poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [DL 2004, nr 5-6 (207-208)]


■ Amerykanin potrafi nasikać na tłumnie odwiedzany przez wycieczki szkolne środek Europy, zlokalizowany gdzieś w litewskich (sic!) lasach (widziałem na własne oczy). Wielu z obecnych ta demonstracja nie oburzyła, jakoś wszystkich śmieszył idiotyczny obelisk. Nikt oprócz Amerykanina jednak nie nasikał. To zdarzenie przypomniało mi się, gdy przeczytałem opowiadanie „Ameryka!” Katarzyny Jakubiak, zamieszczone w drugim numerze kwartalnika „FA-art” z ubiegłego roku. Opisuje ona polski fragment europejskiej podróży młodego amerykańskiego poety. I perypetie związane z tym, jak Amerykanie są postrzegani i jak wydaje im się, że są postrzegani. Jest tu ironia i naigrawanie się ze sposobu amerykańskiego myślenia o nastrojach antyamerykańskich. Jest też pokazane polskie zafascynowanie Stanami -jak z szopki noworocznej. Oto fragment ostrzeżenia Departamentu Stanu, które dotarło do poety przebywającego w niezbyt sympatycznym hoteliku w Krakowie: „W związku ze wzrostem nastrojów antyamerykańskich (...) ostrzega się wszystkich obywateli USA podróżujących zagranicą, by nie zachowywali się jak Amerykanie. Niniejszym zaleca się: - unikanie noszenia białych skarpetek i tenisówek, - powstrzymanie się od narzekań w hotelach i restauracjach, - niestraszenie sądem z powodu złej jakości obrazu telewizyjnego lub złej pogody, -naukę podstawowych zwrotów w języku odwiedzanego kraju (należy zwrócić szczególną uwagę na dopasowanie właściwego języka do właściwego kraju)”. Dziennikarze „New York Timesa” zauważyli, że to ostrzeżenie jest sprzeczne z komunikatem sprzed tygodnia ostrzegającym przed „zachowaniami nieamerykańskimi”. Rzecznik Białego Domu rozwiał wątpliwości obywateli: w Ameryce wszyscy muszą zachowywać się jak Amerykanie (zwłaszcza ci, którzy nimi nie są), za granicą - przeciwnie, chyba że ktoś Amerykaninem nie jest, w takim przypadku Biały Dom zaleca zachowanie amerykańskie. Kto chce wiedzieć, jak zabawnie maskował swoją amerykańskość poeta, musi sięgnąć do „FA-artu”. Wzruszony wrócił wreszcie do swojej narodowości, gdy w podejrzanej knajpce, w której gromadzą się młodzi polscy literaci, dowiedział się, że wykrzyczane określenie „Ameryka!” nie oznacza jego demaskacji, a znaczy „świetnie”, „cool”. „A teraz widzi, że przecież Polska to sojusznik, najwierniejszy towarzysz i rozumie całkowicie polską radość śpiewania w obskurnych wnętrzach (...), bo potrafią wynieść się nad tę mizerną powłokę i zobaczyć we wszystkim prawdziwe amerykańskie piękno”. Gdyby Jakubiak chciała na podstawie swojego opowiadania napisać scenariusz filmowy, musiałaby zakończyć go mniej więcej tak: najazd kamery na łopoczącą amerykańską flagę zatkniętą w gnieździe bociana. Ameryka!

Któryś raz już czytam wiersz „Sytuacja na drodze” Kacpra Bartczaka („FA-art” 2004, nr 2) i wracają do mnie uparcie materiały wybuchowe jako tworzywo języka. Nie ma nic w tym wierszu o materiałach wybuchowych, ale „Gdyby ktoś pytał mnie o zdanie / niech będzie złożone / z materiałów wymownych jak tych parę lat / które odebrały nam kilka starych powiedzonek”. Zdania mogą być z materiałów wymownych, mogą- z wybuchowych. Lata lepiej odmierzać zmieniającą się (rozsadzaną jak przez materiały wybuchowe) mową niż czasem. Łatwiej czuć jego upływ, gdy stare powiedzonka wyblakły, nie nadają się do ilustrowania sytuacji, o których kiedyś mówiły najtrafniej, gdy stare powiedzonka odeszły z ludźmi, których już prawie nie pamiętamy. Zdania z powiedzonek zostały rozsadzone i choć zabrzmieć mogą, to bez dawnej, wyburzonej przez czas konstrukcji semantycznej. Zostawmy ten wiersz po pierwszej strofie, następne zdania się nie kleją, rozsadzone są za bardzo.

Szukałem dobrego wiersza w pełnym wierszy numerze dwumiesięcznika „Pogranicza” (2004, nr 4) i znalazłem beznadziejny. Tym bardziej beznadziejny, że od pierwszego zdania mógłby się zacząć całkiem inny, dobry wiersz. „Znaczek” Zygmunta Gorazdowskiego zaczyna się nieźle i dobry początek zaprzepaszcza po jednym zdaniu: „Postawiłeś krzyżyk na drogę / przy drodze”. (Właśnie, symboliczne krzyżyki na drogę zyskały ponurąegzemplifikację w nowym zwyczaju stawiania w rowach krzyży wszędzie tam, gdzie zginął ktoś w wypadku drogowym.) I na tym jednym dobrym zdaniu koniec-powinna chyba powstać biblioteka dobrych, acz źle wykorzystanych zdań w wierszach, może młodzi mogliby korzystać z niej za niewielką opłatą, skoro cytują wciąż, niech będą to przynajmniej dobre zdania. Do biblioteki złych zdań możemy wysłać wszystkie następne z wiersza Znaczek. Na przykład: „Obok przemoczone drzewa nucą/wtórnymi kroplami: / Nad błyskiem moim nie płacz, zawyj czasem nad swoim.” Wystarczy.

Dobry wiersz znalazłem w grudniowej „Twórczości” (2004, nr 12). „Liryk ostateczny” Adama Ochwanowskiego składa się z zaklęć lub, jak kto woli, przekleństw. Przez pięć powtarzanych formuł ma stać się rozstanie, przekleństwem szuka się tu odwrotności miłosnego zaklęcia wypowiadanego przy podawaniu lubczyku. Rozstanie ma być ostateczne jak rozszarpanie przez sforę psów: „Bodaj to z ciebie / rozpuszczono strofę / ptaków drapieżnych / opętanych kluczem / do krajów ciepłych / lodowato bliskich”. Rozstanie ma być ostateczne jak śmierć Marsjasza: „Bodaj to z ciebie / obdzierano skórę / znaczoną piętnem / lipowej kołyski / gdy do Emaus / dalej niż do Boga”. Rozstanie ma być jak ostateczne zbłądzenie bez szansy na nitkę wskazującą drogę: „Bodaj to z ciebie / wypłukano runo / najbliższą ciału / podarto koszulę / i drogowskazy / zburzono przy drodze”. Rozstanie ma być ostateczne jak zastygnięcie w słupie soli: „Bodaj to z ciebie / żupy soli kuto / chowanej w beczkach / dla snów nie dla strawy / gdy szatan świeczkę pali / dla zabawy”. Rozstanie ma być tak ostateczne jak za ciasne mieszkanie, w którym nie sposób się już mijać: „Bodaj to z ciebie / kiedy ściągniesz buty / myśl uleciała cało / na pokoje / choć wspólny pokój / za ciasny / na dwoje.” Rozstanie wreszcie ma być ostateczne, bo przywalone archetypami, nieodwołalnie przygniecione kodami kultury.

W nowy rok wchodzimy pesymistycznie, ze starą biedą, bez fajerwerków, z „Kantyczką noworoczną” Adama Ochwanowskiego (ten sam numer „Twórczości”). „A u mnie nic nowego / krowy wchodzą w szkodę / dla koni wciąż brakuje / obroku i siana / jak dawnej liczę ziarna / w codziennym sąsieku / noc - duszna od wyroków / wyrzekła się rana”. Smutne i gorzkie to rymowanie kantyczkowe, bez złudzeń, że zmieni się coś, że prawda wdzieje gronostaje kłamstwa, a kłamstwo będzie musiało przyodziać łachmany, w których chodzi prawda. Wino wypite, wiara zdławiona i rozmowa z Bogiem się nie klei.

Opinia publiczna, oglądalność, większość, wyniki sondażu to fetysze, których wszyscy się boją i za pomocą których uśmierca się wszelki namysł i samodzielne myślenie. Podobno mydlane opery emituje się dlatego, że większość widzów tego chce. Jeśli nie większość, to przynajmniej gospodynie domowe, którym wmawia się, że tego chcą. (Pisanie tego typu lepiej wychodzi krytyce feministycznej.) Proponuję prosty eksperyment: niech spece od metod telemetrycznych spowodują zamianę pór emisji czterysta któregoś odcinka czegoś tam z porą emisji „Spalonych słońcem”, których, z przekonaniem o własnej misji, telewizja publiczna wyemitowała około dwudziestej trzeciej. Wyszłoby, że w czasie zarezerwowanym dla gospodyń więcej widzów miał film Michałkowa niż soap opera w czasie zarezerwowanym dla Michałkowa. Naciągane? Tak, jak wszystkie badania opinii, oglądalności i podobnych bzdur. „Ekonomika badań opinii społecznej jest niezwykle prosta. Ośrodek, firma badań społecznych, wyborczych (...) zawsze zarabia, zleceniodawcy płacą i wymagają korzystnych dla siebie rezultatów badań (...). Proste i szybkie sondaże dobrze się sprzedają. (...) Zamawiający sondaż na dany temat nie oczekuje obiektywnych badań, ale danych, które można wykorzystać w grze politycznej” - pisze Michał Mońko w artykule „Alicja w krainie sondaży” („Odra” 2004, nr 12). Mońko ostro i nie bez racji oskarża media o manipulowanie opinią publiczną. Przykład: zanim zrobi się sondaż, emitowane są programy na żywo dotyczące kontrowersyjnego tematu z góry zadaną tezą. Potem opinie tak zwanych ekspertów i zwykłych ludzi są powtarzane do znudzenia przez wiadomości telewizyjne. Jak już wszyscy wiedzą, co sądzić np. o pieniądzach wywiezionych za granicę, można zrobić sondaż na jakiejś „reprezentatywnej” próbie. Wyniki sondażu od razu zostaną wykorzystane przez odpowiednią siłę polityczną. „Sondaże monitorują stan zbiorowego umysłu, podpowiadają mediom, co jest do poprawienia, na co zwrócić uwagę, gdzie dolać oliwy, pod którym kotłem zapalić. Nie ma indywidualnego człowieka z jego indywidualną twarzą.” Autor artykułu idzie jeszcze dalej.

Twierdzi, że media nie dopuszczają opinii, które nie zgadzają się z ich poglądem na daną sprawę, że istnieje wręcz zmowa na rynku mediów. Oświecenie nie sprzyja mediom, które chcą mieć monopol na rację, nie sprzyja politykom, którzy wolą łatwo sterowalną chwiejność. Ludziom nie daje się wiedzy o funkcjonowaniu mechanizmów państwa, zadaje się proste pytania typu: czy należy odebrać bogatym (np. podwyższając podatki) i dać biednym? Wyniki takiego sondażu łatwo wymyślić zza biurka, nie trzeba zatrudniać ankieterów. Wystarczy odwołać się do opinii potocznej, która nie musi być tożsama z opinią publiczną a opiera się na nieprzemyślanym powtarzaniu chwytliwych prawd. Czy chce pani używać proszku xyz, który zostawia niewyprane plamy? Obok wyniku sondażu trzeba koniecznie wyemitować reklamę proszku zyx, który zabija te plamy na śmierć. „Przywództwo w sferze polityki i zarządzania państwem rozumiane jest jako zdolność kreowania i rozpoznawania opinii potocznej, prezentowanej jako opinia publiczna. Mobilizowanie większości wokół partii, polityków, gazet, wydawców i wobec głoszonych przez te instytucje haseł stało się źródłem wypaczeń i umysłowego zamętu. To interesy gazet albo partii decydują o przepływach opinii, o tempie i kierunku tych przepływów, o irracjonalności i niestałości głosu społecznego, za którym ukrywają się interesy grup trzymających władzę.” - straszy nas Mońko. I choćby to była przesada, to warto się nad tą kwestią zastanowić.

Robert Kozela

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas