poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)]

■ Omówienie sztuki „Otello umiera”  Macieja Karpińskiego („Dialog” 2003 nr 1/2) należy chyba zacząć od słów od autora. „Jakkolwiek, choć trudno w to uwierzyć, większość opisanych tu zdarzeń rozegrała się w rzeczywistości, sztuka nie jest biografią Iry Aldridge'a, ale jedynie luźno korzysta z jego życiorysu”, pisze Karpiński i dodaje, że podstawowym źródłem była dla niego książka Herberta Marshalla i Mildred Stock „Ira Aldridge”. „Otello umiera” zaczyna się od przygotowań do wystawienia sztuki Szekspira, w którym Otella ma zagrać czarnoskóry Ira Aldridge, co uratuje od bankructwa trupę teatralną Anastazego Trapszy. Tak przynajmniej sądzi Trapszo. Rzecz dzieje się w warszawskim teatrze w roku 1862. Jest więc i obowiązkowy romans dyrektora z młodą aktorką- któż porządny zostawał aktorem?! Poza tym jeden z aktorów protestuje przeciwko wystawianiu „Otella” w takiej sytuacji: „(...) Otello, bądź co bądź żołnierz, brutalnie dusi Desdemonę, która bezwolnie, bez protestu zamordować się daje. Czy to nie brzmi znajomo?” W tej sytuacji, w rozmowie aktorów, po zrywie 1861 roku (młody aktor Królikowski namiętnie doń nawiązuje) brzmi to tyleż poważnie, co groteskowo. Kłótnię aktorów w scenie pierwszej przerywa wejście Aldridge'a: nieruchomieją oniemiali, a Salomea, która ma grać Desdemonę mdleje, gdy Murzyn mówi do niej Szekspirem: „Dla mojej cery nie miej wstrętu, / To ciemny kolor palącego słońca” (oczywiście, tłumaczenie Paszkowskiego). Później po kolei aktorzy zgłaszają się do dyrektora i protestują, wszak Murzyn nie może zagrać ciemnoskórego Otella. Jeden fragment dialogu trzeba przytoczyć:
„KROGULSKI Tu trzeba grać. A to żadna sztuka grać Murzyna, jak się jest Murzynem.
TRAPSZO Panie Krogulski. Pan jest aktor i on jest aktor.
KROGULSKI Otóż nie. Ja jestem aktor, a on jest Murzyn. Ja mogę zagrać Murzyna... no, powiedzmy, mogę, znaczy, jakbym chciał, choć niekoniecznie. A on nie może grać Murzyna, bo to jest Murzyn.”
Aktorzy ze strachem i lubością powtarzają plotkę, że Aldridge dusi swoje partnerki w „Otellu” naprawdę, nie na niby. Próbują nawet przerobić Szekspira, żeby nie byto duszenia. Potem okazuje się, że każdy ma jakiś interes do zagranicznego artysty. Nie będę streszczał dalszej akcji, która prowadzi do patetycznej śmierci Murzyna na scenie.
W tym numerze „Dialogu” warto przeczytać również sztukę dwóch młodych dramatopisarzy: Andreasa Sautera (Szwajcar) i Bernharda Studlara (Austriak). „I. znaczy Inna” to sztuka o pogrzebie I., która nie zginęła, a uciekła, znikła -właściwie przez przypadek: będąc świadkiem samospalenia się kobiety, odeszła, zostawiając list do męża, który myśli, że to ona zginęła. Ta sztuka to nie tylko studium odejścia ze świata, w którym - mimo pozornej szczęśliwości - nie znajduje się swojego miejsca („Zawsze marzyłam o tym, żeby zwiać na kilka miesięcy. Tak po prostu. Bez zastanowienia.”) To również studium zachowań różnych ludzi po śmierci bliskiej (?) im osoby. Autorzy tak operują językiem, dialogiem, że tworzą trochę absurdalną i śmieszną atmosferę w tej smutnej historii. Niektóre fragmenty dialogów napisane są naprawdę świetnie, jak na przykład ten: „Cały czas majstrowała przy jakimś wieńcu. Wyglądało to, jakby skubała kurę. Tylko odwrotnie. Jakby wskubywała pióra, zamiast wyskubywać.” I jeszcze ciekawy pomysł z listami: co pewien czas pojawia się kolejny list I. do męża -jak pieśń antycznego chóru.
Również w styczniowo-lutowym „Dialogu” o pogoni za szczęściem, które jest nieosiągalne prawdopodobnie właśnie przez „okaleczone” sposoby, w jakie próbuje się je osiągnąć, pisze Justyna Golińska („Pokolenie przepływu”). Autorka odnosi się m.in. do trzech sztuk teatralnych opublikowanych w tym numerze pisma: wspomniana wyżej „I. znaczy Inna”, „Gazy super szlachetne” Adama Rappa, „Sny” Iwana Wyrypajewa. Pokolenie przepływu zostało sportretowane także chociażby w serialu „Ally McBeal” czy „Dzienniku Bridget Jones” Helen Fielding. Chociaż „przepływ” jest pewną formą (namiastką) szczęścia, jednak pokolenie trzydziestolatków żyje w przeświadczeniu, że biegnie wciąż w złym kierunku: „Kłopot w tym, że jakiegokolwiek by dziś dokonać wyboru, zawsze dogoni nas myśl, że za właściwą wersją szczęścia podąża ten, co biegnie obok, albo że widziano je już na następnych światłach. W tym „Dialogu” trzeba przeczytać „Dłonie Szeherezady” Łukasza Drewniaka (rzecz o teatralizacji terroru podczas zamachu w teatrze na Dubrowce) oraz „Nic śmiesznego” - dyskusję redakcyjną z udziałem Józefa Bachórza, Zbigniewa Majchrowskiego, Aleksandra Nawareckiego, Wojciecha Owczarskiego i Doroty Siwickiej, poświęconą „Zemście” Wajdy.

Tematem wiodącym dziewiątego numeru kwartalnika środkowoeuropejskiego „Kafka” jest woda. Zanim polecę kilka tekstów, chciałbym zwrócić uwagę tym, którzy nie znają kwartalnika, że to ciekawe pismo związane jest z międzynarodowym projektem. Wydaje go w czterech wersjach językowych (polska, niemiecka, węgierska, czeska/słowacka) Goethe-Institut Inter Nationes. Do każdego numeru zapraszani są autorzy z tych pięciu krajów. Prenumerata jest w zasadzie bezpłatna - wydawca pisze, że pismo wydawane ze środków publicznych musi być dostępne dla każdego, bez względu na poziom dochodów. Jednak wydawca apeluje do tych, którzy mogą płacić, aby zasilali kasę pisma, co pozwoli na jego rozwój. Każdy numer „Kafki” poświęcony jest innemu tematowi, były już omawiane m.in. sprawy związane z migracją generacją drogą do Europy. W poprzednim przeglądzie prasy pisałem o numerze poświęconym stosunkom europejsko-amerykańskim. W pierwszych numerach kwartalnika sporo było potknięć związanych z tłumaczeniami tekstów z tylu i na tyle języków. Teraz widać, że jest to bardziej dopracowane.
Choć rzadko polecam „wstępniaki”, tym razem warto przeczytać w „Kafce” tekst „od redakcji”: „Wszystko płynie”. Ingke Brodersen i Rüdiger Damman przypominają kilka faktów, mitów, toposów, wierzeń, znaczeń związanych z wodą. Przywołują twórczość Ivana Illicha, dla którego dawny symbol czystości przekształcił się w towar i produkt: „Dzisiaj H(2) O jest surowcem, który musi być oczyszczony, aby zapewnić ludziom przeżycie. Woda i H(2) O stają się przeciwieństwami: H(2) O jest społecznym produktem współczesności, rzadkim surowcem, który wymaga technicznej obróbki. Jest to kontrolowana ciecz, która straciła właściwość odbijania marzeń duszy.” Artykuł wstępny jest nie tylko odniesieniem do kulturowych konotacji wody, ale i wyrazem troski o wodę i planetę w duchu ekologicznym. Wszak rozwój cywilizacji pierwszych kultur był możliwy dzięki wodzie (w perskim od ‘ab’ - woda pochodzi słowo ‘abadon’ - cywilizowany), a obecnie to uzależnienie nie tylko się nie zmniejsza, ale staje się coraz bardziej odczuwalne wobec braku wody w wielu rejonach świata. Wprawdzie „duch boży nie unosi się nad wodą jak niegdyś, tylko nad wysuszoną ziemią”, ale to połowa prawdy związanej z wodą we współczesnym świecie: równie niszczący jest jej nadmiar, a do katastrof suszy i powodzi w dużej mierze przyczyniamy się sami, nadmiernie ingerując w porządek natury. „Mówi się, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki - przez co popełnia się niewybaczalny błąd - bowiem myli się rzekę z wodą którą niesie. A przecież jest to tak samo, jakby myliło się taniec z tancerką” - o swojej rzece (wodzie) pisze w „Kafce” Olga Tokarczuk („Potęga Odry”).

Utwór otwierający zeszłoroczny, łączony numer kwartalnika „Kresy” (2002 nr 3/4) bardzo przypomina znany wiersz Szymborskiej. Nie ma tutaj jednak projekcji życia znanych ludzi w przyszłość po ich śmierci, w czasy współczesne czytających wiersz. „Zupa” Carla Sandburga zaczyna się tak: „Widziałem sławnego człowieka jedzącego zupę. / Naprawdę, podnosił do ust / Łyżkę tłustego rosołu.” Oczywistość tych czynności jest, paradoksalnie, trudna do przyjęcia w stosunku do sławnego człowieka. Burzy jego wizerunek budowany wielkimi czarnymi czcionkami w gazetach i mit opowiadany na nowo przez tysiące ludzi w tej samej chwili, gdy on z głową schyloną nad talerzem wlewa sobie zupę w usta. Ważniejsze niż puenta jest tutaj samo opisanie, drgający przy lekturze tego wiersza błysk ironii, okraszony szczyptą filozoficznego sarkazmu. I trzeba szybko przewrócić stronę, żeby nie wpaść w banał posumowania, że autor chciał powiedzieć, iż sławni nie są tak bardzo różni od niesławnych, jak tym ostatnim się wydaje. Wszyscy jedzą zupę w sposób z grubsza polegający na tym, że wlewają ją sobie do ust.
„Kresy” drukują również kilka wierszy Robinsona Jeffersa (najlepszy jest tu chyba „Do śmierci”, ale warto przeczytać również zaskakujący „Grzech pierworodny”) i tekst krytyczny poświęcony twórczości tego poety, zatytułowany „Inhumanista” (jest to fragment książki Radcliffe'a Squiresa). Budowa domu z drewna, cierpliwa dłubanina i tworzenie zagrożone są ogniem, który pojawia się w snach, w nocy po dniu wypełnionym pracą - to obrazy z wiersza „On siedzi na ziemi” Desmonda Grahama, jednego z kilku opublikowanych przez kwartalnik. W pamięci pozostaje jednak tylko „On siedzi na ziemi”.

Myślę, że po przeczytaniu tego tekstu można samemu zapragnąć wyprawy śladami wieszcza. Choćby z tego względu warto przeczytać artykuł Artura Pałygi „Ostatnia mieszkanka dworku Sopliców” (trzeci odcinek cyklu „Powrót do Soplicowa”, „Odra” 2003 nr 4). Ten zapis z podróży sentymentalnej mówi o rzeczach, które już przeminęły lub niebawem przeminą. Pałyga nocował w zapomnianym przez świat Zaosiu u Tomasza, jedynego we wsi człowieka, który mówi po polsku. Opisuje świat ubogich domostw, rodzin żyjących z tego, co się uda zebrać na przydomowych działkach - a wszystko otoczone bezkresnymi polami kołchozowej pszenicy. „Samochód z chlebem przyjeżdża dwa razy w tygodniu.” Po noclegu Tomasz starym motorem podwiózł go kawałek, obliczając dokąd starczy benzyny jeszcze na drogę powrotną. Dalej pieszo do Kamienia Filaretów i Tuhanowicz. W pustawym sklepie, oglądany ze zdziwieniem przez miejscowych podróżnik kupił ohydną, słoną wodę mineralną. Wokół kamienia śmieci, pozostałości po ogniskach, widać, że to popularne miejsce pikników. W parku Maryli cicho i pusto, ale też widać ślady ognisk. Pałyga szukał Tuhanowicz, spotkał tylko starszą kobietę, która powiedziała: „Nie ma Tuhanowicz, tylko ja zostałam.” Jednak uprawia ogródek i nie zostaje w starym drewnianym domu na noc, bo okolica opanowana jest przez „dziką” młodzież, urządzającą głośne pijackie imprezy w starym romantycznym parku. Jej dom stoi na podmurówce ze schodami prowadzącymi do ściany, bez drzwi - to pozostałości dworu Wereszczaków. Babcia opowiedziała historię Mickiewicza i Maryli jak świeżą plotkę: „Oni się najpierw sami spotykali, ale rodzicom nie spodobał się. I wyszła za innego. I gdzieś z nim wyjechała. Nie wróciła już tu. A z tym Mickiewiczem nie wiem, co się stało. - Umarł na cholerę. - Aaa, umarł - babka ze zrozumieniem kiwa głową.”
W tekście „Muzyka z oddali, czyli...” Artur Bielecki omawia zawartość płyty dołączonej do tego numeru „Odry”. Warto posłuchać muzyki ze starych muzykaliów znajdujących się w bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego. Kompakt zatytułowany „Musica Rediviva z wrocławskich druków muzycznych XVI i XVII wieku” jest tylko zapowiedzią płyty nagranej przez zespół „Ars Cantus”. I na koniec przeglądu polecam jeszcze fragment dobrej prozy Violi Wein, zamieszczony w „Odrze”. „Córka Jefty” jest o wykorzenieniu, dojrzewaniu, Żydach w Polsce, roku 1968, poszukiwaniu swojego miejsca w wielu krajach przez młodą Żydówkę.

Robert Kozela
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas