poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MICHAŁ GŁOWIŃSKI
Burza
Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)

Nie przypuszczałem, że znajdę w mojej pamięci coś jeszcze z tamtego czasu, co warte byłoby opowiedzenia, wydawało mi się, że bez reszty wyczerpałem te dawne źródła, pozostawiając puste obszary, w pełni wyeksploatowane i skazane już tylko na leżenie odłogiem. A jednak… A jednak moja pamięć skierowała się ku sytuacji, która – jak mniemam – całkiem dobrze rysuje się w mojej świadomości, aczkolwiek i kontury, i szczegóły w sporej części się zatarły. Spróbuję ją zrelacjonować.

Była pełnia lata, upały… Nie dostrzegało się jednak jego uroków, nie tylko dlatego, że trudno było ich zaznawać za murami, w smrodzie i w głodzie, kiedy każda pora roku, niezależnie od tego, jak zachowywał się słupek rtęci w termometrze, przynosiła nowe cierpienia i zadawała nowe bóle. Nastała epoka najgorsza z najgorszych, ginęło „normalne” getto, w którym istniał choćby cień codzienności, rzecz bowiem działa się wtedy, gdy trwało już to, co łagodnie nazwano „akcją”, a wywózki przeprowadzane były z systematycznością, jaka charakteryzuje tylko bardzo sprawnych urzędników, odznaczających się doświadczeniem i talentami organizacyjnymi. Nawet najkonsekwentniejsi optymiści, odganiający od siebie myśl, że bydlęce wagony wiozą warszawskich Żydów nie do obozów pracy, uplasowanych gdzieś na wschodzie, ale na śmierć, nie mogli już nie zdawać sobie sprawy z tego, co się dzieje. Pojmowały to z większą lub mniejszą intensywnością i wyrazistością także dzieci; rzeczy miały się tak również wtedy, gdy rodzice starali się, jeśli nie ukrywać (byłoby to niemożliwe), to przynajmniej łagodzić straszną rzeczywistość, a więc zmniejszać strach, w jakim żyły, bo swoje już wiedziały. Lata tego nie miałem jeszcze ośmiu lat, ale docierało do mnie wiele, może nie ogarniałem wszystkich szczegółów, może ulegałem jakimś przywidzeniom i ułudom, które nie pozostawały w żadnym stosunku do realności, nie mogłem jednak nie dostrzegać tego, co się każdego dnia dzieje, nie mogłem się nie bać. Strach – można byłoby go nazwać strachem ostatecznym, bo nawet dziecko musiało dostrzec, że gra toczy się o samo istnienie – jest doskonałym nauczycielem, otwiera oczy i uszy, odbiera złudzenia. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, a może – tylko wtedy, gdy chodzi o życie. Ów strach ostateczny był także moim nauczycielem.

Do niedawna nie byłem w stanie się zorientować, czy to, o czym mam zamiar opowiedzieć, działo się zanim nas zagnali na Umschlagplatz, skąd istnym cudem udało nam się uciec, czy też po tym fakcie. Następstwo w czasie jest tu w zasadzie pozbawione większego znaczenia, kontent jednak jestem, że dzięki wspaniałemu dziełu Barbary Engelking i Jacka Leociaka mogę zdarzenie, o którym opowiem, osadzić w czasie, wiem bowiem, że chodzi o 3 września 1942 roku. Nasza cudowna ucieczka z Umschlagplatzu przypadła na wcześniejszą fazę „akcji”, a jeśli stanowiła powrót do życia, był to powrót na krótko, bo choćby już jutro można było zostać znowu tam zapędzonym, a wiara, że i następnym razem uda się wymknąć, miała małe uzasadnienie w faktach, była jedną z postaci myślenia życzeniowego. Wiedzieli o tym dorośli, w jakiejś formie wiedziały dzieci, wiedziałem także na swój sposób ja, byłem pojętnym uczniem tego przyspieszonego kursu, jakiego udzielało mi bycie w getcie i związany z nim narastający strach. Pod jego okrutną kuratelą dojrzewa się szybciej. Znałem już znaczenie słowa „śmierć”, byłem świadom, co to umieranie, widziałem walające się na ulicy trupy, które nie w pełni rozkładały się na widoku publicznym tylko dlatego, że szybko je usuwano. W dzieciach, jak u dorosłych, istnieje naturalny instynkt życia, być może nawet jest on silniejszy niż u osób dojrzałych.

A więc wiem już, że działo się to w czwartek, 3 września, w czasie, gdy akcja likwidowania getta trwała z równym co na początku natężeniem. To wtedy właśnie przeszła nad Warszawą gwałtowna burza, długa i niezmiernie silna (autorzy gettowej kroniki określają ją przymiotnikiem „intensywna”). Niebo rozpalało się od błyskawic, a pioruny waliły jeden za drugim z potęgującą się gwałtownością. Trwała kilka godzin, mnie ten czas wydawał się całą epoką. Była to pierwsza tak wielka burza, jaką dane mi było przeżyć, w każdym razie w mojej pamięci nie utrwaliła się żadna poprzednia. Znajdowałem się w dziwnym, trudnym do opisania stanie między snem a jawą, drzemałem, ale świadomość moja nie została wyłączona, przed oczyma dziecięcej duszy przesuwały się różne widziadła i fantasmagorie. Drżałem po każdym kolejnym grzmocie, wyładowania były tak głośne, że wydawało się, iż kierują się ku miejscom najbliższym, celują w tę przestrzeń, w której od dawna żyjemy, bo zostaliśmy w niej zamknięci, a właściwie jeszcze żyjemy, gdyż choćby z tego, co docierało do mnie z rozmów rodziców, dalszej rodziny, sąsiadów, a docierało dużo, wiedziałem, że nasz świat jest unicestwiany, skazany, mordowany – i ma się ku końcowi. Momentami sądziłem, że uderzenia głośne i silne zmierzają ku nam, którzy tu jesteśmy. Bałem się, tak jak się bałem jakiś czas wcześniej, wówczas, gdy nad Warszawę nadleciały rosyjskie samoloty i zrzucały bomby. Też było dużo huku, dominowały mieszane uczucia: radości, że coś się dzieje i ktoś wreszcie wali w Niemców, towarzyszyły obawy, że zabłąkana bomba trafi w nas, dokona aktu zniszczenia, a my wszyscy zginiemy od razu, bądź znajdziemy się pod gruzami.

Bałem się zatem burzy gwałtownej i nieokiełznanej, ale był to lęk inny od tego, w jakim od początku wywózek żyłem każdego dnia, kiedy zbliżały się oddziały tych, którzy byli bezwzględnymi oprawcami, słychać było ich marszowe śpiewy i stukot podkutych butów, kiedy weszło na orbitę mojej świadomości tajemnicze i groźne słowo Umschlagplatz, wskazujące na miejsce, o którym wiedziałem, że jest straszne, bo znaczy koniec. Koniec życia. Ten lęk nagły, wywołany błyskawicami i grzmotami, był w jakimś sensie naturalny, należał do innego porządku, nie wywoływali go ci, których poeta, sięgając po uczniowską stylizację, nazwał łobuzami od historii.

Jak już wspomniałem, w ten czas burzy groźnej, przekraczającej wszelkie wyobrażenia, przed moimi oczami przesuwały się różne obrazy. Stanowiły one po części odzwierciedlenie realności, w jakiej żyłem, po części zaś były projekcją życzeń i marzeń. Roiłem sobie, że ta burza nadeszła po to, by na niedobrym świecie zaprowadzić porządek, waląc w okrutników, co sieją zło i zagrażają mojemu życiu (charakterystyczne, że nie myślałem, iż burza została zesłana przez Boga; wyrastałem w środowisku zlaicyzowanym i o Bogu wtedy raczej niczego nie słyszałem). Śniłem, że ta burza, której przecież się bałem, ale też wiązałem z nią pewne nadzieje, uderzy w tych, co od początku wojny są naszymi prześladowcami. Ominie nas, będzie biła w Niemców… Wyobrażałem to sobie nader konkretnie, naocznie, wręcz materialnie: pioruny walą w domy, w których oni mieszkają i urzędują, w te, z których wyruszają po to, by mordować. Moje majaki nie dotyczyły jedynie budynków, przeciwnie, koncentrowały się na ludziach, na tych umundurowanych figurach, które budziły strach najgorszy i stały się w moich oczach uosobieniem zła, zbrodni, morderstwa.

Kiedy obecnie, po sześćdziesięciu latach, wspominam te odczucia, budzi moje zdumienie nie tylko ich konkretność, także pewna dwuznaczność, z której wówczas z pewnością nie zdawałem sobie sprawy, tych bowiem, których nazywało się po prostu Niemcami, bo wszelkie szczegóły stały się zbyteczne, nienawidziłem z całej duszy, wiedziałem przecież, co oni robią i że to za ich sprawą powstał ten straszny świat, w którym znalazłem się narażony nieustannie na śmierć, ale w jakiś sposób oni mnie fascynowali. Oczywiście, nie za sprawą tego, co robią, dzięki temu, jak się prezentują. W tym świecie, zapełnionym ludźmi biednymi i wynędzniałymi, w świecie, na którego ulicach leżały trupy, wszyscy byli obdarci, przygarbieni i nieszczęśni, oni się wyróżniali nie tylko tym, że ogłosili się bezwzględnymi panami, także dzięki temu, że dobrze wyglądali. Dobrze wyglądali w najdosłowniejszym tych słów znaczeniu, ich mundury były świeże i czyste. Czy mi się nagle spodobały? Nie wiem, być może. Jeśli tak, to zapewne z tej prostej przyczyny, że kontrastowały z wszystkim, co znajdowało się dokoła, z wszystkim, co nie tylko było mi dostępne, ale nieustannie się narzucało. Bo przecież nigdy, nawet w dzieciństwie, nie przejawiałem żadnych sympatii militarnych, nic mnie w tę stronę nie ciągnęło, nie bawiłem się ołowianymi żołnierzykami. Zainteresowanie owymi dobrze się prezentującymi rosłymi mężczyznami ujawniło się podczas tej burzy chyba jedyny raz, nie pamiętam, bym kiedykolwiek w ten czas okrutny odczuwał wobec nich co innego poza nienawiścią i pogardą, by budzili we mnie inne emocje niż strach, bym widział w nich kogoś innego niż bezwzględnych rozbójników, budzących grozę. Ta dwuznaczność w stanie między snem a jawą, w tym dziwnym położeniu, w którym nie kontroluje się przepływających przed oczyma wyobrażeń, musiała mnie już wtedy zastanowić, a może nawet wywołała zdziwienie, skoro tak dobrze ją zapamiętałem i po półwieczu ze sporą nawiązką nie mam trudności z jej rekonstruowaniem. Dopiero wiele lat później, jako człowiek dorosły, miałem się dowiedzieć, iż bywa tak, że między ofiarą i katem nawiązują się niekiedy specyficzne relacje, ofiara bowiem nie tylko cierpi i doznaje uczuć nienawiści wobec tego, który wystawia ją na męki, ale w jakiejś postaci odczuwa fascynację. Czyżbym w dzieciństwie, w czas groźnej burzy, miał doświadczać tej osobliwej dwuznaczności? Bodaj po raz pierwszy zastanawiałem się nad tym po obejrzeniu nieprzyjemnego i prowokacyjnego, ale znakomitego, robiącego wielkie wrażenie i zapraszającego do myślenia filmu „Portier nocny”, który włoska reżyserka, Liliana Cavani, zrealizowała w połowie lat siedemdziesiątych. To wtedy właśnie przypomniałem sobie swoje własne doświadczenia, choć w niczym, także w drastyczności, nie mogą się równać z historią, którą tak sugestywnie i okrutnie opowiedziała Włoszka.

Nie mogą się równać również dlatego, że moje zaciekawienia tymi, którzy mogli i chcieli mnie zabić, albo tu, na miejscu, albo wysyłając z Umschlagplatzu do Treblinki, były momentalne, pojawiły się na moim horyzoncie umysłowym i wyobraźniowym jak błyski, które właśnie rozdzierały niebo, jak swojego rodzaju epifanie, czy – lepiej byłoby powiedzieć – antyepifanie, bo przedstawiały nie promienne bóstwo, ale tych, którzy byli uosobieniem zła i zbrodni. Stały się one składnikiem kontrastu. Po chwili bowiem zacząłem sobie przedstawiać, jak gromy biją w tych właśnie mężczyzn siejących lęk i śmierć, dosięgają ich – i natychmiast niszczą. Wystawiałem sobie sceny najstraszniejszego okrucieństwa, wyobrażałem sobie z namiętną aprobatą i satysfakcją, narastającą w miarę zatapiania się w wywołanych przez burzę obrazach, jak pioruny uderzają w głowy tych elegancko wyglądających oprawców, rozcinają ich figury na połowy lub mniejsze części, siekają ich ciała. Rozpruwają je, a z ich wnętrza wylewają się potoki krwi i różnych obrzydliwości. Nasiąkają nimi mundury, jeszcze do niedawna wyczyszczone, zapięte na ostatni guzik, tak zadbane, jakby ci, co je noszą, szykowali się do udziału w uroczystej paradzie, a nie – w wielkim spektaklu zabijania. Miejsca, w których przebywali, stawały się w mojej wyobraźni jedną wielką trupiarnią, zwłoki leżały w nieładzie, ci, którzy byli silni i wszechwładni, przemieniali się w zwykły śmierdzący gnój z odrażającymi jelitami na wierzchu.

Nigdy nie miałem (i nadal nie mam) skłonności do wyobrażeń ostrych i drastycznych, nie doznawałem (i nie doznaję) emocji sadystycznych, ta sfera przeżyć i urojeń jest mi całkowicie obca, trudno mi pojąć tych, którzy postępują w sposób okrutny lub tylko pasjonują się okrucieństwami, tym bardziej przeto mnie dziwi ten fajerwerk okrucieństwa, jaki w czas burzy rozbłysł przed moimi oczami. Może kogoś zastanowić, że stało się to doświadczeniem dziecka, które nie miało jeszcze ośmiu lat, dzieciom przecież – jakoby łagodnym z natury – takie wizje się nie przytrafiają. Być może, nie wiem, wiem wszakże jedno, straszne wyobrażenia nie były zwykłym wytworem mojej natury, nie wynikały z chorobliwie patologicznej fantazji, stanowiły proste następstwo tego, co widziałem na ulicach getta i – być może w jeszcze większym stopniu – o czym słyszałem w nieustających rozmowach, opowieściach, relacjach dorosłych. Po prostu odniosłem to, co robiono nam, zamkniętym za murami, do tych, którzy nas maltretowali, na różne sposoby niszczyli, mordowali. Było to przede wszystkim wielkie odwrócenie.

Ale chodziło również o coś więcej. Ta burza straszna i gwałtowna wywołała we mnie pewne oczekiwania, z naiwnością dziecka spodziewałem się, że uderzając w naszych prześladowców, uwolni nas i zmieni świat, w którym żyć nam przyszło. Sądziłem, że pioruny wreszcie wprowadzą nowy ład, śniłem, że sprawiedliwości stanie się zadość, choć z pewnością swoich marzeń i majaczeń nie umiałbym jasno sformułować, staram się to czynić po dziesięcioleciach, z wielkim trudem, nadal bez przekonania, że uda mi się to przeżycie w sposób godziwy zapisać. Nie muszę dodawać, iż szybko miałem się przekonać, że doznawane w stanie pół-jawy i półsnu nadzieje i marzenia o sprawiedliwości wymierzonej oprawcom w żadnym nie pozostawały stosunku do tego, co się działo. Akcja… Umschlagplatz… Treblinka – te potworne słowa nie straciły po burzy niczego ze swej ponurej, śmierć niosącej aktualności.

Michał Głowiński

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas