poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR ŚLIWIŃSKI
Powrót smoka (w poezji miłosnej)
Dekada Literacka 2004, nr 4 (206)



Całuję się z mikrofonem.
Cmok. Cmok. Całuję
Się z mikrofonem.
Ponieważ miłość jest.

MARCIN ŚWIETLICKI


W wierszu poniekąd założycielskim dla literatury po roku 1989, znanym aż nadto, czytaliśmy: „(nawet wiersze miłosne pisane by były / smoczymi literami...)”. Panowanie smoka (historii, polityki, nastrojów kolektywnych) obejmowało również to, co intymne i prywatne, sugeruje Świetlicki. Pokonanie smoka oznaczać by mogło między innymi pozbycie się z liryki miłosnej pierwiastka histerii, egzageracji; mówienie od siebie, przyzwolenie dla humoru, igraszki, lekkości; otwartość. Warto byłoby przeanalizować wszystkie te zjawiska, które świadczą o wymazywaniu „smoczych liter”: twórczość Zbigniewa Macheja, który bodaj najśmielej wprowadza do swoich wierszy ton ludyczny, starając się w sposób interesujący „zbohemizować” nasze podejście do tematu, świetne użytkowanie konwencji w „Zabiegach miłosnych” Marcina Barana, brawurową dezynwolturę niektórych przedstawicieli z pokolenia – jakby je prowizorycznie nazwać? – nowych mediów, czy wreszcie erotyki gejowskie, jednak w krótkim szkicu nie da się tego zrobić (1). Może zresztą pilniejsza wydaje się potrzeba zauważenia czegoś innego, i to właśnie jest najważniejszym domysłem tego tekstu, mianowicie, że smoczysko wcale nie umarło, lecz żyje dalej, przeistoczone, pod postacią języka. Co więcej, walka ze smokiem, taka, która by go ostatecznie nie uśmierciła, a mimo to była prowadzona całkiem serio, z udziałem prawdziwego ryzyka, znowu stała się kwestią wewnętrznej uczciwości poety (miłosnego).

W jednej z ostatnio wydanych książek z dziedziny antropologii miłości znajduję zdanie tyleż efektowne, co zagadkowe. „[...] wszystko jest dziś w kulturze dyskursem miłosnym lub – w wersji łagodniejszej – dyskursem tyczącym erotycznej namiętności” (2). Dlaczego miałoby być tak właśnie, że relacje miłosne służą za metaforę wszelkich społecznych stosunków – nie od razu wiadomo. Ta opinia nie może uzasadnić samej siebie na poziomie spekulacji, potwierdzenie jej to sprawa analizy współczesnych praktyk komunikacyjnych. Okazuje się, po rozglądnięciu się wokół, iż rzeczywistość dostarcza ogromnej liczby przykładów zastosowania języka miłosnego. Kopalnią erotycznych odniesień jest reklama, tytuły i stylistyka artykułów gazetowych często oscylują na (coraz bardziej się upłynniającej) granicy normy, niedawne granice dyskrecji przekracza z rosnącym impetem kultura typu ‘reality shows’. Doświadczenie mediów ulega wyraźnej i wręcz już prawie nieodczuwanej uniwersalizacji.

Co decyduje o tak szerokiej używalności języka miłosnego? Mówiąc najkrócej – jego nieskuteczność z punktu widzenia istoty tego, czego dotyczy. Jego samotność, w znaczeniu, jakie nadał jej Roland Barthes, jego bezradność w oddawaniu przeżyć transgresywnych, których uderzającą cechą jest unieważnianie pojęć, służących uprzednio do (auto) rozpoznania podmiotu. W miłosnym akcie lub zapamiętaniu człowiek staje się bowiem kim innym wobec kogo innego, kimś niedostępnym i nieobecnym dla języka, skazanego w tym wypadku na wieczną niepunktualność. Jednak właśnie istotowa bezużyteczność języka miłosnego czyni go po ręcznym narzędziem w wielu dziedzinach życia społecznego, ona też uzasadnia setki jego konwencjonalnych zastosowań w liryce. Choć zatem pragnienie miłosne jest niewyrażalne, to przecież absolutnie niewyobrażalne jest, aby można było o nim milczeć. W rezultacie mówi się nie rzadziej niż kiedyś, w czasach większej prostolinijności i większego optymizmu co do możliwości przedstawiania świata i ludzkich przeżyć.

Najczęściej mamy do czynienia z pustą grandilokwencją – chodzi o utwory, będące (świadomie lub nie) odzwierciedleniem kultury masowej, w której gołosłowna afirmacja miłości splata się z jej bezwzględnym wyzyskiem; te więc utwory, które, kojarząc afekt z repertuarem najbardziej strywializowanych symboli, czy ściślej: liczmanów, uznają miłość za przedmiot łatwy do wypowiedzenia. Tworzą one, jak przypuszczam, obieg na poły amatorski, bez oporów przejmujący schematy melodramatu. Inną wersję tej samej motywacji tworzy spora część produkcji rozpowszechnianej przez Internet, a nawet jakby przezeń tworzonej – wyróżnia się ona z jednej strony doraźnością, ulotnym i prowizorycznym charakterem, będąc czymś podobnym do napisu na ścianie (nierzadko ścianie publicznej toalety), lecz z drugiej – świadczy o niezwykłej trwałości pewnych obrazów i stylistycznych figur. Z tego punktu widzenia literatura w Internecie zadziwiająco często bywa wyrazem skrajnego, poniekąd endemicznego konserwatyzmu, podejmowanie zaś przez nią tematu miłosnego dodatkowo tę cechę podkreśla.

Obszar główny zajmuje poezja stawiająca przed sobą nietuzinkowe cele artystyczne, duchowo dojrzała i ze wszystkich sił stroniąca od wszelkich filiacji z, jak się ją niekiedy nazywa, podkulturą. Sama jest zanurzono – bywa, że bardzo głęboko – w historii erotyku jako jednego z ważnych gatunków literatury europejskiej, sprawnie operuje obrazami i elementami współtworzącymi kanon wyobraźni wyrobionego czytelnika. Jej znaki firmowe: erudycja literacka, pewien swych wyborów gust, a do tego zazwyczaj nieomylny takt, dojrzały styl, dyskrecja i szlachetny umiar. Twórczość tego typu bez wahania, ale i bez ostentacji manifestuje swe literackie pochodzenie, zakładając jedność i ciągłość natury ludzkiej, a tym samym – swą własną, nadal niewyczerpaną ekspresywną wydolność. W związku z tym otwarcie mówi, że mówi, a mówiąc, wierzy w to, że mówi o miłości.

Weźmy uroczy wiersz Agnieszki Kuciak:

„Moja daremna miłość ceni moją sztukę
i lubi mnie gdzieś na stronie strojną w magiczne sznureczki
i w puentach, dzwoniących puentach.
Muska miękkimi wargami wszystkie krągłości mych słów.

To dla niego cały mój kunszt  
porzuciłabym, bez wahania”.

 (z tomu „Retardacja”, 2001)

Utwór zasługuje na dużo uznania: inteligentny koncept, nawiązanie do portretu kobiety oddanej myśli o swoim ukochanym, chcącej zażegnać jego nieobecność, a do tego niezmiernie subtelny, delikatnie wycieniowany, domyślny erotyzm. I jeszcze szczypta autoironii. Kłopot, dla niektórych, polega jednak na tym, że to jego kulturalne uformowanie sprawia, iż pragnienie nie tylko nie zostaje w gruncie rzeczy wyrażone, lecz nawet nie próbuje się wyrazić. Wiersz jest jak czarna dziura, pochłaniająca uczucie i czującego, a także wszystko, co nie istnieje li tylko w słowach. Mimo pozoru przekazywania czegoś jest czystą literaturą, niczego nie referuje prócz samego siebie. Jest autystyczny, miłość zaś – jako otwarcie na nieznanego siebie i upragnionego innego – wydaje się pewnego rodzaju sztafażem, naturalnie fikcją.

Zanim paradoks, do którego zmierzam, wyłoni się z tego szkicu na dobre, spytajmy, czy ten horyzont obcości miłosnego przedmiotu można przekroczyć – i ewentualnie, jak? Poeci pragnący tego dokonać sięgają zazwyczaj po szyderstwo, skatologię, persyflaż, odgrywają role niegrzecznych chłopców i dziewcząt. Za ciekawsze uznać trzeba dwa inne sposoby. Pierwszy z nich nazwałbym, tymczasowo, odmową uwznioślającej mistyfikacji, a drugi – odmową uczestnictwa w grze (pozorów).

Weźmy dwa wiersze, autorem pierwszego z nich jest Jacek Podsiadło:

„USZCZĘŚLIWIENI”

„Dotychczas często sama, uszczęśliwiona teraz,
przygotowująca pościel, gdy ja odpycham oddechem
rzęsę niedoparzonej herbaty na drugą stronę szklanki,
przeczuwająca coś, dziewczyna-Izaak przyprowadzona na górę
i zrzucająca z grzbietu wiązkę światła; i potem,
gdy szklanka jest już pusta, pieszcząca stopą
przez czarne płótno spodni sprężynę mojego penisa;
i potem, gdy leży naga, przekreślona na środku
krótką kreską płci.

I kiedy kwiat zwisający wzdłuż ściany
porusza się nad nami jak śpiący na wietrze wąż a pół kilometra niżej
dojrzewa w podziemnym domu węgiel, opiekun ognia; i kiedy mój samotny centurion
staje dumnie pod Wzgórzem Wenery, gdy grają mu fanfary a wiatr
prasuje proporce

i potem, kiedy wstydliwie odnoszę go, zwieńczonego biało,
do łazienki, by zaraz wrócić do niej, póki nie odczyniony
czar, póki można wspólnie pachnieć krwią i śluzem, i potem”.

91.01.31

(z tomu „Arytmia”, 1993)

Drugi napisał Edward Pasewicz:

„MATKA MARIANNA OD PEDAŁÓW”

„Facetów i fajki rzucać najlepiej
w niedzielny poranek, kiedy drętwieją
łydki i z katedry słychać
upierdliwe dzwony. Anioł Pański?
Pożegnanie Niedzieli? Rześkość
jest tylko wspomnieniem i można powiedzieć:
nasze języki są sobie obce i brzmi to
doprawdy uroczo, kiedy się leży,
nie mając nic do powiedzenia poza „odchodzę”.

Oddech jest odejściem, z ości słów nie
zrobisz żadnego rusztowania. Naprawiać
jest słowem nie z tego świata Muzyka głosu
jest jak punktualizm, tak, nie, nie przeproszę.

Najpierw jest dźwięk, później oblepia
się sensem. W końcu jakieś stretto,
przetworzenie, mały kanon alla terza,
sprawia, że nawet początkowa pewność
staje się wątpliwa. Ja tak lubię podkręcić
rozmowę, żebyś powiedział: chcesz
mnie znowu zacząć? Skoro jest grzybnia
jest pewnie i „pewnia” i coś wyrasta
jak łąkowy kwiat z łajna, łasi się i ładuje
do twojego łóżka.

Leżymy ogromni w powszedniej pościeli”.

 (z tomu „Wiersze dla Róży Filipowicz”, 2004)

Oba utwory są dość bogate, z braku miejsca zauważmy więc tylko ich dwie właściwości, nie jestem zresztą przekonany, że najważniejsze. Podsiadło dąży do zniesienia granicy między sacrum i profanum aktu miłosnego: świętość lub jedynie niezwykłość jest w nim normalna, fizjologiczna, a nawet śmieszna; wychwycenie i pokazanie tego nie niszczy jednak przejęcia, jakie towarzyszy kochającej się parze. Wysławia się ono ostentacją retorycznych nawiązań, a to do Starego Testamentu, a to znów do symbolicznej potęgi rzymskich legionów. Manifestacyjny patos przenika się z rozczuleniem, uniesienie zdobywcy z chłopięcą delikatnością, powaga z humorem, no i wreszcie – literackość („potem”, które konstruuje opowiedzianą tu historię miłosnego zbliżenia) z rzeczywistością („pot”, jedna z erotycznych wydzielin).

U Pasewicza największym wynalazkiem jest pospolitość sytuacji: kłótnia, erotyczny szantaż, łóżko („powszednia pościel”) wypełnione okazałymi ciałami mężczyzn („pedałów”), pobłogosławionych (i rozdrażnionych) bliskością katedry, odgłosem dzwonów. Nie jest inaczej, żadnej histerii z powodu płci, żadnego wcielania wiersza do armii walczącej o równość, różność, pobożność czy poprawność. Wiersz zalicza się tylko do armii wierszy. Podsiadło odmawia ulegania podsuwanej przez kulturę dychotomii duszy i ciała, opierając się zarazem wpływowi mód naturalistycznych, brutalizujących czy pornograficznych. Pasewicz biernie zwalcza, lepiej powiedzieć – ignoruje, pewien dyskurs konfrontacji, żądny uwyraźniania dramatu, tudzież zaangażowania i poświęcenia. Obaj mówią: normalność, dodając – normalność miłości i normalność poezji leżą gdzieś poza sakralizującym i wykluczającym językiem.

I wreszcie wersja najbardziej radykalna, reprezentowana, powiedzmy, przez Krzysztofa Siwczyka jako autora tomiku „Zdania z treścią” (2003): mówienie o miłości spełnić się może tylko dzięki nieprzerwanemu mówieniu, takiemu, które objawi ociężałość i zaśmiecenie mowy przez gotowce, stereotypy, automatyzmy etc., a przy tym – dzięki uporowi poszarpanego wprawdzie, ale długiego poematu – szczególnego rodzaju czyhaniem na to
c o ś, chwilę pewności, objawienie, czy jakby jeszcze inaczej nazwać moment, w którym wypełniła się nadzieja, że da się mówić o miłości, że słowo spotkało się z czymś rzeczywistym, z ciałem:

„Mrowie pomysłów. Na przemian bawię  się w płaczkę i klakiera.
Tak jak lubisz? Ruchome granice, w których się poruszaliśmy
z mojej obecnej perspektywy są jeszcze bardziej ruchome,
to znaczy, nie wiem, jak do ciebie wrócić, gdzie zamieszkujesz w sobie,
gdzie jest ta osoba, z którą potrafiłem funkcjonować
poza gramatyką. [...]
Tak i nie szeptane sobie w nadziei, że może da się zbudować ze słówek coś
więcej niż tylko odpustowy totemik
gwarantowanej wieczności, pchnęło nas
w rejony bliżej nieokreślonych radości. Jeśli chodzi o mnie,
to zdarzyło mi się plątać po piasku, biec w twoją stronę,
a spust migawki miał za zadanie uchwycić moment,
kiedy padamy sobie w ramiona na modłę gwiazd niemego kina”.

 Ostatecznie pisanie to zwraca się przeciwko własnej deklaracji, że językiem nie dotyka się niczego poza nim samym, pozostając przy tym odległe od jakiejkolwiek pewności skutku. Zakładam więc, że skoro wiersz pozwala wyodrębnić jakiś swój zewnętrzny przedmiot, to posiada też jakąś pozytywną motywację. Byłoby nią przypuszczenie, iż język, będący całym światem, rzeczywistością równoległą do tej, w której bytujemy fizycznie, ulegać może pewnego rodzaju rozszczelnieniu – i wtedy do-      chodzi do krótkiego spełnienia. By choćby przez moment być punktualnym, trzeba bez przerwy się zgłaszać, powiedziałby Siwczyk. Ciągnąć swoje soliloquium (zastanawiająca kariera tej formy monologu we współczesnej poezji...), rozgarniać błony umysłu, lustrować komunały.

Co najmniej tak samo wyostrzoną świadomość kłopotów z przedstawieniem, dla których takie sprawy, jak miłość czy śmierć, stanowią najwyrazistszą ilustrację, ma także Jerzy Jarniewicz (3). Jego „Niepoznaki” (2000) to spis dowodów na nieadekwatność literatury i erosa:

„ tysiąc wierszy
miłosnych
na nowe tysiąclecie

tysiąc wierszy
a miłość jedna

głupia miłość
co zliczyć nie umie
do dziesięciu”

(„Stachanow”)

*

Paradoks polega na tym, że miłość wydaje się najbardziej niedosiężna dla tej poezji, która najbardziej sobie i swoim związkom ze światem ufa; najbliżej zaś do niej twórczości, która usilnie problematyzuje swą zdolność do referowania czegokolwiek poza swą własną bezsilnością. Mamy w niej do czynienia z dziwnym mimetyzmem – mimetyzmem wymykania się, czy nawet znikania. Jaki wniosek z tego? Po pierwsze, zdaniem części poetów, żeby kochać, trzeba zdziczeć, a niepochwytność miłosnego sedna wymaga prowadzenia totalnej wojny z formą. Po drugie, wojna totalna wyniszcza totalnie – podejmujący ją wiersz musi zatem zdawać sobie sprawę z komunikacyjnego ryzyka. Polega ono na tym, że mogąc pokazać znikanie ‘nolens volens’ sobą tylko, wiersz śmiertelnie naraża własną przyszłość jako czegoś, w czym czytelnik chce uczestniczyć. Po trzecie, dwudziestowieczny dylemat „poezji niemożliwej” (Różewicz, Celan) zachowuje żywotność, rozszerzając nawet swój zakres, słabnie natomiast nadzieja, że niemożliwe da się przekroczyć, a tym samym wynikające z tego poczucie tragizmu. Znormalniały dramaty języka. Po czwarte, na szczęście uwodzić i kokietować nadal udaje się środkami konwencjonalnymi.

Piotr Śliwiński
 

1  Częściowo zostało to zresztą zrobione. Patrz: P. Łuszczykiewicz, „Szkic do erotyku z końca XX wieku”. [W zbiorze:] „Literatura polska 1990-2000”. T. I, pod red. T. Cieślaka i K. Pietrych, Kraków 2002.

2 W. Kuligowski, „Miłość na Zachodzie. Historia antropologiczna”, Poznań 2004, s. 207-208.

3 Świetną analizę tego problemu w poezji Jarniewicza przeprowadził Leszek Engelking w referacie wygłoszonym na sesji poświęconej polskiej i czeskiej poezji współczesnej (Opawa, 10 -11 XI 2004).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas