poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)]


■ Kwietniową „Odrę” (2004 nr 4) otwiera informacja, że ten znany miesięcznik przyznał swoją nagrodę za 2003 r. Ewie Lipskiej. Jest to nagroda za „tom wierszy pt. „Ja” (Wydawnictwo Literackie, 2003) i całokształt twórczości poetyckiej”. Myślę, że dobrym uzasadnieniem przyznania nagrody jest fragment tekstu Adama Poprawy: „Dobrze, że trudno się przyzwyczaić do wierszy Ewy Lipskiej. Owszem, jej teksty są rozpoznawalne, tak dzięki wypracowanemu przez lata stylowi, jak i rodzajowi poetyckiego obrazowania (...). Myślę jednak o takim przyzwyczajeniu, które umożliwia lekkie, pobieżne traktowanie utworów (...) Takiemu odbiorowi dzieło Lipskiej się nie poddaje, jej wymagające wiersze nie są »przyzwyczajne« (...)”. Poprawa zaczyna artykuł o twórczości Lipskiej („Ale jest pewność, że to Ewa Lipska”) od analizy wiersza „Czekam” z tomu „Sklepy zoologiczne” (2001). Jest to utwór krótki, więc przywołam go w całości: „Czekam jak coś zamówione / ale jeszcze nie odebrane. // Cyprys wpatruje się we mnie / przez lornetkę oka.” Szczególne znaczenie znajduje krytyk w braku (niezaskakującym w tej twórczości) przecinka między dwoma pierwszymi wersami. Przez ten brak wprowadzona zostaje równowaga temporalna: to, co zdarzyło się wcześniej i to, co zdarzy się później trwa teraz. Mało mnie przekonuje ten wywód. Ważniejsza jest, podkreślona przez Poprawę, reifikacja podmiotu (ja jako coś). Skoro cyprys jest alegorią śmierci, to wpatruje się on w dno oka. Blisko już do zamówionej śmierci, po jej odebraniu uprawomocni się reifikacja. Spośród wielu krótkich omówień i analiz w tym tekście przywołajmy jeszcze jedno, traktujące o wierszu z nagrodzonego tomu. W „Sprincie” zbudowana została opozycja do dwóch znanych cytatów: optymistycznego porównania życia do biegu przez św. Pawła (wprawdzie jest to już kalka, ale sam cytat nie stracił świeżości i atrakcyjności) i zdania, które stało się wręcz sloganem reklamowym i nieznośną kalką- Nie lękajcie się (słowa papieża Jana Pawła II). „Przed nami bieżnia. Bez przeszkód. / Boisko cmentarne. Ale sportowy duch. // Nie lękajcie się. (...)” Nieprzyjemnie zgrzyta ten sarkastyczny ton.

Wymienię jeszcze teksty, które trzeba przeczytać, sięgając po kwietniową „Odrę”. „Utrwalony przez wieki obraz Renu jako wyraźnej granicy dwóch kultur nie znajduje uzasadnienia ani w pierwotnym układzie etnicznym, ani w topografii terenu, nigdy bowiem nie było trwałej granicy pomiędzy Celtami i Germanami, pomiędzy lasami na wschód od Renu i lasami na zachód od Renu, pomiędzy spokrewnionymi i stale przemieszczającymi się plemionami z obu stron rzeki, która bardziej łączyła, niż dzieliła okoliczne ludy” - o niemieckich kłopotach z cesarstwem pisze Robert Kaczmarek („Niemcy w poszukiwaniu raju”). Francuzi są przekonani o swojej wyższości i z wdziękiem litują się nad tymi, którzy mają nieszczęście Francuzami nie być. Marek Brzeziński w artykule „Francja, czyli wirówka czaru i arogancji” pisze o dwóch książkach, które narobiły wiele szumu nad Sekwaną i były krytykowane za zbyt czarne widzenie rzeczywistości francuskiej. Chodzi o „Francuską arogancję” (Romain Gubert i Emmanuel Saint-Martin, „L’arrogance française”) i „Francję w fazie upadku” (Nicolas Baverez, La France qui tombe). O Środkowej Europie i jej wizjach Fichtego i Heinego pisze Leonard Neuger („Europa Środkowa jako źródło cierpień”), przypominając, że niemieckie pojęcie Mitteleuropy miało niecne i kolonialne konotacje. „Osłabianie prawdy” Włodzimierza Paźniewskiego to ostry i dobry tekst o tym, jak naszą wspólną historię pokazują czasami Niemcy. Przywołajmy fragment wstępu: „Niemiecki odbiorca dowiedział się z filmu, że starą stolicę Polski ponad wszelką wątpliwość założyli Niemcy. Druga rewelacja poszła jeszcze dalej. Ukazując gmach Biblioteki Jagiellońskiej, w komentarzu podkreślono, że został on wybudowany przez narodowych socjalistów w latach drugiej wojny światowej, czyli ujmując rzecz dokładniej podczas okupacji hitlerowskiej (...)”. O stosunkach polsko-niemieckich, którym bliżej do kiczu i ignorancji niż do rzeczywistego partnerstwa, pisze Stanisław Piskor („Wypowiedzieć wojnę stereotypom”). Natomiast lektura tekstu Piotra Gajdzińskiego „Kto nami rządzi: Żydzi, masoni czy gady?” byłaby dobrą rozrywką, gdyby nie świadomość, że wielu ludzi wierzy w spiskowe teorie dziejów, a ich wyznawcom wcale nie jest do śmiechu...

Mirosław Dzień zabrał się do opisywania rzeczy, na temat których napisano już wiele, a których właściwie opisać nie sposób. Jego eseje ukazały się już ponad pół roku temu, ale chcę wrócić do nich, bo mnie denerwują, choć wiem, ze nie powinny Kwartalnik „Kresy” (2003 nr 4) opublikował teksty poświęcone cierpieniu („Hiobowe zajęcia, czyli dla siedzących na gnoju”) i śmierci („Śmiertelność śmierci. Uwagi o szachach z nieuniknionym”). Już wiadomo, dlaczego nie powinny irytować. Trudno, na poziomie dyskursywnym nie literackim, powiedzieć (przeczytać) cos prawdziwie przekonującego o cierpieniu i śmierci jeśli się nie cierpi (a wtedy raczej nie pisze się tekstów analitycznych) lub nie umiera Trudno tez dyskutować z tym, co ktoś sądzi o śmierci i cierpieniu Zanim ktoś się żachnie, niech sięgnie do tekstów Dzienia Każdy dyskurs jest nieznośny dla siedzących na gnoju, umierającym zaś nie jest potrzebny Dlaczego więc po ponad roku wracam do tych esejów? Bo przeczytałem je raz jeszcze i uważam, ze skłaniają do terapeutycznych rozmyślań, na które jest czas właśnie wtedy, gdy się nie cierpi.

Mowić o cierpieniu, to tyle, co siedzieć na gnoju i rozpamiętywać swój los - pisze Dzień, chyba nie bardzo zdając sobie sprawę, ze tym stwierdzeniem ogranicza analizę cierpienia do rozpatrywania swojego jednostkowego bólu, nie bólu w ogolę Kończąc na tym, zakończyłby esej na czwartym zdaniu Podejmuje jednak próbę bardziej uogólnionego opisu Oswojenie się z obecnością cierpienia to zaakceptowanie kształtu egzystencji, na który nie mamy wpływu Rożne są próby oswojenia autor przywołuje Zbigniewa Herberta, Alberta Camusa, Tomasza à Kempis Adama Mickiewicza Przywołajmy propozycję zasmakowania w cierpieniu Tomasza à Kempis Mirosław Dzień pisze „Interesującym może być dla nas ( ) związek myśli Autora „O naśladowaniu Chrystusa” z koncepcjami Fryderyka Nietzschego ( ) Filozof powiada, ze epoka współczesna jest czasem „zgodnych społem w wyrzekaniach i niecierpliwości współczucia, w śmiertelnej nienawiści do cierpienia w ogolę, w kobiecej niemal niezdolności, by wytrwać przytem w roli widza, by moc na cierpienie pozwolić”. Dzień pisze tez o zamilknięciu na temat cierpienia jako jednej z intelektualnych możliwości podejścia do tego procesu przekształcającego naszą świadomość „skoro wiemy z całą jasnością, ze nie sposób pozbyć się cierpienia, to jedyną sensowną rzeczą, jaką możemy zrobić, to poniechać jakichkolwiek intelektualnych dywagacji na jego temat”. Bardziej jednak interesują go działania umysłów namiętnych i niepohamowanych które chcą rozwiązać zagadkę. W konsekwencji dochodzi do mistycznej i religijnej afirmacji cierpienia. „Duchowe pokolenie Hioba z zamkniętymi ustami na skargę rozpamiętuje swój los, widząc w nim spełnienie się niepojętej woli Przedwiecznego (... ) Oni już osiągnęli pewność, ze wszystko, czego przyjdzie im doświadczyć w tym życiu, z pewnością będzie dla nich - pomimo pozorów niespełnienia - najlepsze (... ) W szaleństwie pełnej zależności spełnia się dziwne życie ludzi cierpiących.

Esej o śmierci zaczyna Dzień od heideggerowskiego określenia człowieka jako bytu dążącego do śmierci Zjawisko, o nieuchronności którego większość z nas myśleć nie chce, budując i rozwijając z każdym dniem swój plan życia (przez co przezywanie zbliża każdego do końca) nazywa eseista skandalem śmierci. „Niezgoda na utratę życia stanowi jeden z najmocniejszych przejawów suwerenności rozumu, który w obliczu śmierci pragnie z całą stanowczością, na jaką go stać, wykrzyczeć swój sprzeciw”. Próby podglądania, przyglądania się śmierci mają wiele wad (choćby tę, że śmierć nie podejmuje z nami dyskursu, a działa totalitarnie i totalnie), ale dla Dzienia tę zasadniczą zaletę, ze są stałym wysiłkiem „w kierunku mierzenia się z czymś co przekracza (bytowo!) nas w sposób tak zdecydowany, że tylko ignorant mógłby stanąć naprzeciw niej w otwartym polu. Nieco to naiwne, chyba jednak przez to bardziej pokazuje bezradność teoretyczną. Oprócz bezradności jeszcze inne uczucia będą towarzyszyć rozmyślaniom o Śmierci (dla Dzienia to Ona, pisana z dużej litery): przerażenie, smutek, rezygnacja, gniew, bunt, bezsilność Tylko pozarozumowe „narzędzie”, jakim jest wiara, pozwala na myślenie o śmierci jeśli nie z nadzieją to przynajmniej ze spokojem Autor przywołuje fragment jednego z listów św. Pawła do Koryntian „( ) nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni. W jednym momencie, w mgnieniu oka, na dźwięk ostatniej trąby - zabrzmi bowiem trąba - umarli powstaną nienaruszeni, a my będziemy odmienieni. Pomińmy dłuższe akapity poświęcone Herbertowi i Różewiczowi, żeby przejść od razu, oczywiście, do Łazarza i Apokalipsy, w której następuje przezwyciężenie jednej śmierci. Tej pierwszej, która jest dla każdego (wierzącego) etapem przejściowym. O drugiej, kończąc esej, tak pisze Dzień Śmierci dla Żyjących już nie ma, a dla Trwających w Jeziorze Ognia jest towarzyszką, której pewnie można się przyglądać bez obawy, a nawet zagrać z nią w szachy o życie, którego nic i nikt już nie przywróci”.

Dla Dzienia mówienie o cierpieniu i śmierci jest sensowne i znośne, gdyż można je przenieść z poziomu dyskursu na poziom transcendencji i argumentów opartych na wierze w pozarozumowe znaczenie tych dwóch nieuchronności.

Coraz rzadziej w „National Geographic” można trafie na pogłębione teksty dotyczące kultur czy zjawisk kulturowych, które mogłyby interesować czytelnika magazynów literackich Jeśli jednak się już trafią, to na pewno ich wartość zwiększają zdjęcia np. z muzeów czy kolekcji, do których trudno dotrzeć. Z tego względu warto polecić tekst „Han”, zamieszczony w czerwcowym numerze (2004 nr 6) Mike Edwards pisze w nim Ta dynastia powstała 2200 lat temu i przetrwała ponad cztery wieki Dziś rodowici Chińczycy nadal określają się mianem Han, co jest echem ich złotego wieku sztuki, polityki i techniki Okresu, w którym Chiny dorównywały potęgą i prestiżem imperium rzymskiemu”. To Hanowie byli pierwszymi producentami papieru. W dzisiejszych Chinach można obserwować nie tylko niesamowity wzrost gospodarczy, ale i styl życia, który niewiele różni się od zachowań wykształconych w czasach wspaniałej dynastii. Edwards znalazł wytwórnię papieru, która mogła przypominać taki zakład sprzed dwóch tysięcy lat. Aczkolwiek to nie papier był materiałem, na którym Hanowie utrwalali swoją bogatą twórczość (m.in poezję, wywody matematyczne, opisy historyczne) - on służył głownie do zawijania ryb. Pędzelkami i tuszem z sadzy pisano na drewnianych tabliczkach, paskach bambusa, na jedwabiu. Sztuka kaligrafii jest pielęgnowana do dzisiaj „Pismo stało się sztuką pod koniec dynastii Han, kiedy na płytach z lazurytu wyryto >>Księgi pieśni<< (...), zbiór wcześniejszych pieśni i poematów”. To w czasach tej dynastii akademia konfucjańska kształciła urzędników, a taoiści próbowali odczytywać przyszłość Wojny niepokoje, morderstwa, przewroty pałacowe, korupcja - to wszystko nie ograniczyło rozwoju sztuki i nauki. „Oglądana z bliska, dynastia Hanów nie wygląda zbyt pięknie. Ale w następnych stuleciach kiedy Chiny nękała wojna domowa a miasta na północy plądrowali koczowniczy najeźdźcy ludzie tęsknie wspominali jedność i pokój Hanów. Dynastia ta przekazała potomności kulturowe wzorce które do dziś zachowują ważność” - pisze Edwards.

Zażenowanie, obojętność, słabe współczucie, niechęć Chyba takie odczucia mamy najczęściej widząc złomiarzy, starszych podchmielonych panów pchających wózki z drogocennym złomem, lekko zwariowane staruszki w starych łachach, ludzi pracowicie przeszukujących śmietniki. Nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, jak żyją, co czują, o czym rozmawiają, czy mają znajomych, przyjaciół (jak to w ogolę brzmi w ich przypadku?), jakie są ich stosunki z innymi ludźmi. Gdzieś przecież ciągle podążają z tymi siatami, torbami, reklamówkami, zapobiegliwie przekładają swoje rzeczy, z kimś piją, gdzieś mieszkają (wegetują). Nie są naszym światem (tak przynajmniej byśmy chcieli), żyją w jakims świecie równoległym. Dużo o nim dowiedzieć się można ze sztuki Krzysztofa Bizio „Śmieci” opublikowanej w „Dialogu” sprzed kilku miesięcy (2004 nr 2-3). Śmieci z tytułu to nie tylko ci ludzie, żyjący w schroniskach, budach, mieszkaniach na którymś tam piętrze mrówkowca. To nie tylko materia, z którą ci Inni tak bezpośrednio się stykają, która tak zdecydowanie oddziela ich od reszty ludzi - producentów śmieci. Dla tych konsumentów śmieci niektóre z rzeczy zbędnych, porzucanych, wyrzucanych mogą być skarbami. Gdyby prześledzić zabiegi Szarego (jednego z trzech bohaterów sztuki), spróbować zrozumieć radość ze znalezienia „prawie nowej lodówki i dwóch prawie nowych telewizorów”, to można by zamienić tytuł ze „Śmieci” na „Skarby”. Tylko ci ludzie Brązowa usiłuje być damą, stwarza dla siebie świat, który był zawsze niedostępny, acz na wyciągnięcie ręki - mówi Szaremu o swojej karierze w filharmonii, o wielbicielach, o uczniach. A była tam szatniarką i babcią klozetową. Podobną historię stwarza dla siebie Szary, który miał być portierem w luksusowym hotelu, a był cieciem na budowie. Brązowa jest ślepa i zdziwaczała, najęła więc Szarego, żeby robił jej zakupy, bo boi się wychodzić ze swego mieszkania na szóstym piętrze w obskurnym, obszczanym bloku. Pojawiają się jednak spacery i jakieś uczucie, którego Brązowa nie może zaakceptować i którego jednakże potrzebuje. Tak chciałaby oszukać siebie, zmienić przeszłość, że nieustannie krzyczy, narzeka, ubliża Szaremu. Szary chce z nią chodzić na spacery, bo uważa, że przyniosła mu szczęście, że dzięki niej znalazł lodówkę i telewizory. Podczas pierwszej wyprawy, którą urządził tak, żeby Biały pilnował znalezionych skarbów, gdy on będzie odprowadzał Brązową do autobusu, wszystko wyszło inaczej. To ona zaplanowała tę wyprawę inaczej, jako wyprawę bez powrotu. Tylko potem Szary nie chce uwierzyć w to, że rzuciła się z wieży na bruk. Mówi do niej, czuje jej obecność: „Ja wiem, że to było wszystko jedno. Ja wiem, że to góra pół roku, może trzy miesiące, a ty nie lubisz szpitali. (...) Jeden facet mi wszystko wytłumaczył. Wszystko wiem: o dziurach w brzuchu i że cię bardzo bolało. I prawie wszystko zrozumiałem, tylko nie wiem, czemu mi o tym nie powiedziałaś? Czemu mi o tym nie powiedziałaś?” Iluzja jej obecności nie jest iluzją wraca jako duch (?). Szary od razu kombinuje, że teraz ona ma jeszcze większe, nieograniczone możliwości w poszukiwaniu „skarbów”. Ona mówi obraźliwie, że rozliczy go z tych pieniędzy, które dała na robienie zakupów. Ma do niej przychodzić. „Codziennie.”

Dopełnieniem tego tekstu w „Dialogu” są wywiad z Krzysztofem Bizio, przeprowadzony przez Jovankę Ćirlić („Szklane domy”) oraz analiza czterech sztuk tego autora – „Konsumenci i inni” Kaliny Zalewskiej. Zalewska pisze o „Porozmawiajmy o życiu i śmierci”, „Toksynach”, „Lamencie” i „Śmieciach”.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas