poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DARIUSZ NOWACKI
Gdzie jesteś, Brygidzie Dżonsie?
Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)


Jak to gdzie? W którejś z knajp w okolicach krakowskiego Rynku Głównego siedzi nasz bohater wraz z koleżkami i pije kolejne piwo, względnie właśnie się przemieszcza z pubu do pubu lub w domowym zaciszu ogląda komedię romantyczną (a może, po raz nie wiadomo który, „Titanica”?) i rozmyśla o wielkiej, prawdziwej miłości aż po grób. Ma niespełna trzydzieści lat, dokucza mu paląca niczym piołun samotność, której nie osłodzą „przypadkowe blondynki”, czyli partnerki na jedną noc, z którymi nie ma o czym gadać przy śniadaniu. Cierpi zatem, sporo pije i chętnie oddaje się marzeniom. Powiada na przykład tak: „Wciąż gonię za czymś, czego nie ma, za czymś, co nie istnieje; są chwile, gdy wydaje mi się, że jestem blisko i nagle wszystko szlag trafia – budzę się z tego snu całkiem pijany i pozbawiony złudzeń, marząc jednak, że sen przyśni się ponownie, a budząc się nie będę pijany, lecz totalnie zakochany”. O kim mowa? O bohaterze powieści Sławomira Łuczaka zatytułowanej „Archipelag Rynek, czyli Dziennik Brygida Dżonsa”.

Od razu mówię, że nie tego bohatera szukam; tego, którego szukam – obawiam się, przeczuwam, wiem – niepodobna znaleźć. I właśnie o tym rażącym deficycie traktuje niniejszy tekst. Pytam tedy rozpaczliwie, gdzie jest ten, o którym mógłbym powiedzieć, że jego historia miłosna z happy endem, choć niekoniecznie z happy endem, jest moją historią, jego niespełnienia są moimi klęskami? Gdzie jesteś, Brygidzie Dżonsie? Pytam: dlaczego odmówiono mi frajdy, jaką mają moje koleżanki, kiedy przyglądają się portretom i przygodom własnych Brygid? Jakby tej niesprawiedliwości było mało, dysponują całą galerią tychże, szerokim, pojemnym pasmem – od bohaterek prozy Katarzyny Grocholi po wyrafinowane i piękne (proza Joanny Bator) lub tylko wyrafinowane (proza Ewy Kuryluk) intelektualistki, które znają na pamięć (i to w oryginale!) „Fragmenty dyskursu miłosnego” Rolanda Barthesa, które powiadają, że „szczytem poniżenia byłoby przespać się z kimś, kto uwielbia Warthona” („Kobieta” Bator).

Słyszę, że doświadczenie każdej kobiety jest doświadczeniem wszystkich kobiet, że kobiety czytają po to, aby zadać książce pytanie: co mi ona (książka) mówi o moim parszywym życiu? A mężczyźni? Gdzie ich lektury? Przecież, u licha, trzeba się skądś dowiedzieć, czym jest i jak jest możliwa miłość w naszych ciężkich czasach lub dlaczego tej miłości nie ma, mimo licznych obietnic, że przyjdzie. Na przykład tych zawartych w „Ani z Zielonego” Wzgórza. Skąd ta asymetria? Przecież to o nas, czytelnikach płci obojga, mówi znany aforyzm La Rochefoucaulda, co to w nieco zmodyfikowanej wersji szedłby tak: nie bylibyśmy zakochani, gdybyśmy wcześniej nie czytali o miłości. Dlaczego jest tak, iż tylko kobieta może się dowiedzieć?

Owa skandaliczna asymetria nie jest, oczywiście, zjawiskiem nowym. Mniej więcej dziesięć lat temu, kiedy ujawnił się z całą mocą fenomen popularności Manueli Gretkowskiej, Magdalena Lengren skonstatowała, że jedna pisze tak i o tym, jak i co chciałaby przeczytać ta druga. Jej imienniczka, Magdalena Rabizo-Birek, stwierdziła wręcz, że „Manuela Gretkowska musiała zaistnieć”. Pisała między innymi: „Dziewczyny mojego pokolenia miały dwa, krańcowo odmienne kobiece idole. Jednym z nich była bohaterka filmu >>Kabaret<< Boba Fosse’a, kiczowata gwiazda kabaretowa Sally Bowles, seksowna i naiwnie bezpruderyjna, w fenomenalnej kreacji Lizy Minelli. Podziwiałyśmy jej rozwiązłe maniery, bezwstydny sposób mówienia i sceniczny strój – czarne rękawiczki, nagie ramiona, koronkowe majtki, nogi wyzywająco opięte siatkowymi pończochami i podwiązki. I całe lata nuciłyśmy jej finałową gorzką pieśń wolności. (…) Drugim takim wzorem była Krystyna Janda jako Agnieszka z >>Człowieka z marmuru<< – pierwsza Polka, która zaczęła się „pchać”. Ubrana zawsze w spodnie, bez makijażu i kokieteryjnego damskiego uśmieszku, pyskata, odważna, uparcie dążąca do prawdy” („Nowy Nurt” 1995, nr 16). No i wreszcie pojawiły się, będące tak naprawdę jednością, dzieło i osoba Manueli Gretkowskiej. Przybyły (przybyła) z odsieczą. Dziewczyny należące do nieco młodszego pokolenia dostały swoją idolkę, subtelną blondyneczkę o twarzy aniołka, która nie boi się brzydki słów, głosi pochwałę wszelkich perwersji, bluźni i prowokuje. Szalona jazda bez trzymanki – to musiało podówczas robić wrażenie. Minelli z Jandą powędrowały do lamusa.

Raz jeszcze rozpaczliwie pytam: a gdzie mój idol lub idole? Jeśli nadal miałbym pozostać w kręgu literatury „dawnej” (tej sprzed 10 lat), to musiałbym zauważyć, iż owi idole byli od czasu do czasu wyławiani z powieści i opowiadań oraz wszechstronnie opisywani. Tyle że niezawodnie były to opisy mroczne i nieprzyjemne, kreślone czarną i złośliwą kreską. Żadni więc idole, już raczej anty-idole. Swego czasu pytała i odpowiadała Kinga Dunin: „Jaki jest dzisiejszy mężczyzna – bohater literacki? Jest to samiec od dzieciństwa obdarzony silnym popędem płciowym i poligamista. Niestety, obie te cechy represjonuje społeczeństwo, musi więc często przenosić ich realizację w sferę marzeń lub erotomańskiego rytuału gadulstwa (…) Poza tym, mimo tytułowej deklaracji Vargi, że chłopaki nie płaczą, mężczyzna jest zwykle nieszczęśliwy, przerażony lub przynajmniej zagubiony, niedojrzały i nie potrafiący znaleźć sobie miejsca w świecie. A w konsekwencji narcystyczny i egocentryczny. Przede wszystkim zajmuje się swoim obolałym ego, może jeszcze czasem zaakceptować podobnego do siebie kolegę, nie potrafi natomiast nawiązać kontaktu z kimś odmiennym. Chociażby z tak pożądaną przez siebie kobietą. Kobiet zresztą w gruncie rzeczy nie lubi i ich nie rozumie, często więc ucieka do męskiej grupy” („Studium” 1997, nr 7-8).

* * *

Proza Sławomira Łuczaka to zjawisko wyjątkowe. Owa wyjątkowość zasadza się na rozwinięciu prostego, pasożytniczego pomysłu: dać „ripostę na kobiece pisanie o samotności oraz poszukiwaniu »idealnej połówki«” (z noty na okładce przywołanej na wstępie książki), wpisać się w pewną koniunkturę (opowieści „brygidopodobne”), stworzyć męski wariant tej samej historii. Kobiety mają swoje lekturowe zabawki (zwierciadła?), a gdzie nasze, samcze – zawołał Łuczak. Pomysł został więc wcielony w życie. W efekcie powstała seria osobliwych powieści, których fabuły krążą wokół mąk Erosa i antagonizmu damsko-męskiego (zawiłe perypetie uczuciowe, romanse i zdrady, niebezpieczne, a nawet wyniszczające związki, samotność odmieniana przez wszystkie przypadki itd.). Obok „Archipelagu…” (2001) dostaliśmy tedy „Fetyszystę” (2002), „Czy to miłość?” (2002) oraz powieść „Chłopcy” (2003), choć ta ostatnia w dużej mierze ma charakter autotematyczny i w zasadzie powinienem ją tutaj przemilczeć. Najkrócej rzecz ujmując, Łuczak objawił się światu jako złodziejaszek, który zapuścił się na obce podwórko i wykradł inspirację. Tyle że akurat ten pomysł na zmaskulinizowany produkt „brygidopodobny” – delikatnie mówiąc – raczej się nie sprawdził. Sprawdził się natomiast zupełnie inny pomysł zupełnie innemu autorowi, rybakowi dalekomorskiemu i docentowi chemii, Januszowi L. Wiśniewskiemu. Jego „S@motność w sieci” (2001) i wydane rok później „Zespoły napięć” mogą uchodzić za wzorcową realizacją formuły quasi-gatunkowej, którą ktoś nazwał (zabijcie, ale nie pamiętam kto) męską prozą kobiecą. Co to za twór? To proza obiegu popularnego adresowana do kobiet, zaspakajająca – jak na literaturę romansową przystało – potrzebę marzenia i fantazjowania, rozwijana niejako z męskiego punktu widzenia, wprowadzająca na scenę męskiego bohatera jako idealnego współczesnego kochanka. W centrum tego słodkiego rozmarzenia znajduje się oczywiście projekt miłości niebanalnej, bez mała kosmicznej, projekt podszyty, rzecz jasna, ideologią pocieszenia; są też inne atrybuty tudzież szczegółowe rozwiązania należące do konwencji popularnego romansu.

Na czym jednak polegał błąd Sławomira Łuczaka? Autor „Fetyszysty” popełnił nie jeden, lecz kilka grubszych błędów. Po pierwsze, wzgardził sztuką ładnego, okrągłego i nastrojowego (cokolwiek to znaczy) opowiadania. Miłosne powieści Łuczaka są po prostu źle napisane; to utwory niechlujne i chropawe, zmajstrowane bez żadnego wyobrażenia o czytelniku, nie mówiąc o czytelniczce i jej potrzebach. Po drugie, są to kawałki przesadnie wulgarne. „Wibrator galopujący w tyłku” („Fetyszysta”) jest bodaj nie do przyjęcia, zwłaszcza dla czytelniczki o nastawieniu konserwatywnym, powściągliwej „w tych sprawach”, a takich chyba najwięcej. Wreszcie po trzecie i najważniejsze – w powieściach tych nie występują postaci (obojętnie – protagoniści czy protagonistki), z którymi odbiorca mógłby się jakkolwiek utożsamić, wejść z nimi w jakiś układ empatyczny, rozpoznać siebie i własną uczuciową bądź – szerzej – egzystencjalną sytuację. O „przenoszeniu w krainę marzeń” (slogan reklamowy Harlequina) również należy zapomnieć. Powieści Łuczaka zdecydowanie nie są wehikułem tego rodzaju, powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie.


Wszystko to, czego zabrakło w utworach Łuczaka, cudownie odnalazło się w prozie Janusza L. Wiśniewskiego, ale w radykalnie zmienionym kształcie. Okazało się bowiem, że męską odpowiedzią na kobiece opowieści o poszukiwaniu miłości wielkiej jak stodoła stała się męska proza kobieca, sformatowana tak jak u Wiśniewskiego. Nie muszę chyba dodawać, iż na kartach prozy tego autora żaden Brygid nie zamieszkał, bo zamieszkać nie mógł. Rozgościł się tam przecież facet wykreowany jako obiekt westchnień Brygid jak najbardziej żeńskich. Jest czymś zupełnie zrozumiałym, iż bohater męskiej prozy kobiecej zupełnie nie nadaje się na poszukiwanego tu osobnika z tej prostej przyczyny, że jest mężczyzną na wysoki połysk, wyciętym z żurnala czy przeflancowanym z opery mydlanej; to kreacja jawnie drwiąca z zasad rzeczywistości. Tu już nie obowiązuje przypomniany wcześniej aforyzm La Rochefoucaulda. Inny aforyzm wchodzi w rachubę. Brzmi on mniej więcej tak (przytaczam z pamięci): życie nie naśladuje sztuki, lecz marną telewizję (Woody Allen). Coś między „M jak miłość” i „Modą na sukces? Oj, chyba tak…

* * *
Daremny trud, Brygid Dżons się nie odnajdzie. Nie jest jednak tak, iżby nie istniały wzory męskiej – tzn. opowiedzianej przez mężczyznę – miłości zdeponowane w dziełach należących do polskiej prozy współczesnej. Mimo wszystko, ktoś nas, mężczyzn, uczy trudnej sztuki kochania bliźniego swego płci przeciwnej (wiem, że konsekwentna perspektywa hetero jest dziś niemodna i niepoprawna politycznie; wybaczcie, tęczowe chłopaki, ostatni raz piszę w ten sposób). Ponieważ w tym krótkim tekście nie zmieści się żaden przegląd, o którym można by powiedzieć, że jest w miarę pełny czy kompletny, z konieczności wybieram tylko to, co jawi mi się jako najciekawsze, najmniej oczywiste i niestereotypowe. Nie będę zatem mówił o miłości ocalającej, co to facetów z dna podniosła, jak bohatera „Złotego pelikana” (2003) Stefana Chwina czy Jureczka z powieści „Pod mocnym aniołem” (2000) Jerzego Pilcha. Na bok odsuwam trywialne i pospolite historie – na przykład perypetie facetów z tomu opowiadań Mariusza Cieślika „Śmieszni kochankowie” (2004). Ani słowa o tych pokracznych facecikach, co to bardzo by chcieli złamać szóste przykazanie, lecz brak im odwagi. Cudzołożnicy z kart „Umoczonych” (2004) Andrzeja Horubały również nie wydają mi się interesujący, nie mówiąc o bohaterze wcześniejszego „Farciarza” (2003), czyli mężczyźnie, który z całego serca pragnie odbyć stosunek analny i to obsesyjne pragnienie zatruwa jego zdrową, katolicką duszę. Wszelkie staroświeckie – rzekłbym: takie bardziej przedwojenne – praktyki miłosne także odsuwam na bok. Mam na myśli przeróżne opowieści w stylu retro, dajmy na to opowiadania zebrane w tomie „Lśnienie nad głębiną” (2003) Arkadiusza Pacholskiego lub kawałki w guście „I utonął księżyc w stawie…” Włodzimierza Kowalewskiego (ze zbioru „Światło i lęk”, 2003). Długo jeszcze mógłbym eliminować, czas zatem najwyższy przejść do wyborów pozytywnych.

Nie kryję, że mam swego faworyta, pisarza, który – jak nikt inny – kwestię damsko-męską ma przemyślaną w najmniejszym calu. Idzie o Artura Baniewicza, autora m.in. dwu rozrywkowych powieści, „Góra Trzech Szkieletów” (2003) i „Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej” (2004). Bohaterem tej pierwszej jest niezdarny detektyw Marcin Małkosz. Ów saper w randze kapitana, usunięty z wojska, zakłada agencję detektywistyczną, z której usług nikt nie chce korzystać. Zdesperowany popada oczywiście w alkoholizm, z braku klientów dorabia jako cieć na budowie, aż pewnego dnia… wiadomo: zjawia się piękna, tajemnicza kobieta i powierza groteskowemu detektywowi niezwykłe zadanie. Ma się z nią, Bośniaczką Jovanką, udać do jej pierwszej ojczyzny i odszukać pewnego faceta. Idzie o szpik kostny tegoż faceta i zgodność genetyczną, bo poszukiwany to ojciec umierającej na białaczkę córeczki owej bałkańskiej ślicznotki. Dowcip zaś polega na tym, że sześć lat wcześniej w głowie Jovanki utkwił odłamek miny, co to wywołał absolutną amnezję. Pakują się więc do 12-letniego malucha, biorą śpiwór i namiot, i wyruszają w bośniackie góry, gdzie doświadczą licznych przygód o charakterze partyzanckim.

On zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, to jej zjawiskowa uroda oraz nieprzeciętna inteligencja, nie zaś honorarium za usługę detektywistyczną, skłaniają go do podjęcia karkołomnej misji. Rzecz musi się skończyć happy endem (w finałowej scenie tych dwoje pada sobie w ramiona; mowa także o ślubie), a to, co wypełnia obszar między ekspozycją i szczęśliwym zakończeniem, można by uznać za serię prób, jakim zostanie poddana kandydatka na żonę dla wojskowego. Próby te widzieć by należało w polu męskiego fantazmatu. Dlaczego tedy Jovanka jest łakomym kąskiem? Ano dlatego, że jest kobietą po przejściach i zarazem ofiarą amnezji, czyli pożądanym przez mężczyznę (acz paradoksalnym przecie) połączeniem ladacznicy z dziewicą. Jovanka jest przede wszystkim łupem wojennym. Mężczyzna musi więc zrekonstruować jej losy, przekonać się, na ile owa cyrkulacja kobiety-towaru jest okolicznością obciążającą. Temu w gruncie rzeczy służy gigantyczne śledztwo ciągnące się przez dwie trzecie tej powieści. Rozwiązanie dochodzenia wcale nie jest zaskakujące: mężczyzna nie tylko dowiaduje się, że aż do chwili gwałtu w jednej z jaskiń tytułowej Góry Trzech Szkieletów Jovanka była dziewicą, ale nade wszystko była dzielnym partyzantem, Joanną d’Arc perfekcyjnie posługująca się kałaszem i granatnikiem. Wszystkie niepokoje Marcina, przywróconego na koniec do czynnej służby wojskowej, zostały uchylone. Kobieta ma za sobą piękną wojenną kartę (i to nie w roli partyzanckiego materaca). W stu procentach wypełniła męski czy raczej oficerski ideał: „zna trzy obce języki, jest inteligentna, cholernie atrakcyjna”, do tego ongiś wystrzelała pół kompanii Serbów, nadto w trakcie długiej eskapady nie dała się skusić ani razu (wspólny śpiwór i te sprawy), no i rozliczne tajemnice ich wiążą. Zapewne aż po grób.

W centrum fabularnym drugiej z wymienionych tu powieści Baniewicza również znalazła się para mieszana, co to ma się ku sobie. On znów jest kapitanem, który odszedł z wojska i któremu los ni stąd ni zowąd zsyła uroczą i biegłą w sztuce wojennej oraz dużo od niego młodszą kobietę. Tym razem nasz rezerwista wylądował na posadzie skromnego wuefisty w liceum, no i oczywiście nie nazywa się Małkosz, lecz Kiernacki. Ona zaś – jak na kolejną idealną żonę dla wojskowego przystało – sama jest oficerem w randze porucznika (wiadomo kto pod kim… służy – że tak nieprzyzwoicie wtrącę) i choć to wojskowa psycholożka, dać z glana czy wygarnąć z kałasza potrafi, oj, potrafi! Schemat toczka w toczkę ten sam: porucznik Iza zjawia się u wuefisty, by skłonić go do udziału w niebezpiecznej i szalonej misji. Chodzi o to, by dopaść terrorystę Drzymalskiego, dawnego podwładnego kapitana Waldemara. Podobnie – tych dwoje zrazu nie szczędzi sobie jadowitej złośliwości, a ich miłość wykuwa się w ogniu walki. To rozciągnięty w czasie proces. Dość powiedzieć, że wskoczą do jednego łóżka dopiero w okolicach strony 350, wcześniej zaś kobieta musi udowodnić mężczyźnie, że zna ciosy karate i wie, do czego służy moździerz kalibru 60 mm.

Tak więc Baniewicz uruchamia ten sam co poprzednio męski fantazmat, operuje tym samym konceptem (idealna żona dla wojskowego). Różnica może taka, że w „Drzymalskim…” poszedł pisarz o krok dalej. Dzieje mocno zmilitaryzowanej miłości spuentował iście ułańską, nad wyraz odważną, acz ryzykowną chyba, szarżą. W finale powieści okazuje się bowiem, że porucznik Iza jest sierotą po górniku z kopalni „Wujek”, pacyfikowanej w noc grudniową przez pododdział kapitana Waldemara. W finale dochodzi więc do politycznego i historycznego pojednania oraz rozerwania psychoanalitycznego węzła. Oto bowiem wystrzałowa pani porucznik, jeszcze jako dziecię, poprzysięgła nienawidzić komuchów w mundurach, a jako że wzrastała bez ojca, z mężczyznami w dorosłym życiu sobie nie radziła. Kapitan Waldemar – jak się łatwo domyślić – stał się lekiem na całe zło.

Powie ktoś, że nie każda para mieszana ma okazję i warunki ku temu, aby skąpać się w ogniu, wespół odkryć barwy walki tudzież przełamać jakiś wał (niekoniecznie Pomorski). Zgoda, wiemy już, jak kochają militaryści, zapytajmy tedy, jak kochają intelektualiści? Wydaje się, że w tym zakresie dawno temu – dawno, bo przecież odwołuję się tutaj głównie do książek z lat pierwszych XXI wieku – paradygmat wyznaczył Marek Bieńczyk. Jego wyśmienita, debiutancka powieść („Terminal”, 1994) do dziś pozostaje i pewnie długo jeszcze pozostanie niedoścignionym wzorem zagadywania miłości na śmierć oraz wzdychania do tego, co było, a nie jest, lecz – wyjątkowo – pisze się w rejestr.

Nie będę tu streszczał fabuły, przypomnę tylko, iż powieść Bieńczyka nawiązuje do kłopotów z mówieniem „kocham cię” w epoce utraconej niewinności (chodzi oczywiście o sytuację naszkicowaną przez Umberta Eco w „Dopiskach na marginesie »Imienia róży«”). Tak więc „Terminal” jest przede wszystkim o tym, że nie można ominąć pułapki „już powiedzianego i napisanego”, gdyż każde słowo odsyła do wcześniejszych użyć, nigdy zaś do tego, co ma być powiedziane. Dlatego też wyznanie miłosne jest zarazem ostatnim zdaniem powieści; to jedyne miejsce, w którym mogło się znaleźć, bo sąsiadować może tylko z milczeniem. Świat „Terminalu” milczący jednak nie jest. To rzeczywistość, w której rozpleniła się cudza mowa i wyobraźnia,      gdzie opis spaceru kochanków wzruszać już nie może: „Szła po nieznanym bajkowym lesie, ona Alicja w Krainie Czarów, a ja Tomek na Czarnym Lądzie, a może nawet na tropach Yeti, omijając psie gówienka”. A w ogóle co to za romans, jaka to odmiana historii miłosnej? Uczeni w pismach rozmaitych, pochyleni nad „Terminalem”, sporo mówili o tekście terminalnym objawiającym się w brakach (twarzy, imion, głosu kobiety), o pracy żałoby i melancholii, o przymusie głoszenia pochwały tego, co nieobecne, gdyż utracone itd., itp. Znam nawet obszerną analizę fenomenu jogurtu, ulubionego pożywienia bohaterki „Terminalu”, a także sposobu jedzenia tegoż jogurtu. Bo też cechą wyróżniającą opowieść o miłości intelektualisty jest to, iż romans tego rodzaju zaprasza do gadulstwa; logorea staje się odpowiedzią na logoreę. Czy to w obrębie powieści, czy to w obszarze komentarza, obowiązuje pewna nadrzędna reguła: mówienie o miłości wypiera praktykowanie miłości. I tak właśnie kochają intelektualiści.

Artyści także znaleźli upodobanie w braku i nieobecności. Uwielbiają oni zwłaszcza sytuacje wieloznaczne, na ogół adorują aporię, zupełnie tak, jakby wzięli sobie do serca frazę Lechonia: „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Pardon, jest tylko Karolina i właśnie jej nie ma, wszak idzie o powieść Krzysztofa Vargi, która traktuje o poszukiwaniu tajemniczej dziewczyny z przeszłości; o pogoni za zjawą podlegającą ciągłym metamorfozom ta książka opowiada. W istocie jednak bohater „Karoliny” (2002) tylko udaje, że chce wytropić i przydybać króliczka… wiadomo: najważniejsze, by gonić, a nie złapać go. Ów zmęczony i śmiertelnie znudzony jałowym życiem mężczyzna powiada o sobie, iż jest „dotknięty nieuleczalnym pigmalionizmem”, tyle że dziwny z niego Pigmalion – Galatea do niczego nie jest mu potrzebna, może z wyjątkiem podtrzymania opowieści. Paradne to i dość skomplikowane, ale zakochani artyści już tak mają.

Na przykład bohaterowie niektórych powieści Stefana Chwina, konkretnie „Hanemanna” (1995) i „Esther” (1999), kochają wyłącznie martwe lub półżywe kobiety, uwielbiają je podglądać (kiedy jeszcze żyją, albo i nie), grzebać w ich osobistych rzeczach, co wyraźnie zahacza o jakąś formę fetyszyzmu i – aż strach powiedzieć – nekrofilii. O tak, piękna-nieobecna naprawdę kręci Chwinowych mężczyzn, przy czym bardziej nieobecna (Luiza Berger) kręci mocniej niż częściowo nieobecna (Esther Simmel). Artystów w ogóle kręcą kobiety niebanalne, na przykład kobiety-cyborgi (zob. Jerzego Sosnowskiego „Apokryf Agłai”, 2001). Szerzej i dobitniej – męskich bohaterów nowej polskiej prozy kręcą wyłącznie kobiety niebanalne. Na przykład Aleksandra Rańskiego, bohatera mrocznej i wysmakowanej powieści Eustachego Rylskiego „Człowiek w cieniu” (2004). Otóż gustuje on wyłącznie w luksusowych rosyjskich prostytutkach, a to dlatego, że od czasów studenckich mężczyzna ten, powodowany obawą przed emocjonalnym zaangażowaniem, zadaje się wyłącznie z prostytutkami, po wtóre zaś owe panienki pochodzą z rodzinnych stron jego mamusi, wyglądają i mówią tak jak ona (rosyjski w szczególnej odmianie – północna, jarosławsko-nowogrodzka fraza). Z takimi na przykład Ukrainkami to nie to samo.

* * *

Każdy, kto zacznie się przyglądać męskim opowieściom miłosnym ostatnich kilku czy nawet kilkunastu lat, szybko odkryje, że – niemal bez wyjątku – robią one za preteksty, protezy, podpórki czy – szerzej – instrumenty należące do inżynierii epickiej. Kiedy mamy do czynienia z opowieścią miłosną włączoną w szerszą i zdecydowanie niemiłosną opowieść, sprawa wydaje się prosta. Co jednak zrobić z takimi utworami, jak – dajmy na to – „Oksana” (1999) Włodzimierza Odojewskiego, „Ballada o prawdziwej miłości” (2002) Aleksandra Jurewicza czy „Siła odpychania” (2002) Cezarego Michalskiego? Można oczywiście oddalić problem jednym gestem, mówiąc o pretekstowości fabuły miłosnej, o schemacie romansu bądź melodramatu, gdzie – jak u Michalskiego – jest ona, on i ten trzeci, a tak naprawdę o co innego chodzi. W „Sile odpychania” o ideowo-polityczne rozrachunki, o przeanalizowanie losu pewnego pokolenia, w „Oksanie” o antagonizm polsko-ukraiński, a w „Balladzie…” Jurewicza o pochwałę dawności i cudowności kresowej. Jasne – najbardziej funkcjonalną i niezawodną ramą opowieści jest historia miłosna, taki fundament, taki układ… Czy w ogóle pojawiają się jakieś niepretekstowe, „nieinżynierskie” rozwiązania? Owszem, pojawiają się, aczkolwiek od wielkiego dzwonu.

Tym bardziej godzi się wskazać na trzy męskie książki wydane w ostatnim sezonie (rok 2004). Jak łatwo zgadnąć, mam na myśli tom opowiadań Wojciecha Kuczoka „Widmokrąg” oraz – jak trudniej zgadnąć – dwie powieści Jakuba Winiarskiego, który notabene wyrasta na monografistę tematu miłosnego, „Loquela” i „Kronika widzeń złudnych”. To bardzo ładne, pociągające i dające do myślenia kawałki, kłopot wszelako polega na tym, iż zarówno w Kuczoku, jak i w Winiarskim trudno byłoby rozpoznać – jeśli wolno tak powiedzieć – nauczycieli (instruktorów) miłości. Niech nas Bóg uchroni przed tymi akurat lusterkami, a przypominam w tym miejscu, że o poszukiwanie Brygida Dżonsa, o którym mógłbym powiedzieć: „Brygid to ja”, mi idzie, a przynajmniej szło na samym początku niniejszej przechadzki.

 I tak to, co proponuje Kuczok – umówmy się – brzmi pięknie i zachęcająco, ale tylko w literaturze. Albo w kinie: monolog Michała Żebrowskiego (obraz „Pręgi”), w którym wykorzystano fragmenty tytułowego opowiadania, przewierca i rozsadza najtwardsze nawet skały; po tamtych słowach, wypowiedzianych ze stosownych przydechem i pod dobrą muzyczkę (czy była muzyczka?), żaden chłopiec nie będzie już czekał na miłość z założonymi rękami, a dziewczyna z założonymi nogami. Podobnie u Winiarskiego – niby wszystko takie fajne i sympatyczne, no ale kto z nas chciałby być Tomaszem („Loquela”) lub Norbertem („Kronika…”)? Nie widzę, nie słyszę… A skoro tak, to mogę ten wątek i jednocześnie całość tego tekstu spuentować zdaniem, jakim Dołęga-Mostowicz zamknął rozdział ósmy powieści o Dyzmie: „Ee… do cholery z taką miłością” – powiedział Nikodem po wieczornej schadzce z Niną, która jęła snuć tzw. plany na wspólną przyszłość.

Dariusz Nowacki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas