poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF BIEDRZYCKI
Vilanelle Stanisława Barańczaka
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

Tom „Widokówka z tego świata” otwiera wiersz „Co mam powiedzieć”. To pierwsza w twórczości Stanisława Barańczaka vilanella, pięć następnych poeta zamieścił w kolejnym tomie – „Chirurgicznej precyzji”.

Vilanella pojawiła się w poezji francuskiej w XV wieku i była tam popularna przez kolejne 200 lat. Jej pochodzenie jest jednak starsze, gdyż wywodzi się ona z folkloru włoskiego - była to pieśń taneczna o charakterze sielanki. Zapomniana, odrodziła się w XIX i XX wieku w poezji francuskiej i angielskiej, przy czym jej nowożytna wersja zaowocowała utworami o charakterze refleksyjno-filozoficznym. W poezji polskiej vilanella jest gatunkiem rzadkim, dlatego jej pojawienie się w twórczości Barańczaka zwraca uwagę.

Cechą vilanelli jest kunsztowna, oparta na precyzyjnie dookreślonych zasadach budowa. Wiersz składa się z pięciu strof trójwersowych o układzie rymów aba i zamykającej go strofie czterowersowej z rymami ułożonymi wedle schematu abaa, nadto - co jest szczególnie ważne - zmodyfikowane warianty pierwszego i trzeciego wersu pierwszej strofy pojawiają się w dalszych strofach: pierwszy wers jako trzeci w drugiej, czwartej i szóstej strofie, a trzeci jako ostatni wers w strofach trzeciej, piątej i szóstej.

Gatunek ten stanowi duże wyzwanie poetyckie, gdyż narzuca bardzo ostre rygory. Z drugiej strony jednak otwiera ogromne możliwości: wyznaczony przez powtarzające się frazy rytm odbija obsesyjne drążenie podjętej w wierszu kwestii, zarazem jednak przecież powtórzenia nie są dokładne, podobieństwo brzmień ujawnia różnice sensów, zatem repetycja oznacza równoczesną wariantywność; wydaje się, że jest tak samo, ale w istocie jest inaczej, toczy się gra między podobnym a różnym, napięcie znaczeń nie jest przypadkowe, lecz wynika z gier językowych.

Wiersz „Co mam powiedzieć” stanowi wstęp do zwartego cyklu, jakim jest zbiór „Widokówka z tego świata”, który wypełnia opis jednego dnia, ale z drugiej strony - stanowi sprawozdanie z poszukiwania sensu w świecie. Dlatego w otwierającym go wierszu na powierzchni znaczeń znajdujemy przedstawienie wrażeń budzącego się człowieka, zarazem jednak znajdujemy tu poetyckie rozważania o wierze. Kluczowe wersy układają się w następujące sekwencje:

„Który to świat, czy ten? nie w takt, niespodziewane” (1 strofa, 1 wers)

„który: to świat, czytelne „tak”, niespodziewane” (2 strofa, 3 wers)

„który, osiadłszy w tętnie, tka niespodziewane” (4 strofa, 3 wers)

„które poświadczy, będzie trwać, niespodziewane” (6 strofa, 3 wers)

„Co mam powiedzieć, wie, że będzie powiedziane”. (1 strofa, 3 wers)

„Co mam powiedzieć? „Wierzę?” Będzie powiedziane” (3 strofa, 3 wers)

„Co nam w powiewie, w wietrze będzie powiedziane” (5 strofa, 3 wers)

„Co mam powiedzieć - wierzę – będzie powiedziane”. (6 strofa, 4 wers)

Już widzimy, na czym polega gra. Podobieństwo, a niekiedy identyczność brzmień wyraźnie rozchodzi się ze znaczeniami, które zawierają kolejne frazy. Większość z przytoczonych wersów to fragmenty dłuższych wypowiedzeń; wykorzystywana przez poetę przerzutnia sprawia, że nie nakładają się na siebie porządki wersu i zdania, a zatem pojawia się kolejne napięcie. Nadrzędną jednostką semantyczną jest oczywiście zdanie, jednak forma wersyfikacyjna nie jest obojętna wobec generowanych znaczeń, sens zawarty w wersie usamodzielnia się, zawiązuje się rodzaj dialogu między tym, co zawiera się na obu poziomach wiersza, w utworze pojawia się wewnętrzna polifonia.

To, co najważniejsze, rozgrywa się między kluczowymi słowami wiersza, uparcie powtarzanymi. W pierwszej sekwencji są to słowa „który” i „niespodziewanie”, a także „świat” (po którym jednak w ostatnich wersach zostaje tylko brzmienie), w drugiej sekwencji „co mam powiedzieć” i „będzie powiedziane”, ale też „wierzę” - wprost wypowiadane, bądź zakamuflowane. Najpierw więc rozważana jest kwestia tego, co postrzegane, doświadczane, co realne i istniejące, a co wydaje się cudem, darem, co jest „niespodziewane”: „targnięcie wiatru”, „przybicie stempla słońca”, „skrzyżowania przypadków na tej jednej z planet”. Świat nie jest oczywisty, choć takim się wydaje. Zaimek „który” zastępuje różne rzeczowniki, zasłania je, ale też na nie wskazuje, zarazem opatrując je wpisaną weń wątpliwością (pytaniem), to: świat [kolejny] („nie wiem który”) raz, „Wiedzący Niemy”, słowo. Nie wiadomo, o „który” świat chodzi (opisana jest sytuacja budzącego się człowieka, powoli odkrywającego pewność jawy) - co prawda dowodzący swojej realności przez natłok konkretów, ale przecież nie posiadający atrybutu ostatecznej pewności, czy jest to świat rzeczywisty, czy jest to świat snu, czy może „tamten świat”.

Niepewność powoduje, że wiedza o świecie musi być podparta wiarą. Ciekawe, że najpierw pojawia się czasownik „wie”, „wierzę” pojawi się później. Tyle że „wie” odnosi się nie do bohatera wiersza, ale do instancji zewnętrznej - wie świat lub „rozespane niebo”. „Wie, że będzie powiedziane”. Powiedziane będzie słowo, przed którym bohater się broni, którego unika, które brzmi zbyt kategorycznie. Ale ono ukradkiem w jego wypowiedź się wsącza, na razie niezauważenie, skryte za innym znaczeniem, za odmienną pisownią, interpunkcją i będącą jej konsekwencją intonacją zdania - jednak „wie, że” zawiera w sobie „wierzę”, które wprost pojawi się w dalszej części wiersza.

Wiara nie jest tu jednoznaczna, bo paradoksalnie dotyczy ona samego świata, tego realnego, który co prawda określony jest jako „czytelne tak”, ale przecież jest „niespodziewany”, nieoczywisty, jakby każdego dnia na nowo darowany. Wiara jednak dotyczy czegoś jeszcze, bo nie o samą widzialność świata tu chodzi, ale jeszcze o jego sens. Dlatego wiara miałaby objąć „Wiedzącego Niemego”. Nie przypadkiem w pierwszej strofie pojawia się „niebo”, tyleż konkretne, to nad nimi, ile metafizyczne, zawierające w sobie domyślny sens świata.

„Wierzę”, wprost wypowiedziane, nic dość, że umieszczone jest w cudzysłowie (głos cudzy?, słowo hipotetyczne?), to jeszcze opatrzone jest pytajnikiem. Nie brzmi ono kategorycznie. Jeśli pojawi się ono bez zastrzeżenia w ostatnim wersie, to dotyczyć będzie czego innego - samego aktu wypowiedzenia tego, o czym podmiot wiersza mówi: „co mam powiedzieć (...) będzie powiedziane”. To jest wyznanie poety, bo chodzi o wyznanie uczynione w języku. Zarazem jest to wyznanie człowieka, który jeszcze nie jest gotowy do wypowiedzenia słów najważniejszych, lecz do tego aktu dojrzewa. Nie ma tu jednak - podkreślmy - pewności, że „będzie powiedziane”, jest tylko (!) wiara.

To zapowiedź naczelnych wątków „Widokówki z tego świata” jako cyklu. Tak jak we wstępnej vilanelli widać ich natręctwo, tak będzie ono dawało o sobie znać w kolejnych wierszach. Opisywane będzie zmaganie się ze światem - „tym” i „tamtym”, z realnością i z metafizyką, z istnieniem lub brakiem sensu. Vilanella swoim wewnętrznym rytmem, wpisaną w siebie powtarzalnością sprawia, że całości cyklu zostaje wyznaczony specyficzny takt, będą powracały motywy, słowa, obrazy. Poszukiwanie prawdy o świecie będzie upartym drążeniem, obsesyjnym zmaganiem się z doświadczeniem, które wcale nie musi kierować ku sensowi, ale będzie też konsekwentnym badaniem możliwości języka w nazywaniu tego, co nazwaniu umyka.

Ekspresyjne walory vilanelli zostały następnie przez Barańczaka wykorzystane w tomie „Chirurgiczna precyzja”. Aż pięciokrotnie ten gatunek tam powraca. Jak w „Widokówce...”, vilanella służy wprowadzeniu do cyklu, a potem pojawia się w trzech z jego czterech części (w jednej dwukrotnie). Wstępna vilanella opatrzona jest incipitem „Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta”. Tutaj poeta swobodniej potraktował zasadę powtarzalności - oba najważniejsze wersy w podobnej lub nawet identycznej formie pojawiają się tylko w pierwszej i ostatniej strofie. Poza tym powtórzone są tylko rymujące się słowa: „ta aria Mozarta” (tutaj dostrzegamy nawet niedokładny rym wewnętrzny między słowami „aria” i „Mozarta”) oraz „mocarstwa”. Widoczna jest gra słów. Za podobieństwem brzmieniowym idzie zderzenie semantyczne. „Mocarstwa” przeciwstawione są „arii Mozarta”. Tamte „waliły się i z gruzów powstawały”, a ona trwała i pomimo przemian historii zawsze brzmiała „z okna na którymś piętrze”, bo „m i a ł a tu brzmieć”. Sytuacja najzupełniej banalna, przypadkowa, gdy z jakiegoś bloku dochodzi melodia Mozarta, zyskuje walor symbolu, bo ulotne piękno okazuje się silniejsze od świata, którego uwagę przykuwają obroty fortuny politycznych potęg. Zderzenie powtarzanych uporczywie słów „Mozarta” i „mocarstwa” ma wobec tego dwuznaczny wydźwięk: nie tylko zostają przeciwstawione sztuka i historia, ale paradoksalnie to aria Mozarta staje się mocarstwem, lecz takim, które „nie wali się i z gruzów nie powstaje”, bo po prostu ona żyje, jest, jakkolwiek byłaby słaba, nie podlega przemijaniu, zawsze gdzieś zabrzmi, przeżyje, wygra.

Drugą część tomu otwiera yilanella „Debiutant w procederze”. To jest wiersz o narodzinach człowieka, o jego wejściu w egzystencję. Tytułowe określenie, rytmicznie powtarzane, oznacza rodzące się dziecko. Drugie określenie, dopełniające w tym samym wersie charakterystykę „debiutanta”, to epitet „szczwany”, ale pojawiający się w różnych kontekstach: „dosyć jednak szczwany”, „mimo wszystko szczwany”, „nabieracz nie szczwany / ale zaledwie szczuty”, „za mało szczwany”. Użycie słów nacechowanych pejoratywnie dla nazwania nowo rodzącego się człowieka jest znamiennym chwytem -na pozór zostaje odwrócone wartościowanie, życie nazwane jest „procederem”, to coś podejrzanego, nagannego. Człowiek jest w świecie intruzem, który musi być „szczwany”, żeby wszystkich i wszystko przechytrzyć. Zwłaszcza, „ogrom powietrza” (potem już tylko „ogrom”), który chce dla siebie zyskać, jest mu „wzbraniany”. „Wzbraniany” to kolejne słowo natrętnie powracające w wierszu. Rym „szczwany” - „wzbraniany” wyznacza opozycję, w której zawiera się opis egzystencji ludzkiej: świat wzbrania, narzuca opresję, ogranicza, człowiek swoim życiem stara się go przechytrzyć.

W trzeciej części tomu pojawia się utwór zatytułowany „Poręcz”. W punkcie wyjścia traktuje on o konkretnej, zwykłej, banalnej poręczy na jakimś pomoście, jej opis stanowi jednak pretekst do refleksji o życiu. Realna poręcz wyznacza granicę, za którą nie można się posunąć, bo za nią czyha „zimna głębina”. Staje się ona jednak figurą granicy, „linii prostej obok, nie w nas”, która chroni przed wewnętrznymi „igliwiami skostnień”, „próchnem”, tym, co „nas tępo dręczy”. W tym wierszu poeta stosuje odmienną metodę niż we wcześniejszych vilanellach. Charakterystyczne dla gatunku paralelizmy wyglądają inaczej. Pojawiają się szeregi zbliżonych fonetycznie słów (przy czym nie są to tylko rymy z klauzuli, pojawiają się też rymy wewnętrzne), dokładnych powtórzeń jest tu jednak niewiele. Pierwszy wers wprowadza następujące szeregi: „milkliwie” - „żeliwnie” - „igliwia” - „linia”, „oschła” - „postna” - „skostnień” -”prosta”, „dobroć” - „szczodrość” -”mrowią” - „obok”, „kanciastej” - „najciaśniej” - „w nas” - „w nas”, „poręczy” - „podręczny” - „dręczy” - „poręczy”. Nie ma więc dokładności, za to znacznie więcej jest podobieństw. Tak samo dzieje się w szeregu biorącym początek w trzecim wersie: „two-by-four” - „Tu? Błąd. Wróć” - „Stój. Bądź. Trwaj” - „To? Byt. Twój”. Inne szeregi oparte są na zasadzie niemal dokładnego powtórzenia: „kto spamięta” / „kto pamięta” oraz „kto się odwdzięczy” / „wdzięczny”. Gra podobieństw, a zarazem ich zacieranie powodują, że mniej widoczne jest zmaganie się z tematem, nie ma tu słów-kluczy, zamiast obsesyjnego drążenia jednej kwestii mamy ciąg skojarzeń, z których wynika refleksja nad życiem. Podobieństwa nie powracają, raczej się na siebie nakładają, jakby mimowiednie, ze zderzenia słów rodzą się nowe znaczenia. Co prawda natrętnie powracają pytania o pamięć i o wdzięczność, jednak za każdym razem pojawiają się one w innych kontekstach. Czwarta vilanella Barańczaka jest wariacją w obrębie gatunku, co ciekawe, jest wariacją w twórczości tego poety, bo podejmuje on tutaj grę nie tyle nawet z gatunkiem w jego ogólnym bytowaniu, ile grę z gatunkiem, którego prawodawcą na użytek poezji polskiej, czy choćby tylko własnej poezji, jest on sam.

Trzecią część tomu zamyka vilanella „Powiedz, że wkrótce”. To jeszcze inny wariant budowy utworu reprezentującego ten gatunek. Pierwszy wers dosłownie jest powtórzony w drugiej strofie („Powiedz krtani, że wkrótce. I powiedz powiece”), w następnych jest jednak znacznie zmodyfikowany („pyłek, rysa szkła. Powiedz krtani. I powiece” oraz „Którą? Wiesz przecież. Powiedz krtani. I powiece”). Zostaje w klauzuli słowo „powiece”, powtarza się też słowo „krtani”, ale już w innej pozycji w wersie. Poza tym podobieństwo zostaje zatarte. Również powtórzenia trzeciego wersu dokonują się w osobliwy sposób. Wraca w różnych formach fleksyjnych słowo „ziarnko”. Pojawia się szereg zbliżonych brzmieniowo słów: „grochu” - „gromu” - „grobu” - „globu”. Powtarza się dosłownie przysłówek „późno”. Wreszcie zostaje utworzony szereg rymów: „po trzeciej” - „to przecież” - „poprzecie” -”po trzecie”. Inaczej niż w poprzedniej vilanelli, tutaj znów mamy do czynienia z obsesyjnym powrotem do tych samych słów i motywów. Przede wszystkim krtań i powieka jako znaki cielesności. Ale też natrętnie podkreślana późna pora nocy (która w ostatnim wersie przemieni się w dramatyczne „za późno”). I różne warianty „ziarnka”, w których zawiera się istota refleksji: od metonimicznego „ziarnka grochu” pod powieką cierpiącego na bezsenność człowieka, przez metaforyczne „ziarnko gromu” -ledwo słyszalną zapowiedź czegoś niepokojącego, konkretne „ziarnko grobu”, które staje się metonimią śmierci, po „ziarnko globu” (metaforę znikomości istnienia ludzkiego?). Ten wiersz ma najwyraźniejszy spośród wszystkich vilanelli Barańczaka, charakter elegijny. To utwór o ciele, czy raczej cielesności, o doświadczaniu ciała. I o wynikającej stąd konsekwencji - jeszcze jedno niepokojące słowo powraca tu natrętnie, to słowo „wkrótce”, zrazu niejasne, nie wiadomo, czego dotyczy, z czasem zaczyna niebezpiecznie się zbliżać do słowa „grób”... W tym kontekście „późno” przestaje być już tylko określeniem pory nocy, zaczyna ono dotyczyć całego życia.

Z tym wierszem sąsiaduje, choć otwiera następną, czwartą część cyklu, vilanella „Płakała w nocy, ale nie jej płacz ją zbudził”. To jakby dalszy ciąg poprzedniego utworu - znów opisana jest bezsenna noc: kobieta i mężczyzna, on - przebudzony - słyszy jej płacz. Nadzwyczaj emocjonalny wiersz o cichości uczuć, o trudności w ich wyrażaniu, o tłumieniu bólu, o nieprzekazywalności doświadczenia tego, co w człowieku najgłębsze i zarazem najbardziej tkliwe i najbardziej własne. Równocześnie jest to wiersz o miłości, lecz przedstawionej bez wielkich słów, tylko za pomocą opisu zachowań, a także ich interpretacji, które równie wiele mówią o interpretujących, co o przedmiocie rozumienia.

Ta vilanella zbudowana jest bardziej „tradycyjnie”. Pierwszy wers znajduje odpowiedniki, w których nieznacznie tylko zostaje przetworzona forma wyjściowego zdania:

„Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził”. (1 strofa, 1 wers)

„przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził”  (2 strofa, 3 wers)

„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”  (4 strofa, 3 wers)

„Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził”  (6 strofa, 3 wers)

Inaczej jest z trzecim wersem, który ulega znacznie dalej idącym przekształceniom:

„To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”.  (1 strofa, 3 wers)

„gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi”  (3 strofa, 3 wers)

„snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”  (5 strofa, 3 wers)

„To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”  (6 strofa, 4 wers).

Pierwszy szereg to zapis zdarzenia, uzupełniony jednak interpretacjami. Faktem jest płacz kobiety, o którym się mówi aż czterokrotnie, nadając mu wyjątkową wagę. Faktem jest też przebudzenie mężczyzny, ale powtarzane zdanie „nie jej płacz go (cię) zbudził” zawiera jakby zaklinanie rzeczywistości podparte próbą zrozumienia jej logiki. Co spowodowało przebudzenie? To, co na zewnątrz? Na pewno nie płacz? Powracanie tego samego zdania, wypowiadanego przez różnych „nadawców” - zewnętrzny podmiot liryczny, rzeczowy anonim, wreszcie przez kobietę, za każdym jednak razem będących projekcją bohatera wiersza, mężczyzny -każe spojrzeć na nie z nieufnością, im bardziej uporczywie powtarzane, tym bardziej jest podejrzane, tym mniej w nie wierzymy: to płacz go zbudził, jakkolwiek robi on wszystko, by tę świadomość odsunąć od siebie, bo zanegowanie przypadkowości tego zdarzenia oznaczałoby brutalne wejście w intymność drugiej - tak bliskiej - osoby, której trzeba dyskretnie zostawić prawo do nieujawnianych uczuć. Uczuć, które są „sprawami ludzi”, a zarazem są „prawdą ludzi” i „prawem ludzi”. Opisywany jest świat ludzki. Przeciwstawiony światu nie-ludzkiemu, nazwanemu „obcym”: wiatrowi, szybie, gałęzi, poduszce. Co ciekawe, wcześniej, w vilanelli „Co mam powiedzieć” proste znaki jak furkot wróbla, filc piłki uderzającej o ścianę garażu, szum z odległych szos stanowiły potwierdzenie realności świata. Tutaj to, co zewnętrzne, też jest jak najbardziej realne, wydaje się nawet realniejsze od „spraw ludzkich”, które są niejednoznaczne, niedopowiedziane, domagają się interpretacji, a przecież jest od nich o wiele mniej ważne. O ile pierwsza vilanella skupiona była na potwierdzeniu wiary w to, co jest, o tyle ostatnia pokazuje niewystarczalność tego potwierdzenia, gdy powstaje tak trudna do pokonania bariera przekładalności uczuć i doświadczeń między ludźmi najbliższymi sobie. W cyklu vilanelli Barańczaka zostaje zakreślone koło: poranne przebudzenie w pierwszej jest figurą otwarcia na świat, przebudzenie śród-nocne w ostatniej pokazuje, jak świat swoją obecnością zakłóca życie ludzkie, podległe jego własnemu porządkowi.

Sześć vilanelli Stanisława Barańczaka układa się w konsekwentny cykl. Te utwory łączy więcej niż tylko przynależność gatunkowa. Ich wspólna lektura pozwala je odczytać jako rozpisane na sześć utworów rozważania o świecie i człowieku. Swoim czasem obejmują pełną dobę - od poranka w pierwszej z nich, po głęboką noc w dwu ostatnich. A także od narodzin w trzeciej po spodziewaną śmierć w piątej. Status realności przysługuje światu zewnętrznemu, choć przecież i on musi przejść próbę wiary („Co mam powiedzieć będzie powiedziane”). Natomiast świat ludzki jest nieoczywisty, pełen zagadek i tego, co niedocieczone. Życie nazwane jest przecież „procederem”. Człowiek staje wobec tajemnic dotyczących własnego bytu. Dlatego potrzebuje jakiejś poręczy nad „zimnymi głębinami” „Poręcz”). Na pewno może nią być nieśmiertelna sztuka („Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta”). Jest nią przecież poezja, skoro językiem poezji ów nieoczywisty ludzki świat jest opanowywany.

Vilanella to dla Barańczaka gatunek dający wiele możliwości ekspresyjnych. I kunsztowna budowa, w której ogromną rolę odgrywa napięcie między powtarzalnością a zmiennością, pozwala na uparte drążenie podejmowanych tematów w ich niejednoznaczności i komplikacji. Pozorna taneczna lekkość tych utworów kontrastuje z ich powagą, jakby powaga próbowała skryć swój ciężar, w jakiś sposób go umniejszyć, albo i unieważnić. Dzięki formie vilanelli Barańczak unika zbyt oczywistej elegijności, choć dotyka spraw najtrudniejszych. O to chodzi: żeby zamazywać tropy, żeby unikać jednoznaczności, bo przecież nic w świecie nie jest jednoznaczne. Vilanella to nie elegia, nie ma w niej smutku, jest natomiast natrętne szukanie odpowiedzi na postawione pytania, jakkolwiek byłyby one trudne. W vilanellach skupiają się najistotniejsze cechy poetyki Stanisława Barańczaka, jego dążenie do kunsztu, gry językowe, operowanie napięciami i kontrastami. Skupiają się w nich też, jak w soczewkach, najważniejsze tematy autora „Widokówki z tego świata”. Czytane razem, vilanelle Barańczaka układają się w mały traktat o zagubieniu człowieka w świecie i o poszukiwaniu tego, co człowiekowi może dać oparcie.

Krzysztof Biedrzycki


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas