poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Polowanie na fantastów
Dekada Literacka 2004, nr 5-6 (207-208)

Kilkanaście lat temu, w polskich księgarniach, powieści fantasy zajmowały jedną, góra dwie półki, i to nienajlepiej wyeksponowane, ukryte gdzieś w kącie, za horrorami Kinga i Mastertona, romansami Danielle Steel, kryminałami Agathy Christie, za Ludlumem, Forsythem i całą resztą gwiazd literatury popularnej. Fantasy stała w cieniu, ilościowo skromna, reprezentowana głównie przez klasyków i przez właściwie nikomu z wyjątkiem zapaleńców nieznanych autorów.

Dziś fantasy zajmuje całe regały, półki uginają się pod dziesiątkami, setkami powieści, układających się w serie, sagi, tomy. Trudno przegapić fantasy. Przyćmiła horror, kryminał nawet, odsunęła w kąt szlachetną science fiction. A to dlatego, że fantasy tak naprawdę może być wszystkim: i powieścią z dreszczykiem, i zagadką tajemniczego zniknięcia lub zabójstwa, i wyprawą w nieznane światy. Oraz tysiącem innych rzeczy. Ale przede wszystkim jest opowieścią - niekończącą się historią, którą uwielbia-mv, i do której chętnie wracamy. Obecnie to przede wszystkim literatura popularna, szczególnie fantastyka, wspiera fabułę, w którą już nie wierzy i od której ucieka współczesna literatura. Owszem, zdecydowana większość fantastycznych fabuł niewiele jest warta, a znaleźć perłę wśród powieści fantasy to prawdziwa sztuka. Ale przecież równie trudno przeczytać dobrą powieść z tzw. głównego nurtu. Można natomiast postawić pytanie o to, jak ma się polska fantasy, wydawana w ostatnich latach, do fantasy obcojęzycznej i samej konwencji?

Polska fantasy trzyma się mocno, jeśli chodzi o ilość tytułów i uprawiających ten gatunek (konwencję) autorów. Praktycznie każde większe wydawnictwo ma w swojej ofercie tytuły fantasy, są także wydawnictwa, które wydają tylko szeroko pojętą fantastykę. Do zasłużonych na polskim rynku SuperNowej i MAGA, dzięki któremu polski czytelnik (w serii „Andrzej Sapkowski poleca”) poznał twórczość Neila Gaimana oraz takie arcydzieła fantasy jak chociażby „Mistrz Zagadek z Hed” Patricii McKillip, dołączyły młodsze, ale niezwykle prężne wydawnictwa, które błyskawicznie zdobyły swoją niszę na rynku i dzisiaj wydają kilkanaście tytułów rocznie. Mam na myśli Fabrykę Słów oraz Runę.

Polityka tych wydawnictw jest jasna: wydawać polską fantastykę (szczególnie fantasy) w dużej ilości, stawiając nie tylko na autorów znanych w tzw. fandomie czy publikowanych w czasopismach branżowych, ale również na debiutantów. W efekcie rynek książek zapełnił się nazwiskami, o których większość z nas nigdy nic słyszała i których -z tego samego powodu - prawdopodobnie nigdy nie opublikowałyby wydawnicze giganty w obawie przed zbyt wysokim ryzykiem i niepewnością sukcesu. Oczywiście książki proponowane przez Runę czy Fabrykę Słów prezentują bardzo nierówny poziom, ale mimo wszystko dobrze się stało, że polska fantasy to dzisiaj już nie tylko Andrzej Sapkowski, Anna Brzezińska czy Feliks W. Kres. Pytanie tylko: czy wśród młodych (i nie tak już młodych, ale późno debiutujących) autorów są tacy, którzy będą w stanie spowodować zamieszanie na tym parnasie?

SAPKOWSKI I JEGO UCZNIOWIE

Nie będę silił się na stwarzanie „suspensu” i powiem od razu: na razie się na to nie zanosi. Andrzej Sapkowski jako jedyny z wielkich, uznanych twórców fantasy przebił się z wąskiego kręgu wielbicieli gatunku i dotarł do szerszego grona czytelników. Dzisiaj nowa książka Sapkowskiego jest wydarzeniem, a autor „Krwi elfów” wyrobił sobie taką markę i zdobył takie zaufanie czytelników, że prawdopodobnie okupowałby szczyty list bestsellerów, nawet jeśli napisałby książkę kucharską. Sapkowski dysponuje bowiem tym, czym dysponuje zazwyczaj każdy odnoszący sukcesy pisarz: ma swój styl i swój światopogląd, ma talent do snucia opowieści, które - choć rozgrywają się w mniej lub bardziej rzeczywistej Nibylandii - za każdym razem pokazują nam naszą własną rzeczywistość w innym świetle. To oczywiście powinna być misja dobrej literatury w ogóle, ale w przypadku fantasy zbyt często stosuje się taryfę ulgową, oczekując od tego typu powieści jedynie wartkiej akcji, głównie prowadzonej przy udziale magii. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy na rynku praktycznie nie znajduje się nic, co nie byłoby czymś więcej niż tylko prostym powieleniem znanych schematów fabularnych. To jest główny problem fantasy, także w polskim wydaniu. W wielu amerykańskich poradnikach dotyczących pisania spotkać się można z twierdzeniem, że wystarczy mieć bujną wyobraźnię, by odnieść sukces jako autor fantasy. Jest to przekonanie mylne, w które niestety wielu uwierzyło. Czemu do Runy i Fabryki Słów spływają setki maszynopisów powieści fantasy? Czemu tak wielu debiutujących pisarzy właśnie od fantasy zaczyna? Bo wydaje się im, że taką powieść w miarę łatwo jest napisać. I faktycznie, konwencja fantasy otwiera przed pisarzem niewyczerpane możliwości i daje mu względną swobodę, zarówno jeśli chodzi o kreację świata przedstawionego, jak i samą intrygę. Jeśli fantasy traktuje się jako baśń z nieznacznie pogłębionym wizerunkiem psychologicznym postaci i dokładniejszymi opisami, to naprawdę nietrudno stworzyć opowieść, ale trudno oczekiwać, by la opowieść miała jakąkolwiek wartość. Chyba największym paradoksem i porażką fantasy jest niemożność wykorzystania jej potencjału. Dzięki konwencji fantasy stwarzać można nowe światy, łączyć ze sobą już istniejące, mieszać gatunki, pokazywać człowieka w nowym świetle. Wszystko to można robić, a co się robi? Tworzy się nowe wersje Śródziemia, zaludnia je elfami i orkami, a potem wywraca się ten hybrydyczny twór do góry nogami i wyśmiewa. Ewentualnie popada się w schemat negowania konwencjonalnych rozwiązań, ale efektem zazwyczaj jest kolejna konwencja, jeszcze silniejsza. Tak się kończy każda rewolucja.

Polscy autorzy fantasy w różny sposób i z różnym skutkiem radzą sobie z tym dylematem. Są tacy, którzy podążają szlakiem przetartym przez Sapkowskiego, tzn. tworzą fantasy opartą o intertekstualne gry, gdzie nie tyle istotna jest spójność świata przedstawionego, co wyzwanie rzucone czytelnikowi, wplątywanie go w erudycyjną sieć aluzji, w której mit miesza się z baśnią, znane motywy literackie ukazywane są w przewrotny sposób, a fabuła często służy pokazywaniu znanej skądinąd opowieści w nowym świetle. Mistrzostwo w tego typu „retellingach” (na większą skalę z o wiele mniejszym powodzeniem uprawiał tę odmianę fantasy Tomasz Pacyński w trylogii zapoczątkowanej powieścią „Sherwood”, nawiązującej do legendy o Robin Hoodzie) osiągnął Sapkowski w swych opowiadaniach, ale przecież właściwie całą sagę o Wiedźminie traktować można jako polemikę z tradycją fantasy. Proza Sapkowskiego jest oparta w dużej części na dialogu, świat i bohaterowie stanowią jedynie tło - swoisty teatr marionetek - do ukazywania problemów jak najbardziej dotyczących naszego świata: kwestii rozmytej moralności, stosunku do religii, ekologii nawet. Zaskakujące, jak kostium fantasy potrafi te problemy odświeżyć. Sapkowski tak daleko posunął się w swoich intertekstualnych zabawach, że zaczęto postrzegać go jako postmodernistę, od czego się przy każdej okazji odżegnuje. Pisarz ten po prostu wywraca konwencję fantasy na nice, bawiąc się nią i jednocześnie wydobywając z niej coś nowego. Nie znaczy to jednak, że autor „Miecza przeznaczenia” fabułę swych powieści traktował po macoszemu. Opowiadania skonstruowane są znakomicie, zaskakują, bawią i wzruszają. Podobnie - większa część sagi o Wiedźminie, gdzie jednak momentami daje się we znaki fabularne i rozpasanie, nadmiar wątków, postaci, nie zawsze istotnych dla przebiegu akcji. W nowej trylogii, zapoczątkowanej „Narrenturmem”, Sapkowski porzuca misternie splecioną intrygę na rzecz bogato skrojonego kostiumu historycznego. W swej historycznej fantasy Sapkowski jawi się jako mistrz enumeracji i erudyta, do fabuły nie przykłada jednak już tak wielkiej wagi, proponując czytelnikowi tradycyjną, choć mocno zaprawioną magią, powieść łotrzykowską, której tłem są wojny husyckie. W połączeniu z charakterystycznym stylem i poczuciem humoru daje to książkę, która prawdopodobnie nie uzyska statusu „kultowej”, ale jest kolejnym krokiem Sapkowskiego w stronę literatury głównego nurtu.

Wiernym uczniem Sapkowskiego jest Artur Baniewicz. Wieść niesie, że zaczął pisać z żalu, dowiedziawszy się, iż Sapkowski nie zamierza wydać kolejnego tomu o przygodach Wiedźmina. W efekcie powstał zbiór lustrzanych opowiadań, zebranych w tomie „Smoczy pazur” (wkrótce potem ukazały się kolejne części cyklu). Lustrzanych, bo wszystko w nich przypomina opowiadania Sapkowskiego. Zamiast wiedźmina, Geralta z Rivii, mamy czarokrążcę, Debrena z Dumayki; same zaś opowiadania to znowu wzorem „Miecza przeznaczenia” i „Ostatniego życzenia” - wariacje na temat znanych powszechnie opowieści: Kopciuszka, Don Kichota, legendy o Smoku Wawelskim. Baniewicz wyraźnie naśladuje styl prozy Sapkowskiego: wprowadza rozbudowane partie dialogowe, wszechobecny humor i cynizm, posługuje się podobną rytmiką zdań, podobnie konstruuje bohaterów i świat przedstawiony. Niestety, opowieści te odbite są w krzywym zwierciadle; nie utrzymują wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił czytelników Sapkowski. Momentami próby dorównania mu wychodzą Baniewiczowi lepiej, zazwyczaj ponosi on jednak fiasko, próbując pisać językiem pożyczonym od kogoś innego. Jako pastisz Smoczy pazur może się jednak spodobać. Baniewicz prawdopodobnie przemówi wkrótce swoim głosem -może dopracuje się własnego stylu i zbuduje własną enklawę fantasy, łącząc sympatię do twórczości Sapkowskiego z zamiłowaniem do pisania powieści sensacyjnych, z którymi jak na razie radzi sobie znacznie lepiej?

HISTORIE ALTERNATYWNE

Polscy autorzy chętnie wykorzystują przeszłość historyczną jako scenografię fabuł. Fantasy powszechnie kojarzona jest z fabułami toczącymi się w rzeczywistości mniej lub bardziej zbliżonej do europejskiego średniowiecza (zazwyczaj jednak chodzi o stopień zaawansowania techniki, postęp cywilizacyjny, a nie mentalność bohaterów, która najczęściej zbliżona jest do współczesnej). Tę konwencję pisarze próbują odświeżać. Naturalnym rozwiązaniem jest zwrot ku historii naszego kraju.

„Opowieści z Dzikich Pól” Jacka Komudy to obrazki z życia polskiej szlachty XVII wieku, w których autor kontynuuje sienkiewiczowską tradycję (aczkolwiek mniej w prozie Komudy stylizowania języka na staropolski), zaprawiając ją dawką staropolskiej magii. Podobnie jak w grze fabularnej autorstwa Komudy („Dzikie Pola”), tak i w jego prozie czary i nadprzyrodzone istoty nie stanowią jedynie kalki magii prezentowanej w fantasy „zachodniej”, a związanej mniej lub bardziej z tradycją arturiańską. Nie ma u Komudy potężnych magów i elfów, pojawiają się za to alchemia i nekromancja, za pomocą której jednak nie wskrzesza się ciał, a jedynie kontaktuje z duchami zmarłych (miał to czynić podobno Twardowski). Komuda nie jest pisarzem ani bardzo płodnym, ani niezwykle sprawnym literacko, ale czuje się w jego prozie nieposkromioną fascynację dawnymi czasami, o których pisarz wie bardzo wiele.

Wiedzy nie brakuje również Witoldowi Jabłońskiemu, który w „Uczniu Czarnoksiężnika” opowiada dzieje Witelona, parającego się czarną magią alchemika, wychowanka wiedźmy, mieszkającego na Śląsku w XIII wieku. (Podobno Jabłoński stracił pracę w domu kultury, gdy okazało się, że jego książka zawiera wątki antykościelne). Powieść, stylizowana na autentyczne zapiski Witelona (łącznie z zamieszczoną na końcu „notą od edytora apokryfu”), jest interesująca właśnie ze względu na tło historyczne, mocno uwypuklone i sprytnie połączone z niesamowitościami, w które nie tylko się wierzyło, ale które naprawdę miały miejsce. Warunkiem powodzenia przy wyborze takiej strategii pisarskiej (stosowanej często w XIX-wiecznych powieściach, stylizowanych na stare pamiętniki, cudownie odnalezione i udostępnione publiczności) jest świetnie opanowany warsztat pisarski. W przypadku zbyt częstych stylistycznych sprzeczności lub problemów z prowadzeniem narracji, taki „autentyk” staje się dla czytelnika nużący, nawet jeśli jest wartościowy poznawczo. Potrzeba naprawdę zdolnego narratora, by utrzymać zainteresowanie czytelnika -Witelon niestety do najzdolniejszych opowiadaczy nie należy.

Powodzeniem cieszą się również fantasy opowiadające alternatywną historię znanego nam świata, oczywiście ulepionego z nieco innej gliny. I tak w serii książek Jacka Piekary o Mordimerze Madderdinie, licencjonowanym inkwizytorze Jego Ekscelencji biskupa Hezhezronu („Sługa Boży”, „Młot na czarownice”, „Miecz Aniołów”) poznajemy świat, w którym Chrystus nie umarł na krzyżu, lecz zszedł z niego i wymierzył karę niewiernym. W jego imieniu inkwizytorzy tropią grzeszników, wyznawców zakazanych kultów, czarowników i diabelski pomiot, a ich decyzje rewidują Aniołowie-Świadkowie. Pomysł może intrygujący, ale częściowo zaprzepaszczony. Przynajmniej w pierwszym tomie Piekara nie radzi sobie z konstrukcją wyimaginowanej rzeczywistości, jak i z samą narracją, prowadzoną z perspektywy Madderdina, który stanowi typ swoistego anty-bohatera, stworzonego na podobieństwo Chandlerowskiego detektywa. Narracja wypełniona jest nieraz pustosłowiem i, co tu dużo mówić, dudni echem wtórności (w stylu prowadzenia dialogów czuć inspirację twórczością Sapkowskiego). Jednak opowiadania zawarte w następnych dwóch tomach o przygodach inkwizytora są lepsze, wyrazistsze, z lepiej nakreślonym tłem historycznym, a same zagadki detektywistyczne, które stara się rozwiązać Mordimer- nieco bardziej intrygujące. Całkiem możliwe, że Piekara rozwinie skrzydła dopiero w powieści. Opowiadania toczące się w świecie, gdzie symbolem religijnym jest złamany krzyż, uznać na razie można za literacką wprawkę.

Romuald Pawlak z kolei w „Innych okrętach” opowiada o tym, jak mogłaby przebiegać hiszpańska konkwista w Ameryce Południowej. Właściwie można by książkę uznać za powieść pseudo-historyczną, gdyby nie nadprzyrodzone wizje, których doświadcza bohater „Innych okrętów” Wizje te odsłaniają przyszłość i choć nie mają wielkiego wpływu na przebieg fabuły (co uznać można za mankament książki), to jednak umiejętnie wpisane są w zakres wierzeń Inków, dzięki czemu nabierają znamion wiarygodności.

Skandynawista Marcin Mortka w „Ostatniej sadze” tworzy opowieści inspirowane mitologią nordycką. Fabuła książki oparta jest na znanym w fantasy konflikcie pomiędzy dwoma porządkami religii oraz etyki: chrześcijaństwem i pierwotnymi wierzeniami ludów północy. Mortka opisuje zmierzch „starego porządku” w państwie Nidros (quasi-średniowiecznej wersji Norwegii), a charakterystyczne jest to, że istoty typowe dla legend skandynawskich (karły, trolle, walkirie) są w „Ostatniej sadze” elementem rzeczywistości. W efekcie zarówno magia nordycka, jak i „magia” chrześcijańska (taka bowiem również w powieści występuje) stanowią element ontologii świata przedstawionego.

Natomiast Izabela Szok w zbiorze erotycznych, przesyconych mrokiem, niestety pretensjonalnych i stylistycznie nienajlepszych opowiadań z tomu „Jehannette” opisuje losy kobiet - postaci historycznych i literackich: Joanny d'Arc, Lukrecji Borgii, lady Macbeth, Heloizy. Autorka umieszcza swe bohaterki w rzeczywistości, gdzie magia (zazwyczaj jej czarna odmiana) jest na porządku dziennym, a fakty historyczne służą autorce jako fundament typowych opowiadań fantasy, wykorzystujących quasi-historyczne tło.

Michał Studniarek w debiutanckiej „Herbacie z kwiatem paproci” umiejscawia akcję powieści w przyszłości. Bohaterem książki jest warszawski dziennikarz, który w swej ulubionej herbaciarni poznaje Goplanę. Ona z kolei zachowuje się jak typowa bohaterka baśni - zleca dziennikarzowi misję odnalezienia legendarnego kwiatu paproci. Studniarek miał ciekawy pomysł na książkę, w której w konwencji „urban” fantasy wykorzystał inwentarz istot rodem ze słowiańskich legend. Powstała intrygująca, choć niestety niedopracowana stylistycznie książka, oparta na typowej dla fantasy konstrukcji fabularnej, tzn. zakładającej równoległe istnienie obok siebie dwóch światów - rzeczywistego (Warszawa przyszłości) i mitycznego, zamieszkałego przez Oberona, domowiki, utopce i skierki. Istnieje przejście między światami, furtka, o której wiedzą tylko nieliczni, a bohater powieści, rozwiązując kolejne questy, staje się wybrańcem losu, którego zadaniem jest niedopuszczenie do katastrofy, jaka może wyniknąć na skutek coraz silniejszego przenikania się dwóch światów równoległych

ZMAGANIA Z KONWENCJĄ

Tomasz Piątek w swojej wycieczce w stronę literatury fantasy zaproponował czytelnikom wyprawę do świata, gdzie zło i okrucieństwo przekraczają wszelkie granice przyzwoitości. Pisarz posłużył się konwencją fantasy, by dać pole do popisu swojej niewątpliwie skłonnej do ekscesów wyobraźni. W powieściach („Żmije i krety”, „Szczury i rekiny”, „Elfy i ludzie”) czuć jednak pewną siłę. Jeśli czytać je w kontekście konwencji tradycyjnie pojętej fantasy, trylogia „Ukochani poddani cesarza” staje się grą z tą konwencją, polegającą na przesunięciu głównych akcentów i zabawie schematem fabularnym, łącznie z negacją - obowiązkowego niemalże - szczęśliwego zakończenia. Można też traktować powieści Piątka jako metaforę naszej rzeczywistości, zepchniętej w sferę potwornego koszmaru - wówczas czytać je by należało jako komentarz na temat istoty cierpienia i pytania o przyczyny istnienia zła. Llyod Alexander twierdził, że fantastyka nie służy uciekaniu od rzeczywistości, lecz pomaga tę rzeczywistość zrozumieć, co być może tłumaczyłoby strategię Piątka.

Szybka akcja, atrakcyjni bohaterowie, szczypta dowcipu i erotyki - mamy w Polsce „fantastów”, którzy zapewniają czytelnikom po prostu odrobinę wytchnienia i dobrej zabawy. Maja Lidia Kossakowska w zbiorze opowiadań „Obrońcy Królestwa” i powieści „Siewca wiatru” konstruuje świat, w którym anioły i demony przemierzają ulice miast, toczą wojny w Limbo, a pod względem psychiki przypominają zwykłych ludzi. Problemy i rozterki aniołów są często jedynie kalką codziennych ludzkich zmagań, potraktowanych z przymrużeniem oka, często pisanych z nastawieniem na efekt parodystyczny. Na przykład anioły potrafią się uzależnić od trawki z Fatimy i handlują wodą z Lourdes. W tym sensie blisko autorce do znanych w kulturze popularnej motywów parodiowania chrześcijańskiej mentalności, blisko też do fantasy humorystycznej - swego czasu podobne zmagania demonów i aniołów na przestrzeni dziejów przedstawili w parodystycznej dylogii R. Żelazny i R. Scheckley („Przynieście mi głowę księcia”, „Jeśli z Faustem ci się nie uda”). Kossakowska w większym stopniu łączy jednak dziedzictwo antyku, mitologię judeochrześcijańską i znane apokryfy z magią.

Sukcesem cieszy się trylogia Andrzeja Ziemiańskiego „Achaja”, dzieło, nad którym autor zdecydowanie powinien bardziej popracować, nim oddał je do druku, ale nie zmienia to faktu, że kolejne części przygód księżniczki Achai sprzedają się nad wyraz dobrze. Popularność zdobyły też obyczajowe powieści fantastyczne Andrzeja Pilipiuka, „Kuzynki” i „Księżniczka”, w których bohaterkami są trzy niezwykłe kobiety (w tym wampirzyca) oraz alchemik Sędziwój. Sympatyczne postaci przeżywają mniej lub bardziej emocjonujące przygody, zaprawione niesamowitością. Czuć tu wpływ doświadczenia zdobytego w trakcie pisania kolejnych tomów przygód Pana Samochodzika (Pilipiuk przejął schedę po Nienackim). Pilipiuk jest sprawnym pisarzem, „Kuzynki” i „Księżniczka” to łatwa, ale i przyjemna lektura; nie wnosi do gatunku nic nowego (właściwie trudno zaliczyć powieści Pilipiuka do konwencji klasycznej fantasy, najbliżej im do powieści przygodowej lub tej odmiany fantasy, która zwana bywa „urban” fantasy), ale też autor nie miał takich ambicji. W swojej klasie to po prostu przyzwoita proza. Innego rodzaju grę z konwencją fantasy (a raczej: akcesorium fantasy) prowadzi w opowiadaniach o Jakubie Wędrowyczu, egzorcyście i pijaku, mieszkańcu popegerow-skiej wsi, które cieszą się wśród czytelników sporą popularnością, co przełożyło się na ilość wydanych tomów. Sam nie jestem wielbicielem historyjek o Wędrowyczu, nie śmieszą mnie ani trochę, częściej irytują, co nie zmienia faktu, że Pilipiukowi udało się stworzyć rodzimą odmianę fantasy, ze swojskim bohaterem, swojskimi realiami i domieszką magii, duchów, niesamowitych wynalazków. Opowiadania Pilipiuka przypominają kabaretowe skecze, miniaturowe scenki, komentujące w prześmiewczy sposób naszą szarą polską rzeczywistość (i szeroko rozumianą kulturę, szczególnie jej niższe pokłady). W tym satyrycznym, niezbyt głębokim spojrzeniu na Polskę oczyma starego egzorcysty-pijaka, cwaniaczka, pędzącego bimber z czego popadnie i nie rozstającego się z gumiakami, można dopatrywać się sukcesu Pilipiuka. Obawiam się jednak, że z Jakubem Wędrowyczem będzie tak jak z cyklem o Świecie Dysku Terry'ego Pratchetta. Czytelnicy pewnie szybko się nim znudzą.

Wtórna jest dylogia Iwony Surmik, „Talizman Złotego Smoka” oraz „Smoczy pakt”, tradycyjna fantasy, opowiadająca historię Albany, wychowanej przez dzikie leśne plemię. Albana to typowa dla fantasy postać sieroty, która w trakcie kolejnych przygód („questów”) zyskuje wiedzę na temat swej przeszłości, niezwykłych mocy i tożsamości. Tego typu powieści domaga się rynek czytelniczy, zatem będą się ukazywać nadal.

RODZIMI „KLASYCY”

Nie milkną także rodzimi „klasycy” fantasy, którzy wciąż tworzą wartościowe teksty - obok Sapkowskiego są nimi Anna Brzezińska, Ewa Białołęcka, Feliks W. Kres. To pisarze dojrzali, z wypracowanym warsztatem, ze stylem, który nie tylko zadowala, ale nawet potrafi niekiedy oczarować. Od czasu bardzo dobrze przyjętego i wyróżnionego nagrodą Zajdla opowiadania „A kochał ją, że strach” Brzezińska jest jedną z najważniejszych autorek polskiej fantasy. Jej książki są interesujące ze względu na spojrzenie autorki na konwencję - tworzy ona niby tradycyjną fantasy, ale jednak taką, w której średniowieczne realia przedstawione są z detalami, a bohaterowie rozumują i czują tak, jak czuć i myśleć mogli nasi przodkowie sprzed wieków. Świat Krain Wewnętrznego Morza, w którym jedną z głównych postaci jest herszt zbójników Twardokęsek, nie kojarzy się z typową kreacją fantasy, bo i bohaterowie są nietypowi, i ich działania wymykają się konwencji. Twardokęskowi los Krain Wewnętrznego Morza jest obojętny, dba tylko o zaspokajanie własnych potrzeb, a w intrygę powieści angażuje się niejako przez przypadek, dokonując wyborów, które - w jego mniemaniu - powinny go trzymać z dala od wszelkich kłopotów. Nie tyle jednak sensacyjna fabuła jest tu istotna, co sam świat powieści, którego tajemnicę niełatwo czytelnikowi odkryć. Dodatkową trudność, która zraziła niektórych czytelników do prozy Brzezińskiej, stanowi styl jej powieści - mocno wzorowany na języku staropolskim. Autorka takiego stylu nie stosuje zawsze - o wiele bardziej przystępnym językiem napisany jest zbiór opowiadań „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny”, gdzie Brzezińska przygląda się odizolowanej od reszty świata społeczności, nieoficjalnie rządzonej przez szarą eminencję Doliny, Babunię Jagódkę -przewrotną wiedźmę, groteskową wersję Demiurga sprawującego władzę nad skrawkiem rzeczywistości.

Ewa Białołęcka swego czasu zafascynowała mnie powieścią „Tkacz Iluzji”, tchnącym świeżością światem fantasy, fabułą rozgrywającą się bez pośpiechu, stylem spokojnym i wyważonym. „Tkacz Iluzji” opowiada o losach Kamyka, chłopca, który nie mówi i nie słyszy, lecz ułomność tę wynagradza mu (na zasadzie powszechnego w wielu fantasy prawa równowagi) potężny talent magiczny, dzięki któremu Kamyk może tworzyć materialne iluzje. Jego jedynym przyjacielem i towarzyszem zostaje Pożeracz Chmur - smok, którego fascynują ludzie. Choć Białołęckiej zdarzają się pewne niekonsekwencje w kreacji świata przedstawionego, a w kolejnych tomach nie trzyma przez cały czas równie wysokiego poziomu, to jednak kolejne powieści pisarki warte są uwagi.

Wielu miłośników fantasy ceni książki Feliksa W. Kresa, świetnego felietonisty, który niegdyś na łamach „Feniksa” uczył młodych, jak pisać. Zaczynał może nienajlepiej, wydając nie do końca udaną „Północną granicę”, pierwszy tom serii „Księga całości”, której akcja toczy się w intrygującym, oryginalnym świecie fantasy: Szererze, mrocznym i okrutnym, zamieszkanym przez ludzi oraz inteligentne sępy i koty, właściwie pozbawionym jakiegokolwiek porządku etycznego, co dla fantasy stanowi ewenement. „Północna granica”, z kulejącą fabułą i nieciekawymi sylwetkami bohaterów, potrafiła skutecznie zrazić do Kresa, a tymczasem autor już w drugim tomie, „Królu bezmiarów”, osiągnął świetną formę, oferując czytelnikom dobrze opowiedzianą historię o piratach Szereru, swoistą marynistyczną fantasy. Dziś Kresa uważa się za wartościowego pisarza, jego powieści są cenione ze względu na oryginalne podejście do konwencji i własny styl. Kres w ciekawy sposób połączył konwencję powieści przygodowej spod znaku płaszcza i szpady z powieścią gotycką i zamknął w konwencji fantasy w „Piekle i szpadzie”, „Klejnocie i wachlarzu” oraz w stylizowanej na mroczną baśń „Strażniczce Istnień”.

NOWE HORYZONTY

Na horyzoncie polskiej fantasy pojawiają się twórcy, z którymi wiązać można wielkie nadzieje, pisarze pragnący przemówić własnym głosem, umiejący tworzyć historie nie tylko zajmujące, ale i dobrze napisane. Należy do nich Wit Szostak, młody filozof z Krakowa, autor dwóch ciekawych powieści: „Wichrów Smoczogór” i „Poszarpanych Grani”. To, żartobliwie mówiąc, fantasy góralska, bo swym klimatem przypomina tatrzańskie baśnie. Szostak opowiada historie pełne ciepła i nienachalnej, subtelnej magii; świat Smoczogór i okolic to z jednej strony typowa dla konwencji fantasy odizolowana kraina, gdzie panuje swoisty porządek moralny (odwieczne prawo równowagi i kult natury), z drugiej strony, co również należy do tradycji gatunku, świat ten stoi u progu zmian. Zza wyraźnie nakreślonych granic nadchodzi nowe pod postacią cywilizacji, kultu racjonalizmu i techniki. Sceptycyzm ulega jednak sile przedwiecznych opowieści. Zainspirowane folklorem i tradycją opowieści Szostaka przypominają góralską gawędę, wywołując nostalgię za tak subtelnie przez autora odmalowanym światem. Dotychczasowa twórczość Szostaka na powrót sięga do korzeni fantasy, do baśni, wprowadzając opowieść w czas mityczny, gdzie nie tyle intryga jest istotna, co sposób opowiadania.

Parafrazując Sapkowskiego, polska fantasy nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wraz z nasycaniem rynku książki zagraniczną produkcją fantasy (już nie tylko zachodnią), pojawiać się będzie coraz więcej polskich powieści fantasy, choć całkiem możliwe, że nie będzie to fantasy w czystej postaci, mniej lub bardziej kojarzona z najpopularniejszymi jej odmianami. Bardziej prawdopodobne jest to, że powstawać będą liczne hybrydy fantasy, nasycone wpływami innych konwencji gatunkowych -wszak fantasy nadaje się do takich zabiegów znakomicie (przykładów na tego typu literaturę też już jest sporo). Nastąpi również zjawisko odwrotne - elementy konwencji fantasy na większą niż dotychczas skalę przenikną do powieści obecnie uznawanych za głównonurtowe, przez co bliżej tym książkom będzie do tzw. realizmu magicznego. Oczywiście pewne przesunięcia i eksperymenty w ramach konwencji spowodują, że pojawi się zapewne potrzeba powrotu do tradycyjnie pojętej fantasy - może to niestety oznaczać nawrót ogranych schematów fabularnych, tym bardziej, jeśli nie zmniejszy się zapotrzebowanie czytelników na tego typu powieści. Niewątpliwie jednak fantasy nie stanowi już zjawiska efemerycznego, o sile jej ekspansji na polu kultury popularnej przyjdzie nam się w najbliższym czasie przekonać.

Polowanie na „fantastów” wciąż trwa.

Paweł Ciemniewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas