poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
CZESŁAW MIŁOSZ
Szymborska i Wielki Inkwizytor
Dekada Literacka 2003, nr 5-6 (197-198)

Wzruszający to wiersz Szymborskiej o zdumieniu, z jakim my wszyscy kiedyś odkrywaliśmy działanie świata. Zaliczymy ten wiersz do strefy zawsze nam drogiej niewinności. W istocie jednak nie jest on niewinny.

Bo co to znaczy: odkryć prawo ciążenia? Nie ma nic bardziej obcego baśni niż to prawo. Powinniśmy umieć odrywać się od ziemi, na przykład lewitując albo wyskakując przez okno i lecąc jak Małgorzata u Bułhakowa, żeby wziąć udział w Nocy Walpurgi, albo siadając na miotłę jak Harry Potter. Mała dziewczynka z wiersza Szymborskiej wyprzedza Newtona, który też zdumiał się faktem, że jabłko spada na ziemię, i opisał to jako prawo. Cóż to jednak za prawo? Mała dziewczynka ma przed sobą liczne odkrycia, które sprowadzają się do tego samego, że istnieje czas i w nim odbywa się dorastanie, dojrzałość, starość i śmierć. Odkryje też nie dającą się odwrócić utratę osób jej bliskich. Zrozumie również, że co się stało, już się nie odstanie, bo czas mocą niepojętych zrządzeń działa w jednym tylko kierunku. Innymi słowy pozna, że prawo ciążenia inaczej można nazwać prawem rzeczy koniecznych, połączonych ze sobą w łańcuch przyczyn i skutków. I rzec można, że wszystko inne, cała feeria wrażeń, dźwięku, koloru, dotyku jest jedynie powabną dekoracją, poza którą kryje się konieczność.

Mało o tym wszystkim ludzie myślą, ale był pewien filozof, który pytał: no dobrze, strącam szklankę ze stołu, spada i tłucze się. A dlaczego nauczyliśmy się uważać to za normalne? Czyż to nie jest wyzwanie rzucone naszej wolnej woli? Czyż nie jest to najwyraźniejsze jej pogwałcenie? Dlaczego musimy udawać, że nas to nie obraża? Mamy więc poddać się i udawać, że nam się to podoba? Ale jeżeli wszystkim rządzi prawo konieczności, to znaczy, że i wola Boga jest tym prawem ograniczona? A ja powiem wam prawdę, do której nikt nie chce się przyznać, że cała filozofia, począwszy od starożytnych Greków, to nic innego niż stoicyzm pod rozmaitymi przebraniami, bo zasadą stoicyzmu jest: „szczerz zęby i znoś jakby nigdy nic”. Filozof ten nazywał się Lew Szestow. Miał co prawda poprzednika, pokrewnego mu duchem, duńskiego filozofa Sørena Kierkegaarda. Ten uważał, że wbrew oczywistości musimy wierzyć w nieskończoną wolność Boga, który jeżeli zechce, może działać wbrew prawom świata. Może nawet odwrócić bieg czasu tak, że co stało się, zostanie unieważnione i wrócona mu będzie Regina Olsen. Kierkegaard, jak Szestow, był wrogiem wszelkich odmian stoicyzmu, również tych jego odmian, które maskowały się jako poddanie prawom historii, i oczywiście nie znosił Hegla.

Podążajmy jednak dalej ścieżką, która kryje się za eksperymentem małej dziewczynki. Szestow był gorliwym badaczem jadów ukrytych w twórczości Dostojewskiego. W „Zapiskach iz podpolia” („Notatkach z podziemia”) Dostojewski stworzył postać „podziemnego człowieka”, postać obrzydliwą, brudną i zawistną, ale uczynił z niego nosiciela okrutnej prawdy. Tej prawdy, że ziemia jest poddana łańcuchom przyczyn i skutków, i że serce człowieka buntuje się przeciwko temu, ale nie może nic i jedyne, co człowiekowi pozostaje, to wykrzyczeć swój protest. „Podziemny człowiek” woła: „nie chcę, nie chcę, żeby miało rację to, co jest oczywiste; nie chcę, żeby dwa razy dwa było cztery. Mam przeciwko porządkowi ziemskiemu tylko moją wolną wolę. Ale będę zgłaszał moją niezgodę aż do końca”. Tutaj Dostojewski wypowiada to samo, co kiedyś wyraził w słynnym liście do Fonwizinej, gdzie powiedział (parafrazuję): jeżeli to wszystko, czego nauka dowodzi o koniecznościach świata jest w sprzeczności z pierwiastkiem nadprzyrodzonym, którego uosobieniem jest Jezus w Ewangeliach, i jeżeli nauka ma rację, to nie ją wybieram, ale Jezusa. Być może to przeciwstawienie tak radykalnie groźne stanowi klucz do całej twórczości Dostojewskiego. I niemal niemocy, kiedy chodziło o wiarę, bo przecież jego prawie sobowtór Iwan Karamazow ułożył „Legendę o Wielkim Inkwizytorze”. Jest to przypowieść, której głębię przyrównywano niekiedy do tekstów Ewangelii. Wielki Inkwizytor, twór wyobraźni ateisty Iwana, rządzi społeczeństwem, zorganizowanym przez niego, kiedy doszedł do wniosku, że Jezus się mylił. Kiedy był kuszony przez diabła na pustyni, odrzucił trzy jego pokusy. Wszyscy uważamy to za rzecz naturalną i oczywistą, że kamienie nie mogą zmienić się w chleb. Kusiciel apelował do boskiej władzy Jezusa, żeby przełamał tę oczywistość i zmienił kamienie w chleb. Notabene, gdyby Jezus tego dokonał, mógłby zostać dobroczyńcą ludzkości i nakarmić wszystkich głodnych. Ale odrzucił tę pokusę. Następnie kusiciel zaprowadził go na szczyt świątyni i wezwał, żeby rzucił się w dół, bo aniołowie go podtrzymają. Znów diabeł wzywał do buntu przeciwko naszej oczywistej wiedzy o spadaniu wszelkich ciał na ziemię. I znów Jezus oparł się pokusie, wykazując, że z ziemskimi oczywistościami nie chce mieć nic wspólnego. I wreszcie trzecia próba, skierowana do ludzkiej natury w Jezusie, która jak wiadomo, w pierwszym rzędzie pragnie władzy. Odmowa uzyskania władzy nad wszystkimi królestwami świata oznaczała, podobnie jak odmowa zmienienia kamieni w chleby, rezygnację Jezusa z urządzenia szczęśliwego społeczeństwa idealnego. Skoro tak, rozumował Wielki Inkwizytor, zaprowadzę ład w zgodzie ze wszystkim co jasne, oczywiste i niewzruszone, łącznie z faktem, że ludzie są urodzonymi niewolnikami i mogą być szczęśliwi tylko, jeżeli ktoś im zapewni jadło i bezpieczeństwo, choćby bez wolności. Kiedy Jezus znów przychodzi na ziemię, Wielki Inkwizytor zamyka go w więzieniu, bo obecność tego gościa grozi zburzeniem ustanowionego porządku, wreszcie wypuszcza go i prosi, żeby nie wracał więcej. Jezus nie mówi nic, tylko składa na policzku Inkwizytora swój pocałunek. Ateista Iwan zawarł w tej przypowieści proroczą wizję społeczeństwa idealnego zbudowanego przez komunistów. I nawet enigmatyczny pocałunek Jezusa można interpretować jako akt litości z jego strony, uznanie dobrej woli rewolucjonistów pracujących na marne.

Przypomina się tutaj wiersz Aleksandra Błoka „Dwunastu”, w którym na czele patrolu krasnoarmiejców „w biełom wienczykie iz roz wpieredi Isus Chrystos” („w białym wianku z róż na przedzie Jezus Chrystus”). I jeszcze jedno skojarzenie: oczywistość praw tego świata to jest to, co Simone Weil nazywała la pesanteur, siła ciążenia. Była skrajną deterministką i uważała, że wszystko, łącznie z życiem psychicznym człowieka, da się wyjaśnić możliwymi do odkrycia przyczynami. Jedynym wyjątkiem jest łaska przeciwstawiona tej sile ciążenia, a więc niby milczący pocałunek Jezusa na twarzy Wielkiego Inkwizytora.

Jak więc widać, pod niewinnym wierszem Wisławy Szymborskiej kryje się przepaść, w którą można zapuszczać się niemal bez końca, jakiś ciemny labirynt, który, chcąc, nie chcąc, zwiedzamy w ciągu naszego życia.

Czesław Miłosz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas