poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANDRZEJ WERNER
Gdyby mogło było być
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

Gdybanie – w obrębie historii i historii kultury – tak często jałowe, niesie niekiedy ze sobą oczywistą korzyść. Pozwala jasno wydzielić sferę „długiego trwania”, niezależnego albo zależnego w znacznie mniejszym stopniu od doraźnych, choćby najmocniej działających determinant czy też okoliczności politycznych. Tak gwałtowna różnica, jaka istnieje pomiędzy faktycznym doświadczeniem komunistycznego totalitaryzmu a domniemanym ominięciem tego zbiorowego nieszczęścia i spokojnym żeglowaniem w towarzystwie krajów zachodnioeuropejskich w kierunku społeczeństwa obfitości, narzuca widzenie drastycznej odmienności kultury wyrastającej w warunkach politycznej swobody i naturalnej komunikacji z własnym dziedzictwem, w tym również dziedzictwem kultury europejskiej. A jednak nie wszystko by się zmieniło: symulacja ułatwia wyodrębnienie „mocnych” tendencji kultury, domagających się spełnienia w każdych okolicznościach, wynikających bądź to z wcześniejszych doświadczeń, bądź też z ciągłości tradycji – i narodowej, i europejskiej. Automatycznie staną się nimi tendencje zauważone w spełnionej historii, a zarazem przewidywalne w szczęśliwszym, „normalnym” porządku zdarzeń. Zestawienie tych dwóch wersji ułatwić może dostrzeżenie, co w kulturze PRL-u było następstwem stworzonych przez system komunistyczny konstelacji politycznej: braku państwowej suwerenności, polityki kulturalnej władz, cenzury, zakazów i nakazów, a co wynikało z „naturalnego” scenariusza kulturowej ciągłości, plus konfrontacja ze zdarzeniami niezależnymi od Jałtańskiego podziału Europy. Ale także założyć trzeba ewentualne korzyści kulturalne, w innych warunkach trudne do osiągnięcia.

Wojna. Tego doświadczenia żadne zmienne polityczne nie mogłyby usunąć z pierwszego planu. Z ludzkiej pamięci, z przeżycia teraźniejszości, a więc i z kultury. Jakim zmianom uległby jednak jej obraz? Przede wszystkim istotnemu zatarciu uległby tak charakterystyczny dla literatury, a później i filmu, nastrój klęski, beznadziei, bezowocności ofiar i wysiłków. Poczucie niewiarygodnego nieszczęścia, płacz po zmarłych, rozpacz na widok otaczających ruin – tak, to oczywiście by pozostało. Temu requiem towarzyszyłyby pytania, a nawet zacięte spory, czy wszystko było potrzebne i konieczne, czy nie można było inaczej. Ale już bez typowej konstrukcji fabularnej i symbolicznej, w której wszystko, od początku, naznaczone jest stygmatem nieuchronnej klęski. Począwszy od obrazu września 1939, z kulminacją powstańczych epopei. Jak w „Kanale” Wajdy i Stawińskiego, gdzie przed pierwszymi kadrami pojawia się przetłumaczona Dantejska inskrypcja: „Lasciate ogni speranza”. W „Popiele i diamencie”, w filmie, który zapewne nigdy by nie powstał, podobnie jak powieść Andrzejewskiego (bo Szczuka wracałby anonimowo, nie byłoby po co go zabijać, a miłości Maćka i Krystyny niewiele by stało na przeszkodzie), fajerwerki musiałyby rozbłysnąć już na początku i bez gorzkiej ironii, obecnej, gdy pojawiły przed finałem. Przeżyte „katharsis” żałobnego, ale jednak triumfu pozostawiłoby trwały ślad w zbiorowej psyche, a przez to i w kulturze.

Wojna, okupacja i towarzyszące jej przeżycia zostawiły już wcześniej, przed datą rozpatrywanej zmiany, swój ważny ślad w kulturze, wliczyć w to trzeba także twórczość powstałą nieco później, ale poza granicami kraju, a więc niezależnie od projektowanej przez naszą fantazję zmiany. Ten ostatni przypadek to przede wszystkim trzon opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego („U nas w Auschwitzu”, „Dzień na Harmenzach” i „Proszę państwa do gazu”), które wyznaczają najważniejszy i zarazem najbardziej uniwersalny wzorzec rozliczeń  ze złem najnowszej historii. Dla nas ważniejszy jest inny wątek bardzo silnie obecny w wierszach monachijskich Borowskiego i nieco późniejszej „Bitwie pod Grunwaldem” – jak można oczekiwać znalazłby on bardziej powszechny wyraz i w kraju, w zmienionej sytuacji politycznej. To rozczarowanie do „wszechświatowej demokracji”, a przede wszystkim gwałtowna niechęć do patriotycznych obrzędów odprawianych na pogorzelisku przez wysuwającą się na pierwszy plan przedwojenną kadrę oficerską i przedstawicieli emigracyjnej hierarchii. „Onanizują się Ojczyzną”: należy przypuszczać, że w wolnym kraju zniecierpliwienie wskrzeszaniem przedwojennych capstrzyków, od najprostszych spektakli po bardziej wyrafinowane – choćby w literaturze – byłoby znacznie silniejsze. Nie tylko dlatego, że stałyby się dręcząco obecne – kryją się za nimi poważniejsze wątki, z oczywistych względów hamowane, jako że sprzyjające polityce nowych władz i zarubieżnych mocodawców.

W miększej, ale, jak należy przypuszczać, bynajmniej nie łagodnej formie, byłby to konflikt pomiędzy „tubylcami” a „przybyszami”. To właściwie mylące określenia – miejsce przeżycia wojny i okupacji miało znaczenie, ale niekoniecznie decydujące. Tubylcami byli ci, którzy przeżyli wojnę i okupację na terenie najbardziej zagrożonym, ludzie z lasu, powstańcy, ale także powracający z obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej w Niemczech. Przybyszami – może przede wszystkim przybyszami z czasu przeszłego – ludzie, którym udało się zakonserwować mentalność w postaci niezmienionej, zapewne nieco zmodyfikowanej, ale w swojej rytualnej, deklaratywnej polskości częstokroć wzmocnionej historycznymi okolicznościami. Naturalnym, ale i potwierdzonym przez doświadczenie, rezerwuarem takich postaw były środowiska emigracyjne. Gombrowicz pisząc „Trans- Atlantyk” czerpał przede wszystkim z przedwojnia, ale ten wzór polskości, zakorzeniony we wcześniejszej historii, przeżył wojnę i gdyby został napisany w Warszawie 1947 miałby swój adres co najmniej równie wyraźny. W drugiej części „Eroiki” („Ostinato lugubre”) Andrzeja Munka konflikt ten przebiega według podziału między przedwojenną kadrą oficerską a „cywilami”, czyli rezerwistami. Ale „cywilami” stają się także powstańcy przybyli właśnie do oflagu („zweryfikujemy te awanse” – stwierdza jeden z przedstawicieli zakonserwowanej przez niewolę, a obecnie zagrożonej hierarchii).

Z drugiej jednak strony również cywilne i tubylcze postawy, niechętne wobec rytualnych manifestacji retorycznego patriotyzmu, były i tym bardziej byłyby jaskrawo widoczne w powojennym pejzażu polskiej kultury. Obok Borowskiego wiele wczesnych świadectw wskazuje jak żywe były to tendencje: choćby wojenne eseje Miłosza, zwłaszcza uzupełnione korespondencją z „Zaraz po wojnie” czy też „Polska jesień” i opowiadania z tomu „Buty” Jana Józefa Szczepańskiego.

Spór o postawy Polaków w historii, o heroizm (bohaterszczyznę) czy realizm (konformizm), wyraźny już w pierwszych latach powojennych, przerwany przez socrealizm i będący bodaj głównym tenorem kultury popaździernikowej, szczególnie jaskrawo widoczny w kinie, pojawiłby się więc i w nowej konstelacji politycznej, i choć nie byłby wspomagany poczuciem klęski, a i pojęcie realizmu miałoby mniej aktualne znaczenie, należy przypuszczać, że przebiegałby w sposób ożywiony. Oczywiście, wcześniej skończyłby swoją rolę tematu (problemu) dnia. Natomiast rolę tę grałby dłużej i w sposób o wiele bardziej otwarty problem spokrewniony, może nawet wariant wymienionych poprzednio: rozliczenie z Polską przedwrześniową. Było ono obecne i w historii faktycznej, ale w wielu przypadkach stłumione świadomością, iż współbrzmi z kierunkiem oficjalnej propagandy. A przede wszystkim miałoby konkretne ostrze, nie tylko światopoglądowe, ale i polityczne. Uderzałoby w siły istniejące i zapewne odgrywające na scenie publicznej ważną rolę. Często pojawiające się w powojennej literaturze stwierdzenia, iż oto z końcem wojny kończy się pewna epoka: malowanych ułanów, poszlacheckich dworków i zamieszkującej te dworki kulturalnej i społecznej elity, nie były jedynie sprzyjaniem politycznej koniunkturze. Byłyby prawdziwe i bez komunistów, choć oczywiście dworki przetrwałyby znacznie dłużej, tracąc jednak, obwieszone telewizyjnymi antenami, wiele ze swego uroku, a także i znaczenia.

To rozliczenie przeszłości częściowo własnej, częściowo własnych rodziców mogło, ale nie musiało, wiązać się z wnioskami natury politycznej. W sumie z pewnością zawęźlałoby się z wyraźnym przesunięciem nastrojów społecznych w kierunku lewicy. Lewicy, ale w jakim stopniu lewicy komunistycznej? Czy społeczna edukacja na temat Związku Radzieckiego, odbyta, jeśli nie wcześniej, to we wrześniu 1939 i w latach następnych aż do czerwca 1941 na terenach okupowanych przez wschodniego sąsiada i potem od lata 1944 aż do końca wojny, stanowiłaby wystarczającą szczepionkę? Nie podejmuję się bawić w prognozy społeczne, choć jest to ciekawe pytanie. A pisarze, intelektualiści? Czy ulegliby podobnemu zauroczeniu pogromcą faszyzmu, jak ich koledzy z zachodniej Europy? I jak oni sami, nieco później w faktycznym przebiegu historii; entuzjazm ogranicza rolę przymusu. Wąż kusiciel miałby mniej argumentów: ukąszona po heglowsku ofiara inaczej mogłaby widzieć dziejową konieczność. Nie należy jednak wykluczać innych argumentów. Mieliby ich sporo najciężej doświadczeni i najbardziej rozczarowani światem, który nie potrafił przeciwstawić się w porę faszyzmowi czy nawet sam z siebie zrodził to monstrum. Ta właśnie logika nadal by pchała na przykład Borowskiego ku komunizmowi, mimo całej jego wiedzy o totalitaryzmie, również i tym czerwonym.

A niełatwo byłoby zapewne być komunistą. Pod tym względem demokracja musiałaby się sama ograniczyć, może jeszcze bardziej zdecydowanie niż przed wojną. Nie byłby to kraj spokojny. Rojeniami okazały się w porządku historycznym rachuby na „trzecią wojnę”. Kto wie, czy nie byłaby ona bardziej realna w porządku hipotetycznym? I to właśnie ze względu na Polskę.

Wróćmy do literatury. Czy powrót do kraju emigrantów zmieniłby gruntownie pejzaż życia literackiego? Z pewnością by je wzbogacił. Ale czy tchnąłby w to życie nowe idee i formy? I czy ten powrót zmieniłby ich twórczość. Gombrowicz miałby wyraźniejszych, bardziej namacalnych przeciwników – i sprawiałoby mu to wiele satysfakcji. A czy stałby się kimś innym? W prawdziwej historii były to czasy gwałtownych przemian, nawróceń, wolt ideowych. Stąd jak herezja zabrzmi twierdzenie, że jest coś niezmiennego w naturze pisarskiej, coś co sprzyja ciągłości, kontynuacji – w tę drogę również mogą być wpisane zwroty.

Może nie wszyscy wróciliby z emigracji? Andrzej Bobkowski przypuszczalnie i tak by majstrował swoje samolociki w Gwatemali, on przecież zwątpił w Europę, a nie tylko w zniewoloną Polskę. Chyba że zatrzymując Polskę po swojej stronie Europa zrehabilitowałaby się w jego oczach.

Pytania personalne, czy w kraju czy za granicą, należą oczywiście do najtrudniejszych, najmniej przewidywalnych. Może poza Przybosiem; on z pewnością w niczym by się nie zmienił. A bardziej ogólnie? Sny awangardowe zostałyby dośnione do końca, głęboki, nieprzerywany sen trwałby zapewne krócej. Krócej w ogóle trwałby literacki sen o potędze. Polska literatura niczego już nie musiałaby zastępować, coraz mniej zostałoby do strzeżenia, legitymację dawałyby władzy wybory, a popularność – media. Byłaby tak jak dzisiaj, tylko o wiele wcześniej, bardzo szlachetnym hobby o całkiem sporym, ale też tracącym na znaczeniu kręgu wyznawców. W tym kręgu byłaby zajęciem traktowanym poważnie, choć już może nie tak poważnie jak kiedyś, ze świadomością, że czas się kurczy, że kto inny zagospodaruje przestrzeń, nazywaną niegdyś przestrzenią duchową.

A co działoby się w polskim kinie? Od strony tematycznej i problemowej dzieliłoby ono zainteresowania z literaturą, gdyby... Otóż właśnie: gdyby istniało ono w takim wymiarze, jak w realnym czasie historycznym. Niestety, takie założenie trzeba uznać za całkiem fantastyczne. Startując po wojnie na terenie, gdzie stało się „najważniejszą ze sztuk”, podlegało bolesnym ograniczeniom, ale i uzyskało niezwykłe możliwości ekonomiczne. Zwłaszcza, że i pieniądz przestał się wkrótce liczyć.

 Nie, to nie znaczy, że byłoby jak przed wojną: mała prowincjonalna kinematografia, sprzedająca lokalnej publiczności niskiej próby rozrywkę i popularnych aktorów. Tak się zaczynało po wojnie i tak zapewne byłoby przez kilka lat. Ale już przed wojną rósł w środowisku filmowym opór przeciwko skazującej się na komercyjną miałkość rodzimej kinematografii. Ci, którzy w jej zatęchłą swojskość chcieli wpuścić trochę świeżego powietrza, po wojnie, już z partyjnego upoważnienia, nacjonalizowali kinematografię, a wkrótce stawali się strażnikami jej ideowej czystości. W zmienionym pejzażu politycznym też byliby wśród reformatorów. Może to Aleksander Ford zrealizowałby „Robinsona warszawskiego” według scenariusza Czesława Miłosza i Jerzego Andrzejewskiego i ten film, film, który nigdy nie powstał, byłby pierwszym naprawdę ważnym polskim filmem. Niemiłosiernie okaleczony cenzorskimi zaleceniami (nie tylko cięcia, ale i dokrętki) „Dom na pustkowiu” Rybkowskiego według oryginalnego scenariusza Iwaszkiewicza byłby w innych okolicznościach (jeśli znalazłyby się pieniądze na jego produkcję) początkiem fali polskich filmów neorealistycznych. Jeśli znalazłyby się pieniądze – to zastrzeżenie będzie się powtarzać. Trzeba założyć, że przynajmniej przez dość długi czas po wojnie z funduszami na ambitne kino artystyczne byłyby kłopoty. Kwitnąłby natomiast filmowy przemysł rozrywkowy: sukcesy takich filmów jak „Zakazane piosenki” i „Skarb” pokazywały, jak silny był po wojnie głód rozrywki.

W każdym razie wszystko wskazuje na to – i jest to smutne stwierdzenie – że tak ważnych dla całości kultury narodowej zjawisk, jak polska szkoła filmowa – w szczęśliwszych czasach by nie było i z tego powodu, nie byłyby tak szczęśliwe, jak mogłyby być. I nie wszyscy z plejady świetnych reżyserów stanęliby rzeczywiście za kamerą, może Wajda i Has pozostaliby przy sztalugach, a Stanisław Różewicz śladem starszego brata chwyciłby za pióro, podobnie Munk i Kutz? Tylko Kawalerowicz, urodzony jako „zwierzę filmowe”, nie miałby tak wielkiego wyboru.

Chciałbym jeszcze trochę podywagować. Ale tryb warunkowy powykrzywiał mi nie tylko język, pióro i klawiaturę komputera, ale także górne i dolne kończyny. Poddaję się.

Andrzej Werner


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas