poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALINA MADEJ
Nasza maleńka, kinematograficzna Jałta
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

W drugiej połowie lat trzydziestych systematycznie narastało powszechne niezadowolenie z niskiej wartości produkowanych w II Rzeczypospolitej filmów. Mniszkówna... i co dalej? – pytano dramatycznie w prasie filmowej, nie licząc zanadto na rzeczową odpowiedź, bo po prostu nie miał kto jej wtedy udzielić. Pod względem rozwoju sieci kin i małej infrastruktury przemysłu filmowego przedwojenna Polska zajmowała mało zaszczytne miejsce w europejskich statystykach, lokując się w pobliżu ostatnich miejsc, więc rzeczywiście było się czym martwić. Twórcy filmowi – nawet ci bardziej ambitni – czuli się niewolnikami gustów i upodobań widowni, którą z lekka pogardzali, lecz asekuracyjnie poddawali się presji producentów, uważających się z kolei za najbardziej kompetentnych rzeczników elementarnych praw i interesów bywalców kin. Cenieni przez właścicieli kinoteatrów aktorzy podpisywali z producentami umowy, które nie zmuszały ich do nadmiernej pracy na planie filmowym i pozwalały im powielać na ekranie filmowym sprawdzone gdzie indziej „numery”. Władze (państwowe i lokalne) uważały kina za jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego, który w tamtych latach obciążony był niemiłosiernie podatkami, więc dbały tylko o fiskalne regulacje oraz „moralne zdrowie narodu”. Tymczasem w ościennych państwach już dawno dostrzeżono i doceniono propagandową siłę sztuki filmowej, którą tuż przed wybuchem wojny i w trakcie jej trwania władze III Rzeszy i ZSRR włączyły w swe ideologiczne instrumentaria. Wtedy też umocniło się w środowisku twórczym przekonanie, iż tylko mądra i dalekowzroczna polityka państwa może wzmocnić rodzimy przemysł filmowy i zmienić jego manufakturowy charakter, który – jak sądzono – jest główną przyczyną niskiej pozycji kina w ówczesnej kulturze. Jakby to nie brzmiało dziś cynicznie, na pięć lat problem rozwiązali Niemcy, likwidując polską kinematografię i podporządkowując repertuar kin własnym gustom.

W 1944 roku linię Bugu przekroczyła, wraz z Armią Czerwoną, Czołówka Filmowa Wojska Polskiego. Skupiała ona tę część przedwojennego środowiska filmowego, która z rożnych powodów nie opuściła „gościnnej ziemi radzieckiej”, jak potem chętnie pisano, wraz z analogiczną jednostką, utworzoną w armii gen. Andersa. Trudno dzisiaj orzec z pełnym przekonaniem, że był to wybór „stricte” polityczny, ale nie da się też całkowicie wykluczyć takich jego znamion. Na wyzwolonych spod niemieckiej okupacji terenach grupa ta przystąpiła do intensywnych działań, którym sprzyjał wyraźnie już rysujący się pojałtański podział Europy. Celem tych gorączkowych zabiegów była radykalna reforma polskiej kinematografii, mającą ją uchronić przed odrodzeniem się przedwojennych układów i praktyk produkcyjnych, czyli przed prywatną, a nawet społeczną inicjatywą. Jednakże w 1945 roku owym filmowym rewolucjonistom, którzy przecież obserwowali funkcjonowanie znacjonalizowanej w latach trzydziestych kinematografii radzieckiej, zabrakło wyobraźni.

Zaczęto więc od nieformalnego, ale szybko zaakceptowanego przez PPR\PZPR upaństwowienia wszystkich sektorów kinematografii: produkcji, dystrybucji i eksploatacji. Wskutek tak nieoczekiwanego obrotu spraw wielu cenionych przed wojną fachowców wybrało emigrację, gdyż etatystyczny system nie gwarantował swobody działań i ich rynkowej weryfikacji. Te pochopnie wtedy podjęte decyzje w istotny sposób zaciążyły na artystycznym kształcie całej powojennej sztuki filmowej, której katalog składa się głównie z filmów nieoglądanych, niechcianych i nikomu niepotrzebnych. Dobre filmy, o których chętnie pisze się w historycznofilmowych opracowaniach, okazywały się nierzadko przejawem nielogiczności systemu, aberracyjnego charakteru jego mechanizmów, które tłumiły prawdziwie twórcze zamierzenia, ale zezwalały na produkcję chybionych, acz preferowanych przez władze projektów.

Wraz z upaństwowieniem kinematografii w 1945 roku – prawdę mówiąc, zupełnie w tych latach zbędnym – zaczęły też rozwijać się groźne w artystycznej działalności procesy autocenzuralne. To właśnie dzięki ich stopniowemu utrwalaniu się widz polski stale obcował z ekranowymi stereotypami, które przez kilka dziesięcioleci wpływały na kształt zbiorowej wyobraźni. Nie można więc było zobaczyć ani Niemca, który nie był zadeklarowanym hitlerowcem, ani barbarzyńskiego czerwonoarmisty, ani prostytutki z upodobania uprawiającej swój zawód, ani przekupnego milicjanta itp. W komediach, które teoretycznie pozwalały twórcom na większą swobodę, widz obcował z nieudacznikami, z którymi miał pełne prawo utożsamić się. W żadnych sondażach opinii publicznej, poświęconych pamięci PRL, które z upodobaniem przeprowadza się w ostatnich latach, nikt nie zapytał respondentów, skąd czerpią swe przeświadczenie na temat tamtych czasów. Gdyby wywodziły się one z filmów – nie byłoby powodu dziwić się tym bulwersującym czasem sentymentom.

Ale mimo wszystko nie dajmy się zwariować. W dziedzinie kinematografii nie jest bowiem wykluczone, że w 1945 roku wszystkie strategie produkcyjne zostałyby spontanicznie podporządkowane aktualnym trendom politycznym, bo sztuka filmowa jest przede wszystkim wielkim przemysłem, który wymaga ciągłych inwestycji. Już przed wojną państwo uchodziło za najhojniejszego mecenasa i trzeba było tylko znaleźć sposób, aby czerpać z jego finansowych zasobów. Co prawda, po zakończeniu wojny miast stale przerabianych wersji „Robinsona warszawskiego”, którego scenariuszowy projekt zgłosili Andrzejewski z Miłoszem, ówczesna publiczność mogłaby obejrzeć rzetelny odpowiednik „Pianisty” Romana Polańskiego, ale też łatwo sobie wyobrazić w jaki sposób ówcześni reżyserzy, nawet nie poddani pojałtańskiej przebudowie mentalności, mogliby potraktować temat, który przerastał filmowe sztampy, stanowiące ich niekwestionowane królestwo. Co więcej: w sferze kinematografii wszystko przebiegłoby tak samo, tyle że z niewielkim opóźnieniem, ale przecież odroczenie wyroku niczego by nie zmieniało.

Alina Madej


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas