poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z MARKIEM S. HUBERATHEM rozmawia Paweł Ciemniewski
Fantasy biblijna
Dekada Literacka 2004, nr 5-6 (207-208)
 
*Ciężko pracowałeś nad „Miastami pod Skałą”. Powstał kolos.

To tylko trzy tomy, o całkowitej objętości nieco poniżej dziewięciuset stron. Do kolosa temu daleko... „Achaja” Ziemiańskiego ma obecnie 1500 stron, pięcioksiąg Sapkowskiego o Wiedźminie tyle samo, „Władca Pierścieni” mistrza Tolkiena jest znacznie dłuższy. Patrząc obiektywnie, „Miasta pod Skałą” nie są aż tak obszerne. Zwyczajnie trzy części dziejące się we wspólnej scenerii i opisujące kolejne etapy tej samej historii. Gdybym nie czeka! do ukończenia całości, a pojawiał się u wydawcy z kolejnymi tomami, nikt by nie zauważył, że całkowita objętość jest znaczna. Pisałem je zaś rzeczywiście dziesięć lat z trzyletnią przerwą.

*Jak tworzyłeś taką powieść?

Sposób i czas pisania wziął się z mojej sytuacji życiowej i zawodowej. Otóż ja nie jestem zawodowym pisarzem, lecz autsajderem, pisarzem niedzielnym. Pracuję jako biofizyk, a czynna działalność w nauce, na dobrym uniwersytecie, pochłania większość czasu. Na pisanie mogę poświęcić tylko drobną jego część. Oznacza to w praktyce, że każda moja nowa książka jest jakby kolejnym debiutem (poprzednia, „Gniazdo światów”, ukazała się sześć lat temu). Przecież między wydaniem jednej a drugiej wyrasta nowe pokolenie czytelników. Za każdym razem jest to wyzwanie, czy i do nich uda się trafić.

Z tych właśnie powodów „Miasta pod Skałą” powstawały w tak różnych miejscach, na wakacjach, a często w czasie wyjazdów naukowych, kiedy po pracy, późnym wieczorem jest nieco wolnego czasu. Zresztą może dobrze, Że pisałem ją tak długo, było przecież więcej czasu na namysł nad książką, chociaż tak od roku coraz wyraźniej zauważam, że ukazuje się ona za szybko, że nie wszystko zostało już napisane, nie zostało dość wydobyte.

*Kiedyś trzeba powiedzieć sobie „dość”...

W połowie 2000 roku uznałem, że „Miasta pod Skałą” już skończyłem. Musiałem je jednak odłożyć do szuflady, bo miałem pilniejszą robotę zawodową do skończenia. Do pracy nad nimi wróciłem już w 2004 roku i dopisałem do niej sto ważnych stron.

* „Miasta pod Skałą” to powieść wielowarstwowa - te najgłębsze pokłady prawdopodobnie ukryte będą przed niektórymi czytelnikami. Jedno mogę powiedzieć na pewno: życia im nie ułatwiasz. Dużo w powieści niedopowiedzeń, ukrytych symboli, treści, które wymagają erudycyjnej nieraz wiedzy... Dla kogo pisałeś „Miasta...”?

Mam nadzieję, że pisałem ją dla każdego. Chciałem, aby każdy czytelnik znalazł w niej intrygującą fabułę, bohaterów, z którymi mógłby się utożsamić, bohaterki, w których mógłby się zakochać (a czytelniczki wręcz odwrotnie). Dla niewielkiej liczby czytelników, których zainteresuje również co innego, przeznaczyłem inne treści. Te jednak też ułożyłem w hierarchię, by do coraz głębszych warstw docierali tylko najbardziej zaciekawieni. Starałem się nie przeciążać nie-zainteresowanego tym czy owym czytelnika. Uznałem, że tylko niewielki ułamek czytelników szuka w książce czegoś więcej ponad intrygę. Rzecz jasna mam nadzieję, że to „więcej” jest w tym tekście najważniejsze, a wymieniona czytelnicza mniejszość nie odejdzie zawiedziona...

*Twoja powieść to historia kulturoznawcy o znaczącym nazwisku Adams, który w podziemnych korytarzach Watykanu odnajduje przejście do tytułowego świata Miast pod Skałą. Spotyka tam demoniczną Lilith, Behemota, odnajduje miłość i poznaje żołnierski fach. Nie zdaje sobie na początku sprawy, że jest pionkiem w diabelskiej grze. Konstruując świat pod skałą, inspirowałeś się apokryfem biblijnym. Jak traktujesz tego typu opowieści?

Skoro apokryfy takie istnieją, w budowanym na użytek powieści obrazie Tamtej Strony musiały odegrać swoją rolę. Jak powstały? Zakładając, że Stary Testament przygotowuje ludzi na wcielenie Stwórcy w świat stworzony, to jego przeinaczenia winny pochodzić od Tego z Dołu... Należy się spodziewać, że i to spróbował skopiować po swojemu. Nie przypadkiem nosi imię Małpy Pana Boga.

*Skoro mowa o Tym z Dołu - w powieści występują niezwykle sugestywne obrazy diabelskich pochodów i pełnych kościotrupów, nagich ludzi oraz istot zwanych Czarnymi - pokrytych futrem, z dodatkowymi pyskami w kroczu, na ramionach... Trudno zapomnieć również wizje piekielne za Płomienistymi Wrotami. Jak ma się do tego malarstwo średniowieczne, średniowieczne wizerunki piekła?

Średniowieczne wizje piekła potraktowałem podobnie jak apokryfy. To znaczy założyłem, że skoro są, to powstały w jakimś celu. Uznałem, że zawierają one część prawdy i próbowałem je wszystkie włączyć do całościowego obrazu sytuacji po Tamtej Stronie. Trudność sprawiło dwoiste przedstawianie diabła: bo jest on duchem, złem osobowym, a równocześnie tak często przedstawiany był w ikonografii jako rogaty, ogoniasty i wyposażony w kopyta osobnik. Moją propozycję wybrnięcia z tej trudności poznają czytelnicy.

*W efekcie „Miasta pod Skałą” mocno działają na wyobraźnię, często w sposób szokujący, niekiedy budzący niesmak.

Skoro „Miasta pod Skałą” zrobiły na tobie takie wrażenie, to znaczy, że nie spartaczyłem całkiem roboty, bo właśnie chciałem, żeby wyszły obrazowe. Czy są momentami drastyczne? Jeśli bohaterem jest chirurg wojskowy, a ma to być odrobione wiarygodnie, to muszą pojawić się takie fragmenty. Spytaj jakiegoś zaprzyjaźnionego chirurga, czy znalazł tam cokolwiek szokującego. Przyznam, że jestem prawie pewien negatywnej odpowiedzi.

*Toteż ja nie narzekam, ale powiedz mi, lubisz szokować? Należysz do tych artystów, którzy prowokację w sztuce cenią wysoko?

Wręcz przeciwnie. Jak komu talentu nie starcza, to próbuje zdobyć rozgłos skandalem. Nic to nie warte i raczej prędzej niż później przepada w kuble na śmieci kulturowe. Ja próbuję spoglądać na swoją pracę oczyma średniowiecznego rzemieślnika artystycznego: budowniczego katedr, malarza czy rzeźbiarza. Staram się wiarygodnie odrobić pomysł czy temat, nad którym pracuję. Ma to być dobrze zrobione, najlepiej jak potrafię, a czy przypadkiem wyjdzie z tego coś więcej, nie mnie o tym orzekać. Dodam nawet, że jeśli kto siada do roboty z myślą: „stworzę oto dzieło sztuki”, to - moim zdaniem - rzecz już na wstępie jest raczej skazana na klęskę. Kiedy Sykstus powiedział Buonarottiemu, żeby ten pomalował mu strop kaplicy, Buonarotti odpowiedział pytaniem: „Dlaczego każesz mi malować, przecież jestem rzeźbiarzem?” Wykonał jednak zlecenie, tworząc coś przedziwnego: najlepsze obrazy posągów, jakie wydała cywilizacja. Mimo że autor ni słowem nie wspomniał, że zamierza stworzyć dzieło sztuki.

*Będziesz protestował, jeśli „Miasta pod Skałą” nazwie się powieścią fantasy?

Inne książki stawia się na półce z fantasy w księgarni w kraju anglojęzycznym, na ten przykład w Kanadzie, a inne w Polsce. To taka specyfika „kontynentalnej angielszczyzny”. Książki nazywane w Polsce (ale i też w paru innych krajach) fantasy to zazwyczaj odmiana „sword and sorcery”, natomiast tamtejszą półkę pod tytułem fantasy okupują na przykład „Alicja w krainie czarów” czy „Niekończąca się opowieść” Endego, a chyba też „Mistrz i Małgorzata”; ja sam dołożyłbym tam „Rękopis znaleziony w Saragossie” i oczywiście „Boską Komedię”.

*No, właśnie, to jest problem związany z definicją fantasy. W Polsce zbyt często zacieśniamy ramy tego gatunku. Inna sprawa, że taką „Alicję w Krainie Czarów” wchłonął „mainstream „i już jej chyba nie odda...

A wcześniej wchłonął Dantego i Münchhausena. Bardzo ucieszyłbym się, gdyby „Miasta pod Skałą” umieszczano w księgarniach właśnie w tym dziale, w takim towarzystwie. Ale z drugiej strony... gdyby „Miastom pod Skałą” przyjrzeć się chłodnym spojrzeniem badacza, to znajdziesz tam sporo wyróżników powieści typu „sword and sorcery”, bo mamy i miecze, i rycerzy (znaczy żołnierzy w zbrojach), na upartego dopatrzysz się tam elementów magii, a i smok pojawia się w kilku postaciach. Tak więc sam już nie wiem, na której półce postawić „Miasta”. Niech się tym martwią księgarze.

*Wspomniałeś wcześniej o podróżach. Wiem, że zawitałeś do Włoch. Jaki ta włoska podróż miała wpływ na kształt powieści?

Włoskie podróże... Włochy to mój ulubiony kraj do wędrowania, jest tam w obfitości wszystko, czego szukam na wakacjach: malarstwo, rzeźba, góry, lodowce, owady i pająki, a jeszcze wiele zostało do zobaczenia. Może tylko gotyku brakuje. Przy okazji wędrowania stale zbierałem materiały faktograficzne do powieści. Obszedłem wokoło granice Watykanu. Spacer zajmuje niecałą godzinę. Póki co, jest to jedyne państwo, które zdołałem okrążyć.

*W „Miastach...” fachowa terminologia świadczy, że z wspinaczką jesteś za pan brat. Czy góry to nadal Twoje hobby?

Nadal trwa, chociaż miałem w ostrzejszym chodzeniu po górach kilkuletnią przerwę. Akurat w ostatnie wakacje chodziliśmy po najwyższym masywie Apeninów, po Grań Sasso d'Italia.

Nie znaczy to jednak, że wspinam się, uprawiam tylko turystykę wysokogórską, co jednak oznacza czasami użycie czekana, raków, bądź liny. Jeśli chodzi o „Miasta...” - skoro akcja toczy się w górach, skoro w tych górach toczą się działania wojenne, to użycie terminologii górskiej było tu nieuniknione.

Zwróć uwagę, że wojna górska różni się od nizinnej brakiem mięsa armatniego. Rzecz jasna, nie idzie tu o takie działania jak w Dolomitach czy podczas La Guerra Bianca w Adamello w czasie I wojny światowej. Mam na myśli starcia nielicznych oddziałów dobrze wyszkolonych zwiadowców, jakie toczyły się na Linii w „Miastach...” Raczej przypomina to walki na Koenigsspitze w masywie Ortlera, gdzie Austriacy wypadem zajęli wierzchołek (3852 m), a zaraz po nich Włosi założyli swoją placówkę dwieście metrów niżej. Jedni i drudzy, odgryzając się sobie nawzajem, trzymali się w szachu przez wszystkie lata wojny. Wyobraź sobie utrzymanie stanowiska na lodowcu, na wysokości prawie czterech tysięcy metrów, a na dodatek w warunkach zimowych...

*Poza Włochami jakieś miejsca Cię zafascynowały?

Drugim takim krajem była Belgia i cały obszar styku granic jej właśnie, Niemiec i Holandii. Sztuka fascynująca, gotyk jak z bajki, a inspiracji liczba wielka, choć gór wysokich tam nie ma (ale, paradoksalnie, jest najdłuższa na świecie spławna podziemna rzeka udostępniona dla turystów), gatunków owadów czy pająków też nie więcej niż w Polsce.

*Właśnie, owady! Kiedy ostatnio się widzieliśmy, miałeś przy sobie terrarium dla świerszczy...

Kupiłem nowe terrarium, bo wylągł się nowy miot świerszczy i, dla ich bezpieczeństwa, trzeba je było oddzielić wraz z matką od pokolenia podrostków. Swoją drogą, owa samica parę dni później żywcem pożarła swojego męża, ojca swoich dzieci, który skocznie przygrywał nam wszystkim wieczorami. Zeżarła jego odwłok, nogi i skrzydła. Pozostał tułów, jeden człon prawej przedniej nogi i czułki. Tak okaleczony świerszcz żył jeszcze, choć zostało go mniej niż połowa. Aby ulżyć jego cierpieniu, ciągle żywą resztkę ulubieńca zanurzyłem w spirytusie salicylowym, ale płyn był już zbyt zwietrzały i nieszczęśnik ruchami pozostałego mu kikuta zaczął wydobywać się z topieli. Przynajmniej upił się, więc może ból osłabł. Otrułem go wreszcie denaturatem. Czy to drastyczna historia trudnej miłości...? (śmiech)

*Kanibalizm, okaleczenie, zabójstwo z litości... To prędzej materiał na horror niż romans. Swoją drogą wiem, że uwielbiasz horrory, szczególnie te kiepskie.

Film nie może być planowany na szmirę, gdyż wtedy, w zestawieniu ze skromnymi na ogół możliwościami umysłowymi filmowca, wychodzi coś niezdatnego do oglądania. Przeciwnie, rzecz musi być zrobiona z sercem, reżyser musi dać z siebie wszystko co najlepsze, dopiero wtedy wychodzi urocza szmira, coś jak skok narciarski Eddiego „Orła” Edwardsa. Swego czasu nawet pisywałem dla siebie króciutkie recenzyjki ze słabych horrorów, tak mnie bawiły.

*Można prosić o próbkę?

Zerknijmy do moich notatek. Na przykład film „Mózg” („The Brain”, USA, 1988, reż. Ed Hunt). Na mojej skali od 1 do 5, dostał 1 z serduszkiem. Straszył w nim (oczywiście) wielki mózg zakończony rdzeniem pacierzowym. Głównie karmił się myślami telewidzów, ale w przerwach nie gardził i resztą telewidza. Na początku zjadł spoidłem wielkim asystentkę opętanego naukowca, a po tym posiłku wyrosła mu z przodu całkiem zabawna, potworna gęba i następnych zjadał już klasycznie. Biegał odpychając się rdzeniem pacierzowym, a ryczał jakby się komu odbijało. Przy jedzeniu paru pierwszych ofiar zęby kiwały mu się na boki, jednak dzięki tym posiłkom przyswoił wystarczającą ilość wapnia, żeby zęby wzmocniły się i utwardziły. Na dodatek usiłował opanować ogłupiałe społeczeństwo amerykańskie przy pomocy telewizji. Już, już miało się to mu udać, kiedy nagle główny bohater dostał się przed kamery telewizji w czasie zniewalającego programu, wygłosił płomienne przemówienie, naród amerykański oprzytomniał, szalony naukowiec się rozleciał, a mózg został wysadzony w powietrze przy pomocy metalicznego sodu. Cóż, przykre to, bo, jak kiedyś na filmie „Gatunek”, od trzydziestej minuty kibicowałem potworowi.

*O, tak. Ja za każdym razem kibicuję Angelice Huston w „Wiedźmach”. Lub Chrisowi Sarandonowi we „Fright Night”. I niestety zawsze Huston zamieniają w szczura, a Sarandona spopielają światłem słonecznym. Ale wracając do kiepskich horrorów -mam wrażenie, że o ile zły film może być w pewien sposób atrakcyjny, a nawet kultowy, o tyle bardzo złych książek usprawiedliwić się nie da.

Usprawiedliwiać się nie da, ale zachwycać się nimi można, chociaż wymaga to więcej samozaparcia, niż siedzenie przed ekranem przez półtorej godziny. Polska literatura sf jest w znacznym stopniu gettowa, jednak i w niej istnieje podziemie literackie, uważane w środowisku za grafomanię. Cudownie grafomańskie są utwory Tadeusza R. L. Dudy ze Szczecina, rozdawane przez autora na konwentach fantastycznych. Maleńkie tomiki wydawane własnym sumptem. Pamiętam, jak kiedyś urządziliśmy sobie wieczór prozy (i poezji) Dudy, czytając to - nawet nie co smaczniejsze fragmenty, a zwyczajnie, jak leci - zaśmiewaliśmy się do łez. Moją ulubioną powieścią Dudy jest „Kapitan Xar”, rozpoczynająca się od kultowego zdania: „Teleportowałem się do sterówki (statku kosmicznego)”. Zapytany dlaczego ów kapitan nie mógł tam zwyczajnie pójść, Duda odpowiadał niewzruszony: „No, przecież to jest fantastyka”. Musisz koniecznie jakoś dotrzeć do tych książek, warto mieć chociaż jedną z nich na półce, z pewnością nie sprawią ci zawodu.

*Miałem okazję czytać tego typu literaturę wydaną i dostępną w księgarniach. „Szerglvar” Moniki Błądek. Rzeczywiście zabawne, choć momentami bolesne doświadczenie... Porozmawiajmy o Twoim stylu. Kinga Dunin napisała kiedyś, że „Huberath wielkim stylistą nie jest”, aleja uważam, że swój styl masz.

Dziękuję.

*Świadomie go szlifujesz?

Mam nadzieję, że stale się uczę pisać. Od pewnego poziomu trudno przecież odróżnić pytanie o styl od pytania o warsztat literacki. Zobaczymy, co Dunin napisze o tej książce...

*Inspirował Cię czyjś sposób pisania?

Kiedyś chciałem pisać oszczędnie, jak niemodny dziś Hemingway. Niekoniecznie dlatego, że „krakowskość” zobowiązuje. Po prostu irytowało mnie słusznie nam zarzucane „słowiańskie pustosłowie”. Co z tego wzorca zostało w moim pisaniu, trudno mi orzec.

*Na zakończenie - cenisz fantasy?

Na użytek jakiejś ankiety środowiskowej ułożyłem kiedyś swoją listę najwybitniejszych utworów fantastycznych minionego tysiąclecia. Znalazło się na tej liście sporo utworów fantasy. Zerkając na kartkę, wymienię po kolei te książki. Najpierw Dante Alighieri, wspomniana już „Boska komedia” - oczywiście fantasy; dalej „Baśnie z 1001 nocy”, to też fantasy; „Przygody barona Münchhausena”, tak samo; Jan Potocki „Rękopis znaleziony w Saragossie”, i to znowu fantasy; H. P. Lovecraft „Zew Cthulthu” i inne kawałki, wreszcie na liście horror; Jules Verne „20 tysięcy mil podwodnej żeglugi” albo „Tajemnicza wyspa”, to debiut na liście fantastyki technologicznej, prototypu sf; Żuławski „Trylogia księżycowa”, oczywiście sf; dalej razem Mary Wollstonecraft Shelley „Frankenstein” i Bram Stoker „Dracula”, dwa horrory, które odegrały bliźniaczą rolę kulturową; dalej Levis Carroll „Przygody Alicji w krainie czarów”, oczywiście fantasy; Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”, znowu fantasy; J.R.R. Tolkien „Władca Pierścieni” i reszta utworów, najwybitniejsze dzieło literatury „sword and sorcery”; Daphne du Maurier „Ptaki”, horror; Orwell „Rok 1984”, pojawia się fantastyka socjologiczna; Stanisław Lem „Bajki robotów” lub mój ulubiony „Kongres futurologiczny”, wspaniała, pełna ironii sf; na koniec Daniel Keyes „Kwiaty dla Algernona”, głęboka sf.

Patrząc na tę listę po paru latach, zauważyłem, że przegapiłem E. A. Poego, z resztą nadal się zgadzam. Zobacz, jak wiele literatury fantasy wśród dzieł uważanych przeze mnie za najwybitniejsze w fantastyce światowej...

Rozmawiał Paweł Ciemniewski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas