poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)]

■ „Konserwatyzm wprowadza ten rodzaj przeżywania czasu, w którym teraźniejszość nie jest punktem ostatecznym, nie jest tym momentem, z perspektywy którego możemy się oglądać. Musimy wybrać trwalszy punkt odniesienia i dopiero wówczas zrozumieć, kim jesteśmy” - mówi Paweł Śpiewak w rozmowie z Mirosławem Tyłem we wrześniowych „Opcjach” (2004 nr 3). Wywiad zatytułowany jest „Obecność konserwatyzmu” i cały ten numer kwartalnika poświęcony jest konserwatyzmowi. Konserwatyzm dla Śpiewaka jest postawą, która wszelką (nieuchronną i stanowiącą wszak immanentną cechę świata) zmianę odnosi do wartości, do trwalszej perspektywy. To dopiero pozwala naprawdę odkryć swoją tożsamość. Jest to filozofia, która odmawia bycia modną i opiera się ciśnieniu mód i chwilowych -izmów. W takim sensie konserwatyzmu nie trzeba kojarzyć z prawicą; podział polityczny prawica - lewica nie sprawdza się w tym przypadku. Konserwatyzm nie jest jednak stałym, danym raz na zawsze (i skostniałym) paradygmatem. Zdaniem Tyła konserwatyzm musi się zmieniać, nawet jeśli jest odpowiedzią na nieustanne i (przynajmniej częściowo) nieakceptowane zmiany. Konserwatyzm wprawdzie zmienia się, żeby nie stać się archaicznym banałem, ale pozostającego trwałe rudymenty.
„Opcje” publikują też świetny felieton Krzysztofa Łęckiego: „Konserwatyzm w (jak zwykle) trudnych czasach”. Łęcki zwraca uwagę, że awangardyści, i nie tylko oni, traktowali określenie „konserwatysta” jako łatkę, której przylepienie mogło ułatwić skompromitowanie przeciwnika. Ale bardziej interesuje go mechanizm stawania się konserwatystą. Przywołuje Rogera Scrutona, który konserwatystę odkrył w sobie pod presją rzeczywistości. Przede wszystkim jako obserwator wydarzeń paryskiego maja 1968 roku. Widział w nich przede wszystkim „inwazję wandalizmu, głupoty, farsy i kiczu. Nie wmawiał sobie, że widzi Młodość i Wolność walczące na Barykadach z Systemem (...)”. Łęcki nieco dalej pisze jeszcze: „Scruton dostrzegł w wyżywającym się na wiecu studencie barbarzyństwo podlane sosem tandetnej ideologii wyzwolenia i emancypacji. Ideologii tandetnej już chociażby z tego powodu, że usprawiedliwiającej wszystko i zapewniającej swym głosicielom pozycję uprzywilejowaną moralnie.” Sam Łęcki takich póz i metod nie akceptuje, nie podobają mu się ataki na kościół i mówienie, że kto nie lubi parad „równości”, chce wprowadzenia w Polsce obozów koncentracyjnych. Konserwatyzm jest dla felietonisty obroną rzeczywistości przed barbarzyństwem i przed wulgaryzmem. „Konserwatyzm jest więc (...) po prostu kwestią smaku. Dobrego smaku, rzecz jasna.”
Lubię wracać do „Rozważań o rewolucji we Francji” Edmunda Burke'a. Dlatego też chętnie przeczytałem zamieszczony w „Opcjach” tekst, który przywołał tę książkę: „Latarnie wystarczą za poparcie” Pawła Ćwikły. „A.D. 1865. Oto poddany królowej Wiktorii z niekłamaną pogardą zwraca się do swoich amerykańskich gospodarzy. Wyrzuca jankesom ich gotowość do usuwania własnych przywódców.” Tak Ćwikła zaczyna krytykę demokracji z pozycji apologety monarchii. Społeczeństwo wyborców absolutyzuje samo siebie, uważając, że przez wybór stwarza swoich przywódców, nakładając im określone zadania (zgodne z wolą wyborców). Wybrani „z chwilą wybrania tracą możliwość wyboru. Stają się poddanymi swojego zbiorowego stwórcy. Takimi, w każdym razie, ów stwórca chce ich widzieć. Zawarte zostaje zatem przymierze. A jeśli przymierze, to musi być i Dekalog. W nim najważniejsze wydaje się pierwsze przykazanie.” Sic! Anglik krytykujący w tekście Ćwikły rządy wybranych przez większość przywołuje w myślach rozważania Burke'a. Choćby myśl taką: „Powiada się, że dwadzieścia cztery miliony powinny panować nad dwustu tysiącami. To prawda - jeśli konstytucję monarchii uznać za sprawę arytmetyki. Dla tego rodzaju argumentacji latarnie wystarczą za poparcie”. Brytyjski system polityczny jest o tyle lepszy od demokracji zależnej od kaprysów rządzonych, o ile funkcjonowanie jego opiera się na prawdziwych wartościach i świętościach. Krytyk systemu jankeskiego, który (system, oczywiście) doprowadził do zamachu na prezydenta (do królów się nie strzela, bo oni są ponad wszystkimi) wiedział wszak, że monarchia nie opiera się już (nigdy się nie opierała?) na świętych wartościach, tak ważnych dla konserwatystów. I znowu sięgamy (monarchista zapewne z pewną niechęcią) do rozważań Burke'a: „Czasy rycerstwa przeminęły. Nastały czasy sofistów, ekonomistów i kalkulatorów, a chwała Europy zgasła na zawsze. Nigdy, nigdy już nie ujrzymy tej wspaniałomyślnej lojalności wobec urodzenia i płci, tego dumnego poddania, pełnego godności posłuszeństwa, serdecznego oddania, które nawet w niewoli ożywiały ducha podniosłej wolności. (...) Zanikło przywiązanie do zasad, nieskazitelność honoru, dla której plama na honorze była raną, pobudzająca odwagę, lecz zarazem powściągająca okrucieństwo, uszlachetniająca wszystko, czego dotknęła, sprawiająca, że nawet występek tracił połowę zła, wyzbywając się wulgarności.”

„Po zmniejszonych podłogach nie chodzi żaden turban” - genialna metafora degradacji pałacu z wielkimi kamiennymi, mozaikowymi podłogami, z hurysami, ze służbą, z eunuchami w turbanach, do zwykłego domostwa z podłogami z krzywych desek, niezaczarowanego i bez przepychu. I nie chodzi tu o dekoracje z tysiąca i jednej nocy, chodzi o „zwyczajną postać rzeczy”. Taki właśnie tytuł – „Zwyczajna postać rzeczy” - nosi wiersz Wallace'a Stevensa publikowany przez najnowszy numer kwartalnika „Kresy” (2004 nr 3). Zwyczajna, i pierwotnie właściwa im, postać rzeczy objawia się, gdy opadną wszystkie liście - emocje, ułudy, nadzieje, marzenia, dekoracje z filmu ze szczęśliwym zakończeniem (któż w duchu nie przyzna, że właśnie takie filmy woli, choć ogląda sieje ze świadomością deficytu dobrych zakończeń poza salą kinową). Dokładniej rzecz ujmując, zwyczajna postać rzeczy nie objawia się, ona istnieje bez przerwy, przysłonięta tylko nietrwałymi, opadającymi szybko przesłonami: „Gdy opadły wszystkie liście, powracamy / Do zwyczajnej postaci rzeczy” - tak właśnie zaczyna się ten wiersz. Ten powrót wiąże się z wyczerpaniem zasobów wyobraźni, jej maszynka przestaje działać, wypalają się fajerwerki i kadzidełka. Dymy i światła kolorowe nie przesłaniają już martwoty, nie ubarwiają mechanicznej wiedzy. „Trudno nawet znaleźć przymiotnik/ Dla tego chłodnego nic, dla tego smutku bez przyczyny.” Wszystko to jakieś takie zbutwiałe i błotniste. „Szklarnia nigdy tak bardzo nie wymagała malowania.” Jednak to podstarzałe i niekolorowe to nie jest „nic” - właśnie to przede wszystkim jest „coś”. „A przecież nieobecność wyobraźni musiała zostać / Wyobrażona. (...) wszystko/ Musiało zostać wyobrażone jako wiedza nieuchronna /1 konieczna, wynikająca z konieczności.” Powtórzmy więc: pierwotną postacią rzeczy jest zwyczajność i to ona została wyobrażona (stworzona?) jako taka.

11 września br. zmarł w Warszawie Jerzy Lisowski, redaktor naczelny „Twórczości”. Październikową „Twórczość” (2004 nr 10) otwiera wiersz „Ostatnia rozmowa” Tadeusza Różewicza, którym poeta żegna Lisowskiego. Ta rozmowa jest o rzeczy ostatniej i ostatecznej. Wątpliwość Jerzego (tak, jeden z uczestników rozmowy wymieniony jest z imienia) nie jest oryginalna, ale chyba zasadnicza dla wszystkich myślących ludzi: jaki sens ma życie, skoro się umiera? Każda wypowiedziana na głos odpowiedź na to pytanie może być kłopotliwa (?), niewystarczająca (?), banalna (?). To wcale nie znaczy, że jej nie ma. „Ja” odpowiada na nie z mocą i przekonaniem, ale z palcem na ustach, w myślach: „życie wieczne / życie bez końca / jest byciem bez sensu / światłem bez cienia / echem bez głosu”. Milcząca odpowiedź wynika prawdopodobnie z przekonania, że udzielenie jej komuś głośno nie ma sensu, każdy musi jej udzielić sam sobie. Chęć usłyszenia recepty od kogoś innego jest półśrodkiem. Z uzasadnieniem swojego życia trzeba poradzić sobie samemu. Dialog ze śmiercią to niesłyszalna dla innych, najbardziej prywatna rozmowa, rozmowa ze swoim cieniem.

Warto wrócić do wrześniowego „Dialogu” (2004 nr 9) choćby po to, żeby przeczytać fragment niedrukowanej jeszcze bajki dla dorosłych Wacława Holewińskiego. „Nie był to przyjemny pocałunek, bo twarz miała upapraną tłuszczem, a „Ludwika” na wyspę nie sprowadzano. Wytarł swą fizjonomię rękawem koszuli. Feministki mruczały zadowolone. Szwargotały w swym obcym, niezrozumiałym języku. Jedyną osobą na wyspie, z którą można było pogadać, była papuga poliglotka.” I jeszcze jeden fragmencik: „- Ona pytać, czy ty być Shogun? I lepiej, żeby ty być Shogun, bo inaczej... - przejechała papuga palcem po szyi. Zbladł Faria jak biała kreda. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Zaczął wiązać włosy z tyłu głowy w kok, oczy zwęziły mu się w drobne paseczki, zżółkł nawet trochę.” Najbardziej podoba mi się to „zbladł jak biała kreda”. Nie jest to błędne, a twórcze przerobienie frazeologizmu, wynikające z groteskowej logiki. Chodziło o bladość właśnie białej kredy, nie czerwonej czy zielonej. No nie? Czytelnik bajki powinien wszak wiedzieć, ile kolorów kredy jest w pudełku leżącym przy tablicy. (Chorobliwe niedoinwestowanie oświaty wciąż pozwala internetowym dzieciakom na obcowanie z tablicą i kredą. Zresztą to bajka dla dorosłych, oni wyrośli w świecie kredy, gąbki, tablicy.) O tym, skąd się wzięła ta bajka dla dorosłych mówi sam Holewiński w rozmowie z Dorotą Jovanką Ćirlić, drukowaną obok („Przyjemność czytania”). Miała to być opowieść dla ośmioletniego syna pisarza, ale rozrosła się w bajkę (baśń) dla dorosłych z licznymi odniesieniami literackimi. „Wciąż nie mogę jej skończyć - mimo że ukazują się inne moje rzeczy” - przyznaje Holewiński.
„Dialog” drukuje też mocny, brutalny dramat Holewińskiego o zbrodni, cynizmie, samotności: „Znieczuleni”. Warto przeczytać. Nie będę go tu omawiał. Przytoczę tylko zdania z tekstu krytycznego zamieszczonego w tym samym numerze miesięcznika. „Sztuka Holewińskiego to dla mnie współczesna forma ukazania rzeczywistości piekła. Piekło to wzajemne oskarżenie i nienawiść do świata zastanego, a przede wszystkim do drugiego człowieka; i pogarda dla samego siebie” - pisze ks. Andrzej Luter w artykule „Dotknięci złem”.

Robert Kozela

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas