poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TERESA WALAS
(Auto)portret ukrytego pokolenia
Hanna Świda-Zięba, „Urwany lot. Pokolenie inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945-1948”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003.

Zdarza się, że pojęcie zadomowione w języku potocznym robi karierę w językach profesjonalnych i w nich sfunkcjonalizowane wraca potem do potocznej świadomości wyposażone w nową moc kształtowania wyobrażeń o świecie. Tak między innymi rzecz się miała z pojęciem pokolenia, które ze zwykłej miary rytmu biologicznej reprodukcji przeistoczyło się w kategorię badawczą, stosowaną przez historyków literatury, socjologów, badaczy kultury. A użytek, jaki wszyscy oni z niej zrobili, tworząc za jej pomocą określone obrazy dziedzin przedmiotowych, którymi się zajmowali, nie pozostał bez wpływu na uformowanie się zarówno potocznej wiedzy o przeszłości, jak i diagnoz dotyczących czasu teraźniejszego czy prognoz związanych z przyszłością. Ponieważ zaś w polskiej świadomości zbiorowej wyjątkowe miejsce zajmowała literatura, ważną rolę w kształtowaniu się jej wyobrażeń odegrało pojęcie pokolenia literackiego, które było i jest, obok prądu i okresu, najpowszechniej używaną kategorią służącą do porządkowania literackich zmian i procesów. Toteż tak spośród pokoleń wyznaczanych przez naturalny rytm biologiczny, jak i tych wyodrębnianych przez socjologów jako grupy rówieśników połączonych wspólnotą horyzontu światopoglądowego, historycznego doświadczenia oraz zakorzenienia społecznego, w pamięci zbiorowej znalazły się i utrwaliły te przede wszystkim, które uzyskały swój wizerunek w literaturze i w niej zapisały swoją odrębność. Z tego też względu spomiędzy roczników przed- i powojennych do roli protagonisty na historycznej scenie wybrane zostało „pokolenie Kolumbów”, które przyszło na świat w pierwszych latach drugiego dziesiątka XX wieku i w chwili wybuchu wojny wkraczało w metrykalną dojrzałość. Były to, jak wiadomo roczniki Różewicza, Borowskiego i samego Bratnego, autora owej skrzydlatej, a utrwalonej przez szkołę, formuły wywoławczej. Pokolenie to stało się potem podmiotowym rdzeniem powojennych polskich dziejów i jego centralną pozycję podważyła dopiero Nowa Fala, więc twórcy o dwadzieścia i więcej lat młodsi, „dzieci Polski Ludowej”, które rodziły się już po wojnie. Literacka mitologia pokolenia Kolumbów była tak silna, że zagarnęła także inne, starsze i młodsze roczniki, a jego doświadczenie wojny przybrało postać dla kultury wzorcową. W obszarze tego doświadczenia znalazły się przede wszystkim dwa momenty: młodość zarażona śmiercią i zbrodnią oraz poczucie kryzysu trwałych dotąd wartości. Dołączono później do tego przejściową fascynację stalinizmem oraz ideologiczne rozczarowanie. Stereotyp ten powstał i utrwalił się w zbiorowej świadomości z dwu powodów: po pierwsze dlatego, że w polskiej kulturze wytworzył się nawyk łączenia kategorii pokolenia z wydarzeniami o charakterze historycznym (ewenementem było tu, jak wiadomo, pokolenie Młodej Polski, ale i ono kształtowało swoją tożsamość przez negatywne odwołanie się do tamtej reguły, czyli przez brak takiego wydarzenia); po drugie, z tego względu, że literatura powojenna, w szybkim czasie objęta cenzurą, mogła z doświadczenia pokoleniowego wybierać pewne jedynie treści, te, które ideologia uważała za dopuszczalne i na których obieg zezwalała. To sprawiło, że portret pokolenia Kolumbów był niepełny, że zazwyczaj nie obejmował tego wszystkiego, co można określić jako typ umysłowej i duchowej formacji, wartości bowiem, które w typie tym były zawarte, podlegały już w znacznej mierze ideologicznej restrykcji. W literaturze przejawiało się to jako ogólny deficyt epickości, który w jakiejś mierze niewątpliwie zaważył na ukształtowaniu się zbiorowej samowiedzy. Zniesienie cenzury nie doprowadziło do zrównoważenia tego deficytu, ani do radykalnego przesterowania owej samowiedzy. Wypełnianie luk, którym zajmowali się historycy i publicyści, wzbogaciło i zróżnicowało pokoleniową biografię, w zasadzie jednak nie spowodowało zmiany samego jej schematu. Zmianę taką zainicjowała Hanna Świda-Ziemba swoją niezwykłą książką „Urwany lot. Pokolenie inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945-1948”.

 Przez dziesiątki lat gnębiona przez cenzurę myśl żyła nadzieją, że szuflady pisarzy i uczonych zapełniają się rękopisami, które w sposobnej chwili zasilą kulturę obrazami kneblowanej prawdy. Przekonanie to, jak wiemy, było w większości złudne i szuflady najczęściej ukazywały swoje puste wnętrza. Szuflada wszakże socjologa, Hanny Świdy-Ziemby, okazała się szufladą wypełnioną materiałami gromadzonymi od lat, a regularnie od początku lat 70. Sytuacja zaś socjologa była o tyle dramatyczniejsza od sytuacji artysty-pisarza, że ograniczenia nakładane na niego przez ideologię rujnowały mu warsztat badawczy, odcinając go od informacji i możliwości prowadzenia badań empirycznych. Świda-Ziemba przeprowadza więc prywatną kwerendę: zbiera pamiętniki, dzienniki, listy, wspomnienia powstałe w latach 1945-1948, a należące do jej rówieśników, dających się określić jako młodzież inteligencka. Z tak pozyskanych prywatnych dokumentów, a także z własnej żywej pamięci, odtwarza teraz portret swojego pokolenia, a tym samym powołuje je do życia jako osobną jednostkę generacyjną dotąd w zbiorowej świadomości nieuwzględnianą. Ten gest socjologicznej kreacji ma niewątpliwie osobiste podłoże, pociąga jednak za sobą dość istotne zmiany zarówno w obrazie historycznej rzeczywistości, jak i w samym sposobie kształtowania wizerunku pokolenia.

Owo pokolenie dotąd nienazwane (bo funkcjonująca w historii literatury nazwa „pryszczaci” miała wyraźny wyznacznik ideologiczny i obejmowała grupę, do której należeli także pisarze starsi) to ludzie urodzeni między rokiem 1926 a 1930, roczniki więc od „Kolumbów” nieco młodsze, od tzw. zaś pokolenia „Współczesności” trochę starsze. Należeliby do niego Jacek Bocheński (1926), Tadeusz Konwicki (1926), Witold Woroszylski (1927), Andrzej Wajda (1926), Leszek Kołakowski (1927), zamykałby je Mrożek (1930). Świda-Ziemba wyodrębnia to pokolenie, bo je uznaje za graniczne: ostatnie, które zostało poddane zintegrowanemu procesowi socjalizacji ugruntowanemu w tradycji, a socjalizacja ta, niezależnie od ogromnych spustoszeń poczynionych w świadomości przez wojnę i okupację, okazała się socjalizacją fortunną. Odtwarzanie więc horyzontu światopoglądowego właściwego temu pokoleniu można traktować jako wyznaczanie granicy dwóch mentalnych rzeczywistości – przed- i powojennej. Samo zaś przeniesienie punktu ciężkości z doświadczenia historyczno-politycznego na zawartość tego horyzontu wydobywa z cienia słabo dotąd widoczne rysy świadomościowej dynamiki, jaka charakteryzowała lata 1945-1948, a która rychło została poddana gwałtownej presji stalinizmu. To właśnie w tych latach, potraktowanych jako osobny segment w pokoleniowej biografii, widzi Świda-Ziemba okres, w którym ujawniły się wszystkie naturalne, by tak rzec, możliwości przynależne generacji i wpisane w historyczną zmianę. To wtedy wyznaczone zostanie pole gry i ustawione figury, których układ zadecyduje o przebiegu późniejszego historycznego dramatu.

Mentalny portret pokolenia, jaki wyłania się ze zgromadzonych przez autorkę świadectw i z jej własnych wspomnień, odbiega częściowo od stereotypu wytworzonego wtórnie z literackich obrazów. Hanna Świda-Ziemba również pokazuje, że wojna i okupacja dokonały destrukcji światopoglądu wyjściowego, ukształtowanego w wyniku socjalizacji (jego najważniejsze składniki to Polska, Bóg, indywidualizm, myślenie o inteligencji jako o elicie społecznej, o ludzie zaś jako o obiekcie misji), destrukcja ta jednak ma o wiele bardziej ograniczony charakter. W światopoglądowym krajobrazie, jaki zarysowują bohaterowie cytowanych pamiętników i listów, znacznie słabiej, niż przywykliśmy mniemać, widoczny jest kryzys wartości, utrata autorytetów i świadomość rozprzężenia się świata etycznego. W sposób najbardziej radykalny i bolesny kryzys ten dotyka nie obrazu człowieczeństwa, lecz przede wszystkim mitu martyrologicznego, czyli przekonania, że poświęcenie życia dla wolności musi okazać się owocne. Postanowienia Jałty pokazywały, że tak nie jest; zmuszały do pogodzenia się z faktem, że ofiara życia bywa daremna, a Bóg nie mieszka w historii i trzeba ją traktować jako pole wolnej gry sił. Było to, rzecz jasna, odkrycie głęboko traumatyczne, które, szybko zablokowane przez cenzurę, nie znalazło swego bezpośredniego wyrazu i pojawiało się potem w kulturze w formie aluzyjnej i przetworzonej w postaci antyromantycznego kompleksu. Drugim czynnikiem destabilizującym wyjściowy światopogląd było wyłonienie się nowego uniwersum symbolicznego, czyli ideologii komunistycznej. Trzecim – wyniesione z doświadczenia wojennego poczucie światopoglądowego zróżnicowania, wytwarzające osobowość tolerancyjną, przychylnie nastawioną do różnicy.

Najistotniejszą wszakże treścią tego mentalnego portretu pokolenia nie jest przeżycie wojny ani jego rozpamiętywanie. Świda-Ziemba zwraca uwagę, że wojenny horror, w tym także horror Holocaustu, był przez jej rówieśników usuwany poza obręb aktywnej pamięci, eliminowany z rozmów i wspomnień, tak, że niejednokrotnie ludzie sobie bliscy nie wiedzieli wiele o swoich wojennych przeżyciach. (To niezwykle ciekawe spostrzeżenie pozwala przypuszczać, że blokada psychiczna mogła niekiedy powstrzymywać „odruch epicki” wcześniej, zanim został on sparaliżowany przez działanie cenzury.) Cóż więc przede wszystkim wchodzi, wedle autorki, w skład owego pokoleniowego horyzontu? Po pierwsze, silnie uwewnętrzniony i wciąż mocny fundament pojęciowych abstraktów, na których zbudowana jest wizja człowieka i do których każdy w sposób naturalny się odwołuje, tak w opisie zwykłej codzienności, jak w chwilach ważnych życiowych wyborów. Cnota, honor, głupota, mądrość, odpowiedzialność, szlachetność, moralność – są kategoriami żywymi, wciąż trzymanymi na podorędziu jak przedmioty codziennego użytku. Drugi trwały składnik tego horyzontu to „ego” traktowane jako centrum uwagi i aspiracji. Powodowało on rozwinięcie się takiego systemu wartości, w którym istotną rolę odgrywała jednostkowość i wybitność, wiązana z dążeniem do doskonałości, z pracą nad sobą, samopoznaniem, lub – w konkurencyjnym wariancie aksjologicznym, witalistycznym w swej naturze – z pragnieniem „mocnego życia”. Składnik trzeci to wciąż trwałe i głębokie zakorzenienie w świecie historii jako wyrazistym systemie znaków, w który wpisywała się też chwila obecna, a w którym Chrobry i Piłsudski mogli być traktowani jako wyraziciele tej samej, wciąż aktualnej idei. Wśród tych składników wymienia też autorka religię (stosunek do niej jest, rzecz jasna zróżnicowany, ale wyraźnie w świadectwach tematyzowany) oraz posiadanie przekonań, czyli aktywny i jasno określony stosunek do świata idei i wartości.

Ale horyzont świadomości pokolenia wyznaczają też inne elementy, które nazwać można sytuacyjnymi. Jednym z nich był napór życiowej energii właściwy każdej młodości, tym bardziej zaś tej, która cudem ocalała. Autorka przywiązuje szczególną wagę do działania tego elan vital, widząc w nim (podobnie jak pokazywał to, niezależnie od innych tendencji fałszujących obraz rzeczywistości, Andrzejewski w „Popiele i diamencie”) czynnik decydujący przy dokonywaniu wielu wyborów, przed którymi stanęli w tym czasie młodzi ludzie. A właśnie tę konieczność wyboru, wyboru trudnego, bo przeprowadzanego w niesprzyjających okolicznościach, w sytuacji rozpadu tradycyjnej struktury społecznej, uważa Świda-Ziemba za centralne doświadczenie pokolenia. Tym też wyborom poświęca autorka sporo miejsca, wchodząc tym samym na obszar wciąż trwającej dysputy, której uczestnicy nadal szukają odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tego, że część polskiej inteligencji zgłosiła akces do komunistycznej ideologii.

I okazuje się, że oku uczestniczącego socjologa rzeczywistość układa się we wzór nieco odmienny od tego, do jakiego nawykliśmy, śledząc, w większości niechlubne, dzieje intelektualistów. Ta postawa rozumiejącego współuczestnictwa, biegunowo różna od tak częstej dziś postawy osądzającej, pozwala autorce dostrzec rzeczy zapewne oczywiste, ale łatwo wymykające się stereotypowym ujęciom. Rzecz pierwsza, to kwestia samego zasięgu zjawiska, jakim było zwerbowanie młodych dla nowej ideologii. Świda-Ziemba podważa opinię (wypowiedział ją kiedyś m.in. Jan Józef Lipski), że był to akces masowy i nagły. Opinię tę wiąże ze swego rodzaju optycznym złudzeniem, jakie pojawia się także przy obserwowaniu procesów społecznych: konwersja była czymś widocznym i głośnym, dysponowała dyskursywną przestrzenią; brak konwersji miał postać milczącą i z założenia – zwłaszcza w latach późniejszych – raczej maskowaną niż manifestowaną. Autorka stawia też tezę, która robi wrażenie przekonującej, choć trudno tu o rozstrzygające dowody, że względnie szeroki zasięg owego ideologicznego werbunku nie był rezultatem rzeczywistej zmiany przekonań, lecz wynikiem działania importowanego sowieckiego terroru. To terror wymuszał zachowania pragmatyczne, a konformizm ten znajdował swoje usprawiedliwienie z jednej strony w klęsce martyrologicznej idei, z drugiej – w owym naporze zachłannego życia, które szukało dróg swojego spełnienia. Przekonanie to nie przeszkadza autorce w postawieniu pytania, jak faktycznie wyglądała potencjalna podatność światopoglądowego horyzontu pokolenia na infiltrację sowieckiego komunizmu. Wśród czynników sprzyjających umieszcza, po pierwsze, dość powszechną „lewicowość” pokolenia, jeśli za pomocą tego pojęcia przezornie wziętego w cudzysłów określić krytyczną ocenę społecznego obrazu Polski przedwrześniowej, pozytywny stosunek do reformy rolnej i uspołecznienia wielkiego kapitału, aprobatę dla kulturalnego i cywilizacyjnego awansu tzw. niższych klas. Świadectwa bowiem wyraźnie wskazują na to, że nawet młodzież związana z orientacją prawicową nie kwestionowała zasadności tych posunięć „lubelszczyków”, bo tak ich wtedy nazywano, choć oczywiście wzbudzał jej zastrzeżenia sposób wcielania w życie tego programu społecznego. Pozwala to autorce wyrazić przypuszczenie, że gdyby powojenny komunizm był zjawiskiem lokalnym, a nie przyniesionym na rosyjskich bagnetach, jego zasięg byłby znacznie szerszy i polski krajobraz polityczny miałby zgoła inny charakter, niż przywykliśmy sądzić. Drugim czynnikiem, by tak rzec – poślizgowym, ułatwiającym wejście nowej ideologii, było wedle Świdy-Ziemby – paradoksalnie – właśnie oparcie świata na owym twardym stelażu kategorii abstrakcyjnych, czyli mocna struktura formalna światopoglądu. Łatwość rzeczywistych konwersji brać się mogła stąd, że komunizm także do takiej struktury formalnej się odwoływał, choć wypełniał ją innymi treściami. (Dziś także niektórzy przedstawiciele Kościoła skłonni są uważać komunizm za mniejsze zagrożenie dla katolicyzmu niż liberalizm właśnie ze względu na owo podobieństwo formalnych struktur.) Pojawianiu się natomiast czystych postaw konformistycznych sprzyjało, o czym wcześniej już była mowa, naturalne dążenie do samorealizacji, chęć podjęcia aktywnej roli w świecie, spełnienia się w czynie, co wkrótce okazywało się trudne lub zgoła niemożliwe bez zgłoszenia ideowego akcesu. Tym zaś, co w szerokiej formule światopoglądu pokolenia utrudniało młodym przyjęcie „nowej wiary”, jest w świetle świadectw – poza tak oczywistymi składnikami, jak religia czy tradycyjny patriotyzm – indywidualizm, dla którego zasada bezwzględnego podporządkowania się jednostki nakazom ideologii okazuje się zasadą nie do przyjęcia. Za elementy zaś ambiwalentne uznać należy zarówno właściwy pokoleniu racjonalizm, jak i charakteryzującą je tolerancję, wewnętrzną zgodę na odmienność przekonań i postaw, a nawet życzliwe zainteresowanie tym zróżnicowaniem. Obie te składowe horyzontu świadomości mogły albo ułatwiać otwarcie na komunizm, albo przeciwnie – umacniać w oporze względem niego. Pozorny racjonalizm marksizmu pociągał wielu młodych ludzi, ale dogmatyzm komunistycznej ideologii zdecydowanie ich odstręczał. Zaciekawienie „innym” pozwalało nadstawiać ucha ku propagandzie, ale fanatyzm ideologii okazywał się sprzeczny z postawą tolerancji. Zgromadzone przez Świdę-Ziembę materiały dowodzą, że jeśli „nowa wiara” rzucała urok na młodzież, to był on zazwyczaj krótkotrwały i na ogół pierzchał przy bliższym kontakcie z samą ideologią i jej wcieleniami. Obraz więc pokoleniowych wyborów, jaki się z „Urwanego lotu” wyłania, jest skomplikowany, wielowątkowy, uwzględniający subtelność odcieni, nie dający się sprowadzić do prostego albo – albo. Równocześnie jest to obraz niezwykle dynamiczny, pulsujący życiem: marzeniami, planami na przyszłość, nadzieją wzbierającą wbrew okolicznościom.

Bo książka Hanny Świdy-Ziemby nie jest jedynie rozważaniem socjologa wspartym na gromadzonym przez lata empirycznym materiale. I nie wyłącznie intencja poznawcza spowodowała jej powstanie. Ta książka jest także ukrytym lamentem i opisem straty, jaką poniosło jej pokolenie powstrzymane w swoim normalnym, w pełni owocującym rozwoju, którego zapowiedzią mógł być koniec wojny. Stalinizm wytrącił z biegu pokoleniowe biografie, zatamował ich nurt, przekształcił ich strumień w rozlewiska. Ostatecznie bowiem za przeżycie pokoleniowe swoje i swoich rówieśników uważa autorka „totalną bezsilność ludzi wobec instytucjonalnych potęg”. Przeżycie to, jak łatwo zgadnąć, nie mogło zostać wysłowione w żadnym ogólnie dostępnym dyskursie – publicystycznym czy artystycznym, bo nie mieściło się w jego polu kontrolowanym przez cenzurę, wyrazić je można było jedynie w mowie prywatnej, w świadectwach intymnych. Potencjalni protagoniści tej książki to ludzie „wielkiej liczby” – niedopuszczeni na studia lub z nich usunięci, pozbawieni możliwości swobodnego wybierania zawodu, potem zaś możliwości awansu, zepchnięci na margines życia i walczący z jego trywialnymi przeciwnościami. Ich losy nie zostały poddane literackiej mitologizacji, bo ich cierpienia nie miały fabularnej ani lirycznej nośności; nie zostały też ujęte w statystyczne liczby, bo statystyka nie rejestruje zmarnowanego życia ani zaprzepaszczonych talentów. Pozostali także później niewidoczni, bezimienni i niemi, bo kultura dopuściła do głosu inne treści i wybrała sobie innych bohaterów. Gdyby bowiem książkę Świdy-Ziemby potraktować jako epickie tworzywo i wziąć pod uwagę uwidocznioną w niej intencję autorki, centralną postacią potencjalnej powieści z tworzywa tego zbudowanej byłby ktoś, kto w zaraniu młodości otarł się najwyżej o konspirację, zdał po wojnie maturę, chciał zostać lekarzem lub architektem, ale z powodu pochodzenia i braku przynależności do młodzieżowych organizacji przyjęto go jedynie do dwuletniej szkoły handlowej. Potem, być może w trybie wieczorowym, zrobił jakiś dyplom – księgowego lub inżyniera i pracował w spółdzielni „Las” jako starszy referent. Jego biurko sąsiadowało z biurkiem Zbigniewa Herberta, niestety on nie miał poetyckiego talentu. Jego pasją było klejenie modeli samolotów i biurowi koledzy, którzy częściej podróżowali, przywozili mu je z delegacji, posuwając się niekiedy do wyrzeczeń i inwestując w to jego hobby czeskie korony lub wchodnioniemieckie marki. W spółdzielni” Las” pozostał do emerytury, na którą przeszedł nieco przedwcześnie, zakład bowiem szybko padł ofiarą rodzącej się gospodarki rynkowej. Gdyby pięćdziesięcioletnia dziś pisarka lub pisarz zechcieli stworzyć powojenne „Noce i dnie”, znalazłoby się tam dla niego miejsce wśród pierwszoplanowych postaci. Na razie musi się zadowolić bytem socjologicznego uogólnienia, epickiego jedynie prefabrykatu.

Oczywiście, doświadczenie zbiorowe, które autorka „Przerwanego lotu” przypisuje swojemu pokoleniu, nie ogranicza się jedynie do roczników 1926-1930. Poczucie bezsilności wobec instytucjonalnych potęg było udziałem ogromnej części ludzi żyjących w PRL-u niezależnie od daty urodzenia, a poczytność Kafki wynikała nie tylko z artystycznych upodobań publiczności czytającej. Świda-Ziemba czyni z tego właśnie doświadczenia wyznacznik pokoleniowej świadomości, chce bowiem dokonać dwojakiego odróżnienia swojej grupy rówieśniczej: od starszego pokolenia żołnierzy i od roczników późniejszych, poddanych już w dzieciństwie oddziaływaniu nowego uniwersum znakowego. W ten sposób powołuje do życia nowy fakt społeczny i tworzy nowy kontekst rozumienia dla faktów uznanych. Nie wiem, jak „Urwany lot” przyjmują socjologowie profesjonaliści; dla badacza literatury jest to lektura fascynująca.

Na koniec jeszcze osobista dygresja. Hanna Świda-Ziemba wielekroć zwraca uwagę na zadziwiające działanie mechanizmów psychologicznych, naruszające socjologiczną przewidywalność zmian zachodzących w społecznej świadomości. Sama, czytając „Urwany lot”, zdumiewałam się żywotnością aksjologicznych systemów, które z jednej strony rozłamują się jako całościowe struktury, z drugiej zachowują zdolność przetrwania i rozsiewania się w miejscach najbardziej wydawało by się niesprzyjających. Jakby były równocześnie drzewem i kłączem – jeśli odwołać się do popularnego dziś w postmodernistycznych kręgach obrazowania. Piszę o tym dlatego, że zarówno w tym pokoleniowym układzie wartości, który autorka uważa za rezultat owocnej socjalizacji, jak i w nakreślonym później portrecie jej pokolenia rozpoznaję rysy własnej, wąskiej grupy rówieśniczej, w pełni już poddanej naciskowi nowego systemu znakowego, grupy społecznie niejednorodnej, wywodzącej się z silnie zróżnicowanych środowisk. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zjawiska zachodzące w mikroskali nie podważają racjonalizacji przeprowadzanych w skali makro i że repetycja nigdy nie jest powtórzeniem tego samego. Dzielę się tym spostrzeżeniem, bo bliskie jest mi wzruszenie, jakie wzbudza w autorce jej własna młodość i utracona szansa jej pokolenia.

Teresa Walas
Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas