanisław Radwan, wielki kompozytor i człowiek rzetelnie rozrywkowy, Piwniczanin od Skrzyneckiego w końcu, zauważył ich fenomen i skomponował do nich kilka lat temu muzykę operową, pastiszującą różne muzyczne style i motywy. Tę „Operę mleczaną” wystawił w 2002 roku ze znacznym sukcesem Mikołaj Grabowski w Starym Teatrze, i tak prosty satyryk rysunkowy znalazł się w towarzystwie Puccinich, Verdich i Leoncavallów. Ośmielony, poszedł dalej jeszcze. Opublikował kolejne książki, w których rysunki są tylko dodatkiem do tekstów funkcjonujących całkiem samoistnie. Te aforyzmy i wierszowane humoreski, bardzo skądinąd udatne, potwierdzają tylko rzadką wszechstronność niedoszłego architekta.

Mleczko był naonczas, w latach 70., fragmentem większej całości. Ta całość (niecała w tej wyliczance) to była niezgorsza ekipa rysownicza, którą po trosze podkupiły ze „Studenta”, po trosze własnoręcznie wyhodowały ówczesne warszawskie „Szpilki” pod wodzą Krzysztofa T. Toeplitza, czyli popularnego KTT. Znalazł się w tej stajni, obok Sawki i Mleczki, katowiczanin (choć urodzony w Krakowie) Andrzej Czeczot, rychło wielki nasz przyjaciel przyłączony do stada mocą duchowych, intelektualnych i towarzyskich wyborów, choć, patrząc po kalendarzu, bliżej mu było do Mrożka niż powiedzmy Andrzeja Krauzego czy Dudiego-Dudzińskiego, tych ostatnich już z własnego, stołecznego dorobku „Szpilek”.

Był tam też jeden jeszcze wariat, tym razem poznaniak, czarniawy i nieduży, z proroczymi wąsami, choć do strajków stoczniowych i znanego potem wąsacza skaczącego przez mur było jeszcze daleko; grafik, plakacista, scenograf i filmowiec - Wojtek Wołyński, zwany Wojtulą. Miał zupełnie niebywały talent w rękach. Gdyby się urodził dwieście lat wcześniej, byłby jednym z ilustratorów Wielkiej Encyklopedii Francuskiej d'Alemberta i Diderota. Artystycznie odwrotność dosyć brutalnych w swojej dosadności Mleczki czy Czeczota, miał cienki zarówno dowcip, jak i piórkową kreskę, którą operował jak lancetem, czy to kreśląc umetaforyzowane portrety, czy wykonując lekko surrealizujące komentarze-ilustracje do wierszy przyjaciół, zwłaszcza Barańczaka, któremu został wierny i w Polsce, i w Stanach, gdzie obaj się w końcu znaleźli po 1980 roku, jako że Wojtula wdał się w Solidarnościową politykę i po wyjściu z wojennego internatu miał dosyć ukochanej ojczyzny z jej generalicją. No a Barańczak, wiadomo, wyjechał objąć katedrę w Cambridge i już został.

Pomyślałby kto - co za galeria postaci, od Sasa do Łasa. Gdzie tu jakaś spójna ideologia, także artystyczna? Czyżby trzymała nas wtedy razem tylko przyjaźń, zrodzona z przypadku znalezienia się w tym samym miejscu tego samego czasu? I przeżycia mniej więcej tych samych publicznych okoliczności? To też. Ale myślę, że była w tym znaczna i naturalna otwartość na różne formy i postawy. Niejasna świadomość, że nie żadna przed-ustawna doktryna nas wiąże, a pospólne błądzenie po Lesie Ardeńskim, który wybraliśmy sobie na mieszkanie kierowani raczej instynktem niż podpisem na jakiejś związkowej legitymacji. To, co Zbigniew Herbert nazwał później potęgą smaku? Pewnie też, ale tu bym nie mitologizował; to było jak zwierzęce wywąchiwanie pewnych zapachów bliższych niż inne. Owszem, były w tym naszym ogólnie biorąc „pokoleniu” rozmaite pod-formacje spojone konkretną ideą czy doktryną, choćby śląska grupa Kontekst Tadeusza Sławka, Stanisława Piskora i Andrzeja Szuby, czy warszawska Konfederacja Nowego Romantyzmu Bohdana Urbankowskiego i Jerzego Tomaszkiewicza. Ale ogólniejsze zjawisko, które zostało określone Nową Falą, nie wyznaczyło sobie żadnych ram estetycznych czy ideologicznych, których przestrzeganie decydowałoby o przynależności bądź zdradzie. Owszem, „mówić wprost” terazowców, kiepsko skądinąd przestrzegane. Owszem, lingwistyczne badanie językowych pułapek rodem z poznańskiej szkoły Barańczaka i Krynickiego. Owszem, rzeczywistość, a nie bujanie w obłokach czystej sztuki. I właśnie czystego nie było tam nic, wszystko pomieszane. Wybór dróg był duży, wszędzie, nie tylko w literaturze. Nad tym wszystkim jednak górowało życie wyzwalające podobne reakcje i emocje. Stąd te dziwne wspólnoty artystyczne, Mleczko obok Wołyńskiego, Kaczorowski obok Sawki. W normalnych okolicznościach może by się nawet i nie spotkali.

A to przecież nie koniec! W tym Lesie Ardeńskim, w jego północno-zachod-nim krańcu, gdzie buszowali poznaniacy, poza Wołyńskim skumplowanym z poetami, mieszkała grupa Od Nowa, złożona głównie z malarzy i grafików. W pojedynkę uprawiali osobne poletka, ale gdy się razem skrzykiwali, wynikały z tego najprzeróżniejsze przedsięwzięcia typu parateatralnego, coś z pogranicza happeningu i sztuki akcji. Grupa Od Nowa (pod przywództwem Izy Gustowskiej i Wojciecha Müllera) animowała mnóstwo studencko-alternatywnych imprez i festiwali - na czele ze świnoujską FA-Mą, zawsze gotowa wejść tam, gdzie coś się dzieje albo za jej sprawą dziać będzie. Ich twórczość, zarówno indywidualna, jak pospólna, czerpała z awangardy i sama tej awangardzie przysparzała nowych ścieżek. Od lat Gustowska z Müllerem szefują na zmianę poznańskiej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Obydwoje mają znaczne osiągnięcia jako niezależni graficy eksperymentalni, a społeczno-organizacyjne pasje rektora Müllera nadal co roku wiodą go ku FAMie, gdzie jako siwy guru plastycznej młodzieży nadal nadaje ton wizualnej stronie festiwalu.

Jak widać, mieszanka firmowa zyskała jeszcze jeden smak, zdawałoby się, niekoniecznie bliski estetycznym wyborom nowofalowej formacji. W wielu bowiem manifestach, głoszonych, pisanych czy po prostu realizowanych, właśnie doktryny awangardowe były kierunkiem kultury opatrzonym tu szczególną nieufnością. Polską awangardę oskarżano o etyczny eskapizm, zapominanie, w jakim kraju żyje i z jakich prerogatyw korzysta, zważywszy że czasy, gdy była ideologicznie prześladowana, dawno minęły wraz z socrealizmem, a obecna władza odkryła bezpieczne dla siebie korzyści z jej wspierania. Zarzuty te, ogólnie słuszne, były jednak nieco dwuznaczne. Nie dało się przecież wylać z kąpielą całej awangardy jako pewnej postawy w kulturze... Uniknąć respektu dla niektórych jej zdobyczy, językowych zwłaszcza... Przydawały się w poezji (wczesny Krynicki czerpiący z Peipera, Barańczak z Białoszewskiego i Karpowicza, Karasek i Kornhauser z ekspresjonizmu), przydawały się w plastyce. Te właśnie zdobycze podnosili na swoje ideowe sztandary poeci i krytycy grupy Kontekst, często w sporze na przykład z grupą Teraz.

Nie był to bynajmniej spór na śmierć i życie. Terazowcy nie byli doktrynerami, i choć u początku drogi dość stanowczo formułowali swoje intelektualno-estetyczne postulaty „mówienia wprost”, realizacje, jak wyżej wspomnieliśmy, rzadko miewały czystą postać. W tym miejscu trzeba odwołać się do najważniejszej bodaj wspólnoty literacko-artystycznej, będącej skutkiem spotkania się obu krakowskich grup: Teraz i Wprost. Już w samych nazwach było coś pokrewnego. Jedni i drudzy odżegnali się od formuły kultury „zawsze i nigdzie” na rzecz „wprost i teraz”.

I znowu trzeba podkreślić, że niewiele tu było jednoznaczności i w efekcie konsekwencji. Zarówno terazowcy, jak wprostowcy nie unikali stosowania rozmaitych stylistyk, jeśli uznali, że zwyczajnie się przydadzą. Kto zarzuci im eklektyzm, zwłaszcza formalny, wiele się nie pomyli. Ich wynalazczość na poziomie odkryć stylistyczno-językowych była niewielka, wręcz minimalna, z czego niejednokrotnie czyniono im zarzut: cóż to za twórczość, której nie zależy na dystansowaniu ani kompromitowaniu osiągnięć poprzedników! Nienowoczesne to jakieś, prostackie, zachowawcze... Ale tak było; zwłaszcza wprostowcy bez żenady czerpali garściami z tego, co wymyślili inni, jawnie lekceważąc najświętsze z prawideł awangardy, że po nikim nie wolno powtarzać. Tyle że to prawidło już wtedy, w latach 60., było postulatem głównie na papierze. Nikt bowiem tak bardzo nie powtarzał po sobie, jak... awangardziści właśnie... Nasi po tych zachodnich, ci zachodni po swoich ojcach i dziadach z początku wieku.

Wprostowcy zrobili rzecz szczególnie karygodną: brali tyleż z najbardziej zaprzałej tradycji, na którą ze wstrętem reagowali awangardziści, jak z awangardy, uznając ją tym samym również za rodzaj tradycji. Leszek Sobocki ze swobodą barbarzyńcy w ogrodzie malował a to płótna w stylu Malczewskiego, a to pastiszował sarmacki portret trumienny, a to brał, co chciał, z pop-artu i ready-made's, żeniąc techniki i technologie ręką lekką i wolną od jakichkolwiek doktrynalnych czy gatunkowych zobowiązań. Czyni tak właściwie do dziś. I nikt się już nie dziwi, że na tej samej jego wystawie, powiedzmy w roku 2003, zobaczy realistyczny portret olejny, malowane komentarze do powiększonych obok fotografii, spreparowane „biedne” przedmioty, jakieś stare deski, garście zaśmieconej ziemi, niczym cytaty z Kantora... Przy malowidłach wypisywane ręcznie komentarze literackie, jakby artysta nie wstydził się i takiej mieszaniny... Ale czemużby miał się wstydzić; od lat także pisuje, już to dziwne kolażowe powieści jednorazowego użytku, już to eseje-opowiadania, już to autobiograficzne wspomnienia wplatane w grafiki czy fotografie z dzieciństwa.

Trzeba by wreszcie porządnie przedstawić wprostowców z imienia i nazwiska, choć niejeden czytelnik stuknie się zapewne w głowę: ich przedstawiać? Jedną z najgłośniejszych grup twórczych po wojnie, z dziesiątkami wystaw, artykułów krytycznych o nich razem i o nich osobno... Cóż, nie oszukujmy się: sława ich przeminęła wraz z czasem, którego byli tak aktywnymi wyrazicielami. Po drodze stała się rzecz wielce nieprzyjemna - wywłaszczono ich bez pardonu z nazwy, i to w momencie, kiedy praktycznie zostali skazani na milczenie: w stanie wojennym. Był rok 1982, apogeum wojny jaruzelskiej, Zbylut Grzywacz ledwo co wyszedł z internowania, trwał nieformalny, ale faktyczny środowiskowy bojkot uczestnictwa w życiu publicznym, a tu znienacka pojawia się w Poznaniu nowy tygodnik o nazwie... „Wprost”. W redakcji musiano wiedzieć o Grupie Wprost, ale zapewne też dowiedziano się, że nazwa nie była prawnie zastrzeżona, jako że grupa nigdy się formalnie nie zarejestrowała. Więc cóż tam czwórka artystów, mogła im nagwizdać. Tym bardziej że politycznie była mocno śmierdząca, a pismo miało za sobą zgodę i siłę przodującej partii. I tak nastąpił powolny koniec twórczej Grupy Wprost, która już nigdy nie wróciła do wspólnej działalności, a narodził się tygodnik „Wprost”, z którym grupa nie chciała mieć nic do czynienia, nie tylko z przyczyny ukradzionej nazwy. Jeszcze w roku 1986 krakowska galeria „Inny Świat” urządziła ex-grupie skromne dwudziestolecie, i na tym się skończyło. Przynajmniej, jeśli chodzi o zbiorowe wystąpienia.

Wpisuję teraz, z ciekawości, do wyszukiwarki internetowej hasło „grupa Wprost”. I dostaję odpowiedź: „...Wprost online - grupa trzymająca tantiemy...”. Nie o to chodzi. Szukam dalej, „...ich grupa wprost zajmuje się dostarczaniem usług np. w dziedzinie opieki socjalnej.. „

Też nie to. Piszę więc hasło „wprost”. Natychmiast dostaję odpowiedź: „Tygodnik Wprost... Kariera 'Wprost' zaczęła się...”. No tak, tego się należało spodziewać. Dopiero wpisując nazwisko któregoś z malarzy, trafiam na informację, że taka grupa w ogóle istniała.

Na listach rankingowych artystów, których „się nosi” w ostatnim kilkunastoleciu, nie występuje żaden z nich. Ani Sobocki, ani Grzywacz, ani Maciej Bieniasz. Jeszcze czasem pojawia się nazwisko Jacka Waltosia, z okazji jakiejś znaczniejszej wystawy. Są już inni, młodsi, bardziej „en vogue”, w nurcie prawdziwej nowoczesności, łatwi do jasnego określenia, przyporządkowania. Jeśli są jacyś starsi, to też tylko tacy, którzy pasują do aktualnych trendów. Wprostowcy, jak się wyżej rzekło, nigdy do niczego nie pasowali. Zbyt awangardowi jak na tradycjonalizm, i zbyt tradycyjni jak na bohaterskich pionierów. Pełni raczej wahań niż twardej bezkompromisowości. Przekonani, że świat jest zawsze bardziej skomplikowany, niż się wydaje, i że trzeba się zmierzyć raczej z tymi komplikacjami, niż trzymać wytyczonych szlaków ideologii bądź estetyki. Jak pisał proroczo - 30 lat temu! - Andrzej Osęka: „Gdyby 'Wprost' urządziła na temat swoich wątpliwości happening, spędzając tydzień na podłodze Pałacu Sztuki - wszyscy byliby zachwyceni. Między innymi dlatego, ze nikt by w owe wątpliwości nie wierzył. A tak - widać je wyraźnie we wszystkich niekonsekwencjach, w całej szarpaninie czterech malarzy (...) obarczonych bagażem kulturowym polskiego inteligenta naszych lat”.

Byli od poetów z Teraz średnio o 6-7 lat starsi, poza wspomnianym Sobockim, rocznik 1934, więc bardziej rówieśnikiem debiutantów z okolic października 1956 roku. Ale wszystkich połączyło doświadczenie przede wszystkim marca 1968. No i fakt, że obie grupy, każda na swoim terenie, były równie zrewoltowane. No, a jak się jeszcze mieszka w Krakowie... Pierwsze spotkania, w mieszkaniach czy pracowniach każdego po kolei, były jeszcze bardzo formalne, niesłychanie artystyczne. Obwąchując się wzajemnie, przedstawiano swoje prace, demonstrowano obrazy i rysunki, czytano wiersze, jak w przyzwoitym klubie związków twórczych. Niemal wygłaszano pogadanki i referaty... To było bardzo szlachetne i nobliwe, ale do czasu, aż konwencje nie zaczęły uwierać, a sytuacje przypominać Gombrowiczowskie gęby z pupami. Na ratunek przyszło - pożywienie. Na każde takie spotkanie trzeba było przecież coś przygotować, żeby nie siedzieć o suchym pysku... Jakąś przekąskę, butelkę wina... I tak się zaczęło. Z czasem kolacje stawały się coraz bardziej wyrafinowane, bo gospodarze ujawniali się z upodobaniami kucharskimi, a że trudno było o produkty, tym goręcej oczekiwano na kolejną niespodziankę ze strony kolejnego mistrza wieczoru. Takoż rozmowy wreszcie przestały być „programowe”, a weszły w zdrową fazę dyskusji o czymkolwiek. A że w tamtych czasach nawet cokolwiek było istotne i poruszające, tematów nie brakowało. Były rzecz jasna i demonstracje artystyczne, i pyskówki krytyczne, ale już w ramach naturalnej ciekawości cudzej roboty.

No, a potem mijały lata i spotkania robiły się rzadsze. Ludzie zmieniali mieszkania i żony, sytuacja w kraju stawała się coraz wyrazistsza, więc i mniej wzbudzająca wątpliwości, czyli dyskusyjnych zaczynów. Porozchodziły się też poniektóre indywidualne ścieżki politycznych, a w ślad za tym i towarzyskich wyborów. Grupa Teraz po kilku latach przestała istnieć, zresztą w tych intergrupowych spotkaniach ze strony Terazowców brał udział głównie Zagajewski, rzadziej Kornhauser, pozostali bodaj tylko raz, na samym początku. Ostateczny przełom dokonał się w połowie dekady, kiedy powstał drugi obieg wydawniczy. Ci, co wybrali wolność pisania, dostali zakazy druku i znaleźli się jakby w innym świecie. Wprostowcy, po pierwszym okresie nadziei, że coś się wreszcie w kraju do sensu stanie, szybko zaczęli tracić wiarę w możliwość zmiany czegokolwiek na lepsze w psiejącym coraz bardziej socjalizmie. Ponadto odkryli z goryczą, że obracają się nadal w zaklętym światku artystycznego getta, a to o wiele za mało jak na ich obywatelskie ambicje. Jeszcze walczyli z komunistycznym załganiem języka, artystycznie komentując ponury, wbrew propagandzie sukcesu, los zwykłych ludzi wkręconych w namiastki sensu życia. Jeszcze Grzywacz malował groteskowo ekspresyjne serie tusz końskich czy wołowych, obdartych ze skóry i polatujących nad sklepowymi kolejkami, albo mężczyzn „zmiętych i odprasowanych” przez niewidzialne manipulacje ideologiczne. Jeszcze Bieniasz rysował rozpaczliwe zaułki i podwórka śląskie, świadectwa pogardy dla ludzi ciężkiej i upokarzającej pracy. Jeszcze Waltoś rzeźbił wydrążone twarze i całe postaci jakby pozbawione środka, bliższe śladom po samym sobie niż substancjalnej pełni. Jeszcze Sobocki pastiszował sarmackie portrety trumienne, malując swoją żywą wciąż twarz jakby odciśniętą na zużytych odpadkach miejskiej cywilizacji, wyrwanych denkach krzeseł, pordzewiałych miskach, zniszczonych znakach drogowych. Świat osuwał się jednak w stronę przepaści niezależnie od tych gestów, i jeśli coś jeszcze trzymało Wprostowców przy tworzeniu,to poczucie niezbędności świadkowania temu upadkowi.

Krótki okres pierwszej „Solidarności” spowodował oczywiste ożywienie instynktów - nazwijmy je: społecznych -ujawnionych w nagle dobudzonych środowiskach artystycznych, choć akurat wprostowcom taka extra zachęta od losu bynajmniej nie była potrzebna. No, może wyjąwszy Sobockiego. Naturalny egotysta, zawsze stroniący od jakichkolwiek związków z większym niż rodzina i najbliżsi przyjaciele ludzkim zgromadzeniem, sceptyk i ironista, jak zwykle przyglądał się wszystkiemu z bezpiecznej odległości. Jego pasje w zakresie publicznego dyskursu o kondycji świata praktycznie w całości wyczerpywały się na poziomie własnej pracowni będącej jego prywatną kuźnią, redakcją, okopem, barykadą i fabryką broni. Symptomatyczne: nigdy nie odczuwał, w przeciwieństwie do pozostałych kompanów z grupy, najmniejszych ciągot do pedagogiki ani wiązania się z jakąkolwiek instytucją przy pomocy państwowego etatu. Oni prawie fanatycy akademijnej pracy u podstaw, prowadzący swoje pracownie oblegane przez zapatrzonych w nich uczniów - on wręcz przeciwnie. A przecież patrząc z boku na wprostowe dokonania, bez zaglądania w życiorysy, przygodny widz bez trudu stwierdziłby, że właśnie Sobocki pozostał najwierniejszy „społecznemu posłannictwu”... Wszak już w latach 80., po stanie wojennym, zaczął się u pozostałej trójki (może wyjąwszy Waltosia, zawsze od bezpośrednich zaangażowań w swojej sztuce odległego) generalny odwrót od tematyki politycznej czy społecznej, i tak zostało. Sobocki zaś, po paroletniej przerwie, którą poświęcił na obmalowanie swoich bliskich, matki i ojczyma, zamieszkałych od dawna w Kalifornii (świetny cykl malarski „Parawan-screen, good morning Mr & Mrs Helena, James Lane”), w latach 90. i następnych znów wrócił do aktualiów, żywo i głęboko komentując na przykład nowojorską tragedię WTC z 11 września.

 Dziś świat tych niegdysiejszych, silnych związków przyjacielsko-artystycznych już jest tylko historią, choć i spotkania, rzadkie, bywają, i ciekawość wzajemnej roboty nie ustała. Ex-terazowcy są już od tak dawna w tak różnych miejscach fizycznej i mentalnej rzeczywistości, że właściwie mówimy o fragmentach byłej całości. Odnosi się to zresztą do całej formacji nowofalowej, której literackim podsumowaniem i poniekąd testamentem stała się antologia „Określona epoka” z roku 1994, sporządzona przez niżej podpisanego. Dalej to już tylko snucie dziadkowych opowieści.

Sawka i Wołyński (poza, oczywiście, Barańczakiem) nadal mieszkają w Ameryce, z której po emigracyjnych latach powrócili Czeczot i Dudi-Dudziński. Tomek Sikora, do niedawna zdeklarowany Australijczyk, już bardziej krąży po Polsce i wciąż szaleje jako natchniony fotografik. Mleczko dorobił się paru autorskich galerii rozsianych po Polsce, parudziesięciu książek, i jest już dostojną instytucją, którą młodsi w satyrycznym fachu z czcią całują w rękę. Latem 2004 roku umarł nagle Zbylut Grzywacz, powalony rakiem. Jedna z najwspanialszych postaci całej formacji intelektualno-artystycznej, o jakiej tu mowa. Niestrudzony wędrownik życia, wolny hipis, poszukiwacz duchowych przygód, znakomity malarz, wielki pedagog. Kolekcjoner tudzież wyborny znawca minerałów i skamieniałości, o wiedzy mogącej być przedmiotem zazdrości niejednego profesjonalnego geologa. Sam spis jego zrealizowanych pomysłów na aktywne życie zająłby dobrą stronę maszynopisu (bo oprócz wszystkiego założył i galerię, i prywatną szkołę rysunku, pisywał artykuły, eseje, dzienniki, fotografował i opisywał krakowski Kazimierz, stworzył własną metodologię rysunku w cyklu specjalnych wykładów, założył Sekcję Miłośników Minerałów i Skamieniałości, organizował geologiczne wystawy kolekcjonerskie, a to nie wszystko przecież). Bardzo go szkoda, bo drugi taki nieprędko się urodzi, o ile w ogóle.

Waltoś, który od początku szedł własną drogą, stosunkowo mało się angażując, przynajmniej w sztuce, w doraźności i aktualia, nadal spokojnie drąży swoje stałe tematy: rozstania, mijania, cierpienia, oczekiwania. Namiętność erotyczna, jaka od czasu do czasu nawiedza jego malarskie czy rzeźbiarskie cykle, bywa podszyta bolesną dwuznacznością, im bardziej skrywaną, tym silniej wybuchającą w niemym krzyku niespełnienia. Po latach prowadzenia w poznańskiej Szkole Plastycznej własnej pracowni malarskiej, wielce tam cenionej jako wylęgarnia świetnych uczniów, wrócił do Krakowa robić to samo w tamtejszej Akademii. Miewa prestiżowe wystawy i opinię artysty niesłychanie poważnego, ale że się ostentacyjnie dystansuje wobec wszelakich mód artystycznych obnoszonych od Warszawy po Tokio, to pomimo że niektórzy stawiają go wysoko w hierarchiach współczesnej sztuki, zwłaszcza w rzeźbie, praktycznie nie istnieje w popularnych rankingach medialnych.

Podobnie jak zresztą nie istnieją pozostali ex-wprostowcy. Łącznie z Bieniaszem, który skądinąd zawsze był najcichszy z grupy, introwertycznie refleksyjny i nigdy nawet nie próbujący przebijać się do pierwszych szeregów. Dawno temu zakotwiczył jako wykładowca katowickiej filii krakowskiej ASP, a że Katowice, o których kiedyś było głośno z racji zamieszkiwania tam Wańka, Czeczota, Dudy-Gracza i co najmniej parunastu jeszcze pierwszorzędnych artystów, po wyjeździe bądź śmierci (Duda) swoich tuzów już nie powróciły do dawnej rangi, tak i Bieniasz wtopił się prawie niewidocznie w śląskie środowisko. Wciąż tam nota bene pełno wielce zdolnych ludzi, ale skromnych i jakoś nie umiejących rozpychać się łokciami w kolejce do ponadlokalnej sławy.

Bieniasza dotknęło niestety gorsze i prawdziwe nieszczęście: stracił oko, co dla malarza jest czymś więcej niż tylko brakiem ważnego organu. Przypadek innego znakomitego artysty, który też utracił oko, Bronisława Wojciecha Linkego, świadczy co prawda, że można i w takiej sytuacji zachować precyzję ręki, cóż to jednak za pociecha. Szczęśliwie sztuka Bieniasza, na tle całej czwórki wprostowców najbardziej właśnie precyzyjna w rysunku i w ogóle figuratywnym modelowaniu, także nie ucierpiała na kalectwie swojego twórcy. Od wielu już lat malarz ów obraca się w kręgu tematyki religijnej. To wyjątkowe w tej formacji towarzysko-artystycznej, bo nawet wcale nierzadkie motywy z tego zakresu, podejmowane przez Grzywacza czy Waltosia, bywały raczej refleksem przemyśleń kulturowo-mitologicznych niż świadectwem osobistego wyznania wiary, jak u Bieniasza właśnie.

Na koniec - dwa słowa o postaci wspomnianej wyżej raz i drugi, której twórczość, zdawałoby się, jak ulał pasuje do nowofalowego czy pokoleniowego nurtu: mam na myśli Jerzego Dudę-Gracza.

Choć wiedzieliśmy o sobie nawzajem, on i nasze krakowskie towarzystwo, przez pierwsze lata płynęliśmy raczej równolegle i bez wzajemnych poszukiwań. A przecież mieliśmy tylu wspólnych znajomych i przyjaciół... No, ale tak było. Może stąd, że on wtedy nurzał się z upodobaniem w prowincjonalnej plebejskości, stylizował swoje obrazy na wiejski nieomal prymitywizm przepuszczony przez miastową ironię, kumplując się ze śpiewającymi estradowcami w rodzaju Kazimierza Grześkowiaka czy Tadeusza Chyły z Silną Grupą pod Wezwaniem, podczas gdy Grupa Wprost czy poetycka Nowa Fala inklinacji w tym kierunku nie miała zupełnie. Dopiero w okolicach połowy lat 70., gdy Duda porzucił tamte stylizacje i zaczął malować swoje brutalne karykatury robotniczo--chłopskiego świata zdegenerowanego socjalizmu, wszystko się zbiegło w jeden nurt. Najwyrazistszym owocem tego zbliżenia był głośny tom wierszy Barańczaka „Ja wiem, że to niesłuszne”, opublikowany w wersji krajowej (pierwodruk w „Kulturze” paryskiej) przez niezależną krakowską oficynę ABC w 1981 roku - zilustrowany barwnymi (!) reprodukcjami obrazów z Dudo-Graczowego cyklu „Krzyż Polski”. Ale niedługo to zbliżenie trwało. Zaraz przyszedł stan wojenny, Związek Plastyków wraz z innymi związkami twórczymi rozpędzono, Wprostowcy i reszta koleżeństwa wymówili współpracę z reżimem i ogłosili powszechny bojkot wystawiennictwa, a Duda... fiknął kozła, wszedł do grupy założycielskiej nowego „sprzedajnego” związku, wypiął się na bojkot i w ogóle przeszedł na drugą stronę. Niby zaklinając się i zastrzegając, że wcale nie kolaboruje, tylko nie sądzi, że odwracanie się od robienia publicznych wystaw ma sens, bo przecież dlaczego krzywdzić zwykłego odbiorcę... Wyglądało jednak, że się po prostu pogubił, może wystraszył, a na wystawianiu zależało mu bardzo, wciąż był niesyt sławy najpopularniejszego malarza PRL, którym właśnie powoli zostawał. Po latach przyznał, że porobił masę błędów i złych wyborów, ale już było za późno. Nie pomogły nawrócenia na tematykę religijną, zlecenie wykonania gigantycznej Drogi Krzyżowej dla paulinów na Jasnej Górze, całe serie przepięknych pejzaży, no i kontynuacja prześmiewczo-ironicznej problematyki tak zwanej społecznej, czyli wylewanie na płótna ostrych polskich jadów. Z czasem Duda stał się wizytówką środowisk tyleż kościelnych, co... lewicowych, znów modny, na fali, nagradzany, fetowany. Ale jak wtedy odstał, tak już zostało, a jego efektowne, często aż nazbyt łatwe malarstwo, nie wzbudzało już zaufania. Aż umarł, i wszystko się na amen zamknęło.

Podsumować - co? Jak? Poza tym jeszcze nie przyszła pora... Wszak z wyjątkiem tych, którzy już odeszli do lepszego świata, reszta nadal robi swoje z większym czy mniejszym pożytkiem dla siebie i ludzi. Więc przerwijmy w pół zdania, bez żadnej specjalnej puenty, nawet gdyby -

Tadeusz Nyczek


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas