poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR KOWALSKI
Życie, czyli pełne dramaturgii igraszki z banałem
Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)

Próby, złowieszcze najczęściej, określenia stanu kondycji współczesnego człowieka należą do zajęć tradycyjnych, ustawicznie i najczęściej dramatycznie podejmowanych przez kolejnych współczesnych. Uporczywość nie musi świadczyć o ich nieusuwalnej jałowości. Przestrzeganie przed nadciągającą katastrofą należy do powinności pisarzy, uczonych i myślicieli wszelkiego autoramentu, i fakt, iż ostateczna katastrofa jeszcze się nie zdarzyła, a przede wszystkim to, że przestrzegani lekce sobie ważą niepokoje mistrzów, wcale nie czyni ich trudu mniej znaczącym. Przeciwnie – być może trzymanie na dystans, choćby najmniejszy, barbarzyńców, udaje się dzięki tej właśnie beznadziejnej i nie mogącej liczyć na wdzięczność trosce intelektualistów.

Choć trudno naruszyć dobre samopoczucie tych, którzy stoją nad przepaścią, gdzie już tylko chaos, nijakość i zatrata, aktualnie diagnozowany kryzys zdaje się być cięższy niż dotychczasowe. To już nie tylko kwestia obyczaju, konfliktu pokoleń, upadku dobrego smaku i „zaniku uczuć metafizycznych”, lecz coraz większych trudności w porozumiewaniu się. Kryzys komunikacji dotyczy języków, ale przede wszystkim – samych podstaw porozumiewania się: tożsamości tych, którzy mają się porozumiewać, tematów, a nawet samej rzeczywistości, której uparte trwanie jest warunkiem niezbędnym rozmowy. Nie trzeba wpadać w egzaltację matrixowymi wizjami, by zgodzić się, że coraz większym kłopotem staje się sprawne funkcjonowanie w świecie, w którym wciąż trudniej dostrzegać różnice i układać systemy wartości. Stopniowo i przy ogólnym aplauzie życie zdaje się upodabniać do upiornego czatu: każdy w nim może powiedzieć co chce i jako ktokolwiek, nie ma prawdy, ani fałszu, ‘rozmówcy’ mogą przybierać dowolne maski, tożsamości, każdy może być niekiedy młody, niekiedy stary, dziewczyną i chłopakiem, mędrcem i głupcem, niczym bohaterowie „Matrixa” każdy może się zwielokrotniać w nieskończoność...

Kłopoty z tożsamością, trudności z budowaniem wspólnoty komunikacji, której do istnienia niezbędny jest kanon, zakorzenienie we wspólnym doświadczeniu kulturowym, najczęściej nie powodują erupcji egzystencjalnych cierpień; chroni przed nimi łaskawy i bezpieczny banał. W potocznym bytowaniu, ulegając sugestywnej oczywistości tego, co podpowiada „życiowa mądrość”, nie zadaje się pytań ryzykownych. Zbędnym musi wydawać się szukanie pryncypiów kosmicznych, a choćby egzystencjalnych sensów, mierzenie się z wielkimi problemami i niuansami ludzkich losów.

„[...] Z tekstów Pana wynika” – pisała Szymborska w swojej prawdziwej, albo i fikcyjnej korespondencji z próbującymi być pisarzami czytelnikami – „że język polski liczy około dwustu słów, czyli jest najsłabiej rozwiniętym językiem świata. Są ludzie, którym ten zasób słów aż nadto wystarcza, na przykład autorzy urzędowych okólników. Okazuje się jednak, że ich abnegacja robi się coraz bardziej zaraźliwa” („Poczta literacka”, s. 128). Wielkość zasobu słownictwa przesądza o możliwości zobaczenia i opisania bogactwa świata. Liczba kombinacji słów, zwana niekiedy składnią, rozstrzyga ostatecznie o liczbie myśli możliwych do pomyślenia: „[...] cóż w pierwszej kolejności pcha się pod długopis? To, co już z góry gotowe, a gotowe są przede wszystkim banały, przebrzmiałe konwencje i patos z czwartej ręki. Na nic szczery impuls, jeżeli wyrazi się w sztampie” (tamże, s. 130).

Oddane schematom nawet najbardziej ekstatyczne przeżycia stają się jedynie wytartymi liczmanami banalnych stwierdzeń. Niczego swojego nie da się opowiedzieć komukolwiek, kto bez trudu rozpozna schemat, jakim sam zwykł się sprawnie posługiwać. Być może krzepiąca to myśl, że wszyscyśmy skazani na te same miłosne i egzystencjalne cierpienia, ale mało budującą jest perspektywa, że nie uda się obronić ich niepowtarzalności, gwarantującej przecież naszą niepowtarzalność. Nie można opowiedzieć o tym, co nasze, co w cierpieniu nieporównywalne, co stanowi o poczuciu podmiotowej godności. Pokładając nadmierną ufność w komunikacyjnej mocy stereotypów, frazeologizmów, schematów, poniewczasie odkryć można, że zostało się skrojonym na miarę banału, jaki wszelkie gotowe formuły ze sobą niosą. Nie tylko nie uda się niczego od siebie powiedzieć, ale też jedyne przeżycia i myśli, jakie pozostaną dostępne, będą równie banalne i powszechne. „Niech Pan nie usiłuje być poetyczny za wszelką cenę, poetyczność jest nudna, bo zawsze wtórna. Poezja, jak zresztą cała literatura, czerpie swe siły żywotne ze świata, na którym żyjemy, z przeżyć naprawdę przeżytych, z doświadczeń naprawdę przecierpianych i myśli samodzielnie przemyślanych. Świat trzeba stale opisywać na nowo, bo nie jest przecież ten sam co dawniej [...]. Możliwe, że >>Wichrową pieśń<< mógłby napisać Tetmajer. Ale Pan ma lat dwadzieścia cztery i trzydzieści milionów rodaków czeka z zapartym tchem, co też im Pan powie od siebie” (tamże, s. 40).

Poetyczność przeczy poezji, bo oznacza oddanie się w pakt banałowi, znoszącemu warunki niezbędne do tego, by wyrazić wszelką odrębność. Każda sytuacja, gdy odróżnialność bywa zagrożona, zawiera w sobie grozę pochłaniającego istnienie banału, który przestaje być jedynie wartościującą etykietą, jaką z poczuciem wyższości, intelektualni krytycy obdarzają myślenie potoczne. Ta sama groza kryć się może w wyrafinowanych intelektualnie systematach – nawet w platońskim Bycie Idealnym („Chwila”, s. 17) czai się porażająca, pozbawiająca życie sensu jałowość, której nie rozbroi żadna przedwieczność czy patos wielkich zdań. Schematy usłużnie podpowiadają dogodne, bezbolesne rozwiązania („Chwila”, s. 28), które z czasem ujawnią swą istotę: są pułapkami unicestwiającymi szukających bezpiecznego, pozbawionego cierpienia życia (można je przecież rozbroić, uchylając się od trudu, nawet wypoczywania zamienionego w relaks). Banał jest codziennością wszelkich totalitaryzmów, nawet tych łagodnie wymuszających na obywatelach, by godzili się na przycięcie swoich biografii do formatu życiorysowych kwestionariuszy: czym bowiem jak nie pozycją inwentarzową jest człowiek, którego historia składa się jedynie z przewidywalnych, powtarzalnych, zestandaryzowanych zdarzeń. Schematy ułatwiają inwentaryzację, porównywanie i zacieranie tego, co nadmiernie od schematu odbiega („Ludzie na moście”, s. 31). Oczekiwanie na nagłe odsłonięcie sensu może się nigdy nie ziścić – on przecież wymaga odrębności.          

Wciąż dobrze miewa się banał w ponowoczesnym, demokratycznym świecie. Oto zmutowany owoc humanistycznego aksjomatu najwyższej wartości niepowtarzalnego podmiotu. Każdy ma więc swoje marzenia, każdy ma swoje potrzeby i w reklamowych spotach mówi się do niego, że oferowany produkt jest właśnie na jego miarę skrojony. Przyjemnie głaszcząc próżność słuchacza, troskliwie dba, by nie odkrył, że handlarz myśli o nim coś zupełnie innego: jesteś odrębny, będąc dokładnie taki sam, jak inni. Wiele milionów identycznego produktu trzeba wszak sprzedać każdemu z osobna.

Przyszłym (i niedoszłym) pisarzom Szymborska nakazuje upierać się przy doświadczeniu; to ono będzie momentem intymnej konsekracji świata i gestem wydobywania z niego samego siebie. Komfortowi banału przeciwstawić trzeba pilną obserwację codzienności. W szczególnym traktacie o poezji, jakim jest „Poczta literacka”, namawia adeptów pisarstwa do prowadzenia pamiętnika: odzyskiwanie świata i odkrywanie siebie dokonuje się wtedy, gdy dostrzega się zdarzenia codzienności, które swą powolnością bronią się przed ujawnieniem tajemnicy. Ta utrudniająca poznanie i odczucia oczywistość potocznego świata kusi, by zaufać schematom powtarzalnych sytuacji i wątpliwej prawdy statystyki („Owszem, takie właśnie historie zdarzają się w życiu najczęściej, no ale gdyby literatura miała przejść na garnuszek do statystyki, to wkrótce skonałaby z wycieńczenia”. [„Poczta literacka”, s. 83]). Nie można dać się uwieść „łatwości” zwyczajnych zdarzeń: ileż nieoczekiwanych objawień prawdy o życiu znaleźć można choćby w księdze tak inwentarzowo nudnej, jak „Dziennik zdrowia” Ludwika XIV, gdzie z nabożną skrupulatnością odnotowano wszystkie przypadłości króla, jego codzienną temperaturę, oddawane stolce, bóle głowy („Nowe lektury nadobowiązkowe”, s. 48). Pilnie bacząc na świat przyłapie się go na tym, że nie jest taki, jaki zdaje się być w wygodnym, stereotypowym widzeniu: kontrolując banał, można nawet wywikłać się z miałkiego, jednorodnego upływania czasu („Poczta literacka”, s. 79).

Doświadczenie, wnikliwa obserwacja i obowiązek opisywania tego, co intymnie doświadczone, ma uratować prawdę o każdym w jego osobności (życie wymaga, by „odróżniać ból / od wszystkiego, co nim nie jest”, „Chwila”, s. 40). To „radość z różnic” („Ludzie na moście”, s. 38), która zjawia się, gdy przekroczy się barierę usłużnych schematów, otwiera drogę do wartości najpilniej poszukiwanych: „Kochamy przecież dla różnic, a nie dla podobieństw” („Poczta literacka”, s. 110). Nieuwaga, jaką jest zgoda na banał, prowadzić musi do nieuleczalnego okaleczenia: „Brak ciekawości jest groźny dla jej (literatury) istnienia. Znaczy to samo co w malarstwie niewrażliwość na barwy, a w muzyce brak słuchu. W opowiadaniach Pana jest ciasno, duszno i bezproblemowo. Okna na świata nie ma, więc także i żadnych perspektyw, żeby się kiedy otwarło. Bardzo niedobrze – szykowny styl niczego tu nie uratuje” (tamże, s. 66). „Słowo ‘dlaczego’ jest najważniejszym słowem w ziemskim języku, a prawdopodobnie i w językach innych galaktyk” (tamże, s. 77). Oto dlaczego trzeba „(...) udoskonalać dyktando ducha”: bo „(...) natchnionych wierszopisów jest zatrzęsienie, a zwykłych prawdziwych poetów mało” (tamże, s. 81).

Życzliwa uwaga poświęcona szczegółom najmniejszym, banalnym tak, że aż niezauważalnym, ostatecznie się opłaci: przynieść może nieoczekiwane odkrycie znaczenia, niekoniecznie zaraz niebosiężnych epifanii, ale może ważniejszych, bo bliskich przebłysków najbardziej rudymentarnego sensu ludzkiego losu. Ten bowiem kryje się w codziennych chwilach i obcowaniu z przedmiotami zwykłymi. Trudno niekiedy rozsmakować się w patosie wielkich muzeów, tych miejsc z wypiętrzonymi arcydziełami i zapierającymi dech w płucach wartościami. Za to ileż nieoczekiwanej prawdy objawić się może w muzeum guzików („Nowe lektury nadobowiązkowe”, s. 124)?

Nęcący obietnicami komfortu i zniesionego cierpienia banał jest także częścią doświadczenia; nie wolno więc i jego zgubić w pilnym poszukiwaniu prywatnych przeżyć. Jest zniewalający, przyglądać więc mu się trzeba ze szczególną ostrożnością, a może i pasją? Można rozbroić jego potęgę, która świat czyni niedotykalnym, obrazkowym i sztucznym, a jednostki niemymi i nieczułymi, próbując wziąć go w ironiczny cudzysłów i obejrzeć go z oddalenia. W ten sposób zmienia się jego status. „Zaletą melodramatu – jak pisał Josif Brodski – jest, że uwagę zwraca się ku jego sztuczności” („Dyptyk petersburski”, s. 56).

Obnażenie sztuczności, uczynienie z konwencjonalności literackiego zamierzenia, nawet kicz może przekształcić w przedmiot kontemplacji i źródło odkrywczego zdumienia. Gdy schemat, powolność kiczowego bycia w świecie, przestaje być normą doświadczenia i komunikowania o nim, a staje się przedmiotem w jakiś sposób nieprzezroczystym, pozbawionym nachalnej oczywistości w głoszeniu swych „prawd”, może być sposobem skutecznego kwestionowania łatwych rozstrzygnięć potocznego banału. Gdy więc cierpliwie tłumaczy się komuś, kto pisze w porywach serca, ale z głową pełną wygodnych formuł wielokrotnego użycia, gdy trzeba pokazać nieuniknioną miałkość, nieistotność tego, co z tego puzzla, gotowych klocków poetycznego gadania wynika, można także użyć języka stereotypów: „Na razie młodociana, beztroska łatwość pisania na każdy temat, jaki przyjdzie do głowy. Słowa sypią się jak wiosenna lawina. A tu by warto od czasu do czasu gryźć ołówek i patrzeć z rozpaczą w okno” („Poczta literacka”, s. 87). Poetyzmy są tak wyświechtane, tak narzucające się w swojej oczywistości, że ich trywialność zwyczajnie śmieszy, wymusza dystans nawet u tych, którzy jeszcze przed chwilą sami polatywali uwzniośleni przez swe poetyczne natchnienia.

Banałowi należy się baczna uwaga. Oto sceny z codziennego gęźdźbienia: pogadywania, „szumy, zlepy, ciągi”, jak mawiał onegdaj Miron Białoszewski. Uczony może zaryzykowałby poważnie brzmiącą opinię, że w potocznym gadaniu więcej funkcji fatycznej niż poznawczej – ludzie gadają, mówią dużo, by trwać w sytuacji rozmowy, nie po to, by coś ważniejszego niż samo mówienie przekazać. Ale wtedy, gdy banał wypowiedzi niewiele znaczących, zrobionych z gotowych, automatycznie składanych fraz, ulokować poza potokiem mowy, gdy unieruchomić go w przymusowej pozycji, natychmiast staje się czymś innym, niż był. Każdy tekst, znak, wypowiedź pozbawiona kontekstu staje się bezbronna wobec interesownych poczynań tego, kto ją zawłaszczył. I w ten sposób kawałki rozmowy-paplaniny przestają być zapisem trudu podtrzymywania kontaktu, stając się okruchami w funkcji poetyckiej; metaforyzują się, każą na siebie popatrywać z estetycznym, może nieco ludycznym, dystansem. „Podsłuchańce” z „Rymowanek” są wypowiedziami, które żyją swoim życiem, wolnym od autorów, interesów, sytuacji, kontekstów, bezmyślnej gadaniny czy może przeciwnie – gorączkowego zabiegania o chwilę bycia z kimś drugim.

Posługując się banałem, cytując kiczowate dziełka skutecznie i bezboleśnie współtworzące potoczną wyobraźnię, ale nie będąc w ich władzy, zyskuje się nowe narzędzie opisu i rozumienia świata. Zamieniony w przedmiot estetycznej gry, banał może nawet bawić, nie dlatego jednak, że staje się powodem kpiny z tych, którzy ufają mu nadmiernie, lecz z uwagi na swoją osobliwie poetycką nadorganizację: we wszystkim co schematyczne zawsze za wiele jest ładu, przewidywalności, wykluczenia przypadku i wszelkiej niepewności. Zabawa jednak pozostać musi pod specjalnym nadzorem: igraszki banałem bywają tak dobre i pouczające, bo on wciąż czyha na nieuwagę poety, przyszłego pisarza, czytelnika, człowieka. Nie wiadomo kiedy może powrócić komfort niemyślenia, łagodnie zastąpionego przez wygodne w użyciu schematy. Tak zapewne wygląda tak zwana normalność, standardowość, nieodróżnialność, spoza której niespodziewanie wychylić się może przerażająca prawda: na pierwszej fotografii Hitlera niczego niezwykłego dostrzec się nie dało – sama zwyczajność, standard, schemat („Ludzie na moście”, s. 23).

Umykający z miejsca, w którym osadził go ironiczny dystans, banał może się zemścić Midasową sztuczką: wszystko wokół zamieni w schematy, uporządkuje tak bardzo, że myślenie, doświadczenie, komunikacja, spotkanie drugiego człowieka przestaną być możliwe. Ceną komfortu, jaki oferuje kicz, jest powrót nieodróżnialności: do masy, do platońskiego Bytu Idealnego, idei, unifikującej wszystko wspólnoty, do ogólności: „Wolę siebie lubiącą ludzi / Niż siebie kochająca ludzkość / [...] wolę piekło chaosu od piekła porządku” („Ludzie na moście”, s. 40). W Midasowym piekle banału grzechem jest upieranie się przy myśleniu, bo niesie w sobie ryzyko chaosu, niepokojącej „nieprawomyślności”, („Głos w sprawie pornografii”, w: „Ludzie na moście”, ss. 34-35). Banał znosi różnice, zawieszając nawet akty tworzącego świat i jednostki zdziwienia: „Mogłam być sobą – ale bez zdziwienia, / a to by oznaczało, / że kimś całkiem innym” („Chwila”, s. 9). Trzeba wielkiego wysiłku, by nie ufając skutecznym technikom „rozmasowywania sfery psychiki”, w chwili samotności ładzić się z sobą i światem. O wiele prościej nie myśleć i oddać się w ręce fachowców: „Relaks bowiem ma nas doprowadzić do tego, żebyśmy się niczym za bardzo nie przejmowali. Typem lansowanym przez tego rodzaju popularne poradniki jest po prostu zdrowy, wyspany idiota” („Nowe lektury nadobowiązkowe”, s. 58).

Cóż jednak począć z tymi, którym dobrze jest z osobliwą urodą Ich Troje, którzy z wyżyn swoich artystycznych autorytetów głoszą pochwałę bycia w kiczu? Poddać się tej relaksacyjnej ekstazie? Wzruszyć ramionami nie sposób, a i o wzięciu w ironiczny cudzysłów także tych nieoczekiwanych fanów kiczu będzie raczej trudno. Nie każdemu dana jest umiejętność uczynienia ich razem z powszechniejącymi fascynacjami materią limeryków, można jednak przynajmniej limeryki czytać i choćby – dla ratowania siebie – spróbować ironizować.

Piotr Kowalski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas