poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAREK S. HUBERATH
Miasta pod Skałą (fragment)
Dekada Literacka 2004, nr 5-6 (207-208)

28.

W miarę jak Adams pokonywał kolejne setki metrów i kilometry wzdłuż ścian swojej celi, propozycja wzięcia udziału w eksperymencie wydawała się coraz mniej zachęcająca. W mieście, gdzie pierworodnych przeznacza się na ścienne wyrocznie, a w nowo oddanych mostach zamurowuje dziewczyny, uczestnictwo w eksperymencie naukowym stwarza oczywistą groźbę. Anonimowy przybysz jawi się idealnym kandydatem na królika doświadczalnego: brak rodziny, niewielu znajomych...

Okrążenia pojedynczej celi były coraz szybsze. Kto się za nim ujmie? Ibn Khaldouni, który nawet nie zauważył, że Adamsa aresztowali? Przerażona niepewną przyszłością Karen? Czy może Liliane wyląduje na parapecie Uombocco i upomni się o swojego kochanka? Sytuacja wyglądała beznadziejnie.

Wkrótce dwaj niscy, szerocy funkcjonariusze poprowadzili go na kolejne przesłuchanie, a właściwie szkolenie przed eksperymentem. Tym razem przodownik Ciaken asystował Uombocco.

- Nie zgodzę się, jeśli ten eksperyment jest niebezpieczny - powiedział Adams, ledwie go posadzono.

Zdziwiony Uombocco spojrzał na Ciakena.

- Podpisaliście zgodę, Adams - powiedział przodownik.

- Zmieniłem zdanie. Odmawiam udziału, jeśli grozi utratą życia.

- Wasze życie już od dawna przestało należeć do was - wycedził Ciaken. Oczywiście! To jest wyjaśnienie dziwacznego położenia. O ileż to gorsze niż sen. Adams nie żyje. Jest po drugiej stronie. Może zmarł z głodu w podziemiach watykańskich; może zginął w wypadku, zanim jeszcze do nich dotarł. Poczuł gorycz i smutek: taka jest ta druga strona...? Powieki przykro zaswędziały.

- Popełniliście szereg przestępstw finansowych. Od wielu banków wyłudziliście pieniądze, niekiedy w znacznej kwocie.

Adams spojrzał nieprzytomnie na Ciakena.

- Ach, to...? - Żachnął się. Ledwie pamiętał epizod, kiedy po utracie Liliane, pomimo zablokowania konta, w niektórych bankach wypłacano mu drobne kwoty.

- Tak, tak. Właśnie to. Potwierdzonych machinacji wystarczy, aby was przeznaczyć na wkład osobowy do kolejnej inwestycji oddawanej dla mieszkańców naszego miasta. Za parę dni na przedmieściach otwieramy most nad jedną z bocznych odnóg Typhure. Nie wymaga wkładu osobowego, ale wzniesie się stosowną celę. - Spojrzał badawczo na Adamsa. - Natomiast udział w naszym eksperymencie uwolni was od kary.

Adams nie odezwał się słowem.

Musiał podpisać zgodę na filmowanie całego eksperymentu. Zamierzano go przeprowadzić w zamkniętym pomieszczeniu, w pokoju, rozkładu którego Adams miał nauczyć się na pamięć. Poznać wszystkie wyjścia, dźwignie uruchamiające kamery. Jak ustawiać się, by nie znikać z pola widzenia obiektywu. Na czym wolno stawać, których miejsc unikać, bo dotknięcie grozi wyładowaniami elektrycznymi. Przypominało to kluczenie po gęstym polu minowym, na którym w sporych miejscach od siebie były miejsca wolne od zapalników.

Adams poddawał się wymogom procedury z pokorą nabytą w czasie własnej pracy badawczej. Ciaken, będący teraz oficerem prowadzącym Adamsa, nie szczędził wyjaśnień. Poświęcał godziny na testy, na wielokrotne odpytywanie. Wreszcie gdy uznał, że Adams został należycie przygotowany, a poruszanie się po pokoju nie grozi jego śmiercią ani kalectwem, dostali zgodę Człekousta i przystąpiono do eksperymentu.

Adams otworzył drzwi i wszedł, nadal nie wierząc własnym oczom. Znalazł się w ogrodzie, ale niezwyczajnym. Ciekły w nim liczne strumienie. Jednak nie tworzyły błota, klucząc pośród równej, choć niestrzyżonej murawy, lecz ich dno zaścielał biały piasek lub drobne kamyki przypominające perły. Rosły tu przeróżne kwiaty, ale jakby zakomponowane: te wyżej, te pośrodku, te na samym dole. Roślinność formowała zielony dach nad głową, choć niewyraźnie zarysowany, bo wszystko ginęło w przyjemnej mgle. Było ciepło, lecz nie duszno jak w szklarniach. Adams podziwiał kompozycję kolorów kwiecia. To nie mogło być przypadkowe.

Nagle kwiaty zaczęły śpiewać. Wysokimi trelami, niemal umykającymi możliwościom ucha. Adams uważnie przyjrzał się kielichowi jednego z nich. Łatwo zrozumieć, dlaczego kwiat potrafił śpiewać: zmienione płatki formowały kanał dźwiękowy i zgrabną komorę rezonansową. Z pewnością ogrzane powietrze, unosząc się tędy, wydawało takie dźwięki.

„To jasne. Coś takiego musiało powstać w wyniku ewolucji...”, pomyślał. „One tak wabią ptaki, które je zapylają. Dziwne, że wcześniej nie słyszałem o kwiatach mających takie możliwości”.

Jednak śpiew kwiatów przestał przypominać zbiorowisko pięknych, choć przypadkowych dźwięków. Dźwięki następowały seriami, stały się uporządkowane. Jakby kwietna orkiestra nastroiła instrumenty. Adams wkrótce zagustował w tej harmonii.

„Harfa, pociągnięcia dłoni harfistki”, pomyślał. „Niby muzyka płynącej wody. Jasne, jak to powstało w ewolucji: tak reagują na intruza. Akurat teraz na mnie”.

Podrapał się w potylicę.

„Moja obecność sprowokowała wydzielanie substancji, które od kwiatka do kwiatka przenoszą sygnał o wyzwoleniu dźwięku. Wszystko to rezultat ewolucji”.

Gdy znalazł uzasadnienie dla tej niezwykłości, spokojnie podziwiał śpiew kwiatów. U niektórych była to tylko melodia, u innych przypominał pieśń wykonywaną w nieznanym języku przez chór.

„Te wabią papugi...”, wyjaśnił sobie.

Zamyślony i zdumiony tym, co zobaczył, cofnął się i zamknął drzwi za sobą.

- No co, co jest...? - Przodownik Ciaken podniósł zmęczone oczy znad pulpitu sterowniczego.

W odróżnieniu od Ogrodu, w pokoju laboratoryjnym panował zaduch powietrza, które przeszło już przez dziesiątki gardeł.

- Nie, nic. Tam jest pięknie.

- Wracacie tam?

- Oczywiście, Ciaken.

Znów był w pokoju. Nie mógł oderwać wzroku od kwiatów. Niektóre z nich poruszały się łagodnie. Płatki innych jaśniały punkcikami światła.

„Te są zapylane przez nocne owady...”, domyślił się. „Przecież każda ćma nawiguje tak, że w końcu zawsze trafi w punktowe światło”. Rzeczywiście, punkciki przesuwały się od obrzeży ku środkowi kwiatu, u innych jarzyły się pręciki czy słupek. „Ależ odmiany tu zgromadzili... Chociaż takich sposobów wabienia przez kwiaty łatwo się było domyślić. To znakomita animacja, chociaż takie kwiaty po prostu mogą istnieć...”, myślał. „Ich kształt i działanie jest logiczne i celowe”.

Muzyka kwiatów przestała przypominać melodię harfy, stała się znacznie bardziej złożona. Kwiaty grały tęskną melodię.

„Ta pieśń pasuje do ogrodu, do chwili zamyślenia. To musi być wynik ewolucji nakierowanej na człowieka. Widzę rośliny z przyszłości, czy co...?”, zawahał się.

W ogrodzie zaczął padać deszcz, dziwny w swoim pięknie. Zwilżał tylko wyciągnięte dłonie, lecz nie ciekł na głowę jak zwykły deszcz. I to obojętnie, gdzie się stało. Adams sprawdził to, przechodząc w różne miejsca pokoju. Stąpał wyłącznie na punkty wytyczone przez Ciakena i innych ekspertów. Iluzja była znakomita, kwiaty fascynowały pięknem, przelatywały kolorowe papugi, kolibry, rajskie i inne ptaki, lub motyle o skrzydłach jak płatki kwiatów. Niektóre papugi i motyle zmieniały kolor skrzydeł w trakcie lotu. „Eksponują różne fragmenty piór”, wyjaśnił sobie. „Motylom jeszcze łatwiej. Ich barwy, to przecież ledwie selektywnie odbijana część światła. Drobna zmiana struktury łusek na skrzydle i kolor inny. Zaraz zmyli atakującego drapieżnika”. I rzeczywiście, zauważył, że niektóre z motyli zmieniają nie tylko barwę, ale i deseń na skrzydłach: to pojawiały się tam tęczowe pasy, to pastelowe plamy, to pawie oka.

Nie było tu nieznośnych, gryzących gzów, utrapionych much czy kłujących łydki cierni.

„Jasny dowód iluzji całego zjawiska...”, pomyślał.

Adams stanął przy iluzorycznej ścianie. Deszcz nasilał się. Jego strużki tworzyły niteczki ciągnące się od murawy usianej kwiatami do góry, do zawsze, bo ich migoczące kolumny niknęły gdzieś we mgle.

„Mógłbym spędzić tu wakacje”, pomyślał. Powietrze pachniało. Deszcz zwilżał, gdy tylko Adams wyciągnął rękę ku srebrzystym nitkom. „Usiąść tu ze szkicownikiem i próbować odrobić chociaż detale”.

Z jednej ze strug deszczu utworzył się jakby stalagmit o znacznie szerszej podstawie. Nie mógł przecież powstawać z samej wody, więc musiały osadzać się na nim cząstki pyłu niesionego przez deszcz. Rzeczywiście, uchwycona ręką strużka dżdżu pozostawiała ciemniejsze drobinki.

Obok zaczął rosnąć drugi, bliźniaczo podobny obelisk. Adams podszedł i lekko dotknął ręką. Kość, czy co...?

Oba stalaktyty przypominały stojące na szkielecie stopy kości piszczelowe; cieknąca łagodnym łukiem strużka uformowała kości strzałkowe. Adams patrzył zdumiony, jak zmieniający się kierunek strugi osadził w pół minuty gałki przypominające rzepki kolanowe. Żelowata kleista substancja, pewnie naniesiony ił czy glinka, nie pozwalały im opaść na ziemię. Rysunek kości śródstopia stawał się coraz bardziej wyrazisty. Woda wypłukiwała niepotrzebne zbryłowacenia.

Ruchliwe jak żywe istoty, strużki deszczu mineralizowały się w dwóch rosnących szybko kościach udowych. Jeden z motyli spróbował usiąść na powstającej strukturze, ale struga zmyła go natychmiast, bezradnie machającego jednym skrzydłem, bo drugie już nie mogło odkleić się od wody. Adams delikatnie podsunął palec nieszczęsnemu lotnikowi. Motyl otrzepał się jak mokry psiak i wystartował z palca.

„Jakiś specjalnie przystosowany gatunek”, zauważył Adams. „Motyle inaczej suszą skrzydła”.

Miednica powinna być niemożliwa do uformowania przez ściekające strugi. Jednak najpierw wytworzyły się dwa skrzydła, gdy cieknąca z mniejszym impetem woda rozpryskiwała się w pióropusze na szczytach kości udowych; następnie oba rozrosły się na boki, a wreszcie połączyły w jedną całość, którą natychmiast zaczęły rzeźbić znów żywsze strugi wody. Nad nimi zgrabnie wzniósł się sinusoidalnie wygięty stalagmit, prototyp kręgosłupa.

Prędkość depozycji minerałów jest przecież znacznie mniejsza... Nawet jeśli zgodzić się, że przypadkowe zmiany kierunku cieków potrafią nadać osadowi kształt kości szkieletu ludzkiego. Ale tutaj czas płynął jakby szybciej. Chociaż motyle latały myląco leniwie, a wietrzyk ospale poruszał liśćmi. Adams zauważył winorośl oplatającą pień jakiegoś drzewa. Zerwał i skosztował granatowych gron. Były dojrzałe i słodkie. Nie potrafił powstrzymać się i zjadł całą kiść. Pestki chował do kieszeni. Nie wypadało pluć nimi w tym ogrodzie.

Strugi deszczu to osadzały, to rzeźbiły kolejne, przybywające fragmenty kośćca. Odkąd zrozumiał wzajemne współdziałanie modelowania i rzeźbienia, uważnie, ale chłodno obserwował działanie inteligentnego deszczu. Patrzył, jak tworzy się pas barkowy, jak szybko rosną stalaktyty ramion, przedramion i dłoni. Nie było sensu liczyć prawdopodobieństwa właśnie takiego działania strug wody, intuicja mówiła, że poprawność kształtu i bezbłędna symetria zdławią je do zera. „Chyba tę animację kręcono od tyłu... Rozpuszczając kości w jakimś kwasie...”

Wkrótce kompletny szkielet patrzył pustymi oczodołami. Był nieco niższy od Adamsa; kości spajała kleista substancja, już twardsza i sztywniejsza. Adams czekał na ciąg dalszy widowiska. Na razie powstała mineralna makieta szkieletu, możliwe, że wykonana z identycznego surowca jak oryginał. Nawet deszcz przestał padać, jakby nadchodził kolejny akt dramatu.

Tym razem zaczął prószyć śnieg. Okazałe, pierzaste płatki wolno, leniwie opadały, gromadząc się wyłącznie na szkielecie. Jednocześnie pociekł perlisty, czerwony deszcz - nie krew, bo ciecz była przejrzysta. Skosztował parę schwytanych kropli: smakowały jak wino. Białe płatki osadzały się w niektórych miejscach szkieletu, przesiąkały czerwonym deszczem. Formowały się z nich to bulwiaste kształty narządów wewnętrznych, to podłużne pasma mięśni, to napięte powierzchnie błon.

Adams, zachwycony spektaklem, zaczął bić brawo.

Rysowały się już wyraźnie: serce, żołądek, wątroba, a różowe pasma mięśni oplotły kończyny. Zauważył, że surowiec nie marnuje się, śnieg niesiony wietrzykiem osadza się wyłącznie na powstającej postaci, deszcz spada tylko na nią, a jego nadmiar zawsze zdąży wsiąknąć, zanim ścieknie na murawę. Schwycił w dłoń spory płatek, który nie był zimny, nie stopniał. Adams skosztować, płatek smakował jak ośrodka chleba.

Wzdrygnął się - przecież ingerował w niezrozumiały proces. A jeśli spowodował nieodwracalne szkody? Niepewnym ruchem przytknął resztkę płatka do postaci. Płatek spłynął z padającym deszczem. Proces następował etapami, chwilami zwalniał jakby po to, by Adams mógł dokładniej przyjrzeć się dziełu. Tak stało się, kiedy otrzewna objęła narządy wewnętrzne, gdy w pełni uformowała się muskulatura, a na Adamsa patrzyły pozbawione jeszcze powiek gałki oczu; tak było, gdy całe ciało pokryła żółtawa warstwa podskórnego tłuszczu.

Wreszcie osypała się równomierna warstwa śniegu, która, zwilżona, ułożyła się w jednolitą warstwę skóry. Przed Adamsem stała łysa i naga kobieta. Była bezbłędnie zbudowana, ale zupełnie bez włosów - jak piękna rzeźba. Po chwili jej głowę i wszystkie miejsca, które kobieta ma owłosione, pokrył delikatny meszek. Wtosy rosły niezwykle szybko. Te na głowie już wkrótce długie, jasne i proste, te z rzęs lekko podwinięte, te na podbrzuszu - skłębione i krótkie.

Deszcz wina i równoczesny śnieg chleba przestały padać. Duży motyl usiadł kobiecie na ramieniu. Lekko strąciła go dłonią i spojrzała na Adamsa. Ich spojrzenia spotkały się. Kobieta zasłoniła się ramionami.

- Nie patrz tak na mnie - powiedziała. - Jestem naga.

Adams podał jej kurtkę. Wykorzystał to, by sprawdzić, że to nie animacja, lecz żywa istota. Zapięła kurtkę aż pod szyję, włożyła ręce do kieszeni i naciągnęła ją poniżej bioder.

- Już lepiej - powiedziała.

Dobrze będzie, pomyślał Adams ,od razu przeprowadzić test Ibn Khaldouniego. Tym bardziej, jeśli -jak twierdził Uombocco - ma to być idealna kobieta dla niego. Umiejętność nazywania powinna zaczynać się od siebie samego.

- Jak się nazywasz?

- Więc jednak umiesz mówić. - Uśmiechnęła się. - Właściwie to zależy od ciebie, ale prawdopodobnie Eva Adams - parsknęła śmiechem, jakby do swojej myśli. Śmiała się teraz w głos, ukazując białe, równe zęby.

Pamiętał przecież, jak jest zbudowana: dziewczyna o szczupłych biodrach, niedużych, ale foremnych piersiach i prostych, smukłych nogach. Teraz zauważył, że Eva ma głęboki ubytek w nasadzie serdecznego palca prawej dłoni.

- Co tu masz? - zaniepokoił się.

- Przecież zjadłeś jeden płatek śniegu. Każdy z nich miał swoje miejsce.

- No, ale... - Speszył się.

- Teraz mam nieładny nos. Tam przylepiłeś tę resztkę.

- Przecież nie do nosa.

- Ale stamtąd trafił na mój perkaty nosek. - Nadąsała się. Miała bardzo prosty, grecki nos zakończony zbyt uniesionymi nozdrzami.

- Chodź, wyjdźmy stąd. - Adams lekko objął ją ramieniem. Po tym, co zdarzyło się wcześniej, uznał, że ma do tego prawo. Nigdy jeszcze nie obejmował kobiety z kropel wina, wody i płatków chleba.

Spojrzała na niego niechętnie.

- Naprawdę chcesz stąd wyjść?

- Pięknie tu, ale przecież za tą zasłoną winorośli są drzwi.

- No, dobrze. Skoro nalegasz...


29.

Za drzwiami wywiadowca wykręcił jej ręce. Dwóch innych śledczych schwyciło Adamsa.

- Zostaw ją! - krzyknął Adams. - To moja żona.

- Żartujecie...?! To coś, zrobione z nie wiadomo czego...? - Niski, kwadratowy oficer pogardliwie wydął wargi.

- To jest idealna kobieta dla mnie! Tak miało być według wszystkich ustaleń!

- Nie będę uciekać - powiedziała z naciskiem Eva.

- No, dobrze. Puśćcie ją, Ciampone.

Usiadła, rozcierając przeguby dłoni i dociągając kurtkę, by staranniej osłonić nagość.

- Nagle stałem się wrogiem, co...? - rzucił Adams. - Po godzinie pobytu w ogrodzie?

Ciaken skinął na trzymających Adamsa wywiadowców.

- Posadźcie go - rzucił komendę. - Zapis obejmuje trzy tysiące sześćset godzin materiału. To jest sto pięćdziesiąt dni. Byliście w Ogrodzie dłużej, niż ktokolwiek z nas myślał.

- To nie był wasz eksperyment - powiedziała Eva, kładąc szczególny nacisk na słowo „wasz”.

- Koszty tego eksperymentu przekroczyły granice rozsądku - Ciaken zignorował jej uwagę.

- Można było przerywać zapis, kiedy nic się nie działo - rzucił Adams. Ciaken pokiwał głową, nie przerywając przeglądania papierów.

- Stale coś się działo - powiedział.

- Więc Człekoust będzie zadowolony.

- Nie jestem pewien.

- Eksperyment miał się nie powieść?

- Przestańcie, Adams. I tak jest z wami dość kłopotów. - Ciaken znów pogrążył się w studiowaniu notatek.

- Czy możemy stąd odejść? - spytała Eva.

- Pani chyba żartuje? Wydarzyło się tyle niezrozumiałych rzeczy. Jest pani tworem powstałym... - Każdy z nas jest stworzeniem - przerwała mu. - I pan, i Adams też...

- Ach, tak, tak. - Ciaken machnął ręką. - Po tym, co się stało, nie może pani tak po prostu odejść. Trzeba ją wprowadzić do ewidencji ludności. Utworzyć kartotekę, numer porządkowy, nadać imię i nazwisko.

- Ona już nazywa się Eva Adams.

- Imię Eva nie będzie używane, jako zbyt oczywiste. -Jakże...!? -wyrwał się Adams.

Eva lekko powstrzymała go za ramię.

- Może być Natalia? - spytała. - Natalia Adams. Ciaken zmarszczy! brwi.

- Niech będzie Natalia - zdecydował. - Ale to nie wszystko. Trzeba przeprowadzić badania, testy, analizy. Pracuje nad tym cały sztab badawczy.

- Możemy się w to włączyć - zadeklarował Adams. Natalia spojrzała na niego zdziwiona.

-Tak. Wasze spostrzeżenia też się przydadzą. Teraz udacie się do swoich cel.

- Do osobnych cel...? - zdziwił się Adams. - Przecież miała powstać kobieta idealna dla mnie. Dlaczego mam zostać od niej oddzielony?

- Na razie tak będzie.

- Dlaczego wyprowadziłeś nas z Ogrodu? - spytała, kiedy strażnik wiódł ich korytarzem.

- Z Ogrodu?

- Przecież tam nie sięgało jego państwo. Własną decyzją sprowadziłeś nas z powrotem pod Skałę. Nie podobało ci się tam?

- Czegoś tak pięknego nie widziałem w życiu, ale przecież to był tylko pokój.

- To był tylko skraj Ogrodu. Mogliśmy iść w jego głąb. Nigdy by ci się nie znudziło poznawanie Ogrodu. Jest coraz dziwniejszy i wspanialszy, a w czasie tej drogi w głąb, cokolwiek dotąd przebyłeś, wydaje ci się maleńkie w porównaniu z tym, co właśnie podziwiasz.

- Powiedziano mi, gdzie są rozmieszczone kamery, gdzie drzwi, którą ścieżką chodzić, by nie uszkodzić czegoś.

- To były jego punkty, posterunki, do których i w Ogrodzie ma prawo. Trzymałeś się ich z niewolniczym posłuszeństwem, chociaż skoro już tam wszedłeś, wolno ci było chodzić, gdzie chcesz, i pozostać tam tak długo, jak tylko byś zapragnął.

- Przecież ten ogród był tylko iluzją. To było zbyt piękne, aby mogło istnieć w rzeczywistości.

- Rzeczywiście, z twojego miejsca nie widać było tej oszałamiającej perspektywy... - urwała. - Ja widziałam niewiele dalej, ale już teraz serce schnie mi z tęsknoty.

- Co widziałaś?

 - Zaraz za tymi zaroślami są cztery rzeki. Tygrys, Eufrat i jeszcze dwie.

- Znam je.

 - Nie chodzi o te, o których myślisz, chociaż nazwy są te same. Oprócz nich widziałam jeszcze rzekę Miodową i rzekę Oliwną. To tylko skraj.

- Powietrze tam było takie czyste, rześkie.

- Na wysokości nie mogło być zatęchłe, jak w tej norze. Wyczułam nacisk twojego ramienia, kiedy, okrywając mnie, sprawdzałeś, czy istnieję realnie. Skoro nawet ja nie byłam iluzją, to niby dlaczego Ogród miał nią być...? Teraz przepadło, oboje jesteśmy w jego mieście.

-Ja nie wiedziałem, ale dlaczego ty stamtąd wyszłaś?

- Nawet tam nie chciałam pozostać bez ciebie, samotna.

Ich rozmowie przysłuchiwał się Ciampone. Chwilami zły uśmiech rozjaśniał jego twarz


Marek S. Huberath

Powyższy tekst jest fragmentem powieści „Miasta pod Skałą”, która ukaże się w roku 2005 nakładem Wydawnictwa Literackiego.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas