poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LESZEK SZARUGA
Co mi po Nowej Fali?
Dekada Literacka 2005, nr 3-4 (211-212)

W różnych publikacjach czytam, że do Nowej Fali należę. I chyba rzeczywiście to prawda, skoro moje wiersze znalazły się w antologii Tadeusza Nyczka „Określona epoka”. Epoka zaiste była określona - do tego stopnia, że w jednej przestrzeni mogli się spotkać ludzie z tak różnych wymiarów, jak Ewa Lipska (zawsze przecież osobna), Stanisław Barańczak i Adam Zagajewski, ale tez Jarosław Markiewicz, Krzysztof Karasek i Marianna Bocian. W sumie nazbierało się tych uczestników sztuk dwadzieścia, z czego jedna czwarta w tej chwili nie żyje. Na płytach cmentarnych wypisano nazwiska Jacka Bierezina, Rafała Wojaczka, Witolda Sułkowskiego, Marianny Bocian i Lothara Herbsta. Skąd tu Rafał (tak, piliśmy razem), nie bardzo wiadomo, chyba z rozpędu, gdyż sam zapewne o tej „przynależności” nie wiedział, choć przecież towarzysko jakoś w tym gronie uczestniczył.

To, że do takiej wspólnoty należę, dotarło do mnie najpierw w czasie dyskusji w „Polityce”, gdzie miałem przyjemność współrozmawiać z kilkoma kolegami - w tym z Tomaszem Burkiem, krytykiem wówczas towarzyszącym młodym poetom - w dyskusji zatytułowanej „Demokratyzacja poezji”. Po jakimś czasie Krzysztof Karasek zorganizował na forum ówczesnego Związku Literatów Polskich spotkanie kilkanaściorga autorów zatytułowane „Meeting peotycki”. Działo się to bodaj w roku 1975 i wzbudzało wielką niechęć „czynników”, w których imieniu na łamach miesięcznika „Poezja” wypowiedział się Jan Witan. W spotkaniu uczestniczyło parę osób, które później przez krytykę za przedstawicieli Nowej Fali raczej uznawanymi nie były, sama jednak impreza miała swoją legendę: wieczór, którego reklamy zdjęte zostały w prasie, zgromadził parę setek ludzi -część z nich w sali się nie zmieściła, a wiersze witane były aplauzem, w szczególności wiersz Ewy Lipskiej o egzaminie na króla, zresztą świetny i do dziś się broniący.

Wcześniej były spotkania w Cieszynie, które organizowała krakowska Grupa Teraz. Uczestniczyłem tylko w jednym z nich, ale było to spotkanie ważne, gdyż przedmiotem dyskusji uczyniono książkę Stanisława Barańczaka „Nieufni i zadufani”, dziś uznawaną za jedno z najważniejszych programowych wystąpień tej formacji pokoleniowej. Gdyby jednak podać skład osobowy uczestników, dla wielu byłby on zaskoczeniem, gdyż poza „nowofalowcami” odnaleźć by tam można postaci wobec Nowej Fali niechętne, jak choćby późniejszy partyjny demagog Jan Kurowicki, który w roku 1975 wydał książeczkę stanowiącą propagandowy odpór wobec poszukiwań Barańczaka czy Kornhausera i Zagajewskiego. Zresztą - także drogi tych, których dziś się do Nowej Fali zalicza, po niedługim czasie miały się rozejść.

Gdy się zastanowić, okaże się, że Nowa Fala była wspólnotą krótkotrwałą i w żadnej mierze nie połączoną wspólnym programem artystycznym, chyba że za wspólny mianownik uznać bunt moralny wobec wydarzeń lat 1968-70. W połowie lat 70., wraz z powstaniem „drugiego obiegu” literackiego, nasze drogi zaczęły się rozchodzić: część spośród niegdysiejszych buntowników uznała, że jednak coś można osiągnąć w przestrzeni życia oficjalnego, część zdecydowała się na życie poza zasięgiem cenzury. Ale nie tylko o to chodziło. Gdybym miał wskazać ten moment, w którym każde z nas poszło swoją drogą, to byłaby to dyskusja wywołana przez publikację na łamach „Studenta” eseju Barańczaka „Zmieniony Głos Settem-briniego”: odpowiadali nań Karasek i Zagajewski - opcje były zróżnicowane, zaś dyskusja miała swoje, mniej głośne, przedłużenie w gdańskim piśmie powielaczowym (ale oficjalnym) „Litteraria” - tam głos zabierali już nasi młodsi koledzy.

2.

To, co najbardziej zdumiewa, to żywotność pewnych - wówczas mających jakieś sensy - konstrukcji, takich choćby, jak „poetyka nowofalowa”. Otóż w najgłębszym moim przekonaniu jest to twór fantomowy, czysto wirtualny, nie mający pokrycia w rzeczywistości. Bo tak naprawdę: co łączy ówczesne wiersze Karaska, Barańczaka, Lipskiej i Bocian? Niewiele. Tyle, że każdy czytelnik tomu szkiców Barańczaka „Etyka i poetyka” ów związek odnajdzie: będzie nim hasło z wiersza Zagajewskiego „powiedz prawdę do tego służysz”. Mówienie prawdy wówczas było czymś jeśli nie dziwacznym, to w każdym razie ryzykownym, czego dowody przedstawione zostały w interesującej skądinąd rozprawie Joanny Hobot „Gra z cenzurą w poezji Nowej Fali”. Ale rzecz w tym, że grę z cenzurą podejmowano wówczas - choć na różne sposoby - dość powszechnie, a też i wyjście z przestrzeni literatury cenzurowanej nie było jedynie dziełem twórców „nowofalowych”: czynili to wszak także inni. Zabawne w tym wszystkim wydają się nieporozumienia tamtego czasu, jak choćby wyrażony w jednym z felietonów poetyckich Jerzego Kwiatkowskiego lęk przed jakimś nawrotem poetyki socrealistycznej - tak bowiem wybitny krytyk interpretował hasło „mówienia wprost” z manifestowej książki Kornhausera i Zagajewskiego „Świat nie przedstawiony”. Chodziło wszak o to tylko, by móc mówić o tym, o czym nam milczeć kazano.

Zapewne tym, co poetów Nowej Fali łączyło, była wspólna rekwizytornia, w tym odwołania do Marca '68 (jak u Krynickiego), Grudnia '70 (u niemal wszystkich), czy inwazji na Czechosłowację (u Jerzego Kronholda w „Całopaleniu”). Do pewnego stopnia ważnym kontekstem tej twórczości - Nowa Fala wpisuje się w inne poszukiwania tego czasu: malarstwo, kino moralnego niepokoju, studencki ruch teatralny (STU, Pleonazmus, wiele innych, także kabaret Salon Niezależnych) - był europejski i amerykański ruch kontrkultury: Woodstock, „Hair”. To był istotny akompaniament, tyle że w odróżnieniu od lewicującego czy wręcz lewackiego Zachodu u nas to było przełamane (choć pojawiały się Marksy, a jakże...) przemycanymi z Sowietów lagrowymi piosenkami, także pieśniami Kryla po inwazji na Czechosłowację. Taka swoista stereofonia, w której i do pomieszania czasami dochodziło: lata cale ciągnęła się moja (prywatna) polemika ze Stanisławem Stabrą, który napisał wiersz, bardzo zresztą romantyczny, o „słodkiej Ulryce” (Meinhoff), współtwórczyni terrorystycznej Rotę Armee Fraktion w RFN. Hasło Sołżenicyna, by nie żyć w kłamstwie, tak u nas ważne, kontrowane było przecież przez zachodnią młodzież orzeczeniem, że kłamstwem jest „Archipelag Gułag”. Myślę, że o tych okolicznościach warto pamiętać.

Druga połowa lat 70. to jednak już inny świat i w zasadzie czas indywidualnych wędrówek. Charakterystyczne, że zbiega się to z utworzeniem „drugiego obiegu”: tu właśnie, w tej przestrzeni wolności - a większość poetów tej formacji mniej lub bardziej w publikowanie poza zasięgiem cenzury się zaangażowała - każdy zaczął iść swoją drogą, krytyka zrezygnowała z prób tworzenia wspólnoty (choć po latach tę wspólnotę zaczęli odtwarzać nasi młodsi koledzy, jak choćby Dariusz Pawelec). Zarazem „polityczne” zaangażowanie w działalność opozycyjną w większości wypadków oczyściło z polityki samą twórczość „nowofalowców”. Punktem dojścia i zarazem granicą tego eksponowania polityczności był chyba poemat Barańczaka „Sztuczne oddychanie”, krążący w maszynopisie już w roku 1974.

3.

 Nie ma dziś zgody co do użyteczności kategorii pokolenia w opisie przemian literatury, niemniej wydaje się, że dwie generacje odegrały w tych procesach w Polsce rolę „znaczącą”, były „pokoleniami mocnymi”: chodzi o pokolenie wojenne i właśnie pokolenie '68. Ale pokolenie '68 to więcej niż Nowa Fala - tu zgadzam się z tezą, iż w odniesieniu do „nowofalowców” należy mówić raczej o formacji wewnątrzpokoleniowej. Jej ukształtowanie w dużej mierze było funkcją sytuacji politycznej - w końcu można tu mówić o przynajmniej dwóch koncepcjach artystycznych: pierwszej reprezentowanej przez poznańską Grupę Próby (Barańczak, Krynicki, także Dymarski) i rozwijającej założenia lingwizmu „szkoły bez uczniów”, o której pisał Barańczak w „Nieufnych i zadufanych” (tu pasuje też Jaskuła), drugiej zaś przez krakowską Grupę Teraz (Kornhauser, Kronhold, Piątkowski, Jaworski, Zagajewski, Stabro) z jej postulatem, dość wieloznacznym, „mówienia wprost”. A skąd tu Wojaczek (właściwie zaanektowany przez Nyczka w jego antologii)? Dlaczego Lipska, która od początku była „osobna”? Skąd klasycyzujący, miłoszowsko-herbertowski Bierezin i Karasek?

Czy można by - zastanawiam się tylko - wyodrębnić korpus tekstów „nowofalowych”? Znalazłoby się tu miejsce dla dwóch ledwie tomów Markiewicza („Przyszedłem zapytać o własne imię czasu który wnoszę” i „Podtrzymując radosne pozory trwania pochodu”) - później jego twórczość rozwinęła się w innym zupełnie kierunku (on zresztą też: to było zdumiewające, gdy w początkach stanu wojennego, gdy zakładaliśmy pismo „Wezwanie”, spytał nagle o to, kim jest „ten Sołżenicyn, o którym mówicie”). Ile tekstów Leszka A. Moczulskiego mieści się w takim korpusie? Jak dalece „nowofalowy” jest Titkow?

Niezależnie jednak od tych pytań nie ulega wątpliwości, że twórczość poetów Nowej Fali - a może bardziej jeszcze to, co tej twórczości przypisywano - stała się punktem odniesienia dla innych: tak dla rówieśników, jak dla młodszych. Z awangardowych pozycji próbowała podjąć dyskusję katowicka Grupa Kontekst (Paźniewski, Szuba, Sławek, Piskor). Z różnych przyczyn dyskusja nie była możliwa (mam gdzieś szczotki zdjętej w „Tekstach” przez cenzurę recenzji ich książki „Spór o poezję”). Niemniej warto przy tej okazji przywołać pytania nieco później postawione przez Balcerzana: „Trudno ponad wszelką wątpliwość ustalić, co po wojnie stało się przyczyną, a co skutkiem, czy wycieńczenie awawngardy ułatwiło reanimację uśmierconej już jak gdyby w dwudziestoleciu opozycji >>romantyzm – klasycyzm<<, czy odwrotnie, powrót sporu romantyków z klasykami, jego aktualność rozogniona sytuacją historyczną, powodowały zmierzch awangardyzmu”? Pytanie ważne, ale w ówczesnej sytuacji o tyle bezprzedmiotowe, iż - choć właśnie przez Grupę Kontekst podniesione - tytułowego sporu być nie mogło.

Inne spory też zostały zawieszone. W książce Chwina i Rośka „Bez autorytetu” ten ostatni podkreśla: „Po długotrwałych nieporozumieniach, żalach jednych (>>na początku wszyscy byli równi<<), niepewności drugich (>>czy będziecie niszczyć epigonów<<), niewiedzy innych jeszcze (>>nie wiem, co to jest tzw. NOWA FALA<<) - sytuacja, jaka się ustaliła w młodej literaturze, stworzyła możliwość podjęcia szerokiej, >>ponadrocznikowej<< dyskusji. Zapowiadało się więc na konieczny dla każdej formacji, >>krystalizujący<< dialog, a tymczasem obrót historii doprowadził do sytuacji dialogu niezrealizowanego. Długo wypracowywane połę sporu stało się polem elizejskim, po którym niepewnie przechadzali się w osamotnieniu - pośród cieniów innych”. (Ach, jakże to wtedy trzeba było pisać, by powiedzieć, że nie sposób podjąć dyskusji z pisarzami, których nazwisk cenzura nie pozwalała przywoływać!). Polemizująca z Nową Falą książka Pawlaka i Terleckiego „Portret wspólny” (1981), wydana w „drugim obiegu”, ale w czasie solidarnościowego festiwalu, gdy wszyscy zajęci byli bardziej życiem niż literaturą (choć może warto w nawiasie zauważyć, że najczęściej bodaj przywoływanymi autorami w solidarnościowych biuletynach byli „trudni” Barańczak i Krynicki), przeszła bez echa. W innej tego typu książce, wydanej już późno, bo w 1987 roku – „Zostaje kantyczka. Eseje z pogranicza czasów” - pisał Tadeusz Komendant: „Spadkiem marca [1968] jest bowiem również fałszywa sytuacja aksjologiczna, zgodnie z którą polityczny wybór pisarza przekłada się bezpośrednio na kategorie estetyczne”.

Otóż - myślę - to zdanie mogłoby być dobrym punktem wyjścia dla przewartościowania tego, co się nazywa Nową Falą, w szczególności zaś kategorii „poetyka nowofalowa”.

Leszek Szaruga


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas