poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARIA DE HERNANDEZ-PAPALUCH
Pierwsza Dama Starego Teatru, Anna Polony
Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)


Patrząc na tę niezwykle żywotną, bystrą i stale młodą tak duchem, jak i ciałem aktorkę, aż trudno uwierzyć, że pojawia się ona na scenie już od 45. lat. Od prawie pół wieku zadziwia, bawi i porusza widzów krakowskich teatrów. Właściwie krakowskiego Starego Teatru. Cztery lata w Teatrze Słowackiego to było jedynie preludium, zapowiedź tego, że stanie się heroiną i Pierwszą Damą sceny. Ale i tak prawdziwie pierwszy krok postawiła na scenie Starego – jeszcze jako studentka III roku PWST – stąd te aż 45 lat na scenie. Czyli w Starym Teatrze oglądamy ją 41 lat. Dość tego wyliczania lat, zwłaszcza, że mówimy o kobiecie. Kobiecie niezwykłej. Aktorce genialnej, Pierwszej Damie Starego Teatru. Jerzy Trela mówi o niej: „Żegnaj Judaszu” i „Wszystko dobre, co się dobrze kończy” to były pierwsze spektakle, w których dane mi było partnerować mojej wspaniałej i cudownej koleżance, choć kiedy przyszedłem do teatru, to wydawała mi się groźna. Ale ona tylko tak lubi straszyć. Jest naprawdę bardzo subtelną, dobrą, cierpliwą i życzliwą kobietą. Bardzo lubię grać z Anią. Ona, co nie jest częste w tym zawodzie, daje partnerowi tak wiele kontaktu. Nie kreuje tylko siebie, ale i partnera. Takie odczucia miałem we wszystkich naszych wspólnych przedstawieniach, po ostatnie „Damy i huzary”. Jest tak wspaniała, że musi się ją lubić za wszystko. Od zawsze byłem nią zafascynowany”.

Nie zamierzam porównywać się z Jurkiem Trelą, ale moje odczucia były i są podobne, choć poznałam ją znacznie później. Też się jej bałam, ale tylko w pierwszych kontaktach. Zresztą, sama przyznaje się do tego, że ma charakterek. Anegdota istniejąca na ten temat mówi, że kiedy lekarz po jej narodzinach, obejrzał stópki niemowlaczka, powiedział: ależ to będzie złośnica. Było to w styczniu, pierwszego dnia Wodnika. Gwałtowność, wybuchowość są jej przypisane przez te stópki.

Pierwszy raz widziałam ją jako Ofelię. Kiedy jednak mówię do niej, że umieszczam ją w takiej klamrze: od Ofelii do absolutnie rewelacyjnej Sary Bernhard (granej na scenie PWST), prycha na mnie, że po co ja tak wyskakuję z tą Ofelią, która nie miała większego znaczenia w jej karierze artystycznej. Ona sama najbardziej ceni role zagrane w spektaklach Konrada Swinarskiego i jeszcze kilka innych, ale nie chce wymieniać.

Natomiast wspominając swoje młodzieńcze oczarowania teatrem, które przeżywała jako widz, przywołuje obraz „Wesela” Wyspiańskiego. Przedstawienie tego dramatu oglądała po raz pierwszy jako kilkunastoletnie dziewczyna w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Ogromne wrażenie zrobiła na niej Halina Mikołajska w roli Racheli. Nie przypuszczała wówczas, że zagra tę rolę wiele lat później w innym „Weselu” (w reż. Grzegorzewskiego), w innym teatrze (Starym). Ale już wtedy marzyła o scenie. Dzisiaj wspomina:

 – Bardzo chciałam zostać aktorką, acz moje warunki fizyczne mnie nie predestynowały do „zawodu” gwiazdy. Byłam mała, drobna, niezbyt ładna, piegowata. Tyle że miałam trochę wdzięku – to na pewno, no i talentu, który zapewne pomógł mi w zdaniu egzaminu do szkoły teatralnej. Ale dopiero dzięki Konradowi Swinarskiemu nauczyłam się siebie aranżować, tzn. tak tuszować swoje wady a podkreślać zalety, żeby stać się osobą niebrzydką, taką, no dość, dość.

Oczywiście w Teatrze Słowackiego rozwijała się aktorsko, ale prawdziwym objawieniem stała się dzięki Swinarskiemu. To było jak olśnienie. Najpierw zagrała w Starym Teatrze u Jerzego Jarockiego w sztuce Domańskiego. Zarówno reżyser, jak i scenograf stworzyli jej sceniczny wizerunek zupełnie odmienny od tego, który ukształtowano w poprzednim teatrze. Polony zaistniała jako dziewczyna atrakcyjna i interesująca. Sama, oglądając zdjęcia reklamujące spektakl, czuła się osobą pociągającą i dowartościowaną jako kobieta. Pozbyła się wtedy wielu kompleksów, z którymi bezskutecznie walczyła od dzieciństwa. Potem Swinarski pokazywał ją w sposób niebywale różnorodny. Wykorzystując jej wielobarwną i pełną osobowość, obsadzał ją w rolach niewinnych dzieci i dojrzałych, mądrych kobiet, naiwnych dziewcząt, czy pewnych siebie dam. Zmieniał przy tym diametralnie jej powierzchowność, w zależności od swojej wizji reżyserskiej.

Aktorka umie chyba wszystko. I tak jest do dzisiaj. Jakimiż brawami, przy otwartej kurtynie, oklaskiwana jest jako narwana ciotka bohatera w „Wielebnych” Mrożka (2001). Daje wręcz kaskaderski popis, z szeregiem bon motów i efektownych ekscentrycznych działań, łącznie z desantem spod teatralnego sufitu po drabinie w skórzanym uniformie przedwojennej pilotki. Szarża była brawurowa, a salwy śmiechu widowni słychać pewnie było w promieniu kilometra.

Uważa się na ogół, że inklinacje komediowe odkrył w niej Andrzej Wajda. Swinarski bowiem obsadzał ją w rolach dramatycznych. Ale przecież i on dostrzegał te jej umiejętności. Zarówno Muza w „Wyzwoleniu”, jak i role Szekspirowskie, choćby Helena w „Śnie nocy letniej”, były grane na pograniczu żartu i kpiny.

Swinarski pozostał jej mistrzem. Jest przekonana, że warto wciąż o nim mówić i nie wolno zapomnieć o jego wyjątkowej pozycji w polskim teatrze. – Moim zdaniem – mówi Polony – profesjonalny teatr zawdzięcza mu równie wiele jak awangardowy Grotowskiemu i Kantorowi. Swinarski ustawił sztukę reżyserską na niezwykle wysokim poziomie. A ja miałam szczęście spotkać go na początku swojej drogi w teatrze. Te dziesięć lat wspólnej pracy to moje najwspanialsze lata. Potrafił wydobyć to, co było we mnie najlepsze: w artystce i w człowieku. W jego rękach stawałam się instrumentem, z którego tylko on potrafił wydobyć najszlachetniejsze dźwięki. Kiedyś powiedział mi, że jestem jak stradivarius. I mimo, że minęło 30 lat od tego momentu, wciąż pamiętam dumę i niezwykłe wzruszenie jakie mnie ogarnęły, gdy usłyszałam te słowa. Takie chwile pozostają w nas na zawsze.

Ze Swinarskim spotkała się po raz pierwszy w 1964 roku. Obsadził ja w niewielkiej roli, powiększonej o piękną balladę w „Tragicznej historii Pana Ardena”. Premiera odbyła się w 1965 roku. Te dziesięć lat, to był okres wspaniałego rozwoju, nie tylko dla Polony, ale i dla całego Starego Teatru. Okres tworzenia czegoś ponad rzeczywistość. Spełniania wielkiej misji wobec społeczeństwa, wobec narodu – takie artyści mieli poczucie. Anna wie, jest przekonana, że spotkanie i praca ze Swinarskim wzbogaciły nieprawdopodobnie ją i wszystkich, którym udało się z nim zetknąć i każdy teatr, w którym tworzył. I tego dobra nikt nie jest w stanie odebrać.

 Po tragicznej śmierci Swinarskiego zespół Starego Teatru załamał się. Jednakże spuścizna, którą pozostawił ten wielki artysta, pamięć o nim, ambicja i miłość do sceny kazały aktorom dawać z siebie wszystko i starać się utrzymać jak najwyższy poziom. Jednakże brak duchowego przywódcy (jakim niewątpliwie był dla tego zespołu Swinarski), lidera – jak się dzisiaj określa człowieka, który umie skupić wokół siebie innych i porwać ich do lotu – spowodował rozluźnienie więzów, niedosyt, poczucie niespełnienia i ciągłe oczekiwanie na cud. Wybitne przedstawienia zdarzały się coraz rzadziej, a przeciętne coraz częściej. Dyrektorzy nie umieli się porozumieć z zespołem i na odwrót. Taka sytuacja trwała całe lata. Zmęczona nieustannym napięciem, konfliktami, wyczerpującą się nadzieją na odrodzenie Starego Teatru – Polony zrezygnowała z etatu w Teatrze. Ale pozostała w obsadzie dwóch zrealizowanych już wcześniej przedstawień i w serdecznej przyjaźni z kolegami.

Nie ma żalu ani pretensji do obecnego dyrektora, że nie widzi jej w nowych realizacjach, że nie stara się dla niej znaleźć roli. Twierdzi, że cieszy ją to, co ma. Ostatnio Kazimierz Kutz przeniósł na deski Teatru Śląskiego w Katowicach „Twórców obrazów” Enquista, granych wcześniej w Starym Teatrze, ale zdjętych z repertuaru. Polony może więc kontynuować granie roli, którą uważa za jedną z najlepszych w swoim dorobku. Od czasu do czasu pojawia się też jako Sara Bernhardt w „Kreaturze” na scenie Teatru PWST.

I wprawdzie nie oczekuje już na żadne rewelacyjne propozycje, ale ma jedno wielkie, aczkolwiek niemożliwe do spełnienia marzenie: stworzyć tradycyjny teatr klasyczny, w którym sztuki dawne byłyby realizowane w oprawie zgodnej z obyczajami i stylem epoki, w jakiej powstały, teatr, który pozwoliłby widzowi poznać świat miniony, jego uroki i wady, brzydotę i piękno, który prowokowałby widza do szukania odniesień, czy podobieństw do dzisiejszej rzeczywistości i cech łączących dawnego bohatera z człowiekiem współczesnym. Który nie narzucałby interpretacji utworu dramatycznego w sposób jednoznaczny, a raczej starałby się być wiernym jego autorowi.

Polony jest przekonana, że takie tęsknoty i marzenia towarzyszą wielu ludziom teatru i wielu kochającym go widzom.

Maria de Hernandez-Paluch


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas