poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JAN PROKOP
Pan Bóg strzela, człowiek kule nosi
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

 Za „tanią” krew sowieckich „sołdatów” na „Ostfroncie”, sołdatów, którzy, ginąc milionami, pognębili w końcu Trzecią Rzeszę, zresztą jadąc i walcząc na amerykańskim sprzęcie (układ „lend and lease”), alianci zapłacili niedrogo – dla siebie niedrogo – odstępując Stalinowi w posiadanie dziwaczną, „półcywilizowaną” strefę „Mitteleuropy”. Odpowiedź na pytanie o to, co stałoby się z naszą literaturą, gdyby uzgodnienia jałtańskie nie wpisały Polski w ramy sowieckiego imperium, wypadłaby mało pasjonująco: stajemy się częścią Zachodu w sposób niejako naturalny („Polska zawsze należała do Europy...”), aczkolwiek trzeba by było przeskoczyć spory rów, który nas od wolnorynkowo- kapitalistycznej mentalności naszych przyjaciół dość wyraźnie oddziela, a który obecnie próbujemy niezdarnie zasypywać. Ich bowiem ukształtowała, przez Maxa Webera ongiś opisywana, mentalność purytańskiego protestantyzmu, polegająca m.in. na etosie dobrej, sumiennej, racjonalnie zorganizowanej pracy („innerweltliche Askese”), nie na „szarży ułańskiej” i temu podobnych „Somosierrach”.

Zapewne więc, nie całkiem upodobnilibyśmy się do Danii, Holandii, które zawsze były w Europie? Nasza literatura, wolna od cenzury i nacisków politycznych, poszłaby drogą bliższą pisarstwu emigracyjnemu, kontynuowałaby może dyskretnie sugerowane wątki patriotyczne z lat okupacji (Baczyński, Gajcy)? Powiązane z doświadczeniami hitlerowskiego totalitaryzmu, Holokaustu („Pożegnanie z Marią” Borowskiego, „Medaliony” Nałkowskiej, Adolf Rudnicki) ale także z doświadczeniem łagrów i Katynia (Herling-Grudziński)? A może powtórzyłaby okrzyk Skamandra: niech wiosnę, nie Polskę obaczę? Wreszcie (jakaś część?) poszłaby drogą chaotycznego lewactwa sartre’owskiego? Opłotkami amerykańskiej prozy pisarskich mistrzów Hłaski? A może conradowskiego etosu, o camusowskim posmaku (Herbert to poniekąd zapowiada)? Aczkolwiek taki etos najlepiej zakwita na glebie użyźnionej krwią i męczeństwem, łagrami i obozami? A może zdarzyłoby się to wszystko naraz? Z pewnością oszczędzono by czytelnikowi „inteligenckich obrachunków” i półszczerej spowiedzi literackich kolaborantów, najpierw bijących pokłony przed Stalinem, aby później bić się (jednym palcem?) w pierś...

Nie zabrakłoby jednak, podejrzewam, rozrachunków z Polską sanacyjną, z endeckim antysemityzmem, czasem zapewne ostrych, ale nie spaczonych prokomunistycznym podlizywactwem...

Wszakże bardziej mnie intrygują inne gdybania, dotyczące historii, o wyraźniejszych konsekwencjach w tę lub w tamtą stronę. Na przykład gdyby małopolscy panowie nie byli przymusili Jadwigi do poślubienia poganina i „dzikusa” Jagiełły, gdyby została, jak chciała, żoną Wilhelma i gdyby, zamiast wplątywać się w dość nieszczęsną „misję wschodnią”, Polska pozostała w sferze wyraźnie łacińskiego Zachodu, nie traciła energii na podbój i kolonizację Kresów (albo nazwijmy to wznioślej: nie podejmowała się cywilizowania i europeizowania terenów bizantyjskiego prawosławia, od Kijowa aż po Smoleńsk)? Już stańczycy (inaczej niż Szajnocha) utyskiwali nad marnowaniem sił na Wschodzie, co uwikłało nas w wielowiekowe konflikty z Moskwą, zmieszało z połazjatycką magnaterią litewsko-ruską (Radziwiłłowie, Potoccy, Wiśniowieccy etc.), wytrąciło z europejskiego, zachodniego obiegu, udziwaczniło nasze losy (dominanta szlachty i magnatów, paraliż władzy centralnej), osłabiło bowiem rozwój państwowości, popchniętej w bezkresne stepy Wschodu i w rezultacie wydało na pastwę trzech zaborców, Fryderyka, Katarzyny, Marii-Teresy?

Tymczasem mocna i światła Polska, głęboko zakorzeniona w Europie – ileż to mogło było zmienić w scenerii polityczno- ideowej Zachodu, od Lutra do Hitlera?

Albo jeszcze inne gdybanie: otóż, gdyby Francja (Clemenceau, Poincaré) nie wdeptała w błoto Niemiec powilhelmińskich, upokarzając Republikę Weimarską, przeciążoną kosztami wojennymi, i tym samym moszcząc drogę do władzy austriackiemu feldfeblowi z Braunau? Hitleryzm bowiem czerpał soki z niemieckich frustracji po klęsce roku 1918. Jakże inaczej postąpili Anglosasi i z Niemcami, i z Japonią po roku 1945, pozwalając im rozkwitnąć gospodarczo... Mili naszemu sercu potomkowie Napoleona w dodatku przyglądali się biernie – nie chcąc „umierać za Gdańsk” – jak Hitler miażdży Polskę, ogołociwszy swoją zachodnią granicę: prawie cały „Wehrmacht” zaangażował się nad Wisłą. Być może francuskie uderzenie na prawie pustą Nadrenię, wtedy właśnie, pozwoliłoby zdławić nazistowskie szaleństwo i oszczędzić światu pięciu lat najkrwawszych w historii zmagań? Pocieszmy się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Mefistofeles, zdaniem Goethego, to „ein Teil von jener Kraft, die stets das Böse will und stets das Gute schafft...” (część tej siły, która złego pragnie, lecz dobro czyni). Albo jeszcze inne przysłowie: „l’homme propose et Dieu dispose”... Czyli człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Jan Prokop



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas