poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROMAN HENNEL
Starsi panowie dwaj
Dekada Literacka 2004, nr 5-6 (207-208)

Może w tytule tkwi odrobina przesady, bo obu kolegów redaktorów nie dzieliła wówczas, w latach 50. i 60., tak znaczna różnica wieku w stosunku do nas, początkujących adeptów. W każdym razie Władysław Leśniewski, bo o nim mowa, na pewno był starszy ode mnie o dobrych dziesięć lat. Natomiast Kazimierz Olszański urodził się o kilka tylko lat wcześniej ode mnie. Ponieważ jednak usposobienie miał poważne, robił wrażenie dojrzalszego. Zapewne nim był, o czym wkrótce.

Obaj przez dłuższy czas siedzieli w jednym pokoju vis a vis. Od biedy mogli stanowić replikę Przybory i Wasowskiego. Leśniewski, o dużych zdolnościach literackich, mógłby był uchodzić za poetę, Olszański, ze względu na zdolności muzyczne i udział w chórze, pretendowałby do kreacji Wasowskiego. Proszę darować nieco przesady...

- Och, za dużo powiedziałem - to było ulubione powiedzonko Władka Leśniewskiego, czemu towarzyszyło kokieteryjne spuszczenie powiek i mina niewiniątka, po wygłoszeniu jakiegoś płciowego świństewka lub kalamburu nazwiskowego. Snuł się zwykle cicho i z postojami po pokojach, jakby przylepiony do ściany. Wtajemniczeni twierdzili, że to skutek przeżyć więziennych w PRL-u, którym został - moim zdaniem - poddany niewinnie. Podobno w owym czasie i sytuacji ten typowy pięknoduch był sekowany za nieumiejętność przystosowania się do więziennego drylu (nie dziwię się). Być może pozostawiło to ślady w zachowaniu Władka.

Ten typowy klerk był niezwykle oczytany i oblatany w literaturze i filozofii, zwłaszcza awangardowej, głównie francuskiej. Znał doskonale wszystkie Saganki, Sartry, Simony de Beauvoire, Camusy, Aragony, z wyraźnym przechyłem gustu w stronę surrealizmu i teatru absurdu, z Bretonem i Butorem na czele. Miał podszytą dreszczem podskórnej emocji i perwersji słabość do teatru absurdu Becketta, Ionesco i Geneta. Często rzucał półsłówka z tonowanym entuzjazmem dla egzystencjalizmu Sartre'a i strukturalizmu Levi Straussa. Równie swobodnie czuł się w zwariowanych rewirach sztuki superawangardowej, zwłaszcza malarstwa, dla którego żywił wielką sympatię, może trochę snobistyczną. Znając moje ówczesne gorliwe zainteresowania malarstwem współczesnym (w końcu warsztat trzeba na czymś opierać), zręcznie podbijał mi bębenka. Już nie mówię o zachodnich klasykach nowoczesności, jak Matisse, Picasso czy Chagall, ale pstrykał i brzęczał urywanymi aluzjami pełnymi zachwytu dla absolutnych, awangardowych abstrakcjonistów: Hartunga, Arpa, Mondriana i Malewicza. Czasem kokieteryjnie i z lekka prowokacyjnie czynił aluzje do pierwotnych nazwisk artystów; Chagall to po prostu rosyjsko-żydowski Chagał, a Louis Marcoussis - Abraham czy też Izaak Markus z naszych kresów wschodnich. Biedny Kazio Olszański dawał się czasami nabierać na te gierki i puszczał do Władka à propos wiązki nieprzyjemnych opinii o niektórych przedstawicielach narodu wybranego.

A wracając do malarstwa, to dzięki tym sprytnym, maskującym entuzjazm półsłówkom Władka - niejeden ciężko zarobiony grosz na autorskich już pracach zleconych topiłem w cudnych artystycznych albumach, które po Październiku zaczęły kusząco napływać z Zachodu. I nie żałuję tego...

Obcując duchem z wykwitami artyzmu, Leśniewski nabył nonszalanckiego stylu zachowania. Snuł się po pokojach w stanie roztargnienia i oczywistej niedbałości stroju. Nie żeby chodził ubrany na luzie we wdzianka i sweterki. Przeciwnie - zawsze „pod krawatem”, tyle że zwisającym tragicznie krzywo i w przekręconej, źle zapiętej marynarce, tudzież nie zawsze w dopiętych spodniach... Z tego tytułu z „Żukiem” Pociechą nazywaliśmy biedaka bezlitośnie „Niedopiętym”. Tenże Żuk popełnił świetną karykaturę Władka ze skarpetką zawiązaną przez roztargnienie pod szyją zamiast krawata. I ja w swoich sporadycznych parodiach słowno-mimicznych nie oszczędzałem Władka, wydobywając dobrotliwie wszystkie słabostki sympatycznego kolegi. Okazałem się w ten sposób zapewne niewdzięcznikiem, skoro Władek, napisawszy pierwszą autorską książeczkę „Ucieczka z Arkadii”, ofiarował mi egzemplarz z czułą dedykacją. Książeczka ujawniła jeszcze jedną domenę zainteresowań autora - film. Powstała jako zbiór felietonów-recenzji filmowych ogłaszanych w ciągu kilku lat w „Życiu Literackim”. Pisana stylem lapidarnym, aluzyjnym, unikającym sądów kategorycznych, pełnym domyślników, celebrowała dyskretnie uroki filmów sławnych ówcześnie reżyserów: Felliniego, Viscontiego, Antonioniego, Hitchcocka i Buñuela.

Władek, intelektualista i koneser sztuki, założył ze swą ujmująca żoną, panią Marią Leśniewską, małą platońską republikę artystów. On sam inicjował i redagował kompetentnie książki  o sztuce, zaś jego małżonka tłumaczyła intensywnie nowości (i nie tylko nowości) z literatury francuskiej i rosyjskiej i  dostarczała je do Wydawnictwa Literackiego.

I tak wynikła pewna reakcja łańcuchowa: Leśniewscy przyjaźnili się z Andrzejem Banachem i jego żoną Ellą. W zrozumiałym odruchu przyjaźni i uznania dla talentu przyjaciela zaprotego-wali Andrzeja jako autora w Wydawnictwie Literackim. Z ogromną korzyścią dla literatury, sztuki i samego Wydawnictwa. Z kolei Banach wyciągnął z powtórnego zapomnienia samorodnego krynickiego malarza akwarelistę - Nikifora.

Naprawdę dopiero po Banacha małej formatowo książeczce z kolorowymi ilustracjami „Nikifor, mistrz z Krynicy” rozpoczęła się kariera na pozór niedorozwiniętego artysty. Pamiętam odwiedziny Nikifora jeszcze w baraku przy al. Focha. Ściągnął go do Wydawnictwa właśnie Banach wraz z Władkiem Leśniewskim. U wielbicieli nowoczesności ludowy i trochę kubizujący prymitywista budził dreszcz niezwykłości. Nikifor, na co dzień z trudem wysławiający się, otoczony w redakcji uczonymi „panami” z miasta, z tremy bełkotał biedak zupełnie niezrozumiale.

Faktem jest, że wkrótce łamy „Przekroju” wypełniły się reprodukcjami krynickiego malarza, on sam zaś zaczął obrastać w sławę i trochę w pieniądze, w jaki taki dobrobyt. Ułatwiono mu podróże do „demoludów” itd. Stał się z wolna światową sławą, nic o tym nie wiedząc.

Andrzej Banach rozpoczął zaś zwycięski pochód w Wydawnictwie. Małym, kieszonkowym formatem książeczki o Nikiforze zainicjował swą „Serię Banachowską” w naszej oficynie. W ciągu ponad trzydziestu lat, począwszy od pierwszej pozycji z r. 1957, napisał i wydał ponad dwadzieścia książek, głównie u nas, ale bynajmniej nie wyłącznie, i nie tylko w formacie kieszonkowym. Gościły go m.in. Polskie Wydawnictwo Muzyczne i Państwowy Instytut Wydawniczy.

Już sama aparycja Andrzeja Banacha, naznaczona intensywną bladością twarzy, okularami i pochyleniem sylwetki, sytuowała go w rzędzie klerków zanurzonych po uszy w bibliotecznych czytelniach i muzealnych zakamarkach. Domena jego zainteresowań była właściwie nie do odgadnięcia, choć wszystko oscylowało wokół sztuki. Z każdą nową pozycją, rozrywaną przez czytelników, odsłaniały się kolejne, nie tknięte dotąd przez innych rewiry zagadnień z tzw. pogranicza. A to historia pisma i grafiki, a to nieudolne obrazy  (  O kiczu), a to sztuka fantazji ( „O snach i nowej sztuce”), a to blaski urodziwych pań („Historia pięknej kobiety”), to znów atrybuty codzienności bliskie sztuce („Podróże po szufladzie”), potem impresje z podróży na Sycylię i do Japonii, by nawrócić do ulubionych spraw mody (album „O modzie XIX wieku”). Do tego książka o polskich pieśniach („Lekcja z nut”), o teatrze klasycznym („Wybór maski”). I jeszcze powracający, preferowany przez artystów nowoczesnych nurt malarstwa prymitywnego; ponowne, rozszerzone, bogato ilustrowane wydanie książki o Nikiforze oraz o innym malarzu samorodnym - Ociepce.

Na marginesie tekstów Banacha trzeba podkreślić także jego znakomitą umiejętność dobierania niezliczonych a celnych ilustracji do swych książek. I tym orężem również podbijał czytelników.

Wraz z „Serią Banachowską” utrwaliło się przekonanie o stylu Banachowskim. Pisał metodą krótkich, lapidarnych zdań, naładowanych wieloma aluzjami do historii sztuki, wytworów dekoracyjnych, to znów czyniąc aluzje światopoglądowe, naznaczone biegłą znajomością filozofii i psychologii. W „wuelowskiej” książeczce „O szczęściu”, sprawiającej na pozór wrażenie nowej, miłej, nie obowiązującej gawędy, Banach ujawnił się jako wytrawny polemista z filozoficznymi poglądami nie byle kogo, bo profesora Władysława Tatarkiewicza. Odsłonił nam swoje kwalifikacje jako niegdysiejszego asystenta profesora Romana Ingardena na Wydziale Filozoficznym UJ...

I proszę mi powiedzieć, jak wyglądają na tym tle kwalifikacje naszych encyklopedystów, autorów słowników pisarzy polskich, skoro nie raczyli w żadnej edycji słownika ani w żadnym z wydań Encyklopedii PWN-u (łącznie z najnowszą 30-tomową) zauważyć osoby naszego pisarza. Mili Państwo, nie znajdziecie nigdzie hasła „Andrzej Banach”! Zaginął w niebycie...

Powróćmy do wydawniczych „Starszych panów dwu”. Drugim z nich był Kazimierz Olszański, z wykształcenia historyk. Niby podobny z wysokiego wzrostu do kolegi z naprzeciwka, Leśniewskiego, i z racji bladości cery, tyle że posiadał rysy bardziej zaostrzone, podczas gdy Władka cechowała ogólna miękkość, lekkie zaokrąglenie twarzy. Kazio nie był wielomówny ani zbyt towarzyski. Wysławiał się z namysłem, wznosząc oczy ku górze, kończąc zdanie obniżeniem kadencji i przeciąganiem ostatniego słowa - jakby dla nadania wagi wypowiedzi. Naturalnie i jego brałem na warsztat improwizacji parodystycznych, imitując nosowy głos obżałowanego i częste chrząkanie.

Zwrócony ku swemu wnętrzu, otwierał się z rzadka, raczej w towarzystwie pań w Wydawnictwie, jeśli mu się z lekka podobały. Wobec niektórych mężczyzn był zasadniczy, a w obronie swojej koncepcji książki - nieustępliwy. Ze mną był w pewnej umiarkowanej konfidencji i przyjaźni. Natomiast wadził się okropnie z majorem Gintlem, co dziwiło nas niemało, ponieważ kolega Gintel był człowiekiem sympatycznym, dowcipnym i otwartym. Raz jeden, raz drugi biegał do dyrektora Skórnickiego ze skargą na zakres kompetencji i podległości wobec drugiego. Kiedy później zamianowano Olszańskiego kierownikiem sekcji Redakcji Historycznej, Gintel wyprosił sobie w dyrekcji służbowe kontakty ze zwierzchnikiem. Niemało nas to martwiło.

Kazio był tajemniczy i do przesady dyskretny. Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się od niego samego o jego starym i zacnym rodzie: pochodził z linii Zofii Holszańskiej, czwartej żony króla Władysława Jagiełły. Wiedzieliśmy, że przebył obóz w Oświęcimiu, dokąd dostał się za działalność akowską, schwytany przez Niemców bodaj w kościele w rodzinnym Tarnowie. Dopiero później dowiedzieliśmy się ze wspomnień ogłoszonych w prasie istnych rewelacji. Po „zwiedzeniu” obozów w Oświęcimiu i Mauthausen, przeniesiono go do grozę budzącego kacetu w Gusen. Tam, przez półtora roku montując niemieckie samoloty bojowe Messerschmitt, podjął niemal samotnie wspaniałą akcję sabotażową, uszkadzając do wyzwolenia w kwietniu 1945 r. sprawność strzelniczą w około 300 maszynach.

Już później, po wyjściu z Wydawnictwa, został uhonorowany przez przedwojennych generałów odznaczeniami za zasługi wojenne.

Na razie Kazio redagował w Wydawnictwie przerozmaite pozycje historyczne, przeważnie wartościowe, przetykane z rzadka zgniłymi jabłkami politycznych bubli. Spod jego opieki wyszły m.in. wiecznotrwałe pozycje Bieniarzówny „Z dawnego Krakowa” (1957), Barycza „Alma Mater Jagiellonka” (1958), „Wypisy biograficzne Matejki” (1966), „Kraków w powstaniu styczniowym”, a zwłaszcza pamiętniki pułkownika Grzędzińskiego „Chochołowe lata” (1964). Z tą ostatnią pozycją przeżywał okropne perypetie i walki z cenzurą warszawską - upadki i triumfy. Wyobrażam sobie Kazia, patriotę i akowca, jak go skręcało wewnętrznie, kiedy kazano mu redagować zbiorowe „Szkice z dziejów ruchu komunistycznego” (1958), złośliwe przekręty lewicowe o średniowieczu Putka, czy „arcydzieło” towarzyszki Najdus „Lenin i Krupska w krakowskim Związku Pomocy dla Więźniów Politycznych” (1965).

Mając prawdopodobnie dość Leninów, Krupskiej i Putków, a także nie przepadając za kontaktami z dyrektorem Skórnickim, opuścił w r. 1968 nasze Wydawnictwo i przeniósł się na samodzielne stanowisko redakcyjne i naukowe do PAN-u na ul. Sławkowską. Tamże uzyskał wkrótce doktorat.

Nim to wszakże nastąpiło, w Olszańskim zrodziła się, bardzo później płodna i wszechogarniająca go do końca życia, idea uczczenia całego rodu słynnych Kossaków - malarzy i pań, znakomitych pisarek, za pomocą książek-albumów i na drodze działalności popularyzatorskiej.

Nie wiedzieliśmy wówczas za bardzo w Wydawnictwie, jakiego potentata woli i talentów pisarskich hodujemy... Pilnie studiując dzieła Kossaków malarzy i ich życie, stał się z wolna historykiem sztuki i biografistą. Popularyzować Kossaków w czasach komunistycznych nie było łatwo. Działała wówczas przeciw tematyce ich obrazów podwójna fronda - polityczna i krytyki malarskiej. Władze bały się scen patriotycznych sławiących oręż polski, zwłaszcza wiktorii w wojnie z bolszewikami. Nałożyły zwyczajnie cenzurę na twórczość Wojciecha i Jerzego Kossaków. Równocześnie krytyka sztuki - w dobie hegemonii awangardy i czystej formy - miała za złe Kossakom ich „niemodną” tematykę batalistyczną oraz tradycyjny, z polskiego impresjonizmu wywodzący się warsztat malarski.

Było coś groteskowego, ale i chwalebnego, w zgodnym pożyciu dwu kolegów - Leśniewskiego i Olszańskiego o dwu biegunach gustów artystycznych- jednego czciciela abstrakcji i nowinek awangardowych, drugiego - zdecydowanego tradycjonalisty malarskiego. Mogło przecież dojść do pojedynku na obrazy. Leśniewski z reprodukcją w ręku ogromnego płótna w kolorowe chlapki-ciapki Jacksona Pollocka (no właśnie, chyba Polaka z pochodzenia) i Olszański z reprodukcją ogromnej „Bitwy nad Berezyną” Wojciecha Kossaka w charakterze szabli. Ale nie doszło do żadnego pojedynku.

Pamiętam cierpkie słowa rzucone przez Skórnickiego mimochodem, kiedy Kazio zaproponował mu wydanie swej pierwszej Kossakowskiej książki: ilustrowanych Wspomnień Wojciecha Kossaka.

- Ależ ten Olszański ma dziwne gusty malarskie...

W końcu, już długo po opuszczeniu Wydawnictwa, wydał wreszcie u nas w roku 1985 dwutomowe „Listy do żony i przyjaciół” Wojciecha Kossaka z własnym komentarzem.

Bogiem a prawdą nie posądzaliśmy cichego i skromnego Kazia o taki potężny ładunek uporu, woli walki i ogromnej pracy wykazanych w ciągu dwudziestu lat zajmowania się dorobkiem malarsko-pisarskim rodziny Kossaków. Pomiędzy rokiem 1971 a 1998 skomentował i wydał w pojedynkę w rozmaitych wydawnictwach po kolei: cytowane „Wspomnienia”, albumy malarzy Juliusza, Wojciecha i Jerzego Kossaków, i to niektóre kilkakrotnie, „Listy” Marii z Kossaków Jasnorzewskiej i w końcu ukoronowanie wysiłków - autorską w pełni książkę „Niepospolity ród Kossaków”. Na karcie mojego egzemplarza tej książki widnieje miła dedykacja: „Przyjacielowi z lat... wielu -podpisał Kazimierz Olszański”.

Piszę o działalności „powydawniczej” w WL-u Kazimierza Olszańskiego w przekonaniu, że należał do nielicznych osób, które wyszedłszy z gniazda naszej oficyny, wybiły się później zdecydowanie. Uzyskał dwukrotnie prestiżową Nagrodę Miasta Krakowa, został wielokrotnie uhonorowany krakowskimi odznaczeniami, współinicjował wielką wystawę malarską Kossaków w Muzeum Narodowym, współinicjował udostępnienie we Wrocławiu „Panoramy Racławickiej”, wreszcie brylował na salonach Kossakówki, którą pragnął daremnie odrodzić z pomocą potomków rodziny artystów. Wreszcie w wystąpieniach telewizyjnych propagował swój ukochany temat.

Bezdyskusyjnie udało mu się ocalić pamięć rzadkiego w Polsce rodu dziedzicznych talentów malarzy i pisarek -Magdaleny Samozwaniec, Lilki Jasnorzewskiej i Zofii Kossak-Szczuckiej. I jeszcze dwa liście do symbolicznego wieńca Kazimierzowej chwały. Pierwszy - to czasochłonna, beznadziejnie uparta, wysysająca kieszeń i czas umiejętność poszukiwania, pozyskiwania cudem, łaszenia się u możnych tysięcy nieocenionych reprodukcji-ilustracji do swych książek. A drugi - to bezinteresowny, często zgubny finansowo pęd do sfinalizowania za wszelką cenę książki własnym nakładem i choćby z własną stratą. No, przyznacie Państwo, nieczęsto zdarza się taki „romantyzm edytorski”.

Roman Hennel

Fragment wspomnień pt. „Podniosłe i pocieszne dzieje Wydawnictwa Literackiego”

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas