poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
INGA IWASIÓW
Odbiorca zamiast świadectwa
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

Bez samej Jałty? Czyli że wojna by była? To ważne, przecież od tego zależy, czy mielibyśmy traumę po bogatym w nowe poetyki Dwudziestoleciu, po jego katastrofizmach i błazeństwach (dziś to byłoby już jakieś siedemdziesięciolecie i nie wiadomo, czy międzywojenne...). I kto by żył, a kto by zginął? Załóżmy jednak, że była wojna, jedni zamilkli na zawsze i może tym bardziej ich cenimy, gdyż nie zdążyli się na naszych oczach artystycznie wypalić; inni przeżyli ideowe, tematyczne i stylistyczne konwersje, wspomożone osobistym losem.

Dla przykładu: Adolf Rudnicki (czytałam ostatnio nową monografię Anny Wal jemu poświęconą; wobec zmian w historii byłaby to zupełnie inna monografia) jak pisarze z jego formacji (czyli ci, którzy też zupełnie inaczej by się rozwinęli) napisałby jeszcze „Myszy i Koty” – dopełniając do trylogii wczesne „Szczury” – a nie zostałby tragicznym konsumentem Holocaustu. To on przecież był jednym z pierwszych, którzy opisali Zagładę, lecz właściwie nigdy nie wrócił do świetnie zapowiadającego się nurtu psychologicznego z debiutanckich tekstów. Być może nie mógł, prócz traumy wojennej przydarzyła mu się trauma manipulacji, której obiektem został już wówczas, gdy Bierut wygłosił przemówienie na otwarcie rozgłośni RP we Wrocławiu. Wielu historia wzięła w rękę, zgniotła i wypuściła.

Bo, przypomnę za książką Jerzego Smulskiego „Od Szczecina do... Października. Studia o literaturze polskiej lat pięćdziesiątych” (Toruń 2002), już wówczas, przed Zjazdem Szczecińskim, wojna wydawała się Nowym Manipulatorom tematem zbyt przygnębiającym, nie odpowiadającym zapotrzebowaniu na optymizm, należący się Dzielnemu Narodowi (czystemu etnicznie i światopoglądowo, tu akurat tradycja Międzywojnia była żywa). Przygnębiającym i nafaszerowanym minami. Tak więc wojna musiała zostać od razu ocenzurowana, a rozważania o naturze ludzkiej wobec Zagłady i o życiu po niej zostały tak dziwnie sprofilowane, że nie wszędzie wyprostowały się nawet dzisiaj. Dlatego mieliśmy quasi-egzystencjalizm i pół-transgresję; filozofię-małego-spotkania (przy małej czarnej, w wywrotowych kolorowych skarpetkach) i lustrację ofiar. Po stronie „ma” wymieniam też socrealizm, bo bawi mnie do dzisiaj i bardzo żałuję, że powieści z tamtych czasów wymiotło z bibliotek.

Mamy także w historii najnowszej podział dwójkowy, zastępujący międzywojenną wielość stylów, poetyk i postaw. To dzielenie przez dwa znaczyło, oczywiście, prawie od razu, nową falę emigracji i jej etos. Potem, też prawie zaraz, przekonanie, że każda bibuła jest lepsza od reżimowego wielkiego nakładu. W systemie dwójkowym mieszczą się również: konspiracja i patos; romantyzm i wartości; łagrowość i lagrowość (kto choć raz pytał kandydatów na studia, wie jak to brzmi w niewinnych ustach). Etyczne wysokie loty, zacierające wiele aspektów doświadczenia krańcowego, na przykład cielesność. Dowartościowanie nieskażonego głosu ofiar, których arcyprzewodnikiem jest Gustaw Herling-Grudziński, przeciw immoralistom takim jak Leo Lipski, Marian Pankowski. Ba, do tej podklasy podejrzanych dostał się nawet Tadeusz Borowski, ułaskawiony wyłącznie dlatego, iż przebywał u zbrodniarzy, których potępianie było długo słuszniejsze od potępiania innych zbrodniarzy. To i samobójstwo go uratowało.

Jałta utrwaliła obłudę czytelniczą, polegającą na tym, iż Herlinga wielbi się z dystansu, a dorastając – szuka wsparcia u „kaskaderów literatury”. Zawsze więc wysoko, żadnej rozrywki, tylko dyskurs moralny. Nawet opisy kaców są wzniosłe, szczególnie jeśli się je hołubi wbrew opisom wyrafinowania kulturowego więźniów obozów koncentracyjnych. Młodzież woli relacje z libacji, jeśli taki ma wybór. A prócz krytyków, młodzi i część kobiet są literacką publicznością. Tymczasem kanon i ofertę z niego pączkującą przykrawano nam, jakbyśmy byli wszyscy zapatrzonymi we wzniosłość platońskiej uczty mężczyznami.

Są przykłady zadziwiających karier, które zakręciły, uległy schizofrenicznemu przeprofilowaniu wskutek wojny i Jałty. Pierwszy z brzegu: Sergiusz Piasecki. Gdyby nie komunistyczne porządki, byłby co najwyżej Dołęgą-Mostowiczem z grupy Przedmieście. Ponieważ miał szczęście być wychowany na Wschodzie, awansował do roli Głosu Sumienia, Sprawiedliwego na Emigracji. Moralista zamiast naturszczyka, sensacji międzywojennej prasy plotkarskiej, dostarczyciela rozrywki? Zamiast. Było to możliwe tylko dzięki historycznym zmianom.

 Nie próbuję nawet myśleć, co by było z Gombrowiczem, Witkacym, Schulzem, jak by się rozwinęła poezja. Kto by się uchował z pisarzy drugorzędnych, wzmocnionych dzięki zakazowi zajmowania się zdegenerowaną formą. A z drugiej strony, o czym by pisali ci wszyscy moraliści, ci nudni faceci z kanonu. Z czego by się, aż do dzisiaj, tłumaczyli „ukąszeni”. Nie jestem pewna, ale może mają rację historycy, którzy w zniewoleniu widzą lokomotywę myśli i wskazują na pożytki płynące z posiadania wroga. Pożytki z tęsknoty (tu cały nurt kresowy, nagle wskrzeszone „małe ojczyzny” w ciągłej, aż po skrajne znudzenie, rozbudowie). Z kolei dzisiaj – czy mielibyśmy kolejne pokolenie bez właściwości, gdyby nie było wiadomo, co znaczy mieć właściwości? Gdyby pluralizm postaw trwał od wielu dziesięcioleci? A co z dyskusjami krytyków wokół kultury po roku 1989, dyskusjami mającymi punkt odniesienia w trwałym, stabilnym „kiedyś”, dającym jasne cele?

Przy okazji rekonstruowania dyskusji o dzisiejszej konstelacji ideowej i artystycznej „Wschodu” i „Zachodu” można zobaczyć, czym my, dzieci Jałty, różnimy się od nich, dzieci Marshalla. Niby żyjemy w tej samej Europie, ale... Ciekawie, włączając się w dyskusję o dramaturgii „nowych brutalistów”, sytuację diagnozuje Justyna Golińska w tekście „Wielość beznadziejności” („Dialog” 2002, nr 1-2). Pokazuje, iż uczynienie (wyjściowy gest niezbędny) jednej konstelacji z tekstów pisanych na niedawnym Wschodzie i Zachodzie, zaciera różnice fundamentalne, polityczne i duchowe pomiędzy autorami dorastającymi do buntu w rożnej sytuacji geopolitycznej.

Na Zachodzie beznadziejnie, bo bez zmian – Golińska przypomina bestseller Floriana Illièsa „Generation Golf”, opisujący „nowy konserwatyzm” symbolizowany przez zabawki playmobil. Tymczasem my, z gorszej części Europy, mamy wciąż nieukończoną budowę z klocków lego. Jakiś wzór, jakąś Portugalię (Zoltan Egressy, Portugalia, „Dialog” 2000, nr 4), jakaś transmisję z obcego, może tylko telewizyjnego kraju. Ten wywód mnie przekonuje, z podobną różnicą spotkać możemy się w prozie pisanej po obu stronach dawnych murów. Wystarczy porównać bohaterów Michala Hvorecký’ego („W misji idealnej czystości”, Bytom 2002), szukających tożsamości i bytu na ulicach wielkich miast zamieszkiwanych przez „neokonserwatywnie” znudzonych właścicieli nowszych modeli volkswagena, z Hlynurem Björnem (H. Helgason, „Reykjavik 101”, Warszawa 2001), klientem opieki socjalnej od urodzenia zażywającym ecstasy, żeby przetrzymać kolejną noc w Reykjaviku. Przypomnę jeszcze prozę Jáchyma Topola – kapitalny opis życia w Pradze i na jej przedmieściach, z wątkami konfrontacji z Zachodem („Anioł”, Bytom 2002; „Siostra”, Warszawa 2002) oraz Wiktora Pielewina („Generacja X”, Warszawa 2001), którzy pokoleniowe doświadczenie swych bohaterów widzą jako produkt historii i polityki, marginalizującej obywateli ogromnej części Europy, nie zaś jako wynik nudy, nudy, nudy, konsumpcjonistycznego przesytu i braku wartości. Pielewin najbliższy byłby widzeniu, także w Rosji, zmory globalizacji, ale i u niego rynek oraz nowe media działają na podkładzie dobrych, starych, posowieckich metod, a więc specyficznych dla historycznego i politycznego losu w skonkretyzowanym geograficznie miejscu. Przypomnę jeszcze polską dyskusję wokół „pokolenia nic”, z książką Doroty Masłowskiej w tle. Pozytywny wpływ Jałty? Na Zachodzie nawet pisanie się przejadło, a u nas... jeszcze z pisania się nie przeżyje.

Jest więc beznadziejnie, jednak rożnie. Mówiąc krótko: na Wschodzie „nic się nie da zrobić”, na Zachodzie „nie ma nic do zrobienia” – pisze Justyna Golińska. Niepocieszająca konstatacja, wskazująca wagę szerokiego kontekstu politycznego w pisanej dziś literaturze. Wciąż są dwie Europy. My należymy do tej wykluczonej ołówkiem wodzącym po mapie w Jałcie.

Daje to nam poczucie wyjątkowości, każe stawiać na patos, ściska gardło w pobliżu spisu szkolnych lektur. Lecz zarazem utrwala, zadekretowane już przez Bieruta, dwa braki, dwa deficyty, z jakich niby zdajemy sobie sprawę, nieporadnie walczymy o ich wypełnienie. Na razie te dwa: upośledzenie tematu społecznego, przez ciągły nad nim ideologiczny nadzór; upodrzędnienie dobrej literatury rozrywkowej.

Tu mamy ostre cięcie około roku 1947. Bo literatura wojny i okupacji, z zachowaniem odpowiedniej miary, była przecież literaturą o społeczeństwie, czy właściwie o tym, co z tego pojęcia zostaje, gdy historia uwalnia demony. Byłaby zapewne podniosła się też, po rytualnej żałobie, dobra rozrywka, gdyby nie okazało się, że narów najbardziej lubi czyny społeczne.

Potem, z jednej strony, bawiono się w kamuflaż, parabolę i konspirację. Z drugiej, nie wypuszczano sztuki ze świątyni. Więc i podział na „wysokie” oraz „niskie” z trudem ustępuje przed naporem zmącenia, którego tradycje znaleźlibyśmy u mistrzów Dwudziestolecia – Gombrowicza, Witkacego i Schulza... Cóż, kiedy szukaliśmy u nich raczej potwierdzenia słuszności naszych dróg. Jak się udawało, całymi latami, czytać Dwudziestolecie wyłącznie w miejscach wzniosłości i artystycznych wyżyn, jest nietrudną do rozwikłania tajemnicą.

Czas na tle tych rożnych, schizofrenicznie zapewne rozstrzelonych uwag przejść na własne podwórko. Otóż jestem przekonana, że Jałta odcięła nas radykalnie od feministycznych, proemancypacyjnych zalążków Dwudziestolecia. I od wynalazków prozy psychologicznej, dającej w jednym myślenie o podmiocie, o „ja” (po co się czyta?) oraz rozrywkę na wysokim poziomie. Na wysokim, czyli według standardów wymuszonych naszymi wiecznymi łzami – na niskim. Tymczasem Dwudziestolecie miało literaturę, która przedstawiając problemy społeczne i psychologiczne swoich współczesnych czyniła to w sposób przystępny. O ile tradycje awangardowe jakoś przetrwały, zaburzane przypadkami politycznymi, hybryda naturalistyczno- społeczno-psychoanalityczna, poczynana w latach 30., nie doczekała rozwiązania.

Upośledzenie tematu człowieka pojmowanego po-freudowsko, miało związek z gwałtownym zmarginalizowaniem twórczości kobiet. To paradoks, bo przecież nigdy wcześniej kobiety nie miały tak dobrego dostępu do edukacji, do zawodów intelektualnych, do rynku książki: tu jako czytelniczki i producentki. Lecz jednocześnie teksty, jakie pisała po wojnie choćby współtwórczyni prozy psychologicznej, Maria Kuncewiczowa, nie mogły być tak doniosłe jak ezopowe roztrząsania narodowych klęsk, podejmowane przez mężczyzn. Miało też miejsce zjawisko, opisane w teorii literatury anglosaskiej, iż nawet gatunki popularne podlegają stratyfikacji: opisy wojny w sensacyjnych fabułach stoją wyżej na półkach w księgarni niż romanse.

 Po wojnie literatura zachodnia dostarczała czytelniczkom pokarmu, który wypełniał im świat najpierw zdruzgotany, potem normalizujący się, wreszcie rynkowo ustabilizowany. Książki trafiły do hipermarketów, oczywiście miejsca skądinąd okropnego. W naszych standardach byłaby mowa o „degradacji”, ja mówiłabym raczej o dostępności i ofercie podtrzymującej obyczaj czytania, jaki damy i panny służące posiadały o wiele powszechniej od swych partnerów.

Wędrując na półkę obok proszku do prania, powieść obyczajowo-psychologiczna mutowała także ku lepszej edycji, ku pewnemu środkowi, przywoływanemu przez krytyków dzisiaj zapewne nadaremnie. Nie idzie nawet o to, iż brak nam autorek/autorów (bo pewnie nie), lecz o tradycję, pracującą na korzyść literatury. Gdyby w Polsce przez ostatnich 50 lat pisano dla przeciętnej inteligentki, całość sztuki literackiej wyglądałaby lepiej. To nie paradoks: zadęcie prowadzi do pęknięcia. Lekkostrawny podkład pozwala strawić i wzniosłość.

Gubiąc wątek popularnej, lekko podrasowanej prozy, zgubiliśmy też właściwie psychoanalizę. Wystarczy zajrzeć do tomu Danuty Danek „Psychoanaliza i literatura”, by przekonać się, że nie nadążaliśmy. Psychoanaliza, jedna z najbardziej wpływowych w Dwudziestoleciu koncepcji człowieka, pokutowała na marginesie zarówno literatury, jak i literaturoznawstwa. Nie mieliśmy też odmiany gatunkowej powieści psychoanalitycznej – dziś nadrabiamy i tę stratę.

Oczywiście, wątki te prowadzą mnie nieuchronnie do feminizmu, którego też nie było. Wspomniana już marginalizacja książek do czytania, zastąpionych książkami do celebrowania, była zdobyczą patriarchalnego układu, zakonserwowanego aż do lat ostatnich, kiedy obudziło się nowe pokolenie feministek. Gdyby nie patriotyczne powinności, Zofia Nałkowska napisałaby jeszcze kilka powieści bardziej pro-kobiecych niż „Węże i róże”. Jestem też pewna, że wiele innych pisarek poszłoby otwartą przez babki (czyli antenatki, nie „kobiety” w slangu dziadków) drogą do feminizmu; tak przecież stało się na Zachodzie.

Myślenie o społeczeństwie bez przemyślenia relacji płci wydaje mi się sprzecznością logiczną, a przecież wypełniało pisarskie dni większości polskich literatów. Gdyby kobiety nie wprzęgły się w kolejną epokę patriotycznego obowiązku, gdyby nie wstydziły się, iż nie czują pociągu do opiewania ojczyzny, będącej matką tylko pod warunkiem, że jest się synem... Myślę, że mielibyśmy dziś wszyscy o wiele mniej zdezaktualizowanych fiszek bibliotecznych z adresami tekstów, nie pociągających nikogo. Musiałaby powstać literatura uwodząca, mówiąca o ludziach językiem pragnienia. Może już mielibyśmy ten etap za sobą i powstawałyby właśnie dobrze skonstruowane powieści post-postmodernistyczne, wyglądające na wyplute z pliku „creative writing”, ale byłoby co postawić na półkę z użyteczną tradycją.

Nikt by nie rozumiał, po co młoda kobieta pisze o sobie w rodzaju męskim, chyba że przyniosłoby to istotną zmianę perspektywy. Może byłoby godną odnotowania ekstrawagancją? W „Historii literatury 1945-95” mielibyśmy dział prozy transseksualnej, która opierałaby się na tradycji awangardowej w zakresie form narracyjnych, oraz konfesje tożsamościowe, bliskie fabularnie reportażom z seansów psychoanalitycznych. Wciąż nienapisaną książką byłaby opowieść o pewnym „macho” grasującym podobno w gimnazjum na Śląsku – świetny, oryginalny temat sensacyjny, niepodjęty, gdyż „political fiction” skończyła się w latach 60., kiedy sytuacja globalna została ustabilizowana. Krytyka lat 90. narzekałaby na brak wyobraźni u młodych autorów, niezdolnych właściwie do rozważania sytuacji napięcia damsko-męskiego, przecież mającego miejsce na prowincji.

Tak by było. Bo gdybyśmy dbali o edukację przez dobraną odpowiednio literaturę, nie mając obowiązków patriotycznych, nasza kultura byłaby mniej wysublimowana, za to bardziej skuteczna. Nasze spisy lektur, tak szacowne, przegrywają u młodych ludzi z listą bestsellerów EMPIK-u. Gdyby nie Jałta, patrzylibyśmy na odbiorcę, zamiast dawać świadectwo.

Inga Iwasiów


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas