poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Gry szklanych paciorków. Po 29. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych
Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)


Festiwal w Gdyni rozpoczął się dla mnie długim spacerem na molo. O tej porze roku (połowa września) jest już pustawo. Mieszkańcy Gdyni wygrzewają stopy na słońcu, przy brzegu łabędzie, dalej, za horyzontem, rysujący się owal okrętu. W takich okolicznościach przyrody – polskich filmów zwyczajnie nie chce się już oglądać.

W tegorocznym konkursie znalazło się dwadzieścia nowych polskich filmów. Wynik niby zupełnie przyzwoity, ale jednak dający zafałszowany obraz. W konkursie znalazły się bowiem liczne polonika („Ogród rozkoszy ziemskich” Lecha Majewskiego, nominalnie film angielskowłoski, „Cud w Krakowie” w reżyserii Węgierki, Diany Groo), filmy telewizyjne (Cudownie ocalony Janusza Zaorskiego, Długi weekend Roberta Glińskiego), wreszcie inne osobliwości, choćby „inscenizowany dokument” Antoniego Krauze – „Do potomnego”, którego miejsce widziałbym na Krakowskim Festiwalu Filmowym i to – ze względu na niski poziom – raczej w jednej z sekcji uzupełniających. Po odjęciu atrakcji dodatkowych zostaje nam zaledwie siedem, osiem pełnowymiarowych filmów, które mogły powalczyć o nagrody. Bywało lepiej.

Kraków jest trendy

 Na otwarcie festiwalu pokazano znany już z ekranów „Ogród rozkoszy ziemskich” w reżyserii Lecha Majewskiego – rozgrywającą się w Wenecji nieco pretensjonalną historię chorobliwej namiętności. Chorobliwej dosłownie – bo z rakiem w tle. Ciekawiej było w trakcie inauguracji imprezy, na której – poza trzema częściami interesującego cyklu „Europejskie wizje” (na festiwalu pokazano wizje Petera Greenawaya, Belli Tarra i Małgorzaty Szumowskiej), swój premierowy film, „Sztuka spadania”, zaprezentował nominowany do Oscara za „Katedrę” Tomek Bagiński. Bagiński znowu zachwyca precyzją łączenia nowoczesnego języka animacji komputerowej z technikami klasycznymi, dzięki którym film ma także wielkie walory malarskie.

Film, który otworzył regulaminowe zmagania konkursowe – „Atrakcyjny pozna panią” w reżyserii Marka Rębacza ma natomiast duże szanse znalezienia się w annałach polskiego kina jako jedno z najgorszych dzieł w długiej i burzliwej historii rodzimej kinematografii. Wieś z żenującej komedii Rębacza liczy pięć osób, „atrakcyjnym” jest Roman Kłosowski, panie występują dwie (z litości przemilczę nazwiska aktorek), a księdza zagrał Krzysztof Cugowski z Budki Suflera, który, jak się okazuje, jest równie kiepskim aktorem, co wokalistą. Dzieło Rębacza jest tak niedorzeczne, że w pewnym momencie zaczyna w końcu bawić. Ale to śmiech szyderczy. Dalej mogło być już tylko lepiej, i było – nieco lepiej.

Węgierska reżyserka Diana Groo nakręciła film o Krakowie i, jak mówi, z miłości do Krakowa. Niestety, miłość nie została odwzajemniona. „Cud w Krakowie” ma skomplikowaną strukturę i jest zwyczajnie niezrozumiały. Historia mitycznej Żydowskiej Księgi odtwarzającej przeszłość i budującej przyszłość nakłada się na romansową opowieść o uczuciu młodej węgierki (Esther Bivo) i wychowywanego na Węgrzech Polaka (Maciej Adamczyk), ale nijak nie układa się w całość. Groo mnoży sceny, zbliżenia, fotografuje Kraków (głównie Kazimierz) z czułością, niektóre postaci pojawiają się, inne znikają na dobre. Nie pomogli markowi aktorzy (Jerzy Nowak, Jerzy Trela, Stanisława Celińska), nie pomógł Kraków. Cud się nie wydarzył.

Jacek Borcuch, znany dotychczas raczej ze swoich dokonań aktorskich („Dług” Krzysztofa Krauze), pokazał w Gdyni swój drugi, po niskobudżetowym „Kalaffiorze”, obraz – „Tulipany”. „Tulipany” są melancholijnym powrotem reżysera do lat 70. Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie, z ekranu rozbrzmiewają hity z tamtych lat (niezapomniana Anna Jantar), albo nowoczesna muzyka Daniela Blooma stylizowana na ‘sweet 70’s’, aktorzy pojawiają się w kostiumach z epoki, a na szafkach mieszkań stoją tradycyjne płyty gramofonowe. Borcuch z wdziękiem przypomina aktorów-ikony polskiego kina: Zbigniewa Malanowicza, Małgorzatę Braunek, Jana Nowickiego, Tadeusza Plucińskiego, którym towarzyszą Ilona Ostrowska i Andrzej Chyra. Patrzymy na gwiazdy sprzed lat z pewnym wzruszeniem, oglądamy ich elegancko pokazywane romanse, ale pod tą pierwszą, gładziutką powierzchnią nie kryje się już nic ponad. Borcuch nie potrafi wyposażyć swoich bohaterów w jakąkolwiek przeszłość, brnie w stereotypy (kobiety w filmie służą do seksu, szerokiego uśmiechania się i mycia naczyń), nie przekonuje.

Rozczarował także „Trzeci” Jana Hryniaka. Produkcję tego obrazu poprzedzały prasowe doniesienia, że mamy do czynienia z kontynuacją „Noża w wodzie” Romana Polańskiego. Rzeczywiście punkt wyjścia jest podobny: statek na Mazurach, a na statku atrakcyjni nuworysze – świetnie zresztą zagrani przez Magdalenę Cielecką i Jacka Poniedziałka, pojawia się także, jak u Polańskiego, ten „trzeci” (Marek Kondrat). Pierwszy kwadrans filmu jest znakomity. Ma świetne tempo, inteligentne dialogi, odpowiedni suspens. Im dalej, tym jednak gorzej. Hryniak, za scenarzystą Wojciechem Zimińskim, mnoży kolejne atrakcje i, niestety, logiczne nieprawdopodobieństwa. Największym problemem tego filmu jest jednak nieprzystawalność formy do treści. Forma – gładka i standardowa – kryje w sobie metafizyczne odmęty. Nie chcę państwu psuć zabawy (w styczniu film trafi do kin), nadmienię tylko, że w „Trzecim” obok spotkania z Cielecką, Poniedziałkiem i Konradem, na widzów czekają także Anioł, Szatan, a może nawet sam Pan Bóg.

Sądząc po najnowszych polskich filmach, ‘trendy’ są nie tylko lata 70. (w „Trzecim” bohaterowie słuchają Trubadurów i zespół Dwa plus Jeden), ‘trendy’ jest także Kraków, który pojawia się niemal w co trzecim prezentowanym na festiwalu obrazie. Sukiennice rzeczywiście wypadają bardzo malowniczo. Poza tym chociaż powszechnie niby wiadomo, że „aktorzy krakowscy są najwspanialsi na świecie”, takiej ofensywy artystów z Krakowa w Gdyni nie było już od dawna. W każdym niemal filmie grają aktorzy z Krakowa i najczęściej rzeczywiście są to role najciekawsze – warto wymienić choćby wyborne role Jana Frycza („Pręgi”, „Nigdy w życiu”), Krzysztofa Globisza („Długi weekend”), Mariana Dziędziela i Iwony Bielskiej („Wesele”), Barbary Kurzaj („Ono”), Romana Gancarczyka („Mój Nikifor”) czy Mieczysława Grąbki („Vinci”).

Podróż z Wojcieszkiem

Prolog filmu Przemysława Wojcieszka „W dół kolorowym wzgórzem” zapowiada kino drogi. Rysiek (Dariusz Majchrzak) po kilkuletniej odsiadce w więzieniu wraca do Wolimierza, miejscowości, w której spędził dzieciństwo i młodość, opowiada kierowcy ciężarówki sielankowe wizje przyszłości. Początek jest jednak zwodniczy, kamufluje ponurą prawdę. Rysiek stracił gospodarstwo, rodzinny dom został sprzedany, narzeczona Agata (Aleksandra Popławska) wyszła za mąż za Jarka (świetny Rafał Maćkowiak), brata Ryśka. W Wolimierzu nikt na niego specjalnie nie wyczekuje, przyjaciele zajęli się handlem narkotykami, reszta też wypada stereotypowo – brak pracy, brak perspektyw. A jednak Rysiek podejmuje walkę, chce odzyskać kobietę i dom, i, podobnie jak Marcin, bohater poprzedniego filmu Wojcieszka, „Głośniej od bomb”, wierzy, że mu się to uda.

Wojcieszek (zaledwie trzy filmy na koncie) konsekwentnie pracuje nad własnym stylem. Tym razem mądrzej niż w poprzednich filmach dzieli racje, wie już, że aby widza zaciekawić, trzeba go najpierw zmylić i zdezorientować. Filmowy Szatan ujawni swoje dramatyczne, głęboko ludzkie oblicze, a mimowolnym sprawcą tragedii stanie się prostolinijny poczciwina. Najbardziej dramatyczną postacią filmu jest właśnie ów Szatan, prowincjonalny gangster – Tadek (najlepsza w całym filmie rola Przemysława Bluszcza). To, oczywiście, cham i prymityw, ale także człowiek ukrywający gorzką tajemnicę, niezasługujący na potępienie, fascynujący. Z drugiej strony główny bohater filmu, Rysiek, jest typem zwyczajnie nijakim, w czym zresztą spora zasługa Dariusza Majchrzaka prowadzącego rolę na jednej nucie aktorskiej bezradności.

Taki też jest film Wojcieszka – jednocześnie ciekawy i drażniący. Bracia niby się nienawidzą, ale raz po raz wpadają sobie w ramiona, problem usuniętej ciąży urasta do znamion tragedii antycznej (czyżby?), a refrenowo powtarzane zaklęcie „kocham cię” brzmi pensjonarsko i razi moje malkontenckie gusta w materii „kochania”.

Nikt nie woła

Obok filmów konkursowych i odbywających się równolegle pokazów w konkursie kina niezależnego na festiwalu w Gdyni prezentowane były także filmy koprodukowane przez naszą kinematografię oraz retrospektywy przewodniczącego jury – Jerzego Stuhra i Kazimierza Kutza. Trzeciego dnia festiwalu, w niemal pustej sali multipleksu, obejrzałem obraz Kutza sprzed lat – „Nikt nie woła” z 1960 roku. Wybitny film o niespełnieniu w miłości, które staje się niespełnieniem życiowym. Zapomniane arcydzieło Kutza było zapowiedzią nareszcie dobrego i artystycznie udanego dnia na gdyńskim festiwalu.

„Wesele” Wojciecha Smarzowskiego jest filmem gorzkim jak stanowiąca główny element filmowej scenografii gorzka żołądkowa. „A to Polska właśnie”, obwieścił przed ponad stu laty Wyspiański, dając w „Weselu” ponurą diagnozę społeczeństwa, ale „społeczeństwo” do dzisiaj nie potrafiło wyciągnąć z tej lekcji otrzeźwiających wniosków. Akcja filmu Smarzowskiego, podobnie jak akcja dramatu Wyspiańskiego, rozgrywa się w ciągu jednego dnia w ponurej, chociaż pstrokato przystrojonej remizie.

 „Wesele” to obraz, który boli. Od pierwszych scen wchodzimy w posępny, a przecież doskonale nam znany, odpychający świat, gdzie konkordatowe małżeństwa szczerze się nienawidzą, ojciec kocha przede wszystkim pieniądze, a matka wspomnienie o sobie – młodszej o kilkadziesiąt kilogramów, wszyscy pozostali marzą, żeby wreszcie się napić, żeby zapomnieć. Za chwilę są pijani, wrzeszczą jedni przez drugich i wszyscy są równie niewiarygodni w tym, co mówią, czynią, czują. Portret Polski, jaki wyłania się z filmu Smarzowskiego, pełen jest pychy osobistej, narodowej i chorobliwego zakłamania.

Figurki w polskiej szopce wciąż miarowo podskakują, rozmowy przypominają chaotyczne dialogi z „Wesela”, wszyscy mówią, nikt nie słucha, bo naprawdę każdy mówi o sobie do siebie. Oglądając „Wesele”, miałem poczucie, że nareszcie udało się w polskim kinie zarejestrować jakąś przejmującą prawdę o nas, o społeczeństwie.

 Smarzowski jest bezlitosny. Pokazuje społeczeństwo z pogardą, bezkompromisowo, ale szczerze. Nikt nie mówi o wzruszeniach, o miłości, każdy liczy pieniądze, bo przecież w życiu najważniejsza jest „fura i komóra”. I chociaż wódka jest tania (sprowadzona ze Słowacji), kiełbasa w bigosie ma, jakby napisał Słonimski, kolor „marengo w zielony rzucik”, to przecież trzeba się postawić: przed księdzem, sąsiadami, przed sobą samym. Niemal wszyscy w tym koncertowo zagranym filmie przegrywają. A kiedy po weselnej przyśpiewce o „Białym Misiu” nieoczekiwanie kapela uderza w tonację patriotyczną, inicjując wspólne odśpiewanie „Roty”, to nikt chyba nie ma już złudzeń, że to wesele nigdy się nie skończy.

Pokaz „Ono” Małgorzaty Szumowskiej poprzedziła seria bardzo nieprzychylnych recenzji w „Gazecie Wyborczej”, z których wynikało, że film ten jest tylko napuszonym balonem, z którego uszło powietrze. Mam odmienne zdanie. Młoda, piękna dziewczyna (Małgorzata Bela) oczekuje na przyjście na świat dziecka. Uczy go słuchać, żeby sama mogła usłyszeć swój świat od nowa. Dramat macierzyński, który zaproponowała Szumowska, zawsze stoi na krawędzi wzruszeń zbyt łatwych, prawd oczywistych. Kilkakrotnie w „Ono” reżyserka przekracza granicę kiczu, film staje się manieryczny i pretensjonalny. Zbyt wiele w filmie nadęcia, przesadzonych ambicji, ale przecież widać, że za projektem stoi myślący reżyser, że mamy do czynienia z filmem mistrzowsko sfotografowanym i świetnie zainscenizowanym. A kiedy na ekranie pojawia się schorowany Marek Walczewski, „Ono” staje się także poruszającym moralitetem, filmem już nie o cudzie życia, ale o tajemnicy śmierci. W kreacji Walczewskiego kryje się niezgoda na odejście, ale jest też towarzyszące nam zawsze poczucie utraty, znikomości losu, życia kruchego jak gra szklanych paciorków.

Małgorzata Szumowska zadedykowała swój film rodzicom...

Receptory bólu

 „Może ty nie istniejesz naprawdę, może tylko mi się śnisz?” – mówi Marian Włosiński (Roman Gancarczyk), patrząc na pochylonego nad kawałkiem papieru karzełka, a raczej na ludzki strzęp starości, oddalenia i bólu. To Nikifor, zwany krynickim (Krystyna Feldman). „Mój Nikifor” – film w reżyserii Krzysztofa Krauze to, moim zdaniem, najważniejszy polski film sezonu.

Bałem się tego „Nikifora” – gdyński pokaz dzieła Krauzego poprzedziła seria nieprzychylnych anonsów prasowych. Bałem się, że zobaczę oleodruk, cepelię, banalnie wzruszającą opowieść o ułomnym twórcy, którego los obdarzył wielkim talentem. Pomysł na film o Nikiforze wydawał się karkołomny, zresztą biografie tzw. ludzi sztuki z reguły się w kinie nie udają, przykładów aż nadto („Lautrec” Planchona, „Bacon. Szkic do portretu” Maybury’ego). Szczęśliwie Krauze nie nakręcił biografii malarza, „Mój Nikifor” jest opowieścią o tajemnicy talentu, magii przyjaźni i o spotkaniu, które zmienia życie.

W 1960 roku do drzwi malarskiej pracowni Mariana Włosińskiego, malarza pełniącego funkcję głównego dekoratora w Dyrekcji Domów Zdrojowych w Krynicy, zapukał chory na gruźlicę Nikifor i powiedział: „tutaj będę malowała” (często mówił o sobie w rodzaju żeńskim, zawsze niewyraźnie, bo miał język przyrośnięty do gardła). Zapukał i został przez długich siedem lat. Aż do końca. Włosiński – opiekując się Nikiforem – zapłacił za to wysoką cenę, cenę prywatnego szczęścia. Krzysztof Krauze, autor pamiętnego „Długu”, nakręcił film diametralnie różny, wysoce artystyczny, wiele wymagający od widza. Oglądanie „Mojego Nikifora” przypomina lekturę buddyjskich ksiąg. Chociaż słowo „poświęcenie” pada z ekranu tylko raz, to właśnie „poświęcenie” jest filmową mantrą odmienianą po wielokroć. Siła filmu kryje się poza dialogiem – w emocjach, w milczeniu, w gestach. W drżeniu starych dłoni Nikifora, w drżeniu jego serca.

Natchnione zdjęcia Krzysztofa Ptaka pokazują Krynicę z sennych, onirycznych wizji nikiforowych obrazeczków, wszyscy aktorzy, co bardzo rzadkie, zagrali dobrze, albo bardzo dobrze. Krystyna Feldman nie gra Nikifora, jest nim naprawdę. To rola, która przejdzie do historii polskiego kina. Uderza spokój i cisza w wystudiowanej kreacji Romana Gancarczyka, odkryciem filmu jest znakomita Lucyna Malec w roli żony Włosińskiego.

Wielominutową owacją na stojąco zostały przyjęte „Pręgi”, niezwykle dojrzały debiut Magdaleny Piekorz. „Mam 30 lat i dostałem list od Boga” – mówi Wojciech (wspaniały Michał Żebrowski). List od Boga nie przypomina jednak miłosiernego Caritas, jest raczej katalogiem traum i toksyn dzieciństwa, które wracają nieoczekiwanie. Zawsze będą wracały.

„Byłem, już mnie nie ma” – tymi słowami kończy się „Gnój” Wojciecha Kuczoka. Najpierw była bowiem powieść. Znakomita powieść. Opowiadana przez dziecko historia toksycznej rodziny ze Śląskiem w tle. Film Piekorz, wyraźnie nawiązujący do tamtej książki, a także do opowiadania Kuczoka „Dioboł”, nie jest jednak adaptacją, lecz autonomiczną historią o dramacie dzieciństwa, które zamienia się w dramat wieku dojrzałego.

Piekorz nie przywołuje Freuda, nie chodzi jej o wyświetlenie ukrytych pragnień, które odrzuciła psychika. „Pręgi” to raczej podświadomość jungowska, echa wspomnień, mitów i traum, które ożywają nieoczekiwanie. Ślady pejcza na ciele, rany w duszy, pręgi. Systematycznie bite przez rodzica dziecko jest może najbardziej dojmującą alegorią krzywdy.

Debiut Piekorz dzieli się na dwie części. W pierwszej obserwujemy młodego Wojtka (imponujący debiut Wacka Adamczyka) i jego ojca (Jan Frycz). Ojciec i syn, dwa wyczuwające się receptory bólu i miłości, która stoi na granicy rozpaczy, bezsilności i sadyzmu. To miłość, która boli tak, jak ból zadawany dziecku przez ojca. Pejcz ma czterdzieści centymetrów, miękki środek i ostre zakończenie. Zadawane nim pręgi bolą zawsze.

Głównie dzięki niezwykłej kreacji Jana Frycza próbujemy jednak usprawiedliwiać zachowania ojca. Pragnąc dobra dla syna, nie potrafił zrozumieć, na czym to dobro polega. Chcąc obudzić w dziecku odwagę, otworzył w nim przestrzeń strachu, wyposażając go w nią na całe życie. Od lat nie mieliśmy w polskim kinie tak dojrzałego debiutu.

Kiedy los wysyła Wojtkowi koło opatrznościowe, dając mu bezinteresowne uczucie młodej dziewczyny (Agnieszka Grochowska), mężczyzna będzie musiał najpierw pokonać siebie, żeby przyjąć taki dar.

Film Piekorz przy wszystkich zaletach ma też wady. Jest, zwłaszcza w części pierwszej, stylistycznie niejednorodny, obok ról znakomitych (wybitny epizod Doroty Kamińskiej) są też role kompletnie nietrafione (zastanawiam się, kim jest i kogo gra Mikołaj Grabowski), wreszcie „Pręgi” wypadają niewiarygodnie w tych partiach, kiedy zamiast o przemocy trzeba opowiedzieć o uczuciach. To jednak jeden z naprawdę niewielu polskich filmów, w których nie ma nawet cienia wyrachowania, wyznanie Piekorz jest bezwzględnie szczere. I przejmujące. Tym bardziej, że przecież prawie każdy ma w sobie coś z Wojtka. Pamięta swoje pręgi.

Werdykt

To był bardzo przeciętny festiwal z zaledwie kilkoma interesującymi tytułami i właśnie te filmy zostały docenione w werdykcie jury. Ubiegłoroczna wpadka (nagrodzenie filmów najsłabszych, nie najlepszych) szczęśliwie się nie powtórzyła. Jury pod przewodnictwem Jerzego Stuhra podpisało, moim zdaniem, jeden z najbardziej uczciwych werdyktów w ostatnich latach.

 Największym zwycięzcą festiwalu są, oczywiście, „Pręgi” Magdaleny Piekorz. Lista nagród dla debiutu Piekorz jest imponująca: nie tylko „Złote Lwy”, ale także nagrody za zdjęcia dla Marcina Koszałki, za dźwięk, kostiumy, nagroda publiczności oraz szereg nagród pozaregulaminowych.

Nagrodę za „wybitną kreację aktorską” w filmie „Mój Nikifor” w reżyserii Krzysztofa Krauze otrzymała Krystyny Feldman. Film ten otrzymał także nagrodę za kostiumy dla Doroty Roqueplo. „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego otrzymało prestiżową Nagrodę Specjalną Jury, wyróżniono życiową rolę Mariana Dziędziela – Wojnara, ojca panny młodej; „Wesele” jest także laureatem nagrody dziennikarzy i kilku nagród pozaregulaminowych. Z satysfakcją przyjąłem zauważenie w werdykcie interesującego filmu Przemysława Wojcieszka „W dół kolorowym wzgórzem” (nagroda za reżyserię i za aktorski debiut dla Przemysława Bluszcza), oraz „Ono” Małgorzaty Szumowskiej (nagroda aktorska dla poruszającej kreacji Marka Walczewskiego i za muzykę dla Pawła Mykietyna). Owszem, zabrakło większej ilości nagród dla mojego głównego faworyta „Mojego Nikifora” Krauzego, aktorskich wyróżnień dla Jana Frycza („Pręgi”), Romana Gancarczyka („Mój Nikifor”) czy Iwony Bielskiej („Wesele”), wpadkami były nagrody za scenografię i za drugoplanową rolę kobiecą dla Małgorzaty Braunek, której powrót do kina bardzo cieszy, ale akurat w „Tulipanach” Borcucha raczej była niż grała, także zestaw nagród dla telewizyjnego „Długiego weekendu” Roberta Glińskiego wydał mi się nieco koniunkturalnym ukłonem w stronę Telewizji Polskiej, głównego mecenasa rodzimego kina, niemniej dawno już nie miałem wrażenia, że głos gremium jurorskiego do tego stopnia zgodny jest nie tylko z moimi, ale także wspólnymi odczuciami obserwujących festiwal widzów i dziennikarzy.

To prawie niemożliwe, ale przez cały festiwalowy tydzień pogoda w Gdyni dopisywała. A przecież, odkąd pamiętam, zawsze było pochmurno, brzydko i deszczowo. Może to dobry prognostyk wreszcie dobrej pogody dla polskiego kina? Pierwsze jaskółki już są. Za rok festiwal po raz trzydziesty.

Łukasz Maciejewski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas