poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANDRZEJ ZAWADA
Wyobrażam sobie...
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

Wyobrażam sobie, że w pierwszym powojennym dziesięcioleciu przede wszystkim nie byłoby socrealizmu. Jednak jakaś odmiana literatury agitacyjnej, czy przynajmniej dydaktycznej, musiałaby się pojawić. Odbudowa zrujnowanego kraju, kreacja nowego państwa, zgodnego z powojennymi normami europejskiej demokracji – bo jednak nie byłby możliwy dalszy ciąg sanacji – a także nadzieja i naturalny entuzjazm, jakie rodzą się, kiedy po wojnie następuje pokój, musiałyby znaleźć swój wyraz w piśmiennictwie. Jednak podobna służebność literatury miałaby w ówczesnych warunkach charakter obywatelski, a to uratowałoby nas przed neurozą, polegającą na obawie, że polityka zechce brzydko manipulować literaturą.

Nie byłoby – oczywiście – literatury emigracyjnej. Jerzy Giedroyc wróciłby do kraju. Nie zostałby redaktorem „Kultury”, ale na przykład premierem, a – co jeszcze bardziej prawdopodobne – prezydentem. Iwaszkiewicz z ulgą napisałby wtedy „List do Prezydenta Giedroycia”.

Mieczysław Grydzewski nie musiałby samotnie przesiadywać w czytelni British Museum, bo w Warszawie miałby swoją Ziemiańską, a przede wszystkim redakcję „Wiadomości Literackich”, w których ukazałyby się wiersze zwracającego uwagę własnym stylem i zduszoną ekspresją młodego poety z Radomska, studiującego w Krakowie historię sztuki. Julian Przyboś, który szukałby wydawcy dla swojego pierwszego powojennego tomiku „Póki my żyjemy”, zwróciłby się o protekcję do Władysława Broniewskiego, który od dawna miał dobre układy z „Wiadomościami Literackimi”, z sanacją i komunistami. Broniewski przywiózł z Jerozolimy znakomity tom poetycki „Drzewo rozpaczające” i miał może ochotę napisać jakiś paszkwilancki poemat o Stalinie. Rozmyślił się jednak i napisał państwowotwórczy poemat „Mazowsze”.

Z polskiego Wilna przyjechałby do Warszawy młody, zadziorny literat Tadeusz Konwicki. Miał spory talent i niemałe ambicje, ale w stolicy przez lata dokuczał mu brak perspektywy z monumentalnym „pałacem kultury”, jaki widywał na pocztówkach z Moskwy. Konwicki uważał, że Polska zbyt gorliwie stara się być łacińska, podczas gdy ma całkiem wschodniosłowiańską naturę. Nosił się z pomysłem, aby napisać o tym parę powieści. Miał już nawet tytuły: „Kompleks polski”, „Mała apokalipsa”... Ostatecznie jednak tych powieści nie napisał. Rzeczywistość nie dawała mu materiału, a Konwicki to jednak z natury realista i nie chciał fantazjować w duchu Orwella. Ostatecznie napisał rzecz podobną i dał jej tytuł „Sennik współczesny”. Opisał w tej powieści przerażający sen, w którym Rosja zabrała Wileńszczyznę, a Polacy, wypędzeni, społecznie zdegradowani, nie umieją pogodzić się z narodowym i ludzkim nieszczęściem.

Do Warszawy wróciłby także Czesław Miłosz, który mieszkał tam do 1944 roku. Wkrótce jednak zaczął karierę dyplomaty i napisał „Rodzinną Europę”, żeby przedstawić nasze historyczne prawa do uczestnictwa w przyszłej wspólnocie europejskiej. Jako człowiek, który zdołał uciec spod sowieckiej okupacji, chciał opisać mechanizmy totalitaryzmu w książce „Zniewolony umysł”, przestrzec Zachód, który nie doceniał niebezpieczeństwa. Ale książka ta ostatecznie nie powstała, poeta uznał, że jego znajomość realiów sowieckich i mechanizmów politycznego konformizmu jest niewystarczająca. Przekraczając z narażeniem życia granicę między strefą okupowaną przez ZSRR a strefą okupowaną przez III Rzeszę, pomyślał, że napisze kiedyś nostalgiczne wiersze, które umieści pod wspólnym tytułem „Miasto bez imienia”. Jednak Rosjanie wycofali się z Wilna i oddali je Litwie, a ta zniosła wizy dla Polaków i pozwoliła im przyjeżdżać, kiedy tylko zechcą. Utrata „małej ojczyzny” okazała się połowiczna, co nie satysfakcjonuje uczciwej literatury.

Zaraz po wojnie wróciłby z Argentyny Witold Gombrowicz. Jego „Ferdydurke” cieszyła się przecież w kraju stałą poczytnością. Późniejsze powieści, na przykład „Kosmos”, jej nie dorównały. Świetny pomysł na powieść „Trans-Atlantyk” nie został ostatecznie zrealizowany – z perspektywy Warszawy polska enklawa w Ameryce Południowej nie wydawała się wystarczająco interesująca, a zresztą szybko się rozpadła, bo jednak III Rzeczpospolita zachęcała wojennych rozbitków do powrotu i stwarzała im w ojczyźnie jeszcze lepsze warunki bałamucenia się w sarmackim stylu.

Autorem bardziej znanym niż przed wojną stał się Jerzy Andrzejewski. Rozgłos przyniosła mu powieść „Ciemności kryją ziemię”, która była alegorią dyktatury nacjonalistycznego nurtu w polskim katolicyzmie. Andrzejewski chciał napisać wielką współczesną realistyczną panoramę „Miazga”. Jednak książka nie powstała. Plotkowano, iż pisarz bał się, że opisując związki polityków z mafią, może stracić życie. Ostatecznie „Miazga” została środowiskową legendą.

Tak mogło być. Albo inaczej. Inaczej też musiałby ukształtować się wątek Kresów. Jakkolwiek przebiegałyby nasze granice wschodnie, temat ten musiałby przybrać kształt bardziej realistyczny, niż stało się to naprawdę. Współczesność pogranicza polsko-ukraińskiego, polsko-białoruskiego i polsko-litewskiego przeszkadzałaby w mitologizacji.

Inaczej, prawdziwiej musiałby się też wyrazić w literaturze stosunek do wojennej i powojennej Rosji. Książki Czapskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Swianiewicza, i inne świadectwa ukazałaby się przecież w kraju.

Można przypuszczać, iż nie powstałaby literatura „kresów zachodnich”, nie byłoby opowiadań Henryka Worcella, prozy Stefana Chwina... Może nawet nie byłoby „gdańskiej” prozy Güntera Grassa?

A dramat? Jakie – na przykład – byłoby „Tango” Sławomira Mrożka? A poezja Zbigniewa Herberta, czy byłaby inna? Czy Pan Cogito rozmyślałby o duchowym kanibalizmie supermarketów?

W powojennym dorobku literackim jest spora grupa dzieł wartościowych, w których udało się doświadczenia lokalne przekształcić w uniwersalne metafory tak, że polityczne uwarunkowania straciły swoją moc, albo stały się niespecyficznym składnikiem ogólniejszych prawidłowości. Sądzę, że tak się stało na przykład w poezji Tadeusza Różewicza i nie potrafię sobie wyobrazić, by mogła ona być inna. Podobnie myślę o dramatach poety – „Do piachu”, „Białe małżeństwo” czy  „Stara kobieta wysiaduje” chyba byłyby takie same w odmiennej rzeczywistości powojennej.

Sądzę też, że – poza socrealistycznym epizodem – nie inaczej niż to się stało, ukształtowałaby się poezja Wisławy Szymborskiej. A także poezja Mirona Białoszewskiego, wykrawająca swą autonomię z rzeczywistości żarłocznej w daleko szerszym niż polityczny sensie. Może inaczej zaczęłaby się poezja Nowej Fali, choć fundament jej buntu był w istocie skierowany przeciw drobnomieszczańskiemu uwiądowi wyobraźni, tyle że polityczny wymiar tej ciasnoty był najdokuczliwszy. Byłbym też skłonny pomyśleć, że proza Stanisława Lema podążałaby dotychczasową drogą, choć możliwe, że cenzuralne skrępowanie było dla pisarza dodatkową motywacją. Zapewne niewiele by się zmienił, albo wcale, „Pierwszy krok w chmurach” Marka Hłaski, ponieważ margines życiowych niepowodzeń w Polsce jest zawsze zbyt szeroki.

Na koniec tych fantazji, które można byłoby snuć długo i coraz bardziej szczegółowo, wyobraźmy sobie los literackich konformistów. Co stałoby się z nimi? O czym pisałby choćby Jerzy Putrament? Czy byłby drugą Wandą Wasilewską, pochylającą się nad krzywdą małorolnych, wobec których cyniczna Unia Europejska stosuje szczególnie brutalne prawo pierwszej nocy, bowiem ani nie chce ich konsumować, ani im płacić? Czy może byłby bardem populistycznej prawicy, sławiącym gabinetowe gry partii narodowych w formie, bolszewickich w treści?

Bez Jałty powojenna Polska byłaby innym krajem, niż była. I niż jest obecnie. A literatura, zawsze podążająca za rzeczywistością, także wtedy, kiedy ją wyprzedza, wiernie towarzyszyłaby owej innej, nieznanej nam, niebyłej, długo i bezpowrotnie upragnionej Polsce.

Andrzej Zawada


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas