poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Wątki autobiograficzne
Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)


 Historię rodziny spisywała tylko młodsza siostra mojego ojca, Barbara. Niestety, nie zdążyła, choć często to obiecywała, przekazać mi dokumentów, wspomnień, zapisków. O czym więc ja chcę tutaj pisać? Jednak o rodzinie, z pamięci, z fragmentów, z opowieści. Nie było w naszym domu zwyczaju nieustannego powtarzania rodzinnych wypadków, może i dlatego, że były to czasy dobrze obchodzące się bez takich historii.

Dla kogo więc to piszę? Myślę, że przede wszystkim dla siebie, czuję się już trochę zmęczona własną pamięcią, a czasem wydaje mi się, iż coś zasługuje jednak na przechowanie w piśmie. Nie jestem ogniwem znamienitego rodu. Ta historia będzie zapewne krótka i wiadomo, iż na mnie się skończy. Dziwna historia, epizod bez przyszłości.

Moja prababcia jest pierwszą zapamiętaną postacią tej opowieści. Widziałam ją, jako dziewczynka, leżącą w łóżku, przypominała małą lalkę, ale nie miała włosów, tylko chusteczkę na głowie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że prababcia umiera na starość, bałam się jej i szybko chciałam wyjść z pokoju. Prababcia Piętakiewiczowa, matka mojej babki ze strony ojca, umarła w Krzeszowicach, w domu należącym do rodziny.

Dopóki żyli dziadkowie, czyli rodzice mojego ojca, jeździliśmy często ich odwiedzać. Fragmenty świąt należały zawsze do dziadków, pociąg relacji Kraków-Krzeszowice zatrzymywał się na każdej małej stacji, gdy mijaliśmy Rudawę ojciec oznajmiał, wskazując palcem: o, dom Konińskiego, co zresztą nie budziło we mnie specjalnych emocji. Karola Ludwika Konińskiego nic wówczas nie czytałam, znałam tylko panią Stefanię Konińską, żonę, bo przychodziła często w odwiedziny do rodziców, pracowała jako bibliotekarka na AGH. Jej największym bólem był Jerzyk, syn Konińskich, wybitnie uzdolniony i chory. Jego choroba nasilała się z latami, był pacjentem oddziałów psychiatrycznych, często zjawiał się u mojego ojca. Czasem w ostrym, psychotycznym stanie, co było okropnym doświadczeniem dla młodej dziewczyny; dopiero wiele lat później miałam zetknąć się z takimi chorobami. Pan Jerzyk majaczył i opowiadał przeraźliwe, halucynacyjne historie, nie wiadomo było, co robić, kiedyś uciekł ze szpitala i pojawił się w mieszkaniu przy ulicy św. Teresy w pasiastej piżamie.

Przypominam o tym, bo historia rodziny Konińskich, która tak szybko i dramatycznie została unicestwiona przez los, wydaje mi się podobna do wielu powojennych przypadków. Nikt nie troszczył się wtedy o przeszłość, częściowo, w tamtych latach, niecenzuralną. Wnętrze małego domku Konińskich w Rudawie zawieszone było obrazami Witkacego, co dobrze zapamiętałam z jedynej tam wizyty. Po śmierci pani Stefanii i Jerzyka dom powoli przestawał istnieć. Stał się, zapewne, domem innych.

Mój ojciec pamiętał o Konińskim, który namawiał go do twórczości literackiej, słuchał pisanych w czasie okupacji opowiadań i wysoko je cenił. Pamiętał, inicjował pisanie prac o nim (wiernym znawcą Konińskiego jest do dziś Bronisław Mamoń), ale gdy pociąg mijał niewielki domek, mijał przedwojenną i okupacyjną przeszłość, która rozpadała się i murszała na oczach obojętnych w większości świadków. Próbuję sobie wyobrazić młodego mężczyznę, jak w pogodny, albo deszczowy dzień, szybkim krokiem, ubrany w sportowe spodnie-pumpy i solidne buty, zmierza wąska ścieżką, która prowadzi go z domu w Krzeszowicach pośród najpierw ogrodów owocowych, a potem płaskich łąk, ku Rudawie, położonej nieco wyżej, niewidocznej z tej lekko tylko pofalowanej płaszczyzny. Zabrał ze sobą, oczywiście, rękopisy, które właśnie wczorajszej nocy napisał. Jest niepewny, ale zadowolony, jest ciekawy, co powie o jego ostatnim opowiadaniu ten unieruchomiony w gipsowym gorsecie mężczyzna, którego słucha z szacunkiem. Niech pan pisze dalej – tak zapewne powie. Więc będzie dalej pisał, już zaczyna mu się rysować następny pomysł.

Rudawa już za nami.

Kolejne pasmo pagórków kryje dom rodziny Stopków, z którego pochodził Andrzej Stopka, scenograf, mąż Wincentyny Wodzinowskiej, córki krakowskiego malarza (spod jego pędzla wychodziły popularne w dwudziestoleciu portrety góralek i dziewcząt z ludu, ozdobionych sznurem czerwonych korali). Stopka, przezwany potem Duszkiem, współtwórca teatru Kazimierza Dejmka, był malutki, toteż jego łóżko, które teraz znajduje się jako jeden z eksponatów w muzeum ziemi krzeszowickiej, wygląda jak łóżko małego chłopczyka. Popadam w zadumę nad tym łóżkiem, ilekroć odwiedzam małe muzeum i wtedy widzę Duszka z chlebaczkiem na ramieniu, albo Duszka na ogromnym motocyklu, wraz z którym nieodmiennie wywracał się na chodnik, bo nie było innego sposobu na to, żeby taki mały człowiek zsiadł z tak dużego motocykla.

Duszek był duszą towarzystwa, rubaszną i nieprzewidywalną, zaś z moim ojcem tworzyli śmieszny duet; ich fizyczne podobieństwo przywodziło na myśl filmowe pary aktorskie. Duszek był mały, pękaty, ojciec większy, ale też krępy. Obaj spoglądali spod krzaczastych brwi błękitnymi, niesfornymi oczami chłopców.

Pociąg zatrzymywał się na stacji Krzeszowice.

Przemiana małego miasteczka w prawie miasto spowodowała, że nie przypomina ono dziś siebie z lat powojennych, a tym bardziej przedwojennych. Gdy żyli jeszcze moi dziadkowie, Krzeszowice posiadały resztki dawnej fizjonomii, bezpretensjonalnej i niezbyt zadbanej. Pomiędzy stacją kolejową a domem dziadków znajdowały się podmokłe łąki, na których pasły się krowy. Na tych właśnie łąkach, jak mogę się domyślać, rozgrywa się akcja jednego z ciekawszych opowiadań mojego ojca, które nosi tytuł „Kocięta”. Opowiada o małym chłopczyku i jego pewnej przygodzie.

Przemiany powojennej rzeczywistości najwyraźniej odbijały się na tartaku dziadka. Kurczył się w oczach. Stosy desek malały. Coraz to nowy kawałek tartacznej przestrzeni ubywał. Mój dumny dziadek-kupiec stawał się starym człowiekiem, rozgoryczonym i niepewnym. Ale bywał butny i wesoły, bo Wojtek Wyka miał w zasadzie pogodne usposobienie. Babka była sceptyczką i melancholiczką, myślę, że do niej właśnie upodobnił się mój ojciec. Podczas wywłaszczenia upaństwowiono lasy, które dziadek przerabiał na deski. Rodzina widziała w nich posag i zabezpieczenie dla wnuków. Zbudowano w tym miejscu hutę aluminium Skawina. I tak po kolei i stanowczo topniał rodzinny majątek, który z takim trudem gromadził mój dziadek. Kamienica przy rynku została sprzedana. Willa, w której spędziliśmy okupację i gdzie rozgrywało się „życie na niby”, również przeszła w obce ręce. Dziadek się starzał, dręczyli go lokatorzy, bo jako właściciel musiał dbać o ich dach nad głową w sensie dosłownym. Mój ojciec zaś posiadał doskonałą obojętność na wszelkie formy własności. Interesowały go wyłącznie książki, reszta mogła nie istnieć. Tak więc z majątku i nieruchomości nic nie zostało, tylko dziadkowie do końca życia mieszkali we własnym domu przy ulicy Targowej.

Kiedy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny, babka wyciągała najpierw z kredensu porzeczkowe wino domowej roboty. Miało jasnoróżowy kolor i wydawało się sokiem raczej niż alkoholem. Ale wcale nie było takie słabe. Babka reprezentowała oszczędną stronę rodziny, w przeciwieństwie do rozrzutnego dziadka. Stanowczo zabierała ze stołu wino po wypiciu przez gości jednego, no, co najwyżej dwóch kieliszków. Potem podawała obiad, ojciec najbardziej lubił sznycle. Można powiedzieć, że lubił wyłącznie sznycle, i jeszcze zupę pomidorową. Jedzenie interesowało go równie mało, jak własność. Zapytywany, już później i przy różnych okazjach, kiedy to bywał na uroczystych kolacjach i obiadach, a więc zapytywany przez córki – a co jadłeś, odpowiadał: no, sznycle. I dodawał po namyśle: i pomidorową, oczywiście.

Mieszkanie dziadków układało się w amfiladę, w zimie tylko kuchnia i pierwszy pokój były porządnie ogrzewane. Za nimi więc wchodziło się w przestrzeń wychłodzoną i skromnie umeblowaną. Ale mnie pociągało to wnętrze. Jakbym po nim czegoś więcej oczekiwała. Przez długie lata w drugim pokoju stał wielki, czarny Bechstein, siostra ojca, Basia, uczyła się w szkole muzycznej i przepowiadano jej karierę solistki. Kiedy wyszła za mąż i urodziła dzieci, kariera się odsunęła, potem jej wizja znikła, a razem z nią fortepian marki Bechstein. Miał się odnaleźć w jej kolejnych mieszkaniach, ale grywała na nim coraz rzadziej, wreszcie przestała. W trzecim pokoju wisiał święty obraz, przedstawiający Jezusa z krwawiącym promieniami sercem, albo może Boga Ojca na białej chmurze, albo Ducha Świętego za obłokiem. Nie pamiętam go już dokładnie. Wisiał nad łóżkiem, w którym dziadków spotkały ich ostatnie choroby.

Kiedy jeszcze żyją, przypatruję się im. Ojciec ma nos babki, ale nie ma nic z dziadka, babka ma zaróżowioną skórę pokrytą siecią drobnych żyłek, ojciec ma ręce babki. Dziadek jest wysoki i ma biały, ostry wąs. Włosy przypominają szczotkę. Nie mogę sobie przypomnieć jego głosu. A głos babki pamiętam. Nosowy, jak u ojca, i ten tłumiony śmieszek, ukryty w obwisłym policzku. W kuchni, na starym, węglowym piecu z fajerkami, babka miesza potrawy. Snujemy się po mieszkaniu w oczekiwaniu na obiad i ukradkiem wymykamy do nie opalanych pokojów. Koniecznie chcemy znaleźć coś dziwnego. Ale dziwny jest tylko chłód, zimne ściany, czarny fortepian.

Front domu zajmowała drewniana, oszklona weranda. Piętrzyły się na niej owoce, jakieś suche badyle, koszyki wiklinowe, różnorakie zapasy. Czasem, w dzieciństwie, śniła mi się ta weranda. Że stoję na środku niej, w ciemności, pochyłe schody prowadzą na podwórze, słyszę głos babki, uważaj dziecko, żebyś nie spadła. Teraz już jej nie ma w moich snach, po prostu dawno spadłam na podwórze tartaku, aby pobłądzić pośród pachnących desek i rachitycznych grządek z kwiatkami.

Małe przedwojenne miasteczko zachowało jeszcze swój charakter w latach wojny. Trochę je pamiętam, ale trudno, jak to bywa, rozstrzygnąć czy z opowiadań rodziców, czy jednak z własnych zasobów wspomnień. Największe wrażenie robiła na mnie willa rejenta Adolfa Reaubourga, mojego chrzestnego ojca, prowadzącego kancelarię adwokacką. Pracowała w niej mama jako urzędniczka i maszynistka. Willa się już prawie rozpadła, bo poumierali jej właściciele. Wydaje mi się, że wtedy była tajemnicza i piękna. Miała wykusze w stylu art deco, ogród, a w nim basen ze złotymi rybkami. Stawałam nad basenem i patrzyłam na życie, bystro poruszające się pośród zielonych wodorostów. Było ciepło, leniwie, przyjemnie, wujek rejent patrzył na mnie dobrotliwie, coś tam mruczał, coś śpiewał pod nosem.

Pod dziecinną obserwacją znajdowało się miasteczko dzienne, a nocne poznałam z „Życia na niby” mojego ojca. Jedna szczególnie scena jest w nim – jeśli wolno tak powiedzieć o okupacji – nastrojowa. To opis straży nocnych, sprawowanych przez zacnych obywateli miasteczka w czasie wojny. Chodzili w ciemności i ciszy, nasłuchując własnych kroków, bo tak naprawdę nic szczególnie groźnego nie działo się wówczas w tym miasteczku. Patrzyli w spokojne niebo letnie lub zimowe, bo dopiero za jego horyzontem był strach, Oświęcim, łapanki, gestapo. Dziwna to straż nocna, bez broni i mundurów. Wille zapadały w sen w swoich ogrodach i miały nadzieję, że nic już do rana się nie wydarzy.

Niewiele wiem o rodzinie mamy. Mama nie mówiła o niej często, a ja nie pytałam zbyt dociekliwie. Spośród sześciorga rodzeństwa troje zmarło we wczesnym dzieciństwie podczas epidemii grypy lub tyfusu. Babka ze strony mamy urodziła się w Janowie Podlaskim, ale nigdy po wojnie już tam nie pojechała. W tej biednej rodzinie tylko jedno dziecko ukończyło wyższe studia: siostra mojej mamy, ciocia Kazia, była prawnikiem. To właśnie ciocia Kazia otwiera perspektywę ku rodzinie mamy. Moja ulubiona (obok Róży z Birtusów, żony Mariana Wyki, spokrewnionej z Andrzejem Bobkowskim) ciotka.

Poznała przed wojną utalentowanego architekta, Juliusza Goryńskiego (rodzina nazywała się Goldstein, potem nazwisko zostało zmienione), studiującego w Wiedniu i wywodzącego się ze znanej rodziny wiedeńsko-żydowskiej. Jego ojciec był lekarzem, Juliusz obracał się w kręgach wiedeńskiej inteligencji i mieszczaństwa, świetnie wykształconego, o poglądach raczej lewicowych, z szerokimi koneksjami w wiedeńskim towarzystwie, interesującego się sztuką i malarstwem. Ojciec i brat wujka Julka zostali rozstrzelani w Warszawie w czasie okupacji. On sam uniknął ich losu, po wojnie pełnił różne ważne funkcje w rządach jako architekt, projektant, doradca. Brał udział – i częściowo był autorem – w projektowaniu miasta Nowa Huta, co wielu potem miało mu za złe. Trudno nie przyznać racji przeciwnikom, ale pamiętać trzeba też, że Nową Hutę projektowało pokolenie wychowane na szkole Bauhausu i Gropiusa, wierzące (jak się miało okazać, naiwnie) w to, iż pewne idee użytkowości tej szkoły połączone ze specyficznym zdobnictwem sprawdzą się w socrealistycznej przestrzeni miejskiej.

Tak myślę, jako nie–fachowiec. I wracam do wujostwa.

Wujek Julek to był przede wszystkim Wiedeń, język niemiecki i niedostępna dla mnie tradycja wiedeńskiego mieszczaństwa, przepastnych mieszkań wyraziście naznaczonych XIX wiekiem, obrazów, mebli i kryształowych świeczników. Odwiedziłam kiedyś w Paryżu daleką rodzinę wujka Julka, której mnie polecił. Wiedeń trwał i tam, wiedeńskie mieszkanie rozpierało się w okolicy Batignolles. Starsi państwo mile przyjęli młodą kobietę, ale rozmowa jakoś się nie kleiła. Skonfundowani zabrali mnie na przejażdżkę samochodową. Uznali zapewne, że dla obywatelki PRL-u będzie to wystarczająca atrakcja.

Wujek Julek był poliglotą i erudytą. Lubił też odpytywać swoje siostrzenice z ogólnej wiedzy o świecie, co ja osobiście również bardzo lubiłam. Wiedza wujka imponowała mi, w jakimś sensie bardziej niż wiedza ojca, bo była inna, wymierna, architektoniczna. Biegłam zawsze z przyjemnością na ulicę Kanonie, skrytą za katedrą świętego Jana. Dwaj synowie wujostwa byli prawie naszymi rówieśnikami – moimi i siostry, jeździliśmy razem na wakacje, wychowano nas podobnie.

Jadwiga i Kazimiera, czyli nasze matki, jak widzę na starych zdjęciach, to piękne panny o wyrazistych oczach. Ciocia Kazia uśmiecha się ujmująco. Dziecko, weź kąpiel w skórkach cytryny, mówiła do mnie rozkazująco i sypała do wanny wysuszone skórki. To był nasz wspólny kosmetyczny luksus w tamtych pozbawionych luksusu czasach.

 Ciocia bardzo lubiła mojego ojca, można nawet powiedzieć, że przyjaźniła się z nim. Znała jego słabości i tolerowała je. Czasem tylko wzdychała: Kazio jest za miękki, za płaczliwy. To niedobrze. Powinien wydorośleć. Mówią, że jestem podobna do cioci Kazi. Lubię małe luksusy i mam jej uśmiech. Tak osądziła niegdyś rodzina, więc zapewne miała rację.

Ciocia podobnie jak wujek jeszcze przed wojną zapisała się do PPS. Potem oboje zostali ofiarami zjednoczenia partyjnego i znaleźli się w PZPR, czego uniknął mój ojciec, który w najgorszych czasach oparł się skutecznie zakusom towarzyszy i pozostał bezpartyjny.

W rodzinie Goryńskich uczyłam się, jak teraz widzę, ciekawości świata, chłonęłam opowieści wujka o podróżach, które odbywał, o ludziach, których spotykał. Wujek lubił te narracje, prowadził je ze swadą (czasem zadając encyklopedyczne pytania) i kuchnia przy ulicy Kanonie była moim oknem na Warszawę (dosłownie) i na dalsze okolice.

Spożywszy jajecznicę przechodziliśmy do gabinetu wujka. Wyciągał płyty z songami Brechta lub piosenkami Zarah Leander. Udawaliśmy się w ten niemieckojęzyczny świat z wielką przyjemnością. Świat przedwojenny.

Opisuję tutaj tę niewielką scenę, aby, przywołując szczegóły, zdać sobie sprawę z pewnej całości. Skąd się wzięłam? Co mnie ukształtowało? Jakie wzory miałam w najbliższej okolicy? Z jednej strony – była to tradycja i obyczaj polskiej przedwojennej prowincji, związany z nią bez wątpienia szacunek dla pracy i swoista skromność, ale też ethos klasy społecznej, która po I wojnie porządkowała własne podwórko, upiększała je, z wielkim wysiłkiem kształciła dzieci i dla nich zarabiała pieniądze. Dzieci miały mieć pozycję społeczną. Dzieci moich dziadków nie zawiodły ich zaufania. Pod koniec życia byli z nich dumni. Najstarszy syn został profesorem uniwersytetu; młodszy ukończył architekturę w Anglii (już jako emigrant), córka najpierw grała na fortepianie a nawet koncertowała, jako dorosła osoba zrobiła magisterium z historii sztuki. Dla tych zdolnych dzieci dziadkowie zrobili wszystko; żyli bardzo skromnie i nigdy nie wyjechali ze swojego miasteczka. Co najwyżej do Swoszowic.

Moja mama, przed wojną urzędniczka w kancelarii adwokackiej w Krakowie przy ulicy Poselskiej (u Macieja Starzewskiego, męża Magdaleny Samozwaniec, siostry Marii Pawlikowskiej), a potem w Krzeszowicach, wyszła za mąż za obiecującego młodego uczonego (spotkali się w pociągu), który zaraz po studiach został zauważony przez swoich profesorów. Liczył się z ich opinią ogromnie, pamiętał o nich zawsze. To rzadki rodzaj więzi. To im zadedykował swoją pracę doktorską, im poświęcił piękne wspomnieniowe strony. Nigdy z nich nie żartował. Profesorowie to był inny wymiar.

Kiedy cały świat się rozpadł, rodzice mieli małe dzieci, którym coś trzeba było ofiarować. Oczywiście to „coś” musiało pochodzić z ich przedwojennego świata, bo jakiż inny świat mógł być dla nich wzorem? Dzieci nie wiedziały, opuszczając po wojnie małe miasteczko, że wokół nich rozciąga się przestrzeń zrujnowana, w wielu sensach. Ostatnie wątki obumierały bez wielkiego rozgłosu, choć trwało to parę lat: prywatne szkoły, nauka religii, prywatne cukiernie, prywatna własność. To, co przychodziło, wydało się w pewnym sensie naturalne, a nie wymuszone, łaciny uczyłam się prywatnie, o religię dbała babcia i pobliskie siostry zakonne, majątek dziadków mało mnie obchodził. Profesorowie ojca nie żyli, opowiadano o nich tylko ciekawe historie. O czym myślał mój ojciec, gdy skończyła się wojna i cała jego rodzina ładowała dobytek na furę zaprzężoną w konia (to był najtańszy środek lokomocji), aby przenieść się do Krakowa? Nie dowiem się nigdy, co myślał. Nasza przyszłość nie miała jednak absolutnie czarnych barw. Istniały dalej prywatne szkoły dla dziewczynek, dziewczynki należało kształcić, a potem – okaże się... W tym wzorze kształcenia dziewczynek mieściły się lekcje gry na fortepianie. Trudno w to uwierzyć, ale ukończyłam podstawową, prywatna rzecz jasna, szkołę muzyczną, bo jaka inna muzyczna instytucja podjęłaby się kształcenia osóbki równie mało utalentowanej. Egzamin końcowy, czyli popis fortepianowy był autentycznym horrorem – w pocie czoła wykonywałam sonatę Beethovena, myląc się ponad wszelką dopuszczalną miarę. Ale zdałam, dawno już zapomniałam gry na fortepianie...

Matura w apogeum systemu była trudna – ale przede wszystkim ze względu na fakt, iż zdawało się wszystkie przedmioty, matematykę również. Przemyślne ściągi wmontowane w pasek od spódnicy pozwoliły mi zwycięsko przebrnąć przez matematyczne wzory. Ale do dziś nie do końca rozumiem, jak to się udało. Moja najbliższa wtedy przyjaciółka, umysł ścisły, nie chciała podpowiadać. Dzisiaj mogę jej mściwie powiedzieć: a widzisz, udało się. Wypłynęłam na szerokie wody.

Na szerokie wody? Cóż to miało oznaczać? Studia w pierwszym rzędzie.

Teraz, po wielu latach, zdaję sobie sprawę z tego, iż znaleźliśmy się na uniwersytecie na dobrą sprawę przedwojennym – tacy byli nasi nauczyciele, choć nie kojarzyliśmy ich z przeszłością równie odległą. Profesorowie Pigoń, Kleiner, Nitsch, Dłuska mieli stopniowo odchodzić. Profesor Leszczyński, filozof i przyjaciel Witkacego, bez względu na porę roku owinięty w brązową jesionkę. Józef Spytkowski, docent, specjalista od Brzozowskiego, milczący dziwak. Polonistyka była niewielka, grupy studenckie na moim roku zaledwie cztery. Na ile mogliśmy docenić tych ludzi, budując dopiero swoją pamięć, nie mając żadnych punktów odniesienia, młodzi, gniewni, rozpoczynający życie, otoczeni przez liczniejszych od nas kolegów ze wsi i małych miasteczek? Stanowiliśmy enklawę, nie wiedząc o tym zresztą.

Moi koledzy i moje koleżanki, ci najbliżsi, z pierwszej grupy, byli młodzieżą miejską i inteligencką. Zebrał nas mój ojciec, w każdym razie naszą większą część. Nie interesowaliśmy się specjalnie swoimi historiami rodzinnymi, ciekawa to jednak była zbieranina. Nie przypadkowa bynajmniej, ale o tym wiedział na początku tylko mój ojciec. Grupa pierwsza – trwaliśmy pod tą cyfrą pięć lat, nic się w naszym składzie nie zmieniało.

Skąd przybywaliśmy? Z Krakowa, oczywiście, ale nie tylko stąd. Ze Lwowa, którego nazwy nawet się nie wymieniało. Z Wilna, a więc w ogólności z Kresów. Z Zakopanego, z jego międzywojenną tradycją. Tak różni mieliśmy przecież jakieś wspólne zaplecze. Spędziliśmy razem całe studia, bawiąc się i ucząc, a tę wspólnotę wymyślił, w znacznym stopniu, mój czujny ojciec. Dlaczego tak postąpił? Nie wiem. Nigdy się nie dowiem, bo kiedy żył nie zapytałam o to. Nie pisze o tym w swoich listach do przyjaciół, ani w karteczkach do mnie. Więc można się tylko domyślać.

Czułam się trochę poza kolegami. Oni również czuli się poza mną. Byłam przecież córką ich profesora. Ale pozostawaliśmy razem, byliśmy z tego samego materiału. Ja dodatkowo zawsze tkwiłam w literaturze pięknej. Pisarze i artyści przyjaźnili się z rodzicami, byli w pobliżu, więc uważałam ich od dzieciństwa za naturalne środowisko. Ale zakładałam podświadomie, że istnieje jakaś odległość, jakaś przestrzeń pomiędzy ich tekstami a życiowymi zachowaniami. Nigdy, na dobrą sprawę, nie kojarzyłam narracji Wilhelma Macha z jego prozą. Opowiadał wspaniale, miał niezwykły dar opowieści, w jego modulowanym, aktorskim głosie zdarzało się wszystko. Kiedy przeczytałam „Góry nad Czarnym Morzem”, wydały mi się sztuczne. Potem wielokrotnie nie umiałam rozdzielić życiowych narracji od pisanych tekstów.

Potem lepiej mi się wiodło z uczniami ojca – tymi o wiele starszymi, najlepiej z Ludwikiem Flaszenem. Gdy spotkałam go niedawno w Paryżu, fioletowy szalik artysty oplatał mu szyję, przypomniałam sobie namiętnego pokerzystę i nocnego wędrowca po Krakowie. Podobno chodził również w tym celu nocną porą, aby sprawdzać, czy profesor Henryk Markiewicz wciąż pracuje w swoim gabinecie przy ulicy Grottgera. Na ogół światło się paliło w ciemnej, krakowskiej nocy. Powstawało nowe dzieło. Ludwik był uszczęśliwiony.

Niespełna rok po śmierci mojego ojca zapowiedział się na ulicy św. Teresy Jerzy Andrzejewski. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, mama zaprosiła go na Wigilię. Przyszedł razem z Ewą Otwinowską i córką Agnieszką. Dla mnie dziwne to były święta. Oto zjawiła się historia literatury, z którą skądinąd byłam obeznana. Andrzejewski, który znał moją mamę z lat bezpośrednio powojennych, był spokojny, wyciszony, uważny. Mieliśmy koniec roku 1975 i rozmawiało się o Kaziu, który niedawno odszedł. Wydawało mi się wówczas, iż Andrzejewski, którego wcześniej nie spotkałam, tropi w naszym domu ślady własnej młodości. Czy je znalazł? Nigdy o tym nie napisał, wyjąwszy zdawkowe notatki.

Wychowana wśród pisarzy nie bardzo wiedziałam, jak się wobec nich zachować. Jako młodociana krytyczka wstydziłam się pisać o znajomych, którzy znali mnie i rodziców, i nie umiałam tych domowych związków wykorzystać. Ale co tu dużo mówić – pisarze byli dla mnie jak powietrze i nie interesowały mnie inne ludzkie zgromadzenia. Stawałam się nieuchronną dziwaczką.

Ale potem literaci, już rówieśnicy, stawali się moimi przyjaciółmi i znajomymi. I tak pozostałam w tym kręgu, nie opuściłam go nigdy, od owych doprawdy zamierzchłych czasów, gdy pan Trzaska podarował mi książeczkę „Raz termometr zachorował”, a ja nauczyłam się jej na pamięć, bo czytać jeszcze nie umiałam. Tę chwilę sfotografował w Krzeszowicach Jerzy Turowicz. Ponad stronicami książeczki unoszą się literackie miazmaty, boskie trucizny, zaś na stronicach pan termometr skarży się, że mu duszno w futerale (potem że mu puchnie nóżka i położył się do łóżka...).

Moim niezrealizowanym marzeniem było napisać powieść. Rozprawiałam o tym przez wiele lat z przyjaciółmi. Nawet uwierzyłam w to, że piszę powieść. Ireneusz Iredyński, mieszkający wówczas w Krakowie, pytał przy każdym spotkaniu: no jak tam twoja powieść? Posuwa się do przodu? Posuwa się – odpowiadałam, bo wstyd było się przyznać, że to wszystko wymyślone. Dalej piszę powieść, zmienia się jej temat, bohaterowie podlegają aktualnym naciskom, więc pewnie nie skończę jej nigdy

Jej tematem jest najpierw życie rodziny mojej mamy. Okazuje się, że za mało o nim wiem. Potem przerzucam się na rodzinę ojca, o której wiem zdecydowanie więcej i znam sporą garść fabuł. Ale to się również urywa, brakuje mi pewnych argumentów. Kiedy przypatruję się mojemu zawodowemu otoczeniu, wychodzi mi powieść zdecydowanie satyryczna. Kiedy patrzę na siebie, czuję, że autobiografizm odziany w pozory fikcji, nudzi mnie. Kiedy myślę o wielkiej powieści na temat formacji, zaczynam rozumieć, co to jest postmodernizm. Więc w ostateczności pozostaje mi powieść wagonowa bądź powieść uniwersytecka, czego się z kolei nigdy po sobie nie spodziewałam. Przeglądam notatki. Skreślam i dopisuję. Może jednak ustąpię pod wieloletnim naciskiem wewnętrznym, który jest zapewne pochodną zawodu. Lubię czytać moją nie napisaną książkę, gdzie nic nie jest skończone, a wszystko się dopiero zaczyna. I wszystko wciąż jest możliwe.

Młode środowisko przyjacielskie rozpadło się ostatecznie po roku 1968. To był kres wspólnot, kres niewiedzy, koniec beztroski. Poranek marcowy z wiersza Broniewskiego (poranek marcowy, jak cicho – tak się wówczas wyśpiewywało...) okazać się miał wyjątkowo mroczny.

Pomiędzy Warszawą a Krakowem przygotowywałam się do obrony doktoratu. Miała ona miejsce 28 marca 1968 roku – gorszą datę nawet wymyślić trudno. Profesorowie – Żółkiewski, Baczko – poddani już sankcjom. Przyjaciele wciągnięci w wieloraką konspirację, niepokój, nadzieja, frustracja. Nasza młodość wtedy skończyła się definitywnie, za to zostaliśmy doktorami, uczonymi, profesorami, albo zwykłymi dorosłymi, co bodaj lepsze.

I tutaj zaczyna się inna historia. Czy warto ją opisywać?

Marta Wyka     
 

 

 
majdan.marek@gmail.com     2009-09-07 08:51:59
Artykuł wzbudził moje olbrzymie zainteresowanie!!! Jest w nim wspomniany Adolf Reaubourg, chrzestny Pani Marty Wyki. Jestem krewnym Adolfa Raeubourga. Ojciec mojej matki-Henryk Reaubourg to brat A
 
podraza3@wp.pl     2011-09-16 22:20:52
Maciej Starzewski był teściem Magdaleny Samozwaniec.
 
yvonne49@poczta.onet.pl     2012-07-01 23:25:20
Urocze wspomnienie o profesorze Juliuszu Goryńskim, moim Mistrzu i przełożonym. Byłam pod Jego urokiem, ja siksa, sekretarka katedry, której był kierownikiem. Oboje jednakowo pędziliśmy z jednakową sz

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas