poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY JARZĘBSKI
Bez sielanki
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

Sielanki tu nie widzę. Zaraz po wojnie powracają do Polski politycy i twórcy kultury, których wojenne wydarzenia zagnały za granicę. I tu mamy zarzewie pierwszego zasadniczego konfliktu: pomiędzy „krajowcami” i „emigrantami”, którzy w żaden sposób nie potrafią uzgodnić swych wojennych doświadczeń i wywiedzionych z nich poglądów na świat. Jedni i drudzy przynoszą z sobą swoje własne wersje potępieńczych swarów, jedni i drudzy aspirują zarazem do przywództwa i „rządu dusz”: przybysze na mocy ciągłości władzy, miejscowi – na mocy uczestnictwa w okupacyjnym dramacie narodu. Cierpienia łagrowe – w wydaniu hitlerowskim i stalinowskim – kombatanctwo spod znaku partyzantki lub armii Andersa sytuują się wobec siebie jako swoiście konkurencyjne wersje bohaterstwa czy martyrologii, uzasadniające duchowe czy etyczne tytuły do władzy, stają się tedy już nie tylko zapisem doświadczenia, ale i polityczną monetą.

Towarzyszą temu silne konflikty na linii prawica – lewica. Prawica, potężna już przed wojną, prze do władzy, ale też dąży do ustanowienia zreformowanej hierarchii literackich wartości – z zamordowanymi poetami „Sztuki i Narodu” jako nowymi idolami i męczennikami, legitymizującymi zarazem aspiracje prawicy do zajęcia nareszcie eksponowanych miejsc w literackim Panteonie. Rozpoczyna się niezbyt sympatyczne wygrywanie Trzebińskiego czy Gajcego przeciw Baczyńskiemu, który znów służy za sztandar ugrupowaniom utożsamiającym się bardziej z tradycjami lewicy. Antysemityzm wypędza z Polski resztkę Żydów. Polaryzacja dotyczy także środowisk katolickich: grupa wydająca krakowski „Tygodnik Powszechny” zostaje przez skrajną prawicę obwołana „bandą zdrajców Kościoła i narodowej sprawy”. „Rozrachunki inteligenckie” pisze się nieco inaczej – z przeciwstawnych sobie politycznych pozycji: prawicowych lub lewicowych, obydwu bowiem ugrupowaniom liberalna inteligencja okresu międzywojennego jawi się mięczakowata i ideowo niewyraźna. Najsilniej odczuwają to odnajdujący się po wojennej epopei Skamandryci. Oni to stają się dla obu stron wygodnym negatywnym punktem odniesienia, symbolami „minionej epoki”, która spotyka się z dość powszechnym potępieniem – podobnym nieco do nastrojów antysanacyjnych, jakie zapanowały na emigracji w początkach wojny.

Czy wymknięcie się Jałcie oznacza więc brak politycznych ugrupowań utożsamiających się z sowieckim komunizmem? Ależ skąd! Lewica polska przechodzi podobną chorobę fascynacji stalinizmem, jak lewica zachodnioeuropejska, tyle że z nieco odmienną, bardziej cyniczną motywacją, jako że „poputczicy” przeszli już wcześniej na Wschodzie szkołę łamania charakterów i powszechnego donosicielstwa. „Finlandyzacja” Polski nie oznacza zniknięcia stalinowskiej potęgi (w Finlandii zresztą ugrupowania prosowieckie były w pierwszej połowie wieku bardzo silne). Są nawet w Polsce autorzy, którzy ćwiczą pióra w swoistej, mniej ortodoksyjnej wersji socrealizmu, kwitnie agentura i próby pozyskiwania pisarzy w drodze rożnych stypendiów twórczych czy gratyfikacji ze Wschodu. Na ten lep idą najłatwiej ci, którzy raz już dali się uwieść po wkroczeniu armii sowieckiej do Polski w 1939 roku.

W tej napiętej politycznej sytuacji, w której żąda się od twórców ideowego samookreślenia pojawia się w Polsce po trosze zapomniany pisarz z Argentyny: Witold Gombrowicz. Na początku lat pięćdziesiątych wydaje w małym prywatnym wydawnictwie, które woli nie zamieszczać w książce adresu swej siedziby, powieść „Trans-Atlantyk”. Budzi ona powszechne oburzenie w środowiskach zorientowanych politycznie i gromki śmiech wśród części najmłodszego pokolenia, które ma już dość deklaracji ideologicznych i manifestacji w rytmie wojskowych marszów. W tej grupce prześmiewców Kazimierz Wyka i Czesław Miłosz, który w tamtych latach staje się namiętnym eseistą i publicystą, upatrują nadzieję na oczyszczenie atmosfery z ideologicznych trucizn. Co rzeczywiście w pewnej mierze następuje – dziwnym trafem w tym samym mniej więcej czasie, co w innej, lepiej nam znanej rzeczywistości „polski październik”. Bo generacja prześmiewców i buntowników musiała przyjść po generacji czcicieli ideologii niezależnie od politycznych wydarzeń w bloku wschodnim. W takiej niejako biologicznej przemienności pokoleń cała zresztą nadzieja na zachowanie higieny i jasności umysłu, a także – ożywczych dla ducha wartości literatury.

Jerzy Jarzębski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas