poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
STANISŁAW PISKOR
Co by było, gdyby...
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

...wojna u swego kresu potoczyła się inaczej (śmierć Stalina, udany zamach na Hitlera itp.) i gdybyśmy nie dostali się w ręce Sowietów, choć ponieślibyśmy wszystkie wojenne straty. Jak w takim układzie wyglądałaby polska kultura?

1.

Spróbujmy wyobrazić sobie tło historyczne: Niemcy hitlerowskie po udanym zamachu na Hitlera podpisują kapitulację, ale alianci wprowadzają na ich teren swoje wojska. Jednak warunki kapitulacji nie umożliwiają tak ostrej denazyfikacji jak to miało miejsce, pozostaje resentyment, urażona duma i zbyt liczne niedobitki nazizmu, aby można było mówić o pełnym przezwyciężeniu totalitaryzmu. Jest więc jakaś odmiana powtórki z historii.

W ZSRR po śmierci Stalina, po krótkiej walce o władzę przejmuje ją – w powojennej atmosferze zwycięstwa – któryś z marszałków. Oczywiście, utrzymuje się dotychczasowy sowiecki system polityczny.

Polska zachowuje przedwojenne granice, ale z poważnymi stratami wskutek sowieckich deportacji Polaków z kresów. A to znaczy, że pod względem demograficznym mamy większy procent mniejszości narodowych aniżeli przed wojną, z wyjątkiem ludności żydowskiej, którą zbrodnicza machina hitlerowska jednak już zdążyła wymordować.

Z Londynu wraca rząd, ale struktury państwowe znajdują się pod silnym wpływem kierownictwa politycznego AK, po udanym wówczas Powstaniu Warszawskim skorelowanym np. z ofensywą aliancką z Południa (była taka koncepcja), która rozcina strefę wpływów, pozostawiając ZSRR za wschodnią granicą Polski. Nie ma wyniszczającej wojny z polskim państwem podziemnym w latach 1945-49, ani stalinizmu, ale jest ostra walka o władzę, w atmosferze oskarżeń i rozliczeń na tle klęski wrześniowej.

W polityce wewnętrznej mamy konserwację struktury społecznej z okresu przedwojennego, ale po wojennych zniszczeniach z jednej strony budzą się nastroje patriotyczne związane z odbudową kraju, z drugiej – pojawiają się silne impulsy socjalistyczne, ze wskazaniem na najbliższy i jedynie znany model sowiecki. Zwiększone wpływy mniejszości narodowych, wzmocnione świadomością bolesnych ran wojennych, zwłaszcza wśród Ukraińców w Polsce z pewnością byłyby wykorzystywane przez Rosję sowiecką dla celów propagandowych.

W polityce zagranicznej żywa jest ciągle pamięć o nielojalności Francji i Anglii z września 1939. Pozostają przedwojenne zadrażnienia z Czechami na tle Zaolzia, a także ochłodzenie stosunków ze Słowacją i Węgrami jako byłymi sojusznikami Hitlera.

Ta konfiguracja skłania rząd polski do ścisłej współpracy z USA, co zostaje ułatwione zarówno przez pomoc dla Polski wynikającą z planu Marshalla, jak też i przez to, że Stany Zjednoczone znajdują w tym własny interes, widząc w Polsce ekspozyturę wpływów amerykańskich, z jednej strony jako przyczółka w rywalizacji z ZSRR, z drugiej – jako kraju kontrolującego proces denazyfikacji Niemiec posthitlerowskich. To daje solidne podstawy do współpracy gospodarczej z USA i powoduje awans cywilizacyjny z niewielkim jedynie opóźnieniem w stosunku do innych krajów. Zimna wojna jest jednak nieunikniona z powodu nasilającej się konkurencji systemów.

W takiej sytuacji społeczeństwo polskie nie musiałoby uciekać w martyrologię. Poczucie zwycięstwa u boku aliantów równoważyłoby gorycz wrześniowej klęski i strat wojennych; w rezultacie więc nie byłoby podstawy do pielęgnowania syndromu ofiary. Nie byłoby też gnilnej sytuacji moralnej z powodu braku rozliczeń za zbrodnie stalinowskie, jak również za okres do roku 1989, która do dziś ma swoje demoralizujące skutki..

Sytuacja Polski bezjałtańskiej, jako specjalnego sprzymierzeńca USA, stopniowo wpisującego się w strukturę zjednoczonej Europy, przynajmniej w pierwszych latach powojennych, dałaby silny impuls rozwoju cywilizacyjnego, z wyraźną świadomością norm prawa, znaczenia państwa i reguł życia gospodarki rynkowej. W przeciwieństwie do naszych doświadczeń pojałtańskich, których rezultatem jest prawie całkowity zanik świadomości wartości cywilizacyjnych, co ujawniło się podczas procesu akcesyjnego do UE, gdzie w dyskusjach nie pojawiał się przecież realny argument o możliwości awansu cywilizacyjnego jako własnego, zbiorowego wysiłku poprzez adaptacje norm ustrojowych Zachodu, ale na plan pierwszy wysuwało się wyobrażenie o UE jako o czymś w rodzaju wielkiej kasy zapomogowo- pożyczkowej.

2.

Gdyby nie było pojałtańskiej zależności politycznej – dominanty artystyczne zapewne miałyby swój ciąg dalszy wyznaczony przez te podstawowe osiągnięcia z okresu Dwudziestolecia Międzywojennego, które „wybiły się” na nowoczesną samodzielność i europejskie partnerstwo. Wyrazem takiego partnerstwa na planie sztuki i poezji była Awangarda Krakowska, a szczytowym osiągnięciem był dorobek grupy „a.r.” (Strzemiński, Stażewski, Przyboś, Brzękowski), jako oryginalna formuła przedwojennej nowoczesności z głębszym zakorzenieniem w polskiej, a równocześnie i europejskiej tradycji. W prozie z pewnością właściwe miejsce znalazłaby powieść nawiązująca do nowszych technik, np. Tadeusza Kudlińskiego, teoretyka jednej z dwu podstawowych technik powieściowych XX wieku (symultanizmu), na dobrą sprawę wprowadzona ze znacznym opóźnieniem w prozie np. Andrzeja Kuśniewicza czy Piotra Wojciechowskiego. A przecież „tędy poszły dzieje” ewolucji w prozie, do dzisiejszej skrótowości wynikającej z wpływu techniki elektronicznego przekazu, zwłaszcza telewizji na współczesną wrażliwość. Ten kierunek przemian sygnalizował dość wcześnie, choć nieporadnie przecież Dos Passos. W takiej atmosferze z pewnością szybciej upowszechniłaby się druga istotna technika, mianowicie kombinacja montażu czasowego z przestrzennym zastosowana przez Joyce’a.

Nie doszło do tego, ponieważ doświadczenia polityczne odwróciły uwagę od tych nowoczesnych przemian w prozie, poprzez nacisk doktryny socrealizmu, a następnie odreagowanie dalekie od pełnej świadomości form literackich XX wieku, co widać choćby w prozie Hłaski. Na plan pierwszy w tej sytuacji wyszły propozycje związane z doświadczeniem katastrofy i nurtu rozliczeniowego.

Gdyby nie było pojałtańskiej zależności politycznej – nie byłoby mrozu nocy stalinowskiej, z wieloma połamanymi kręgosłupami i dość przygruntowej odwilży (wystawa „Arsenału” miała jednak silne piętno socrealizmu!), z dominacją gestów nad realną zmianą myślenia. Nie byłoby leczenia rumiankiem z heglowskich ukąszeń, nie byłoby koniunkturalizmu kolejnych mód intelektualnych. Wreszcie uniknęlibyśmy tej charakterystycznej synonimizacji pojęć polityczno-estetycznych, jak to na terenie literatury miało miejsce podczas dyskusji o turpizmie, a na terenie sztuki w postaci swoistej kariery kapizmu.

Spór Stanisława Grochowiaka z Julianem Przybosiem o turpizm pozornie miał charakter estetyczny (o piękno lub jego zaprzeczenie – brzydotę), ale w swej istocie nie chodziło o aksjologię (pojęcia estetyczne), lecz o stosunek do rzeczywistości społecznej: czy miał on być estetyzujący, jak chciał Przyboś, co w rozumieniu Grochowiaka oznaczało – sztucznie upiększający, a więc fałszywy, daleki od realnych problemów, jakimi żyło społeczeństwo; czy też nośniejszy poznawczo, w znaczeniu: realnie przeżywanych form życia – za tym opowiadał się Grochowiak. W tym sensie następowała synonimizacja pojęć należących do zupełnie odmiennych porządków, nie tylko z filozoficznego punktu widzenia, gdyż używając pojęć estetycznych, tak naprawdę rozmawiano o stosunku poety do rzeczywistości społecznej, a więc w gruncie rzeczy o polityce. A działo się tak dlatego, że swobodna rozmowa o polityce była niemożliwa z powodów cenzuralnych.

Nieco inną przygodę przeżyła formacja kapizmu, już anachroniczna artystycznie przed wojną. Wskutek działania młodych aktywistów w krakowskiej ASP i nie tylko – kapiści zostali potępieni przez młodych zwolenników „nowego”, a następnie usunięci z akademii. Po Październiku pojawili się w roli represjonowanych, co oczywiście było prawdą w wymiarze doświadczenia osobistego, ale występując w aureoli męczeńskiej jako ofiara stalinizmu, przez kilka lat zdominowali życie artystyczne, przyczyniając się do utrwalania tego anachronizmu w polskiej sztuce, nie z powodów artystycznych, ale politycznych.

Istotą tej synonimizacji pojęć była więc klasyczna heteronomia kultury, wynikająca wprost z doświadczenia politycznego tamtego czasu. Gdyby tego nie było, kultura polska miałaby bezpośrednią relację z tym, co działo się w sztuce europejskiej.

3.

 Do tej wirtualnej beczki miodu w wyobrażonej Polsce bezjałtańskiej trzeba jednak wpuścić kroplę krytycznego dziegciu.

Polska w granicach z 1939 roku w orbicie Zachodu i pod szczególnymi wpływami USA, ale z Wilnem i Lwowem, zajmowałaby pod względem terytorialnym centrum tradycyjnych interferencji bizantynizmu i kultury łacińskiej (o czym już w paru książkach rzucałem grochem o ścianę). Ten potencjalny kapitał polskiej oryginalności na tle kultury europejskiej, mimo braku opresyjnego systemu pojałtańskiego, w ówczesnych warunkach – moim zdaniem – nie zostałby jednak zdyskontowany. Dlaczego? Tradycyjny egoizm warstw uprzywilejowanych wzmacniany podświadomym bizantynizmem w stylu myślenia o społeczeństwie, czyli widzeniem go na sposób hierarchiczny, prawdopodobnie nie doprowadziłby do rozwiązania nabrzmiałych problemów warstw upośledzonych. Przekonanie takie potwierdzają doświadczenia lat 90., kiedy to w niepodległej przecież Polsce, z realnego socjalizmu wychodziliśmy w pełni egalitarnie, a mianowicie boso, dziś zaś, zaledwie po 12 latach, do Unii Europejskiej wchodzimy jako modelowy kraj Ameryki Łacińskiej, z jednoprocentową warstewką grup uprzywilejowanych, z 4. procentową klasą średnią i z 95. procentami pariasów; w tym – jedna trzecia społeczeństwa – to skrajne ubóstwo. Można oczywiście spierać się, na ile jest to efekt sowietyzacji (czyli bizantynizmu z czerwoną kokardką na opakowaniu), ale przecież fiasko głębokich reform społecznych w Polsce przedwojennej też o czymś wyraźnie mówi, choć sowietyzacji wówczas nie było.

To rozdwojenie: na bezpośrednie wpływy amerykańskie i pośrednio rosyjskie (za pośrednictwem poważnego liczebnie odsetka mniejszości) i atrakcyjności (bo niedoświadczanej bezpośrednio) systemu realnego socjalizmu, w konsekwencji doprowadzić musiałoby do poważnego osłabienia polskiej tożsamości opartej na konfiguracji wpływów Zachodu i Wschodu. Zagrożenie wynikałoby stąd, że pojawiłyby się warunki polaryzacji czynników składowych polskiej tożsamości kulturowej. Mianowicie, mając w obrębie własnego społeczeństwa zwiększony potencjał kulturowy bizantynizmu (struktura mniejszości narodowych) równocześnie na planie cywilizacyjnym bylibyśmy pod zdecydowanym wpływem mentalności amerykańskiego pragmatyzmu o protestanckimi korzeniach. Taka konfiguracja przeciwstawnych tendencji musiałaby działać polaryzująco, co prowadziłoby zapewne w stronę jakiegoś rodzaju operetkowości polskiej kultury, stwarzałoby poczucie jej nieautentyczności, a w niesprzyjających okolicznościach, np. w przypadku konfliktów narodowościowych – mogłoby być także przyczyną jej instrumentalizacji. Społeczeństwo polskie zapewne rozwijałoby się gospodarczo w rytmie krajów Zachodu, może z niewielkim opóźnieniem, jednak – z tego właśnie względu – nie miałoby ważnych i poważnych celów. A to zawsze grozi skarłowaceniem, na dłuższym dystansie społecznej nawigacji.

Jak z tego widać odpowiedź na grzeszne – dla każdego historyka – pytanie: co byłoby gdyby... nie było porządku pojałtańskiego – nie jest jednoznaczna.

Do dziś dają znać o sobie konsekwencje zaszczepiania demoralizacji wpisanej w pojałtańską mutację bizantynizmu, jakiej doświadczaliśmy, ale – paradoksalnie – mamy także i pozytywne konsekwencje wynikające z tej końskiej kuracji: wzmocnienie poczucia rzeczywistości, wiarę w możliwość ludzkiej solidarności, w znaczenie wolności. Co, gdy brać pod uwagę przyszłość, nie jest bez znaczenia.

Czy te doświadczenia spożytkujemy tak, jak to sugerował Krzysztof Zanussi w filmie „Dotknięcie ręki”, czyli – zainspirujemy naszą specyficzną, środkowoeuropejską duchowością zmaterializowaną i dotkniętą erozją kulturę Zachodu, czy przeciwnie – zdominuje nas w tym towarzystwie doświadczenie pojałtańskiej niesamodzielności i dalej będziemy kompensacyjnie bardziej zachodni od Zachodu – co jest udziałem dzisiejszych trzydziestolatków jako beneficjantów dystrybucyjnego polskiego kapitalizmu lat 90. – to już problem następnego horoskopu.

Stanisław Piskor  

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas