poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
FRANCESCO PETRARCA (1304-1374)
Sonety
Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)

CCCL

Owa rzecz ziemska, krucha i nietrwała
niczym wiatr i cień, co pięknem jest zwana,
nigdy nie była wcześniej oczom dana
w jednej postaci, co mnie ból zadała.

Bo nie przystoi i nie chce Natura
jednemu dawać, innym zabierając;
a tak zrobiła, jej cały blask dając
- niech mi wybaczy piękna pani która.

Nie było nigdy równej jej piękności,
nigdy się więcej podobna nie zrodzi,
chociaż zbyt skryta, by świat mógł ją cenić.

Szybko odeszła; teraz mej miłości
w kształt bardziej wzniosły przyoblec się godzi
i żądze ziemskie w świątobliwe zmienić.


CCCLXIII

Śmierć zgasiła blask słońca, co mnie oślepiało,
oczy prawe i czyste w ciemnościach się skryły;
ta, z której ziąb i płomień, dziś ziemią mogiły;
wiązy rosną i dęby, gdy laurów nie stało.

Choć widzę w tym cel zbożny, coś w mej duszy płacze
za tą, która sprawiała, że mnie nawiedzały
odwaga i lękliwość, żem drżał, płonął cały,
nadziejami natchniony, rwany przez rozpacze.

Nie włada już mną dziś Ten, co pieści i kłuje,
i który o tak długie przyprawiał mnie męki;
słodki i gorzki jest smak mej nowej wolności;

i do Pana, którego wielbię i miłuję,
który niebem kieruje bez skinienia ręki
wracam życiem zmęczony, ale bez sytości.


CCCLXIV

Nie zamieni Śmierć w gorzkie słodkiego oblicza,
lecz słodka twarz Śmierć nawet w słodką zmienia.
Któż inny wskaże drogę do kresu istnienia?
Tylko ona, co zawsze światła mi użycza.

I Ten, który krew swoją przelał tak obficie
Bramy Tartaru skruszył, wstąpił między cienie,
przykładem Swojej śmierci dał mi pocieszenie.
Dlatego przybądź, Śmierci: za nic mi już życie.

Nie ociągaj się proszę, bo czas jest dojrzały,
a i to nazbyt późno, bo już cię wzywałem
od dnia, gdy moja Pani odeszła ze świata.

Odtąd nie żyłem prawie, dni puste się stały;
do niej zawszem należał i duszą i ciałem
i pod jej przewodnictwem kończą się me lata.


CCCLXV

Opłakuję dziś dni mego żywota,
gdy rzecz śmiertelną kochać byłem gotów,
a mając skrzydła zaniechałem lotów
i szlachetności, którą daje cnota.

Ty, który widzisz me niegodne czyny,
o nieśmiertelny, wieczny Królu Nieba,
wiesz, że pomocy słabej duszy trzeba:
niech Twoja łaska zmaże me przewiny.

Tak bym, choć żyłem w zamęcie i wojnie,
w pokoju dobił do portu, i może
odkupił marność życia zgonu porą.

Przeżyć dni resztę godnie i spokojnie
umrzeć niech Twoja ręka mi pomoże:
Ty wiesz, żeś jest mi jedyną podporą.


Tłumaczyła MONIKA WOŹNIAK


CXXXIV

Pokoju mieć nie chcę, wojska nie szykuję,
Bojaźń, otuchę, ogień, lód widzę u siebie,
I czołgam się po ziemi i tułam po niebie:
Cały świat zagarnąwszy, nic nie obejmuję.

Temu, co mnie ni trzyma, ni puszcza, hołduję.
Anim związan od niego, ani rozwiązany;
Nibym wolny, a jednak ciążą mi kajdany -
Anim żyw, ani troski próżen się nie czuję.

Bez oczu widzę, wołam języka nie mając,
Chcę sam zginąć, a przedsię o ratunek proszę.
Sam siebie nienawidzę, a innych miłuję.

Boleścią się posilam, płacz z śmiechem mieszając,
Jednaki smak jak w życiu, tak w śmierci odnoszę,
A w tej doli, o pani! przez cię się znajduję.


Tłumaczył DANIEL NABOROWSKI


LXI

Błogosławiony rok ów, miesiąc i niedziela,
I dzień ów, i dnia cząstka, i owa godzina,
I chwila, i to miejsce, gdzie moja dziewczyna
Uczucia mi natchnęła, choć ich nie podziela.

Błogosławione oczki blasku i wesela,
Skąd Amorek wygląda i łuczek napina,
Błogosławiony łuczek, strzałki i chłopczyna,
Co do mnie wówczas strzelił, ach! i dotąd strzela.

Błogosławię ci, pierwsza piosnko nieuczona,
Którą odbiły lasy domowe i rzeki,
Którą potem ojczysta powtarzała strona.

Błogosławię ci, pióro, którym w czas daleki
Wsławiłem Ją, i moja pierś błogosławiona,
W której Laura mieszkała i mieszka na wieki.


Tłumaczył ADAM MICKIEWICZ


CLXXXII

Miłość, co żądzą serce moje pali,
Ziębiącym wstrętem wskroś przejmuje twoje -
A ja, sam nie wiem, czy się więcej boję
Ciebie, czy siebie - bośmy równo stali.

To chcę być blisko, to znów jak najdalej.
Z bliska - ból cierpię, z dala - niepokoje.
A te ukrywam, jak gdy, niby w zbroję,
Dziewczę swe wdzięki tuli, w rąbka fali.

Zazdrość mię dręczy - głośno to wyznaję.
Lecz pieśń się nawet wypowiedzieć lęka
Ile w swym bólu słodką jest ta męka!

Wielce bo dziwne twoje są zwyczaje!
Kto bądź w twych oczu słońce wzbić się stara,
Śmiałka takiego spotka los Ikara.


Tłumaczył FELICJAN FALEŃSKI


CXXXII

Jeśli nie miłość, cóż jest to, co czuję?
A jeśli miłość, jaka i dlaczego,
jeżeli dobra, tak gorzko smakuje?
Jeśli występna, cóż w bólu słodkiego?

Jeśli z mej woli płonę, na cóż płacze?
Jeśli wbrew sobie, cóż skargi poradzą?
O śmierci żywa, rozkoszna rozpaczy,
skąd bez mej zgody swoją bierzesz władzę?

Jeśli się zgadzam, czemum zrozpaczony?
Wśród wrogich wichrów na bezbronnej łodzi
po pełnym morzu bez steru żegluję.

Tak lekki w mądrość, błędem obciążony,
że sam już nie wiem, jaki cel mnie zwodzi;
drżę w środku lata, zimą płomień czuję.


Tłumaczyła JADWIGA MISZALSKA


XXX

Młodą dziewczynę pod zielonym laurem
ujrzałem bielszą, chłodniejszą od śniegu,
którego słońce nie dotknie przez lata;
dźwięki jej głosu, jej twarz i jej włosy
były tak piękne, że wciąż mam ją w oczach
czy morzem płynę czy podążam brzegiem.

Me myśli o niej dobiegną do brzegu,
gdy zieleń straci drzewo laurowe,
me serce spocznie i wyschną me oczy,
gdy płomień skrzepnie, ogniem buchną śniegi;
nie jest tak wielka liczba moich włosów,
jak liczne na to chciałbym czekać lata.
Lecz czas ucieka i mijają lata,
do śmierci wiodąc, jak łódka do brzegu;
i mając ciemne czy też białe włosy
uciekać będę w cień miłego lauru,
w słońcu palącym i na chłodnym śniegu
po dzień ostatni, co zamknie mi oczy.

Nikt nigdy takich nie oglądał oczu
ni w naszych czasach ani w dawnych latach,
które mnie niszczą, jak słońce płat śniegu;
płynie łez rzeka występując z brzegu,
wiedzie ją Miłość do twardego lauru
z pniem diamentowym i złotem miast włosów

Prędzej się zmieni twarz moja i włosy
niźli współczucia cień zobaczę w oczach
mojego bóstwa, co ma kształty lauru;
jeśli pamiętam, przed siedmioma laty
wzdychać począłem błądzący u brzegu
w nocy i za dnia, w słońcu i wśród śniegów.
Z ogniem w mym wnętrzu innym zdam się śniegiem,
sam z mą rozterką, co odmienia włosy,
wciąż płacząc będę podążał tym brzegiem,
by kiedyś wzbudzić zlitowanie w oczach
tych, co nadejdą w przyszłym tysiącleciu,
jeśli tak długo przetrwa wieniec z lauru,

Laur i topazy w słońcu i na śniegu
wnet włosy złote zwyciężą i oczy
co już me lata prowadzą do brzegu.


Tłumaczyła JADWIGA MISZALSKA

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas