poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RYSZARD MATUSZEWSKI
Bez Jałty – bez zmian?
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)

W zabawę zaproponowaną przez redakcję „Dekady Literackiej” mogę się dać wciągnąć, ale tylko uwzględniając własne predyspozycje psychiczne, które nie skłaniają mnie do jakiegoś absolutnego fantazjowania. Wydaje mi się, że nie jestem w stanie wyjść poza kategorie logiczne, które np. każą mi założyć, że „kultura polska bez Jałty” mogłaby się rozwijać tylko w świecie politycznym „bez Jałty” tzn. takim, w którym układ sił politycznych pomiędzy aliantami w wojnie z Hitlerem byłby inny. Można sobie teoretycznie wyobrazić, że Stany Zjednoczone, które w jakimś stopniu dozbrajały i dokarmiały Rosję, aby posłużyć się jej materiałem ludzkim, jej „mięsem armatnim”, by unicestwić hitleryzm, wcześniej z udziałem Anglii zaczynają ofensywę na Zachodzie, wkraczają do Polski przed Armią Czerwoną, wraz z formacjami polskimi z Zachodu i przysłowiowym „Andersem na białym koniu”. Czy przyjmując, że istniał i działał Stalin, taki jaki był, można przypuszczać, że do tego by dopuścił, nawet pozbawiony amerykańskiego wsparcia? Myślę, że w odpowiednim momencie wszedłby w jakiś rodzaj porozumienia z bitymi od Zachodu Niemcami, nawet z jeńców niemieckich stworzyłby formację, którą by zwrócił przeciw zachodnim aliantom, czyli starał się raz jeszcze zagrać tą kartą, którą zagrał w 1939 roku (pakt Ribbentrop- Mołotow). Poza tym, ponieważ w Polsce nie ma nafty, nie jesteśmy ani Irakiem, ani Arabią Saudyjską, Amerykanie nie mieliby żadnego interesu, żeby nas wyzwalać i antagonizować Rosję. Inaczej mówiąc, polityczna Polska „bez Jałty” była w roku 1944 czymś zupełnie nierealnym i raczej mielibyśmy wtedy „trzecia światową”, i to zapewne rozgrywającą się na naszym terenie. Jak wyglądałaby wtedy nasza kultura nawet nie ośmielam się sobie wyobrażać. Może uniknęlibyśmy niefortunnej decyzji rozniecania Powstania Warszawskiego, ale nie uniknęlibyśmy innych analogicznych tragedii i zniszczeń. Tylko kompromis, czyli jakieś dogadanie się aliantów, mógł nas uratować i jeśli nie byłaby to „Jałta”, to byłoby coś innego w tym rodzaju.

Oczywiście można sobie wyobrazić jakiś udany zamach na Stalina czy jego naturalną, wcześniejszą śmierć oraz totalny burdel na Wschodzie, z którego moglibyśmy odnieść jakieś korzyści. Ale jakie? Zakładamy warunki, w których powstaje Polska nierządzona przez stalinistów popieranych przez Kreml, mniej lub bardziej demokratyczna (raczej mniej, bo w latach 30. zwyciężała pogarda dla demokracji). Z Londynu wracają nie tylko Anders i rząd londyńskim „in corpore”, ale i nasi pisarze: Wierzyński, Lechoń, nawet Gombrowicz (choć z wariatami nigdy nie wiadomo, może wolałby zostać w Argentynie?). Wraca Herling-Grudziński – na pewno, i Jerzy Giedroyc, który tworzy pismo nie w Rzymie i Maisons-Laffitte, ale – dajmy na to – w Krakowie albo w Warszawie.

Komuniści nie mają ani w polityce, ani w kulturze żadnego znaczenia, może jakiś głupi Leon Pasternak żyje mrzonkami o odrodzonej KPP, przypominając wszystkim jak go bili w Berezie, ale dla odrodzonej KPP nie ma żadnej bazy społecznej. Nie ciągną do niej chłopi, korzystający z Planu Marschala, nie ma wymordowanych Żydów, więc nie ma zaplecza nie tylko dla komunizmu odtrącanych z powodów religijno-rasowych, ale także tak ważnego przed wojną kulturalnego zaplecza wspaniałej polskiej inteligencji pochodzenia żydowskiego, czyli nie ma zaplecza dla „Wiadomości Literackich”, i Grydzewski, który wrócił z Londynu, jeszcze bardziej niż tam opiera się na polskich konserwatystach i endekach. Powstaje oczywiście obóz demokratycznej lewicy, bardzo antysowieckiej, na którego czele stają ludzie typu Ciołkoszów i Puzaków, a w kulturze Gustaw Herling-Grudziński, razem – powiedzmy – z Kaziem Brandysem, któremu nawet do głowy by wtedy nie przyszło wstępować do jakiegoś tam PPR czy PZPR, które w ogóle wówczas by nie istniały.

Nawet Żółkiewski by się tam przylepił, a może mój przyjaciel Janek Kott, choć z tym nigdy nie wiadomo, bo może zostałby katolikiem i razem z Turowiczem kleciłby jakiś odpowiednik „Tygodnika Powszechnego” czy „Verbum”. Ale nie cieszcie się panowie postępowi katolicy: wasze życie wcale by nie było lekkie. Jak mi wiadomo, nawet od mego przedwojennego prefekta, Kościół rozwija się najlepiej, kiedy jest trochę prześladowany. Wtedy w walce rosną charaktery i rozwija się myśl. Nie wiem więc, czy w powojennej Polsce „bez Jałty” nie rozpaliłoby się od razu znane nam dziś piekiełko, w którym w Kościele wbrew podejrzanym francuskim modernistom, czy „postępowcom” z „Tygodnika” w kulturze katolickiej nie triumfowałoby znacznie bezwzględniej „Radio Maryja” i rożne niedzielne dzwonki. Ktoś powie: no tak, ale Sobór Watykański II i Jan XXIII, przemiany w kościele ogólnoświatowym. Owszem. Ale my w ogonie. U nas po bożemu: ksiądz Jankowski, ksiądz Rydzyk, a z tym podejrzanym Turowiczem raczej ostrożnie. Co więcej: czy na konklawe w 1978 roku wybrano by Karola Wojtyłę, „polskiego papieża”? A po co? Przecież ten mądry papież-Polak mógł wydać się człowiekiem odpowiednim na Stolicę Piotrową kardynałom-elektorom głównie dlatego, że to był dla Kościoła klucz do walki z komunizmem. Ale w innych warunkach? Po co?

Byłaby więc w Polsce bez Jałty – jak przed rokiem 1939 – literatura katolicko- narodowa z Dobraczyńskim, Żukrowskim, którzy nie oczkowaliby w stronę żadnej partii, lecz szli w przymierzu z ojcem Rydzykiem. A Turowicz ze swoim zespołem pozostawałby na uboczu, może współpracował z krajowym koncernem Jerzego Giedroycia, z uporem i konsekwencją lansującego ideę porozumienia z Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami, bardzo jednak niepopularną, bo przecież – bez Jałty – mielibyśmy Lwow i Wilno wraz ze wszystkimi problemami ukraińskimi, białoruskimi i litewskimi, czyli ogólną wrogość tyle, że – jak słusznie napisał Miłosz w „Traktacie poetyckim” – „jest spadkobiercą ONR-u partia, a poza nimi nic nigdy nie było prócz buntu godnych pogardy jednostek”. Byłby więc Gałczyński, taki jak przed wojną: cygański i liryczny fajerwerk w służbie partii któregoś z dynastii Giertychów, Miłosz pisałby oczywiście u Giedroycia, Herling- Grudziński – jak już wspomniałem – trochę bardziej na lewo tzn. konsekwentniej antykomunistyczny, w przyjaźni z Władysławem Broniewskim, który zamiast „Słowa o Stalinie” napisałby może dłuższy poemat o powrocie „tułaczej armii” Andersa do Polski.

Lechoń inaczej rozegrałby batalię z nękającą go depresją, bo nie byłoby Pałacu Kultury, chyba że w Warszawie za pieniądze amerykańskie powstałyby już przed rokiem 1956 inne wieżowce. Poza tym, jak mawiał Giedroyc, w Polsce nadal walczyłyby ze sobą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Kiedy myślę o endecji w „Polsce bez Jałty” – dreszcz przerażenia mną wstrząsa. Nie, że fanatyczni, czy nadal antysemiccy bez Żydów, w tym i komuniści celowali: tylko w tym, że tacy głupi. Przecież przed wojną prawica nie wydała u nas żadnej wartościowej jednostki w literaturze, przyzwoici pisarze byli zawsze „trochę na lewo”, oczywiście z wyjątkami, ale niewielkimi. Myślę o najwybitniejszych naszych pisarzach, żyjących po roku 1945. O ile byliby inni w „Polsce bez Jałty”? Czy Dąbrowska lepiej by wybrnęła z „Przygód człowieka myślącego?” Choć dzienniki jej by były może jeszcze ciekawsze? Iwaszkiewicz pisałby zupełnie tak samo, tyle że nie napisałby „Listu do prezydenta Bieruta”. Różewicz, Herbert, Białoszewski – byliby takimi samymi poetami jak w Polsce pojałtańskiej. Szymborskiej los oszczędziłby kilku wierszy z jej dwu pierwszych tomików i Andrzej Biernacki musiałby sobie znaleźć inną ofiarę. Nie powstałaby garść utworów socrealistycznych, o których dziś już i tak nikt nie pamięta, natomiast świetny gawędziarz Igor Newerly napisałby może trochę inną fantazję na temat fabryki celulozy we Włocławku i nieco wcześniej ogłosił książkę swego życia tj. autobiograficzne „Zostało z uczty bogów”. Konwicki miałby może nieco inne przeżycia okupacyjne, ale wydaje mi się, że w zasadzie nakreśliłby podobny portret zawiłych dróg swego pokolenia i romantyczny wizerunek swojej bliższej, kresowej ojczyzny. Kazik Brandys może wcześniej wylądowałby w Paryżu, tej Mekce narcyzów i estetów. Lem zostałby Lemem, Adolf Rudnicki – Adolfem Rudnickim, Marian Brandys tak samo napisałby sagę o szwoleżerach. Nie mówię już o Gombrowiczu, którego z jego tożsamości żadna moc by nie wytrąciła. Andrzejewski byłby jakąś polską odmianą Andre Gide’a. Nikt nie mógłby mu wytknąć broszur o partii i człowieku radzieckim, ale też nie podpisałby paru szlachetnych listów i memoriałów. Bardzo byłbym niespokojny o mecenat kulturalny w „Polsce bez Jałty”. Może tam na wieszczów forsa by się znalazła, ale kto by wydał 30 wspaniałych tomów Boya-Żeleńskiego? Tandety byłoby oczywiście dużo, tylko innej. Autorzy powieści socrealistycznych pisaliby powieścidła kryminalne lub erotyczno-pornograficzne. Słonimski i Kisiel byli zawsze przeciw, ale przede wszystkim przeciw endecji i Giertychopodobnym. Innych perspektyw jakoś nie widzę. Może jestem zanadto sceptykiem, albo mam zbyt mało wyobraźni. Oczywiście uważam, że geniusze pojawiają się w literaturze zupełnie niezależnie od zewnętrznych uwarunkowań i gdyby miał się w tym półwieczu pojawić w polskiej poezji jakiś Norwid czy Leśmian, to pojawiłby się niezależnie od tego, czy żylibyśmy w układzie pojałtańskim czy innym.

Ryszard Matuszewski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas