poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Nieodrobiona lekcja
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

Myślenie o niezrealizowanych, acz możliwych scenariuszach przeszłości musi – jestem o tym przekonany – wiązać się ściśle z namysłem nad kształtem teraźniejszości. Czy właściwie – z tego namysły brać początek. I nie chodzi w tym przypadku o trywialne w gruncie rzeczy stwierdzenie, że jesteśmy „mądrzejsi” o kilkadziesiąt lat dziejowych doświadczeń, że to, co jawiło się kiedyś jako trudna do rozwikłania plątanina motywacji, uwarunkowań, chaotycznych zdarzeń, znoszących się dążeń, zostało przerobione przez historyków, połączone w logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe, uspójnione, opatrzone stosownymi komentarzami i interpretacjami. Rzecz w czym innym. Oglądając przygody teraźniejszości, próbując je zrozumieć i wyjaśnić, często dochodzę do pytania (jedynie pomocniczego, ale jednak istotnego): co by było, gdyby… działały nieco inne siły, odmienne były składniki rzeczywistości.

Zanim spróbowałem wyobrazić sobie „kulturę polską bez Jałty”, stworzyć symulację nowego, powojennego porządku (także kulturalnego) w naszym kraju, porządku bez przywiezionych na sowieckich czołgach komunistów, zastanawiałem się nad renesansem modernizmu w nowej prozie (chociaż „renesans” to chyba zbyt szumne określenie). Szczególnie wyraźnie objawił się w książkach najmłodszych pisarzy: Tomasza Małyszka, Piotra Cegiełki, Błażeja Dzikowskiego czy Macieja Fortuny. Ale przecież modernistyczne problemy zdają się interesować (i inspirować) także pisarzy starszych, takich chociażby jak Włodzimierz Kowalewski czy Stefan Chwin, nie wspominając już o Czesławie Miłoszu, którego dzieło wciąż rozwija się w obszarze wyznaczanym przez wysoki modernizm. Cóż takiego stało się, że w Polsce, gdzie zaledwie kilkanaście lat wcześniej odkryto postmodernizm, powraca się głębiej w kulturową przeszłość? Prawdopodobnie porażka polskiego postmodernizmu, który ani nie zjednał sobie zbyt wielu czytelników, ani nie wydał znaczących tekstów, pozostając na etapie przymiarek i obiecujących, ale niedokończonych projektów, uświadomiła pisarzom, że polska literatura jeszcze nie odrobiła porządnie lekcji modernizmu.

A co by było, gdyby zaczęła odrabiać ją dużo wcześniej? Polska bez Jałty na pewno utrzymywałaby dużo ściślejsze kontakty z Zachodem niż Polska Ludowa. Mamy skłonność do importowania rozmaitych „wynalazków” z zakresu humanistyki, więc zapewne kilkadziesiąt lat wcześniej zaczęto by robić to, do czego w naszych czasach zachęca choćby Ryszard Nycz: przedstawiać modernizm w perspektywie „długiego trwania” tego nurtu, wyznaczającego najbardziej wyrazistą tendencję w literaturze XX wieku. Sprzyjałaby temu sytuacja wokół literatury. W PRL-u pisarze, czy chcieli tego, czy nie, byli mocno uwikłani w politykę. Przemiany literatury w dużym stopniu stymulowane były historyczno- politycznymi zmianami, zaburzeniami występującymi w systemie komunistycznym, co sprawiło, że „poszatkowana” została na niewielkie, kilkuletnie „okresy” (aby się o tym przekonać, wystarczy wziąć do ręki pierwszy lepszy podręcznik historii literatury współczesnej). Oczywiście, nie zawsze ingerencje w działania pisarzy, w ich światopoglądowe czy artystyczne wybory były tak duże, jak w dobie panowania socrealizmu. Jednak ow rwany, zdyszany rytm rozwoju literatury nie sprzyjał na pewno rozwijaniu projektów wymagających czasu i swobody artystycznej, „domyślaniu” pewnych problemów, tworzeniu nowych chwytów i formuł tekstowych, a potem cierpliwemu przekonywaniu do nich krytyków i czytelników.

Nie sądzę, aby polityka nie miała wypływu na literaturę w Polsce bez Jałty. Być może wzrosłaby siła ugrupowań prawicowych, tym bardziej że prawdopodobnie wciąż – w takiej lub innej formie – istniałoby „zagrożenie ze Wschodu”. Nie jest wykluczone, że i lewica miałaby więcej do powiedzenia niż przed wojną. A to wszystko razem wzięte mogło spowodować sporą kotłowaninę pomiędzy rozmaitymi partiami i partyjkami. Pisarze nie pozostaliby w tej sytuacji obojętni, tym bardziej że nieomal w każdym okresie większość z nich okazywała się jednak „zwierzętami politycznymi”. Literatura musiałaby także – tu niewiele by się zmieniło – oswoić wojenne traumy, a to znowu wrzucałoby ją w polityczne i historyczne rozrachunki. Gdyby jednak nie wygłuszano tak mocno, jak w PRL-u modernistycznej świadomości, pisarze koncentrowaliby się nie tylko na „dawaniu świadectwa” i „zabezpieczaniu śladów”, ale odważniej szukaliby nowatorskich rozwiązań tekstowych, pomysłów formalnych zdolnych udźwignąć bagaż wojennych doświadczeń. Wtedy z większą przychylnością traktowani byliby pisarze uważani za „trudnych” czy niezrozumiałych, jak na przykład Leopold Buczkowski.

Czy takie rozwiązanie (cierpliwa odbudowa świadomości modernistycznej) było w ogóle możliwe? Czy nie ponosi mnie zbytnio fantazja? Myślę, że nie. Wystarczyło przecież, aby wrócili pisarze z emigracji, choćby Witold Gombrowicz, żeby autorzy, którzy debiutowali jeszcze przed wojną, dla przykładu wymienię Jerzego Andrzejewskiego, mogli dokonywać niezależnych wyborów artystycznych, a młodzi, debiutujący już po wojnie mogli swobodnie kontaktować się z Zachodem (ciekawe co i jak pisałby Tadeusz Borowski, gdyby nie uległ zaczadzeniu ideologią komunistyczną). To mogło w znaczącym stopniu zmienić obraz naszej literatury.

Odrabianie lekcji modernizmu doprowadziłoby w konsekwencji do szybszego pojawienia się twórczości postmodernistycznej. Jej początki przypadłyby pewnie na przełom lat 60. i 70. Niektórzy pisarze, pracujący nad projektami modernistycznymi, musieli prędzej czy później dotrzeć do granic modernizmu i wyjść poza nie. Kogo mam na myśli? Na przykład Andrzejewskiego. Gdyby nie spalał się latami w zmaganiach z „przeklętymi polskimi problemami” i cenzurą, pisząc „Miazgę”, pewnie napisałby jakąś powieść postmodernistyczną; miał przecież niezbędną ciekawość „nowego” i konieczną sprawność warsztatową (inna sprawa, że nie zawsze umiał ją właściwie spożytkować). Może w tym kierunku poszliby także Andrzej Kuśniewicz i Teodor Parnicki. Wszyscy oni mogli stać się ojcami założycielami polskiego postmodernizmu literackiego. A gdyby takowi pojawili się wcześniej, gdyby możliwa była poważna dyskusja    na temat postmodernizmu, inaczej potoczyłyby się losy takich pisarzy jak Marek Słyk czy Anatol Ulman, którzy debiutowali na przełomie lat 70. i 80., w okresie bardzo niesprzyjającym wszelkiej literaturze innowacyjnej, co spowodowało, że wessani zostali w czarną dziurę niepamięci. Zresztą, również Andrzejewski, Kuśniewicz, Parnicki czy Buczkowski nie są teraz zbyt dobrze obecni, funkcjonują jako historyczne eksponaty, które skrupulatnie bada się jedynie na uniwersyteckich seminariach.

Dlaczego przywołuję nazwiska pisarzy niezbyt znaczących, albo takich, których siła oddziaływania na moich współczesnych wydaje się być nikła? Czemu odmieniam przez wszystkie przypadki słowa „modernizm” i „postmodernizm” w tekście poświęconym problemowi „kultury polskiej bez Jałty”? Na pewno znaleźć można zagadnienia dla kultury istotniejsze. Wydaje mi się jednak, że poniechanie modernizmu (powracającego teraz kuchennymi drzwiami) i odrzucenie postmodernizmu bez próby zrozumienia go, sprawiło, że literatura jest uboższa. Brakuje jej ciekawości „nowego”, skłonności do pewnego hazardu w wyborach artystycznych i poznawczych, wyczulenia na próby awangardowe, wrażliwości na formę tekstów. Szczególnie w prozie wachlarz możliwości wydaje się dość ograniczony: nieśmiertelny realizm w rozmaitych mutacjach, strategie nostalgiczne odżywające wciąż przy okazji kolejnych rozliczeń z przeszłością, albo w końcu groteska aplikowana jako lek przeczyszczający na wszelkie narodowe i społeczne choroby. A gdyby tak Polska bez Jałty odrobiła lekcję modernizmu…

Robert Ostaszewski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas