poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TADEUSZ DREWNOWSKI
Historia do poprawek (z postscriptum)
Dekada Literacka 2003, nr 1-2 (193-194)


W Państwa zaproszeniu, prócz wzywanej po imieniu „Historii niebyłej” Alexandra Demandta, poczułem natychmiast dawniejsze tchnienie „Wyznań uduszonego” Kazimierza Wyki, który w podobnym do proponowanego stylu wypowiedział się w ankiecie „Życia Literackiego” o „Książce nienapisanej” przed czterdziestu laty. Zajmując się literaturą polską XX, a po trosze już i następnego wieku niepodobna do „Wyznań uduszonego” nie wracać i nie nawiązywać. I ja nieraz to robiłem, a nie byłem odosobniony.

Ale Wyka w 1964 roku ze zrozumiałych zapewne względów potraktował to zadanie generalnie, otworzył ogromne pole dla swej fantazji i erudycji, sięgające „Bogurodzicy”. „Dekada Literacka” swój zakres, co zdrowe i ponętne, radykalnie ograniczyła, ustalając „terminus a quo” ankiety za progiem Jałty. Istotnie Jałta stała się w Polsce złowrogim symbolem, używanym dość często w retoryce politycznej i nagłówkach książek – nie całkiem jednakże zasłużenie. Jeśli miałbym pisać o alternatywie Jałty – odłożyłbym zaproszenie. Dla mnie alternatywą Jałty, a raczej zerwania potwierdzonych tam zobowiązań, była już tylko „trzecia światowa”, nie tylko niechętnie widziana przez zgromadzone tam strony, lecz i nie stanowiąca „korzystnej dla Polski wersji dziejów”(co zakładacie) i nie zachęcająca do fantazjowania. Proszę więc przyjąć w mojej wypowiedzi drobną poprawkę.

W gruncie rzeczy kości zostały rzucone kilkanaście miesięcy wcześniej, w Teheranie (28 XI – 1 XII 1943). Tam bowiem dzielono już skórę na nieubitym jeszcze do reszty zwierzu. W gorących sporach o otwarcie przez zachodnie mocarstwa – obok zachodniego – trzeciego frontu na Bałkanach, o granice przyszłej Europy i rekonfortujących rozważaniach o okupowaniu powojennych Niemiec (razem czy osobno?) – strona sowiecka podjęła sprawę „odpowiedzialności strategicznej” (jeśli chodzi o nas, wówczas przeniesiono ją z barków Wielkiej Brytanii na ZSRR); „odpowiedzialności”, która w miarę dyskusji Wielkiej Trojki przeobrażała się coraz bardziej formalnie w sprawę wpływów mocarstw, a więc i „sferę interesów” ZSRR. Mocarstwa zachodnie opierały się wówczas przed rozstrzyganiem tych kwestii, ale prawdę powiedziawszy brakowało im argumentów. Gdyby na konferencji w Teheranie Roosevelt i Churchill zgodzili się na otwarcie południowego frontu, zakomunikowali zgodę Polski na „linię Curzona” i – prócz odpowiednich rewindykacji za poniesione w tej wojnie przez ZSRR ciężary i ofiary – Ameryka zapowiedziała perspektywę powojennej pomocy gospodarczej, a może i wizytę Generalissimusa w Stanach, zaś w sprawach generalnych okazali się twardzi – być może Stalin byłby się skusił…

Oczywiście o pertraktacjach w egzotycznym Teheranie zwykli śmiertelnicy niewiele w mrokach końca straszliwego w kraju roku 1943 wiedzieli, ale polskie czynniki polityczne były zawczasu nimi alarmowane. W „Dziennikach” Dąbrowskiej zwróciłem uwagę na jej dziwny sen o podroży do Włoch, zapisany latem 1943 roku po wizycie u niej Jarosława Iwaszkiewicza, który zwykle przynosił jej wiadomości z Delegatury Rządu na Kraj. Oto w nocy z 2 na 3 lipca tego roku podróżuje ona we śnie pociągiem, w którym zegar idzie o dwie godziny później i po przebudzeniu z przerażeniem uświadamia sobie, że jedzie do Wenecji sowieckim pociągiem. To już był sygnał, że grozi nam przehandlowanie, przejście na czas wschodnioeuropejski.

Tak więc Polska nie „bez Jałty”, lecz bez Teheranu... Jeszcze wówczas byliśmy wolni od przyporządkowania do „sfery sowieckich interesów”. Jeszcze nie wisiała nad nami, wydana przed wstąpieniem w dawne jej granice, ustawa o uprawnieniach Armii Czerwonej na zapleczu frontu (co wtrąciło wielu do łagrów, a ją zatrzymało przez roztargnienie w Polsce na lat czterdzieści kilka). Nie ma jeszcze w polskim podziemiu „dwuwładzy” (delegatura – KRN) i co się z tym wiąże, nie ma planu „Burza”. A przede wszystkim w Warszawie nie wybije godzina W…

Uff, wyobraźnia może nieco odetchnąć… Warszawa istnieje (było gdzie mieszkać), choć nieco poturbowana jeszcze we wrześniu i podczas wyzwalania. Armia Krajowa wyszła z podziemia, dołączyła do niej Armia Ludowa i armia Berlinga; armię Andersa po drodze skierowano na front bałkański. Wszystkie te niewyobrażalne fakty nie znaczą, że nie odczuwa się nędzy i nie ma sprzeczności oraz konfliktów. Toteż zaraz po Poczdamie, gdzie zamiast prowizorycznych ustaleń zawarto regularny pakt pokojowy, rząd przybyły z Londynu ogłasza wolne wybory.

Załóżmy, że w ich wyniku pierwszym premierem zostaje Stanisław Mikołajczyk (darowane byłoby mu upokarzające podanie się w Londynie do dymisji, by pertraktować na Kremlu z Rządem Tymczasowym). Do rządu Mikołajczyka po raz pierwszy w historii wchodzą też komuniści, a nawet jeden z nich, Władysław Gomułka, samodzielny działacz krajowy (a nie – zrzucony ze spadochronem), który upominał się bezskutecznie o ten akces przed utworzeniem KRN-u, zasłużony w rozmowach z Moskwą w sprawie granic, zostaje ministrem ziem zachodnich (dokąd obok repatriantów ze wschodu powraca część polonii ze świata, m.in. amerykańskiej). W związku z nastrojami w kraju, a szczególnie w licznych Batalionach Chłopskich, Mikołajczyk przeprowadza spóźnioną w Polsce o całe ćwierćwiecze radykalną reformę rolną. Niebawem w związku z pertraktacjami co do planu Marschalla i wojną domową, jaka rozgorzała na pograniczu polsko-ukraińskim, następuje zmiana gabinetu. Obejmuje go Jerzy Giedroyc, uważany za najzdolniejszego z młodej generacji polityków (na emigracji rumuńskiej zawdzięczano jego refleksowi zachowanie ciągłości legalnej państwowości polskiej). Porzuca on, niestety, już rozkręconą w Paryżu „Kulturę” (nie chce jej przekazać nikomu) i powraca do kraju. Dzięki porozumieniom teherańskim plan Marschalla nie koncentruje się na Niemczech, rozkłada się proporcjonalnie i szybko uruchamia w Polsce koniunkturę gospodarczą (niemały ma też w niej udział powojenny polski witalizm). W kwestii ukraińskiej na tereny zagrożone wprowadza wojsko, a równocześnie nawiązuje do okupacyjnych rozmów miedzy Polską a niepodległościowym ruchem ukraińskim (właśnie niedawno w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego odnaleziono w zakonspirowanych papierach po Kazimierzu Moczarskim ich żenującą, jeśli chodzi o stronę polską, dokumentację), anuluje stanowisko rządu londyńskiego, proponuje udział ukraiński w samorządzie bieszczadzkim i obiecuje utworzenie w Przemyślu uniwersytetu ukraińskiego, co uspokaja sytuację. Coraz częściej powraca się w Polsce do popularnej w tajnej prasie okupacyjnej idei Federacji czy Unii Europejskiej. Nie ma na to jeszcze warunków w powojennej Europie, lecz jej godzina się zbliża...

Dość tych dywagacji politycznych! Co się dzieje w kulturze? W literaturze? Dzięki pomyślniejszemu przejściu od wojny do pokoju (bez nagłych zwrotów historycznych i zdumiewających przeobrażeń) nie wytraca się niezwykły potencjał i dynamizm kulturalny z czasów wojny. Pewne rzeczy były zresztą na ten moment przygotowane. W ocalałym Teatrze Polskim odbywa się przygotowana przez tajną Radę Teatralną inauguracja ruchu teatralnego, na którą składa się spektakl – wspomnienia tu się rozchodzą – „Akropolis”? „Achilleis”? „Powrotu Odysa”? w inscenizacji Leona Schillera ze specjalnie na tę okazję napisanym przez Czesława Miłosza „Prologiem na otwarcie Teatru Narodowego”. Otwiera go piękna i poruszająca apostrofa:

„Sława, stolico, sława, stolico,
O męstwie twoim nie zginie wieść”

„Prolog”, korespondujący ze stylem Wyspiańskiego i rozgrywający się między trzema postaciami: Mężem Stanu, Poetą, Matka oraz Chorem, został napisany przed Powstaniem Warszawskim. Ale Poeta jakby przed nim przestrzegał. Obwinia on Męża Stanu i pociesza matkę szukającą w ruinach szczątków syna, jakby już wystarczyło tego, co było…

Na inaugurację gotowi też byli wydawcy. Imponującego dzieła dokonał Zbigniew Mitzner (ps. Marian Zawadzki), uruchomił podczas okupacji wydawnictwo „Wisła”. Zebrawszy kapitały rodzinne, zgromadził on i przechował pod Warszawą zasób 216 pozycji (w większości gotowych), i to na warunkach wyjątkowo dla literatów korzystnych. Prócz powstających zaraz po wojnie nowości, jak „Dymy nad Birkenau”, „Medaliony” czy „Czarny potok”, natychmiast zaczęły się więc ukazywać takie pozycje przedwojenne i okupacyjne (w rzeczywistości całe przedsięwzięcie doprowadziło Mitznera do upadłości, a zgromadzone teksty wydano gdzie indziej z opóźnieniem albo nie wydano w ogóle), na przykład Rembeka „Opuszczone działo”, debiut Kazimierza Brandysa „Urodziny” i debiut Trzebińskiego „Aby podnieść różę”, Wyki „Pesymizm i odbudowa człowieka (z progu II wojny)”, Schillera „Teatr żywy”, Kadena Bandrowskiego monografia „Karol Szymanowski”, Mauersbergera „Anegdoty historyczne” itd. Kończono też dzieła rozpoczęte: Kaden, który nie zginął, skończył „Jedwabny węzeł”, Dąbrowska – powieść o dwudziestoleciu międzywojennym (w rzeczywistości „Przygody…” zablokowały ją na lat dwadzieścia), Andrzejewski – „Natchnienie świata”, powieść o wojennej Warszawie (tak gorzko zarzuconą), a Irzykowski, też ocalały, „Literaturę polską lat dwudziestu jeden”.

Największy jednak potencjał twórczy zawierało młode pokolenie. Jemu zawdzięczano życie literackie pod okupacją, ale też straty poniosło kolosalne. Jeśliby mu oszczędzono przynajmniej śmierci powstańczych (przeżyłby Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stroiński, Wojciech Mencel, żeby się ograniczyć do strat warszawskich), czy w wolności bezjałtańskiej przetrwałaby więź pokoleniowa? Co właściwie łączyło Baczyńskiego, Różewicza, Borowskiego i Kępińskiego, J. J. Szczepańskiego, Herlinga-Grudzińskiego i Strzeleckiego, Edelmana, Konwickiego, Międzyrzeckiego, Zalewskiego i Bartoszewskiego? Jak sądzę, doświadczenia zbrojnego i intelektualnego ruchu oporu przeciw jednemu pokonanemu, a drugiemu triumfującemu totalitaryzmowi epoki. Ich legitymacją była „Polska jesień”, „Pożegnanie z Marią”, „Inny świat”, „Niepokój”, „Rojsty”, tworzące zręby „polskiej szkoły” w literaturze i filmie. Czy to pokolenie stworzyłoby jakąś wspólną platformę literacką, która z czasem przetworzyłaby się w płaszczyznę szerszą, myślową, ustrojową, polityczną? Myślę, że najbardziej nadawałaby się na nią poszukująca okupacyjna „Droga”, gdzie debiutowali Baczyński, Szczepański i Borowski, i o której wznowienie po wojnie walczyli bezskutecznie Marczak z Borowskim. Czy dołączyliby do niej ocaleni z wojny SiNowcy? Może zbuntowaliby się przeciw nieuleczalnemu okupacyjnemu wodzowi Konfederacji? Nie miałaby się na co powoływać dzisiejsza „Fronda”.

 Do Warszawy ściągnął też Mieczysław Grydzewski i po „Wiadomościach” paryskich i londyńskich wrócił do „Wiadomości Literackich”. Ta kolejna metamorfoza (bo każda z nich była uzależniona od miejsca postoju i autorskiej bazy) już mu się jednak nie powiodła. Pisywali tam klasycy przybyli z emigracji (głównie skamandryci, ale i Broniewski) i krajowi (Parandowski, Iwaszkiewicz, Dąbrowska, Hertz), ale to pismu nie pomogło. Niepostrzeżenie „Wiadomości Literackie” przetworzyłyby się w „Nowiny Literackie” pod redakcją Jarosława Iwaszkiewicza, świeższą ich kontynuację, bliżej korespondującą z krajem, w którym „był już koniec świata”.

Wciąż kręcę się w tych niepoprawnych fantazjach wokół Warszawy, nie wspominając, o zgrozo, ani słowem o Krakowie. A przecież Kraków zawsze pozostawał sobą. W cieniu Archidiecezji wyrósł tam całkiem nowy i konstruktywny, od początku wrażliwy na ducha nowoczesnego katolicyzmu „Tygodnik Powszechny” (w czym mu dopomógł wileński rodowód), a okupacyjny „Miesięcznik Literacki” przemienił się w „Twórczość”, która pod redakcją doc. Kazimierza Wyki ani nie myślała przenosić się do stolicy. Panował tam przyjacielski tercet spod znaku „tragiczności” (że odwołam się do głównego dlań nurtu tradycji międzywojennej): Wyka – Miłosz – Andrzejewski, wspomożony przez autorów „Śpiewu z pożogi” i „Pytań zadawanych sobie”. Nie jest wykluczone, że Miłosz, nie szykując się w żadne podróże, już wówczas osiadłby w Krakowie, a Szymborska widywałaby się w pensjonacie „Astoria” z wciąż twórczym i uroczym Baczyńskim. W „Twórczości” latami Wyka prowadził renomowaną „szkołą krytyki” (od Flaszena i Błońskiego po Jerzego Kwiatkowskiego), z którą jedynie próbowała konkurować warszawska (zakazana w PRL) „Krytyka” Andrzeja Stawara.

Ale atmosferę miasta, podobnie jak przed wojną, kształtowało coś jeszcze: na starożytnym tle neoawangarda malarska (Jaremianka, Nowosielski, Tadeusz Brzozowski aż po Andrzeja Wróblewskiego) i teatralna („Cricot II” Kantora). Ku nim lgnęli młodzi poeci-nowatorzy; czytanie wierszy przez Różewicza, Herberta, a potem i Mirona Białoszewskiego towarzyszyło ich prezentacjom. Mimo tych uroków i przewag krakowskich, zawsze atrakcyjnych, do najważniejszego wydarzenia tych lat doszło w Warszawie. Nie będę tu oryginalny, powołam się na „theatre-fiction” z wywiadu Błońskiego, tyle że trochę je wcześniej umieszczę w czasie. Mianowicie zaraz po napisaniu w 1947 roku w Argentynie dramatu „Ślub”, Witold Gombrowicz przesłał go do Iwaszkiewicza do Warszawy i w początku następnego roku w odbudowanym rok wcześniej Tatrze Narodowym odbyła się w reżyserii Schillera jego światowa prapremiera. Było to prawdziwe „otwarcie Teatru Narodowego” po wojnie, które właśnie naszkicował Błoński „jako rodzaj żartu czy fantazję”:

„Założyłem – mówił – że nikt z wybitnych pisarzy nie zginął śmiercią gwałtowną. Kogo byśmy tam nie zauważyli wśród gości? Schulz, który Gombrowicza uwielbiał, przyszedłby razem z Nałkowską, która lubiła i Schulza, i życie światowe. Witkacy wszedłby ze swym młodziutkim przyjacielem, Konstantym Puzyną, a ten na pewno wystarałby się o bilet dla Mrożka. Miłosz, który ogromnie lubił teatr i brak teatru uważa za jedną z najprzykrzejszych stron emigracji, przyszedłby może z Różewiczem, któremu poświęcił właśnie entuzjastyczny wiersz (można sprawdzić w wydaniu zbiorowym). Herbert wszedłby uśmiechając się do bileterki, a może Białoszewski obudziłby się w porę i wdrapał na galerię”.

 Błoński entuzjazmuje się prapremierą, opisuje ją jednak jak raut, w stylu Klubu ferdydurkistów. Ani słowa o tym, dlaczego to taka ważna sztuka, jakby jej nie pojął. (Potraktował ją też po macoszemu w swej książkowej syntezie. Jako gombrowiczolog długo pozostawał ferdydurkistą, a kiedy to pojął, zaczął go święconą wodą egzorcyzmować). Tymczasem „Ślub” był prapremierą istotnie przełomową, mówił po raz pierwszy w polskiej literaturze wprost o świecie, o historii po drugiej wojnie światowej, „po śmierci Boga”. A zarazem jego „kościół międzyludzki” wskazywał naszej scenie nowe możliwości.

Sam mistrz nie przybył z Argentyny na warszawską prapremierę (prawdopodobnie z braku gotówki), lecz kiedy doszły go echa sukcesu bez zwłoki powrócił do Polski na stałe. Wkrótce założył w „Krokodylu” na Starówce własny stolik, mocno oblegany przez młodych. Zainteresowała go nawet powojenna młoda literatura, którą z daleka (jak świadczyły wyraźnie jego „Dzienniki”) znał po łebkach. Z przyzwyczajenia przystał jednak do przedwojennej awangardy, do miesięcznika (w PRL nie dopuszczono go do druku) „Rzecz”, wydawanego przez Przybosia i Sandauera. Wkrótce rozpoczął się w kraju, przed szerokim audytorium (i odmienny niż na emigracji) dialog miedzy esencjalistą Miłoszem a Gombrowiczem-egzystencjalistą. Poza przywiezionym po części „Trans-Atlantykiem” i pomysłem na „Operetkę” inaczej też wyglądały jego krajowe powieści. Czy miałby tutaj bodźce do prowadzenia „Dzienników” – a szkoda byłaby…

Za Giedroyciem i Gombrowiczem przybył też po latach do ojczyzny, ku uciesz rodziny, Konstanty Jeleński. I chyba wbrew oporom w gabinecie Giedroycia został ministrem kultury i sztuki. (Początkowo zamieszkał na Mokotowie w poł-bliźniaku, który przed wojną kupili dla niego rodzice, a po wojnie kwaterunek uznał za „dobro porzucone”. Dopiero z „Wypominków” Joanny Siedleckiej skojarzyłem, że to ja zostałem którymś z kolei lokatorem jego dolnej kondygnacji w ruinie. Państwo rozumieją, że nie mogłem od razu pominąć w mych fantazjach tej postaci, która nie raz od tego czasu mnie w domu nawiedza).

Jako minister kultury zresztą Jeleński zapisał się chwalebnie wieloma inicjatywami. Między innymi – być może natchniony sukcesem „Ślubu” – skorzystał z pracy wrocławskiego profesora Jana Kotta nad „Szekspirem współczesnym” oraz z przyspieszonej przeprowadzki do tego miasta „Teatru-Laboratorium” Grotowskiego i autora obiecującej „Kartoteki” Różewicza, by zacząć z Wrocławia tworzyć metropolię kulturalną Środkowej Europy. W ogóle Jeleński popierał kontakty polskiej kultury ze światem. Nie ograniczają się one do tradycyjnych związków z Francją, pielęgnowanych przez Nałkowską i Brezę, czy też uoficjalnionych z ZSRR. Po raz drugi polscy pisarze goszczą Tomasza Manna, który u Fukiera wygłasza odczyt o „Doktorze Faustusie”, i tamże Borys Pasternak przedstawia „Doktora Żywago”. Pen-Club polski zaprasza Camusa i Bubera. Rozgłos polskiej literatury po 1939 roku, po Oświęcimiu i po Shoah ściąga do Polski Niekrasowa, Grassa i Lenza, a młodzi pisarze zapraszają młodych prozaików amerykańskich – Jeroma Davida Salingera i Normana Mailera. Gombrowicz nie zrywa swych przyjaźni z młodymi argentyńskimi podopiecznymi, którzy niebawem przyczynią się do boomu latynoamerykańskiej literatury. Słowem – bierzemy, ale i dajemy coś własnego i autentycznego…

Na tym urywam wstęp do mych wyznań. Chyba zaczęły się już toczyć i dalsze łatwo sobie wyobrazić…

Tadeusz Drewnowski

P.S. Byleby „wyznań uduszonego” nie wprowadzono do międzynarodowych słowników terminów literackich jako specyficznie polskiego gatunku literackiego. Przecież już się gromadzą materiały do wyznań „po okrągłym stole”.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas