poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA ORSKA
Subtelne rewolucje, czyli o Nowej Fali i niektórych poetach debiutujących po roku 1989
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

„W tej przejściowej fazie gdy inteligencja ma jeszcze mecenasów choć juz zaczyna się orientować na rynku, występuje ona jako bohema. Chwiejności jej pozycji ekonomicznej odpowiada chwiejność jej roli politycznej. Ta rola wyraża się najbardziej wyraziście u zawodowych spiskowców przynależących bez wyjątku do bohemy. Początkowo działają oni w armii następnie w drobnomieszczaństwie, od przypadku do przypadku w proletariacie. Zawodowi spiskowcy widzą jednak swych przeciwników w rzeczywistych przywódcach proletariatu. >>Manifest Komunistyczny<< kładzie kres politycznemu żywotowi zawodowych spiskowców. Poezja Baudelaire'a czerpie swą silę z buntowniczego patosu tej warstwy. Walczy po stronie ludzi spoza społeczeństwa Jedyny swój kontakt płciowy urzeczywistnia z dziwką”.

W. BENJAMIN, „Paryż - stolica dziewiętnastego wieku” (1)


Wielokrotnie mówiono o pokrewieństwach pomiędzy Nową Falą i poezją autorów debiutujących po 1989 roku. Oczywiście nie chodzi tu o wszystkich ówczesnych debiutantów, nie trzeba przypominać poglądów o różnorodności poprzełomowych poetyk teraz, kiedy młoda polska liryka co i raz serfuje na całej rozmaitości nowych fal. Od połowy lat 90 krytycy odnotowali przecież przynajmniej dwie poważne zmiany w jej tonie wyobraźniowo-surrealistyczną i ha'artowo-tekstylną ze zwrotem konsumpcjonistyczno-lingwistyczno-nieszufladowym. Z tej perspektywy zamierzchłe początki lat 90 , kiedy nowofalowe dziedzictwo miało w wierszach brzmieć najwyraźniej, to juz stara i mało interesująca historia. Kto zajmowałby się tym, jak ewoluowała świadomość twórcza niegdyś młodych, a dziś już sędziwych poetów, takich jak Marcin Świetlicki, Marcin Baran czy Marcin Sendecki, którzy - co najstarsi ludzie pewnie pamiętają - w „Tygodniku Literackim” dość specyficznie spierali się z Julianem Kornhauserem, przyznając się m m do swego wobec niego epigoństwa.

Tak przemija postać świata. Z niepewnych sfer krytyki literackiej naturalną koleją rzeczy przechodzimy w dostojeństwo historii literatury. Cóż zrobić jednak, kiedy perspektywa ta jakby niewygodna, zbyt wąska, średnio istotna? Pocieszać się tylko wypada, ze ewoluujący w oszołamiającym tempie literacki proces nie stwarza warunków do budowania jakichkolwiek wielkoformatowych projektów. Niechże więc i historia literatury na miarę naszych czasów będzie przymała. Pozwolę sobie nawet jeszcze zawęzić temat i uściślić konteksty. Nie będę mówić o nowofalowym spadku w latach 90 w ogóle, bo, jak sądzę, u wielu twórców nie ma po nim śladu Interesować mnie będzie natomiast sposób, w jaki niektórzy poeci wykorzystali nowofalowe dziedzictwo. Dopiero z tak pomniejszonej perspektywy coś sobie pościbolę, a potem niech już leci z wiatrem na podobieństwo słów wypisanych trzciną na piasku.

O pokrewieństwie poetyki tzw. grupy „bruLionu” i Nowej Fali („nowej Nowej Fali”) pisała jako jedna z pierwszych Anna Nasiłowska w „Tekstach Drugich” z 1996 roku (2). Piotr Śliwiński i Przemysław Czapliński rozpoczęli swój przewodnik po najnowszej literaturze polskiej co prawda od roku 1976 (początek „drugiego obiegu”), ale to właśnie „Świat nie przedstawiony” Kornhausera i Zagajewskiego miał stanowić według nich istotny punkt wyjścia dla literackich przemian w latach 90 Z doświadczenia nowofalowców pochodziłyby „nowe zasady komunikacji” - bezpośrednie, pomijające obieg oficjalny i stawiające przed sobą jako zasadniczy problem pogodzenie prawdy z literackością (3) Przy tej okazji należałoby może wspomnieć o grze z autentykiem w prozie autobiograficznej uprawianej w latach 60 i 70 , o której pisał Jerzy Jarzębski w książce „Powieść jako autokreacja” (4). Krakowski badacz w ciekawy sposób analizował w tych kategoriach także poetyckie propozycje Nowej Fali. W wypadku książki poznańskich krytyków jednak cezura wydawnicza, posiadająca zewnętrzną wobec procesu literackiego motywację, pozostaje ważniejsza niż wewnętrzna ewolucja literatury. Na sferę przede wszystkim językowych przeobrażeń w liryce lat 90 wskazuje inny krytyk, również rozpoczynający swoją książkę od przypomnienia wagi nowofalowego spadku Jacek Gutorow w „Niepodległości głosu” pisze o Nowej Fali jako o „projekcie otwarcia, również językowego” w stosunku do wcześniejszej, obecnej w świadomości literackiej opozycji „ustawionego”, można powiedzieć, kanonicznego tonu poezji i „językowych zboczeń” czy „głosów nieczystych” ujawniających się na tym tle (na podstawie szkicu Miłosza „Mickiewicz” z „Ogrodu nauk”) Gutorow nowofalowe otwarcie rozumie między innymi jako zerwanie z „opozycyjnym” myśleniem o procesie literackim - język jest zawsze skażony, a „ustawienie głosu” to tylko pewna hipoteza, utopia. Nowa Fala według opolskiego krytyka posługiwała się „głosem prze sterowanym”, nie próbując dorobić się stylu czystego, który mógłby stać się dla polszczyzny jakimś nowym paradygmatem.

Wszystkie języki są fałszywe - czy na tym właśnie polegałaby lekcja Nowej Fali? Gutorow me stawia sprawy tak radykalnie, pisze raczej o nowym rozumieniu głosu, jak i obecności, tożsamości o swoiście „uprywatnionej” świadomości języka, o jednostkowości jego użyć, w końcu o „głosie niepodległym”, który pozostaje jednak zależny od tradycji, od literackich i nieliterackich odniesień „Byłby to glos uprawomocniony i wzmocniony przez inne głosy - te dochodzące z zewnątrz (odmienne idiolekty, narzecza, poetyki ), ale i te płynące niejako »od wewnątrz« (czegoś, co w swej idealności jawi nam się jako »głos autentyczny«)” (5). Głos taki nie może być określany w dychotomicznych kategoriach czystości/zboczenia, brak współrzędnych, które pozwoliłyby zapewnić mu znaczenie ponadindywidualne. Nie pozostaje on czymś stabilnym - jest raczej celem, zadaniem, horyzontem językowych zdarzeń. Budowanie go - zawsze w dialogu z innymi (nieczystymi) głosami - posiada też wymiar etyczny. Nowa Fala byłaby według Gutorowa pierwszą formacją, która z takiego rozumienia poezji – „atemporalnej, spotykanej we wszystkich epokach i kulturach wrażliwości na język i jego związki z rzeczywistością - uczyniła gest pokoleniowy; co więcej: od 1968 roku nowa poezja polska wpisana jest w paradoks, który (...) można by nazwać »paradoksem niepodległego głosu«. Z jednej strony nowa poezja otwiera się na to wszystko, co było dotychczas wykluczane mocą poetyckiego decorum, w tym również na bieżące kwestie polityczne i społeczne. Z drugiej jednak strony większość poetów odrzuca poetycki dydaktyzm i nie chce zajmować się społeczno-polityczną doraźnością. Coraz większy nacisk kładzie na pojedynczą egzystencję...” (s. 10).

To jedno z bardziej sensownych wytłumaczeń tego, na czym mogłaby polegać lekcja Nowej Fali w stosunku do poezji lat 90., z jakim się spotkałam. Jak twierdzi odważnie Gutorow, „lata dziewięćdziesiąte przyniosły radykalne zmiany języka lirycznego”. Być może niewielu krytyków zgodziłby się z nim w tej mierze, tym bardziej, że jedną z najbardziej wyrazistych cech współczesnego odbioru literatury jest „wyglądanie nowego”. To, co nowe z perspektywy XXI wieku, odsuwa to, co nowe z początku lat 90., w zgrzybiałą niemal przeszłość. Razem z Gutorowem pragnę sądzić, że w latach 90. doszło do przemiany języka liryki i że ma ona nadal swoje znaczące konsekwencje w indywidualnych projektach debiutujących wówczas twórców. Przemiany te obecnie jednak zostały już w raczej powierzchowny sposób zasymilowane albo unieważnione przez głodną skandali, coraz bardziej medialną komunikację literacką. Dodatkowo specyfika polskiego odbioru liryki decyduje o nastawieniu na temat, wyznanie, przedstawienie raczej niż na subtelne rewolucje języka lirycznego(6). Postulaty, jakie w ciągu XX wieku przynosiło polskiej twórczości życie literackie, wymagały od literatury pewnej naiwności - przezroczystości i zaangażowania. Powodowało to zwykle marginalizację awangardowych eksperymentów w poezji o świadomości autotematycznej, która autentyzm, bezpośredniość ekspresji traktowała zwykle z nieufnością - jako problem warsztatu i raczej egzystencji niż jakkolwiek osiągalny cel.

Działania mające na celu odnowienie języka poezji mają jednak zwykle większy wpływ na ewolucję indywidualnych projektów lirycznych, dyskursów literackich rozwijających się w intertekstualnej przestrzeni, niż można by sądzić z perspektywy popularyzującej krytyki. Sam odbiór, literacka świadomość społeczna, niesie jednak ze sobą znaczącą informację, która również przyczynia się do kształtowania poetyckich języków i artystycznej świadomości. Jak sądzę, należałoby mówić więc nie tyle, jak proponuje Gutorow, o budowaniu głosu poetyckiego w dialogu -i o dynamicznym konsensusie pomiędzy wewnętrznością i zewnętrznością. Raczej o kontrapunkcie pomiędzy wewnętrznymi regułami kształtowania poetyckiego języka (w którym biorą udział cudze poetyki i nie-literackie idiolekty) a zewnętrznymi dyrektywami - odbiorczych przekonań i instytucjonalnych uwarunkowań literatury. Kontrapunkt ten stanowiłby nie tylko zmienne (bo dotykające jakoś rzeczywistości społecznej, zależne więc od „naszych czasów”), ale i najbardziej podstawowe uwarunkowanie literatury rozumianej jako społeczna instytucja (modernistycznej).

Co można wobec takiego postawienia sprawy powiedzieć o dziedzictwie Nowej Fali? Co zostało z wczesnych tomów Zagajewskiego, Krynickiego czy Barańczaka, których obecnie często wypierają się sami autorzy, niejednokrotnie oceniając je jako marne? Pomimo iż, jak napisałam, wykład Gutorowa o istocie nowofalowego otwarcia poetyckiej formuły - wyjścia poza typową opozycję języka oficjalnego i skażonego - wydaje mi się przekonujący, nie zgodzę się z nim co do istoty tego otwarcia i co do sposobu, w jaki zostało później wykorzystane. Postawa, którą określa opolski krytyk - wyłącznie z perspektywy poetyckiego języka - jako „paradoks niepodległego głosu”, jest postawą artysty mającego świadomość, iż jego indywidualny głos funkcjonuje w ramach pewnej instytucji społecznej, w różnoraki sposób współtworzącej i napędzającej literacką komunikację. Prawdą jest, że w sferze poetyki przekłada się to na problemy powiązane ze świadomością autotematyczną poezji; problemy społeczne z tej perspektywy dotyczą literackości w sposób naskórkowy, a w samej literaturze zyskują powierzchowny wyraz, noszący piętno przede wszystkim jednostkowej, dopiero potem społecznej egzystencji (tylko tak można mówić o apolityczności współ-czesnej literatury). Z tej perspektywy jednak zainteresowanie Nowej Fali językiem nadal pozostaje w ogóle typowe dla działań awangardowych i wpisuje się w większość modernistycznych przesileń.

Nawet jeżeli uznalibyśmy, że Nowa Fala wyróżniałaby się jakoś w tym cyklu, bo „otwarcie języka” stanowiło dla niej „gest pokoleniowy”, to problem jej dziedzictwa pozostaje nie rozwiązany. Co więcej, wydaje się, że właśnie w materii języka wyraża się istotna różnica dzieląca nowofalową świadomość artystyczną od tej właściwej dla lat 90. Jeżeli będziemy myśleć o literaturze jako o społecznej instytucji, okaże się, że stosunek nowofalowców do konieczności jej zaangażowania społecznego nie różni się od tradycyjnego u nas, czyli romantycznego. Dlatego trudno zgodzić się z tezą, że to dzięki Nowej Fali w liryce polskiej objawiły się tematy społeczne i polityczne, które wcześniej były wykluczane z literatury na mocy decorum. Takie przekonanie opolskiego literaturoznawcy-anglisty stanowi raczej kalkę przekonań o zadaniach liryki właściwych dla tzw. wysokiego modernizmu na Zachodzie. Tym bardziej trudno uwierzyć, że poeci nowofalowi nie chcieli zajmować się bezpośrednio społeczną doraźnością i że raczej budowali swój niepodległy język w przestrzeni dialogu -jako konsensus pomiędzy różnymi, fałszywie brzmiącymi głosami. Jakkolwiek takie intencje można by przypisać twórcom Nowej Fali, to doraźne konteksty pełnić musiały dla ich poezji kapitalną rolę i nie można jej chyba potraktować jako docelowo apolitycznej. Dialogiczna kreacja „języka otwartego” to zasada, jaką można zastosować raczej do późnych, niezaangażowanych politycznie wierszy tych poetów. Z takich przykładów zresztą w swoich analizach literackich Gutorow najchętniej korzysta.

Dopóki literatura pozostaje instytucją narodową, poezja posiada moc angażowania się w rzeczywistość na zasadzie obustronnego paktu nadawczo-odbiorczego, który można by też określić jako „językową dobrą wolę”. Społeczeństwo niejako dozwala twórcy, by pośród języków fałszywych poszukiwał języka utraconego - języka wspólnoty. Tymczasem świadomość językowa poety lat 90. pozostaje (przynajmniej w pewnych wypadkach) nie tyle świadomością etycznie inspirowanego dialogu, a raczej anarchistycznego buntu, posiadającego jednak już inne niż romantyczne, właściwe polskiej literaturze zaplecze. Jej istoty szukałabym w analizach poezji Baudelaire'a przeprowadzonych przez Waltera Benjamina. To świadomość zwichnięta - urynkowiona i permanentnie schizofreniczna. Świadomość samotnego etyka przechadzającego się po rynku - niby zaczarowanego fantasmagorią towarów, a w rzeczywistości dyskretnie rozglądającego się za kupcem. Nie byłaby to oczywiście celowo wykreowana postawa - wówczas musiałaby sprowadzać się do swego rodzaju hipokryzji. Chodziłoby raczej o skutki nowego dla polskiej literatury medialnego układu, od dawna funkcjonującego na Zachodzie. Kiedy literatura staje się jedną z instytucji społecznych, rządzących się zasadami kultury masowej, artysta nie może podjąć funkcji mentorskich czy dydaktycznych, żeby nie usłyszeć od razu, że w rzeczywistości chodzi mu o zwiększenie sprzedaży. Jedynym wiarygodnym tu gestem pozostają ćwiczenia z rewolucyjnego niszczenia (o niewielkiej jednak skuteczności) - rozbicie szyby zapracowanego, biednego szklarza, który z trudem przydźwigał ją na naszą artystyczną mansardę, albo spalenie Paryża czy w ogóle brejkanie wszystkich ruli (za pieniądze). Chodzi więc o autoironiczne powtórzenie sytuacji, w jaką wikła artystę modernistycznego kultura masowa - powtórzenie jej na płaszczyźnie metatekstu, poprzez odpowiednie zreorganizowanie przestrzeni komunikacyjnej liryku. Jak sądzę, najważniejszym, wspólnym doświadczeniem poezji debiutujących w latach 90. pozostaje przeświadczenie o niemożności autentyzmu i o niemożliwości niepodległości - jest ono bardziej podstawowe niż przekonanie o konieczności zaangażowania literatury, czy to ze względu na konteksty polityczne, czy też w związku z przekonaniem, że głos poezji to efekt dialogicznej negocjacji.

Ze względu na szczególną sytuację polskiej literatury, jej zdeterminowanie przez problemy narodowe i społeczne, nasz model odbioru liryki nie przeszedł w zasadzie przemian charakterystycznych dla europejskiego modernizmu. Chociaż początki takich przekształceń widoczne są u nas już w ostatnim dziesięcioleciu wieku XIX i mają swoje konsekwencje w dwudziestoleciu międzywojennym, to ciągłe walki o niepodległość - tożsamość bardziej narodową niż jednostkową czy językową, nieustannie przywracały polskiej literaturze właściwą jej etyczną perspektywę o ograniczonej autonomii. Z tego punktu widzenia poezja Nowej Fali - ze względu na jej charakter „językowego” ruchu oporu, jej przydatność jako krytyki stosunków społecznych - zajmowała nieporównanie bardziej uprzywilejowane stanowisko w przestrzeni społecznej komunikacji niż poezja po roku 90. Żaden wiersz końca naszego wieku nie mógłby osiągnąć takiego ciężaru gatunkowego, jaki miały teksty pisane we „wspólnej sprawie”, posiadające romantyczną moc kształtowania ludzkich postaw.

Poezja wplątana w obieg masowy może stać się modna, ale na pewno nigdy nie będzie kultowa. Głos poezji jest zawsze „ustawiony” - i przez kanon, i przez sferę oczekiwań społecznych. Jeżeli chodzi o lata 90., bardziej decydująca dla tego „ustawienia” byłaby świadomość działania w społecznej próżni - bycia nie dostrzeganym, mało przydatnym - niż próba budowania dialogu pomiędzy językami i wobec innych języków, inspirowana nowoczesną etyką. W podwójnej, paradoksalnej świadomości „wyzwolonego głosu” poetów w oczywisty sposób korzystających z nowofalowego dziedzictwa, takich jak Podsiadło, Baran, Sendecki czy Świetlicki, pozostaje co prawda w mocy przekonanie o wadze języka poetyckiego - o wielości języków tak literackich, jak pozaliterackich. Towarzyszy mu jednak poczucie, że jakkolwiek zaangażowanie w językową czy społeczną rzeczywistość pozostaje dla literatury koniecznością, często nie jest ono efektem negocjacji, ale nacisków dominujących układów komunikacyjnych, które można jedynie wyśmiewać albo przedrzeźniać. Autentyzm jest tu możliwy tylko poprzez anarchistyczne podważanie zależności poezji wobec zewnętrznego układu komunikacyjnego, która jednak nigdy zerwana być nie może. Poeci Nowej Fali nie musieli żyć z problemem, z którym boryka się poezja po roku 1989. Wobec mechanizmów rynku „niepodległość” nabiera cech śmiesznego i archaicznego słowa -z którym co prawda poeci nadal pragnęliby się identyfikować, ale wobec którego czują zażenowanie. Jak pozostać autentycznym w pasażu ze stali i szkła, wśród morza towarów? Wiadomo po czyjej stronie pisali nowofalowcy. My żyjemy w czasach, kiedy bycie romantykiem, anarchistą, barbarzyńcą, undergroundowcem, hipisem, indianinem, klasykiem, punkiem czy kimkolwiek innym sprowadza się do munduru, naklejki, fryzury, koloru flagi czy marki majtek. Być może dla niektórych polskich twórców zjawiska, o których pisali analitycy szkoły frankfurckiej od lat 30. po 60., pozostają nadal szokujące.

Ten wiersz mógłby napisać Marcin Świetlicki:

„Salwator godzina dziesiąta rano
ulubiona trasa spacerowa krakowian
którzy dzisiaj zamiast przyjemnego
ciepła napotkali dotkliwy chłód
Brązowa wołga jedzie po Władysława Machejka
Kupuję „Dziennik Polski” znajdujemy się
w sercu bajkowej dzielnicy tylekroć
opisywanej przez Jerzego Harasymowicza
Zwierzynieccy apasze jeszcze śpią
matki liczą butelki po denaturacie
otwierają okno w pokoju syna
Niech spaceruje po wzgórzach Muszyny
sen przynosi mu ulgę ile wygląda
i każdy rok jest gwoździem
który przybije go do krzyża
otwartego jak nożyce
Brązowa wołga wraca z Władysławem Machejkiem
Nad miastem podnosi się mgła
i zakrywa tę biometeorologiczną nieckę”.

(„Niecka”)

...gdyby zignorować obecność pewnych oczywistych sygnałów, zakorzeniających go twardo w historii naszego kraju. Autorem wiersza „Niecka”, pochodzącego ze „Sklepów mięsnych”, jest oczywiście Zagajewski. W „Zimnych krajach” znajdziemy jednak całą masę szczegółów, które zaświadczą o długach Świetlickiego właśnie wobec tego tomu krakowskiego poety; podobnie jak sposób budowania wypowiedzeń - na zasadzie bliskiej zdaniu rozkwitającemu -w wielu, szczególnie późniejszych tekstach Świetlickiego wskazuje na inspiracje „Tryptykiem ze zmęczenia, betonu i śniegu” Barańczaka (myślę o tomie „Czynny do odwołania”). W wierszu „Próbny alarm” Zagajewski odwołuje się do takiego oto konceptu: „Podczas próbnego alarmu / dwudziestego lutego owego roku (...) twój dziedziczny lęk / znów okazuje się próbnym lękiem / a przenikające cię drżenie / jest rezultatem fałszywego alarmu”. Być może to przypadek, ale w „Zimnym mieście” Świetlickiego czytamy: „To mój wewnętrzny narząd bezpieczeństwa / wykluczył wszystko ciepłe i dopatrzył się / karygodnych uchybień u wszystkich przychylnych”. W wierszu „Potrawy bez smaku” Zagajewskiego sprzątaczki, stare kobiety, „wieczorem naprawiają szkody po całodziennym panowaniu mężczyzn - na kolanach / stopień po stopniu czyszczą schody przełyk wielkiego budynku wiary”. W utworze Świetlickiego „Etos pracy” (24 marca 1988) bohater powiada: „Zamiatam schody prowadzące do / Pałacu Sztuki. Żadna metafora: I autentyczna historia (...) Poezja musi jeść”. Tego typu śladów fascynacji w „Zimnych krajach” Świetlickiego jest mnóstwo. Pokrewieństwa te są subtelne i przyznaję, że ciężko byłoby upierać się przy nich z całą konsekwencją. Zdarza się jednak, że Świetlicki wchodzi z Zagajewskim z nowofalowego okresu w intertekstualną polemikę i wtedy jego zależności od nowofalowego języka zaczynają odgrywać znaczącą rolę.

Być może istnieje wiersz Świetlickiego, który „Niecce” dokładnie odpowiada. Tak czy inaczej jest to najprawdopodobniej tekst, ze względu na który krakowski poeta nabrał zwyczaju rozpoczynania wielu swoich utworów od wyrazistego określenia czasu i miejsca, jakby stwierdził, że „Salwator godzina dziesiąta rano / ulubiona trasa spacerowa krakowian” to idealny początek - jak w wierszach „29 maja 1985: Chłodny wieczór. Europa. A na jednym stadionie: Pan Jezus, wszyscy Beatlesi...” (7); „Niedziela, przed południem: Nie wiem, przestałem się bać. Wizyta nudnawych / świadków Jehowy; Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy rozebrane / z łańcuchów i ozdóbek” („Pora śmierci choinek”, ZK); „Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem. / Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła / Wolne? Zajęte - odpowiadam...” („Listopad, niemal koniec świata”, S); „Styczeń w mieście, kałuże z zimną wodą, zmierzch się rozpoczął w południe. / Kilka kłótni, co stały się poważne dopiero w czasie ciszy po nich” („Ciągle ciągle ta sama historia”, S). Nawet w wierszach takich, jak „Nieprzysiadalność” widoczne jest pewne podobieństwo we wprowadzeniu do anegdoty: „No, proszę sobie wyobrazić: / marzec albo kwiecień / (mmm... raczej marzec), wieczór, / spotykam JP, jest pijany...” (37) albo „Nno. Proszę sobie wyobrazić: / druga połowa lat osiemdziesiątych (...) / Miesiąc - powiedzmy - grudzień. / Tuż przed południem była jeszcze wiosna. / Tuż po południu zapadł zmrok (Odciski (jedna z wielu wersji)”, PP). Oczywiście trudno byłoby dowieść na tej tylko podstawie, że Świetlicki prowadzi z Zagajewskim jakąś rozmowę; jego wiersze przywołują w końcu wiele innych literackich kontekstów. Jeżeli jednak przyjmiemy, że początki wierszy Świetlickiego mają coś wspólnego z lirycznymi wstępami Zagajewskiego - że „biometeorologiczna niecka” i na przykład „nocne rozlewisko - miasto” z „30 kwietnia 1988”, mają jakieś wspólne, krakowskie źródła - będziemy musieli potraktować tak elementarne dla przezroczystego przedstawienia świata wyznaczniki zupełnie inaczej. W wierszach Świetlickiego powtarzający się, rytualny początek ulega metaforyzacji, niejako utekstualnia się i zaczyna pełnić inne niż w ewentualnym pierwowzorze funkcje. Działa więc jak odniesienie quasi-gatunkowe, ale też i jako konwencjonalne zagajenie, banalny początek rozmowy, kawału, bajki, kryminału - jak „dawno, dawno temu w odległej galaktyce”. Tak rozpoczynające się wiersze żyją u Świetlickiego już własnym, niezapożyczonym życiem. Po raz na zawsze ukradzionym początku przywołane zostają najróżniejsze sytuacje - samodzielne wobec tego swoistego łącznika ze światem i literackim, i pozaliterackim. Cytat/autocytat stanowi dla tych dalszych ciągów jednocześnie jakby miernik głębi i zawór bezpieczeństwa. To możliwość pozostawania w raz na zawsze ustalonych dekoracjach pewnego (krakowskiego?) przedstawienia świata. Poprzez cytat odwołujemy się do tradycji, budując dla przedstawienia autorytet; z drugiej strony Świetlicki zawsze w swoich wierszach tego autorytetu nadużywa. Mówiąc inaczej: zdradza.

Oczywiście pewnie nie przyszłoby mi w ogóle do głowy, żeby porównywać początki niektórych wierszy Świetlickiego z Niecką. Jest jednak w tomie „Nieczynny” tekst, który podpowiedział mi, że tak można; chodzi o wiersz zatytułowany „Jechać”:

„Pięknie Pan Adam Zagajewski powraca do Miasta
Opiewać piękno. Władysław Machejek
obraca się. A Miasto jest pojemne bardzo,
wkrótce przyjadą Wszyscy
Wszystko, ma się rozumieć, wszystko jak należy.
Wszystko koliście. Są Groby Królewskie,
Noblistki i Nobliści. Więc po to poezja? –
pisarz-rezydent i creative writing?
Pięknie Pan Adam Zagajewski potężnieje, pięknie
w lusterku auta autor. A-------------
--------------------------------------”
(„skoro się powiedziało”)

Znającym wiersz „Niecka” przyjdzie tu na myśl nie tylko utwór „Jechać do Lwowa”. Z perspektywy tego tekstu przyjazd Pana Adama do Krakowa oznacza jedynie zdradę wobec pragnienia, żeby w ogóle zawsze „jechać” i to zawsze „do Lwowa”, do miasta, które nie istnieje. W wierszu Świetlickiego pewien mechanizm autotematyzmu zostaje wykorzystany jak przy stylizacji na autentyk. „Jechać” traktuje o poezji, wierszach, poetach, przy czym odniesienia do niej - do konkretnych osób, tytułów - zostają tu wprowadzone na zasadach plotkarskich. W pokrewny sposób funkcjonują często w tekstach nowofalowych, na przykład w samej „Niecce”, w której mają za zadanie zakorzenić tekst w konkretnej rzeczywistości.

W „Niecce”, właśnie dzięki aluzjom literackim, całość przedstawienia można traktować jak swego rodzaju parabolę „naszych czasów”. Odniesienia do Harasymowicza, do Muszyny, do światów wyimaginowanych sprawiają, że wiersz Zagajewskiego będziemy odczytywać w końcu w kontekście „Świata nie przedstawionego”. Samochód z Machejkiem, obserwowany tu jakby z oddalenia, stanowi jedyny ruchomy element zastygającego we mgle pejzażu. „Dziennik Polski” i Harasymowicz ze swoją Muszyną nie wyglądają prawdopodobnie na tym tle; pozostają wręcz w samobójczy, straceńczy sposób fikcyjne. Prawdziwą perspektywo poznawczą wyznacza tu raczej brzęk butelek po denaturacie i krzyż otwarty jak nożyce (oczywiście cenzury). Autotematyczne mechanizmy w wierszu Zagajewskiego wykorzystywane są jakby odwrotnie niż u Świetlickiego; o Muszynie, Harasymowiczu, nawet „Dzienniku Polskim” mówi się po to, żeby podkreślić - w zgodzie z programem Nowej Fali - wyabstrahowanie świata przedstawionego. Dopiero sama zamanifestowana w wierszu literackość sytuacji buduje znaczenia rzeczywistości nierzeczywistej, ciężkiej, mglistej i opresyjnej - w którą trudno uwierzyć. Klamrę ostatecznie ukonkretniającą ten wyabstrahowany krajobraz zamyka oczywiście powracająca z Machejkiem wołga, która rozjaśniając sensy wiersza, jednocześnie zaciemnia przestrzeń Krakowa - dzięki niej podnosi się mgła, która „zakrywa tę meteorologiczną nieckę”.

U Świetlickiego literackie aluzje odnoszą się płytko do literackiego życia i prowadzą do ukonkretnienia literackości, chociaż początkowo wydaje się ona właśnie wyabstrahowana. Jej atrybuty to przecież „piękno”, „jechanie do Lwowa” i „Groby Królewskie”. Możliwość metaforyzacji, jaką niesie ze sobą autotematyzm, zostaje tu jakby ucięta poprzez odniesienie całości poetyckich problemów wyłącznie do ich instytucjonalnego wymiaru („poezja musi jeść”). Jeżeli byśmy mieli odczytywać wiersz „Jechać” z perspektywy Nowej Fali, okazałoby się, że to nie rzeczywistość staje się tu literacka, ale literatura sprowadzona zostaje do warunków, jakie stawia przed nią obyczajowość. Z tej perspektywy „Pan Adam Zagajewski”, który „przybywa do Miasta” i „opiewa piękno”, wypada jakoś mało autentycznie.

W wierszu zabrakło instancji, która umożliwiłaby poezji zaistnienie na wyższym, metaforycznym piętrze. Nawet jeżeli to wyższe piętro buduje się wyłącznie w celu krytyki, jak w „Niecce”, funkcjonuje tu ono nadal jako pewna idealna możliwość. Dlatego, chociaż z metaforyzującego potencjału autotematyzmu w „Jechać” się korzysta, wiersz pozostaje satyrą, tekstem okolicznościowym.

A jednak - jeśli znamy „Nieckę” i wiersze Świetlickiego w ogóle, okaże się, że wiersz „Jechać” traktuje przede wszystkim o jeżdżeniu - tam i z powrotem. O przemieszczaniu się - w tym wypadku z miasta do miasta; ale także w obrębie tego samego miasta, po którym kiedyś brązowa wołga obwoziła Machejka. Takie jeżdżenie, chodzenie tam i z powrotem po Krakowie, po krakowskim rynku, jak i obserwowanie Krakowa z góry (jak w „30 kwietnia 1988”, czy wierszach biorących swój początek od „Le gusta este jardin”), to tematy, które Świetlicki podejmuje w swoich utworach bardzo często. U Świetlickiego po Krakowie jeździ Zagajewski – „Autor pięknieje w lusterku auta, a Machejek obraca się”, czemu uważnie sekunduje (dodajmy - z pewnego oddalenia) podmiot. Z całą konsekwencją, na jaką niewątpliwie stać Świetlickiego, mowa zaraz o „Grobach Królewskich” i o tym, że wszystko „jest koliście”. Czy ma to wskazywać kolistość czasu? Najpierw jeździł Machejek, teraz pojeździ Zagajewski? I kiedy nareszcie pojeździ sobie Świetlicki? Zarówno we wczesnych wierszach Zagajewskiego, jak i Świetlickiego tzw. „piękno” ukazane zostaje w ironicznej perspektywie, dzięki wpisaniu znaczeń poetyckich w społecznie ukonkretniony pejzaż. A jednak doświadczenie krakowskiego pejzażu w tekstach młodszego z krakowskich poetów powoduje, ze ironia ta posiada skrajnie odmienną wymowę. To ironia, w której me ma miejsca na jakiekolwiek „piękno”. Dlatego w wierszu takim, jak na przykład „Chcenie” (C), w którym juz nie „jeździ”, a „chodzi” sam bohater „Przebrnąwszy wielu którzy chcieli / sprzedać zebrać na fundusz operację drobne / na pociąg, papierosa pokazać mi zestaw / cudownych noży spytać o godzinę / poprosić o zapałki - wychodzę na Rynek / tu chcą bym wreszcie zechciał poczuć się / obywatelem stolicy kulturalne] euro- ( ) I ponadto chcą, bym / przysiadł się do nich, znów pada banalne / czy jesteś dzisiaj przysiadalny? Dałbym / wiele za to by juz przy mnie nie / cytowano mnie”, widać wyraźnie, jak głos poezji mogą „ustawić” zewnętrzne, instytucjonalne poniekąd konkrety Widać, jak trudno mówić o „niepodległości”, jak trudno - w naszych czasach - o samo pojęcie niepodległości To się po prostu nie mieści w krajobrazie!

Ironiczną glosę do wiersza „Jechać” mógłby stanowić znany tekst z 37 „wierszy o wódce i papierosach”, rozpoczynający się od słów „Któregoś dnia to miasto / będzie należeć do mnie”. Kolejna metatekstualna przejażdżka może znacząco poszerzyć nasze wyobrażenie o tym, jak Świetlicki traktuje w swoim wierszu liryczne „ja” czy „my” „Któregoś dnia to miasto / będzie należeć do mnie / Na razie chodzę / Na razie patrzę /  Na razie nóż swój ostrzę / Wkładam - zdejmuję kastet”. Oto, jak wije się moja własna ścieżka literackich pokrewieństw, która odprowadza mnie znowu do „Sklepów mięsnych”. Zapraszam najpierw należy przeczytać wiersz „29 maja 1985” (ZK), z pointą „Jesteśmy starym wojskiem miejską partyzantką / Dobrze ubrany gówniarz długim kijem / najeżonym gwoździami sprawdza najuwazniej / naszą wrażliwość” (nie zaniedbując jednak pointy „Łagodnej ucieczki na południe”, z nawiązaniami do Mickiewicza i Eliota. „Dzisiaj wymyślam łagodną ucieczkę, /jutro wymyślę nóż / Jutro wymyślę nóż, jeżeli”). Potem trzeba jeszcze wrócić do samego „Zimnego miasta” (... ) „Zimne miasto. Zimne miasto śpi. / Śpią i są zimni. Zbudzą się gdy zechcę / (... ) Na razie dzieje się coś zimnego. / Na razie muszę wyjść. / Muszę wyjść po to żeby małe / ognisko palić / na samym środku rynku”, ewentualnie „Szmat”. Następnie zaś dobrze przypomnieć sobie fragment z Zagajewskiego „Dwudziestoletnich żołnierzy” (.. ) „Przydzielono mnie / do piechoty, do drugiego pułku synów ojczyzny czyściliśmy broń i słuchaliśmy / pokojowych przemówień wciąż trwała wojna / zamknięte oczy domów patrzyły na bunty / zwierząt i niekończące się procesje, ale przede wszystkim „Nowy świat”, w którym w ogóle mamy prawie komplet tematów przewijających się przez „Zimne kraje”. „Przyznaję nie widziałem ognia coraz mniej jest owadów (...) / wszyscy są do siebie podobni / i co wieczór ten sam pijacki bełkot łączy / wszystkich pracujących w kraju / przyznaję noże śpią w pochwie / mieszkasz w Krakowie jesteś poetą / umieszczasz w Szczecinie pod toporem twarzy / jesteś dokerem żyjesz w środku świata / po prawej stronie są umarli / żywych jeszcze me ma” (w tym miejscu nb. nie od rzeczy byłoby przypomnieć także „Strefę” Apollinaire'a i „Podróż transsyberyjskiej kolei” Cendrarsa w tłumaczeniu Adama Ważyka)

Na przykładzie tych z kolei cytatów widać, jak to, co pod wpływem kontekstu politycznego ukonkretnia się aż zanadto w wierszach Zagajewskiego, doznaje wyabstrahowania w wierszach Świetlickiego - a więc odwrotnie niż w przypadku wiersza „Jechać”, napisanego z wyraźną intencją satyryczną. Poetyckie koncepty, wątki, obrazy wyciągnięte z „Nowego świata” zyskują w wierszach autora „Zimnych krajów” dodatkowy poetycki potencjał właśnie w związku / brakiem wyrazistego tła - uwalniają się jak balon, który zerwał się z liny trzymającej go przy ziemi Wydaje się, przynajmniej jeżeli chodzi o utwór „Nowy świat”, ze Świetlicki co prawda brał lekcje u Zagajewskiego, ale jakby na przekór nauczycielowi Skorzystał z potencjalnej głębi jego poetyckiego języka, nie przejmując się politycznymi aluzjami, które zawężały możliwości jego znaczenia Jakby zauważył, ze takie fragmenty „Nowego świata wspominasz i tych którzy ocaleli / twarze z blizną ust nigdy nie zarastającą / wspominasz kombatantów spod rzek i jezior / rycerzy którzy publicznie pluli krwią / wyróżnioną a także tych którzy / ukrywali swe rany pod bandażem śmierci / chociaż to było tak widoczne / że kelnerzy dławili się ze śmiechu”, kiedy zostają zubożone o ujednoznaczniający je kontekst, kiedy nie traktujemy ich jako języka ezopowego, zaczynają funkcjonować zdumiewająco - jak czysty surrealizm Jeżeli autor „Zimnych krajów” na serio przejął się jakąkolwiek nauką z „Nowego świata”, to co najwyżej mogło być to zdanie „niech cię nie uspokaja zmarszczka na twoim czole / wszystko jest tylko wypożyczone (.. ) / Niech cię me uspokaja poezja / nie czytaj jej lepiej i tak nie masz czasu /  to czas ma ciebie”. W wierszu „Jechać” kieruje te słowa z powrotem ku Zagajewskiemu.

Oczywiście w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby porównywać te wszystkie wiersze Oczywiście nie próbuję tu zasugerować, ze większość wierszy Świetlickiego nawiązuje do „Niecki” Zagajewskiego. Świetlicki jest przesiąknięty Zagajewskim, i to nie tylko Zagajewskim, raczej w sferze poetyckiej wyobraźni niż poprzez bezpośrednie nawiązania, choć w niektórych wypadkach pokrewieństwo z poezją autora „Sklepów mięsnych” ujawnia się bardzo wyraziście. Sedno sprawy jednak jest w tym, ze me chodzi tu o prawdziwy dialog, a o przekorne dopowiedzenia, które wpisują rozmowę w niepożądane z punktu widzenia jej tematu konteksty, dodają do mej wątki rujnujące komunikacyjne tradycje

W dawnym, ale ważnym artykule o Nowej Fali, „Język jako świat przedstawiony. O poezji Stanisława Barańczaka” (8), Włodzimierz Bolecki zwraca uwagę na to, ze język w poezji „pokolenia '68” jest przede wszystkim rozumiany jako „użycie mowy”, ze mowa ta ma swoje „standardowe” (stereotypowe, sztampowe, gazetowe) i „niestandardowe” (potoczne, autentyczne) wcielenia i ze zawsze walczą one ze sobą o lepsze Cytaty z mowy standardowej i niestandardowej stanowią zaś w wierszach nowofalowych rodzaj „ready-mades”, poddawanych rozmaitym działaniom składniowym, słowotwórczym, semantycznym Tak w wierszu naśladuje się przestrzeń żywej komunikacji - wykorzystuje się ją jednak jako pretekst dla poetyckiej gry, której celem pozostaje zainicjowanie nowego ciągu znaczeń, zbudowanie metaforycznych napięć pomiędzy słowami, przede wszystkim zaś rozmontowanie stereotypów. Sądzę więc, idąc za wnioskami Boleckiego, że u podstawy pokrewieństwa poetyk wymienionych autorów debiutujących po 1989 roku i poezji Nowej Fali stoi podobny stosunek do języka. Tu i tam postrzega się go przede wszystkim w jego frazeologicznej dynamice; na tej kanwie, na kanwie potoczności, budowane są tu językowe krótkie spięcia, komunikacyjne wydarzenia, które stanowią destylat mieszkających w języku społecznych doświadczeń. Wykorzystanie spadku po Nowej Fali polega w latach 90. jednak nie na dialogu, a na polemicznym użyciu pewnej poetyki. W takim właśnie kontekście można mówić o pewnych zależnościach łączących wiersze Świetlickiego z wczesnymi tekstami Zagajewskiego czy Barańczaka; o pewnych pokrewieństwach pomiędzy Sendeckim i Kornhauserem; o powinowactwie, jakie mogłoby wiązać wiersze Marcina Barana z jednej strony z lingwistycznymi próbami Nowej Fali, z właściwym jej językowym surrealizmem, z drugiej z jej konkretnością, detalicznością. Dzieli tych poetów jednak wielka różnica, jeżeli chodzi o autorską strategię, motywowaną odmienną w latach 60./70. i 90. literacką świadomością.

W związku ze zmianą sytuacji literatury w społeczeństwie zmienia się także kontekst językowych użyć, wobec czego zaczynają one znaczyć inaczej. Słowo „prawda” nie brzmi tak samo na sali sądowej jak w lupanarze. Bolecki w swoim tekście o języku Nowej Fali pokazuje, jak „mowa własna”, zakorzeniona w języku potocznym, „wygrywa” z mową sztuczną, cudzą, prowadząc niejako do jej „zautentyzowania”. Zatrudnia ona wyrażenia frazeologiczne jako mowę własną i przekształca mowę urzędową, sprowadzając ją do osobistej perspektywy „ja”. W ten sposób sprawia, że konwencjonalność zostaje przezwyciężona przez modalność zwierzenia, wyznania czy pasji. Zjawisko to określa badacz jako „ekspresjonizm lingwistyczny”. W wierszach Świetlickiego, a także Barana i Sendeckiego nie ma mowy osobistej, z którą można by się identyfikować. Zestaw nowofalowych narzędzi nie służy tu do budowania przestrzeni porozumienia. Może co najwyżej stanowić świadectwo braku wspólnoty.

Joanna Orska

(1) W. Benjamin, „Paryż - stolica dziewiętnastego wieku”, przekł. H. Orłowski, w: tegoż, „Anioł historii”, Poznań 1996, s. 328-329.

 (2) A. Nasiłowska, „Kto się boi dzikich?”, „Teksty Drugie” 1996, nr 5.

 (3) P. Czapliński, P. Śliwiński, „Literatura 1976-1998”, Kraków 1999.

 (4) J. Jarzębski, „Powieść jako autokreacja”, Kraków 1984; Jarzębski pisze tu w ogóle o „liryzacji wypowiedzi” prozą, ale także poezję nowofalową analizuje jako literaturę autentyku.

(5) J. Gutorow, „Niepodległość głosu. Szkice o poezji polskiej po 1968 roku”, Kraków 2003.

(6) Najlepszy przykład to historia recepcji, czy raczej braku recepcji, niemieckich teoretyków początku XIX wieku, takich jak bracia Schleglowie. Ich dorobek w Polsce znany jest wyłącznie fragmentarycznie, pomimo że polscy romantyczni programotwórcy prawdopodobnie byli z nim doskonale obeznani, władając dobrą niemczyzną i interesując się niemiecką literaturą piękną. Czerpano z ich pism po prostu to, co ideowo zgadzało się / polskimi potrzebami odbiorczymi (narodowego ducha, poetycką fantazję i entuzjazm jako mierniki autentyczności literatury). W polskim romantyzmie nie zrezygnowano naprawdę z „mimesis” jako prawdopodobieństwa wobec tzw. rzeczywistości, jak to było w niemieckim - abstrakcyjnym, intelektualnym idealizmie. Tadeusz Namowicz we wstępie do „Pism teoretycznych niemieckich romantyków” mówi: „W polskiej polonistyce przeważa pogląd, że po kresie oświecenia stanisławowskiego w życiu umysłowym kraju zapanowało przeświadczenie, iż najważniejszym środkiem ratowania samowiedzy i świadomości narodowej jest literatura. Oznaczało to, że w życiu literackim marginalizowano zagadnienia teoretyczne na korzyść wyraźnego preferowania utworów fikcjonalnych, odwołujących się w większym stopniu do uczucia niż do intelektu”, Wrocław 2000, s. LXXXV.

(7)M. Świetlicki, „Zimne kraje”, Kraków-Warszawa 1992; dalej ZK. Kolejne tomy oznaczam: „Schizma”, Czarne 1999 - S; „37 wierszy o wódce i papierosach”, Bydgoszcz 1996 - 37; „Pieśni profana”, Czarne 1998 - PP; „Czynny do odwołania”, Czarne 2001 - C; „Nieczynny”, Warszawa 2003 - N.

(8) W. Bolecki, „Język jako świat przedstawiony O wierszach Stanisława Barańczaka”, „Pamiętnik Literacki” 1985, z. 2, s. 151.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas