poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z ANDRZEJEM SAPKOWSKIM rozmawia Paweł Ciemniewski
Pisarstwa nie ma bez erudycji
Dekada Literacka 2004, nr 5-6 (207-208)

*„Boży bojownicy”, „Jonathan Strange i pan Norrell”, w pewnym sensie nawet „Kod Leonarda da Vinci” - wygląda na to, że czytelnicy coraz bardziej zaczynają cenić i potrzebować literatury jednocześnie rozrywkowej, ale i erudycyjnej.

Dlaczego uważa pan, że czytelnicy „zaczynają”? Zawsze taką literaturę doceniali i zawsze jej potrzebowali. Czytelnik od zawsze cenił pisarzy-erudytów, tak się bowiem składa, że erudycja to dla pisarza warunek „sine qua non”, bez erudycji nie ma pisarstwa. Pisarz erudyta to pisarz sprawny, pisarz umiejący grać na pewnych, nazwijmy to, kulturowych strunach, od głęboko utkwionych w ludziach bajecznych homeostatów i materii legendarnej, poprzez ogólnoświatowy i nie znający granic kanon klasyki literatury aż po jeszcze bardziej ogólnoglobalną i totalnie kosmopolityczną popkulturę. Książka sprawnie napisana i zręcznie grająca na takich strunach, gwarantuje dobrą i ciekawą lekturę, czytelnik to lubi. A sprawnych pisarzy ceni.

*Ta potrzeba wynika chyba także z zaprezentowanych w tych powieściach alternatywnych wizji świata, z popularności wszechobecnych teorii spiskowych. Może nawet bardziej niż kiedyś fantasy staje się ważna jako literatura eskapistyczna.

Z eskapizmem nie ma to zgoła nic wspólnego. Spiskowe teorie dziejów zawsze pasjonowały ludzi. Każde niemal społeczeństwo i każda kultura miały tendencję do wynajdywania jakiegoś demonicznego Starca z Gór, który gdzieś tam siedzi i trzęsie światem. Byli asasyni, templariusze, Iluminaci, masoni, Różo-krzyżowcy, Mędrcy Syjonu, imię ich jest legion. Byli - i są do dziś - liczni ludzie, którzy w to wszystko święcie wierzą i bardzo lubią o tym czytać. Jest też ogromna rzesza, która doskonale wie, że znakomita większość tych spiskowych teorii to wyssane z palca brednie lub socjotechniczna czarna propaganda. Ale ci „niewierzący” [śmiech] też uwielbiają o tym czytać. A pisarze o tym wiedzą i nie żałują sobie. Toż to kapitalna baza dla fabuły i cudowna podwalina intrygi, tacy templariusze, jezuici czy Alumbrados, tacy wolnomularze, sataniści, taki Komintern, Smiersz, SPECTRE. Czy - niechaj wybaczony mi będzie brak skromności - moja własna „grupa trzymająca władzę”: magiczki ze sfeminizowanej Loży Czarodziejek.

*Czemu wybrał Pan akurat XV wiek i husytów?

Czemu wiek XV? Bo ciekawy. Czemu husyci? Bo o Krzyżakach za dużo już było powieści i nie byłbym oryginalny. Czy wydało mi się to ciekawym tłem? Jak najbardziej. Skąd bierze się potrzeba? Nie wiem. Skądś.

*Usłyszałem zdanie, że trylogia o przygodach Reynevana i spółki może być szkodliwa dla młodych ludzi. Nie, nie dlatego, że są tam opisy przemocy i brzydkie wyrazy. Dlatego, że w realia historyczne, między nazwiska ludzi, którzy kiedyś żyli, i księgi, które kiedyś istniały, wplata Pan nazwiska i tytuły fikcyjne. Czy fantasy historyczna (lub w ogóle: powieść historyczna) ma obowiązek mówić prawdę o świecie, który kiedyś istniał, skoro - teoretycznie - w tym świecie jest osadzona?

Aha. Szkodliwy jest więc Dumas, bo Richelieu żył i istniał, a Atos, Portos i Aramis nie. Szkodliwy jest Sienkiewicz, bo Chmielnicki był, a Skrzetuskiego nie było. Szkodliwy jest Mika Waltari, bo między Echnatona i Horemheba, którzy istnieli, wplata fikcyjnego Egipcjanina Sinuhe. Szkodliwi są na podobnej zasadzie Walter Scott, Kraszewski, Bunsch, Kossak-Szczucka, Gołubiew, Maurice Druon. Szkodliwy jest Umberto Eco, u którego poezje Archipoety, przeżywającego „writer’s block”, pisze zamiast niego Baudolino. Wie pan co? Całkiem mi dobrze w tym towarzystwie. Jestem sobie oto szkodnik wśród szkodników.

*Inspiracją dla Pańskiej trylogii z pewnością w większym lub mniejszym stopniu był Sienkiewicz i Walter Scott. Ale co jeszcze? Czy jakieś dzieła z gatunku fantasy wpłynęły na Pana w trakcie prac nad trylogią?

Pośrednią inspiracją była naturalnie cała klasyka powieści historycznej, jej podstawowy kanon, ze wskazaniem na „Bolesława Chrobrego” Antoniego Gołubiewa, „Krzyżowców” Zofii Kossak i „Królów przeklętych” Maurice'a Druona. Wśród inspiracji bezpośrednich, książek, po lekturze których ostatecznie zdecydowałem się na zwrot ku fantasy historycznej, była klasyka fantasy historycznej właśnie, ze szczególnym wskazaniem na „Ars Magica” Judith Tarr i „Tiganę” Guya Gavriela Kaya. Jak również - z nieco innej beczki – „Falstaff” Roberta Nye'a.

*Skąd pomysł, by w „Narrenturm” i „Bożych bojownikach” zawrzeć motywy lovecraftowskie? To taki intertektualny żart?

W zestawieniu „intertekstualny żart” zalecam kładzenie nacisku na człon drugi: żart właśnie. Miał to być sposób na ożywienie narracji. I ożywienie czytelnika także. Tak to wymyśliłem - nie będę się upierał, że najlepiej. Co do lovecraftowskich motywów - miałem prawo. Lovecraft i mit Cthulhu to już tak zwane „dobro ogólne” w zakresie pisarstwa fantastycznego i opowieści grozy. Korzystanie z „Cthulhu” jest dopuszczalne równie swobodnie, jak korzystanie z „hobbita”, który jest w identycznym stopniu wytworem wyobraźni pisarskiej i neologizmem. Nadto, w moim przypadku takie nawiązanie jest hołdem wobec pisarza, którego lubię i cenię. Chciałbym wierzyć, że podobnie jest z korzystaniem z „wiedźmina”, do którego już też się zaczyna swobodnie nawiązywać.

Co zaś do „odległości czasowej”, to oświadczam, że tu akurat takiej nie ma absolutnie. Reynevan i współcześni mu mogli znać i czytać „Necronomicon”. Autor, szalony czarownik Abdul Alhazred, żył w Jemenie za Omajjadów, około 700 roku. Dzieło życia Abdula, księga o tytule „Al Azif”, powstała niezadługo od strasznej śmierci autora, pożartego przez demony w Damaszku, w biały dzień, na oczach wielu świadków, w roku 738. W roku 950 okryty już straszliwą sławą „Al Azif” został przełożony na grecki przez Teodorosa Philetasa z Konstantynopola. W 1228 roku Olaus Wormius dokonał przekładu łacińskiego, zmieniając tytuł na „Necronomicon” właśnie. Manuskrypt -znany wcześniej w licznych kopiach -wydrukowano w Niemczech pod koniec wieku XV. Jak więc widać, nie ma tu śladu anachronizmu. „Necronomicon” mógł być świetnie znany średniowiecznym uczonym, alchemikom i czarnoksiężnikom.

*Reynevan to nietypowy bohater. Zdolny, ale z talentem do popadania w tarapaty, z których zwykle ratują go przyjaciele. Niewiele w nim z herosa. Ale właśnie z tego powodu Pańską trylogię można, moim zdaniem, traktować jako powieść drogi. To wbrew pozorom nie takie częste w fantasy. Zaliczanie kolejnych questów trudno łączyć z rozwojem. Tymczasem Reynevan dojrzewa.

Wbrew popularnemu mniemaniu i utartej opinii bohaterów typu „heros-superman-Waligóra” jest w kanonie fantasy wcale nie tak wielu. Nad przygodami mięśniaków-rębajłów zdecydowanie przeważa motyw „rite de passage”, drogi inicjacyjnej. Dojrzewający prostaczek-Perceval, względnie mag lub/i król starający się zdobyć moc lub/i władzę względnie odzyskać moc lub/i władzę utraconą - to zasadniczy „leitmotiv” fantasy. Do tego dochodzi całkiem spora grupa bohaterów nietypowych - aż do antybohaterów włącznie. Tak więc, jak pan widzi, Reynevan nie odbiega znacząco od kanonu, nie odbiega od niego także trylogia zaczęta „Narrenturmem”, „Wieżą Błaznów”. Wieża to wszak symbolika tarota, a tarot to symbolika „rite de passage”, rytuału przejścia i dojrzewania, egzemplifikowana intrygą i tokiem narracji droga inicjacyjna bohatera. Jeśli więc chcemy to nazywać „powieścią drogi”, wolna wola. Pasuje tu wszystko - od Gilgamesza i Odyseusza do Hucka Finna. I od Tolkiena aż do Kerouaca.

*Do moich ulubionych postaci w trylogii należą Konrad z Oleśnicy, biskup z Wrocławia i młody inkwizytor, Grzegorz Hejncze. Lubię ich z zupełnie różnych powodów. Pierwszego za lubieżność, drugiego za zdrowy rozsądek, a obu za to, że są diabelsko przebiegli. Kler w Pańskiej twórczości ukazywany bywa w krzywym zwierciadle, choć zaskakująco często obrazek namalowany na kartach Pańskich powieści przypomina to, co widzimy na co dzień.

Dlaczego w krzywym zwierciadle? Twierdzę, że ukazuję kler prawdziwie i wiernie, takim, jakim był. Rzecz nie w antyklerykalizmie i nie w idiosynkrazjach, lecz w prawdzie historycznej. Wszak opisuję czas wojen religijnych, dobę rodzącej się reformacji. A faktu, że u korzeni reformacji legły „błędy i wypaczenia” kleru, zanegować się nie da. Przywołany Konrad z Oleśnicy, biskup Wrocławia, to postać historyczna. Jeśli przedstawiam go jako lubieżnika i zbereźnika, to nie dlatego, że jestem antyklerykałem, lecz gwoli prawdy historycznej. U Długosza biskup jest, cytuję, „nieumiarkowany względem kobiet”. Opisuję - i twierdzę, że raczej wiernie - kler drugiej dekady wieku XV. W tym zarówno drani i wsteczników, gotowych po trupach bronić swej władzy i bogactw, jak i Franciszkanów oraz Wiklefów nawołujących do reformy. Oraz - tu znowu kłania się prawda historii - młodych postępowych duchownych, z grona których kiedyś wyłonią się Luter, Kalwin i Zwingli. To jest, powtarzam, prawda historii, której już nie da się ocenzurować i zamazać. A to, co widzimy na co dzień? To wbrew pozorom też historia. Lubiąca się powtarzać.

* Wiem, że ostatnimi czasy często odwiedza! Pan Czechy. W jakim stopniu podróże tam inspirowały Pana przy pisaniu książki?

Jeśli za „ostatnie czasy” możemy uznać rok 1994, datę mojej pierwszej wizyty na czeskim konwencie miłośników SF, to faktycznie, można powiedzieć, że od roku 1994 bywam w Czechach dość często. Inspiracji do „trylogii husyckiej” pobyty w Czechach dostarczyły, i owszem, sporo - głównie w postaci lektury kronik i opracowań historycznych zagadnieniu wojen husyckich poświęconych. Dzieł takich, tak naukowych jak i popularno-naukowych, w Czechach nie brakuje i dziwić się nie ma czemu, wszak to niezwykle ważny okres w historii tego kraju.

*Czy lektura fantasy nadal sprawia Panu przyjemność i satysfakcję? Czy wśród ostatnio przeczytanych książek znalazł Pan coś godnego polecenia?

Staram się, rzecz jasna, być na bieżąco w tym, co się w fantasy dzieje i mam oko na nowości. Wśród „lektur obowiązkowych” trafia się jednak wcale często jakieś objawienie, coś, co wręcz dech zapiera. Ostatnimi czasy -jeśli za „ostatnie” uznać minione pięć lat - było w branży fantasy trzech takich autorów i trzy takie książki: Neil Gaiman („American Gods”), China Mieville („Perdido Street Station”) i John Crowley („Daemonomania”). Polecam z pełną odpowiedzialnością.

Rozmawiał Paweł Ciemniewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas