poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA PREIZNER
Dotknąć trąby
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)

„Słoń” - reż. i scen. Gus Van Sant, obsada: Alex Frost, Eric Deulen, John Robinson, Elias McConnell, Timothy Bottoms, Matt Maloy, 2003 USA, 81 minut.



Bardzo rzadko zdarza się, żeby film, którego głównym tematem jest przemoc, nie stawiał prostych diagnoz, nie uogólniał i nie ferował pochopnych wyroków. W przypadku obrazów kręconych za oceanem takie próby niemal nie mają miejsca - temat agresji, zwłaszcza wśród nieletnich, jest najczęściej pokazywany i podsumowywany w sposób, który żenuje bardziej dociekliwego, myślącego widza (vide głośni „Młodzi gniewni” czy podobne, łzawe i puste historyjki). Amerykański stereotyp łamie „Słoń” Gusa Van Santa, niedawno wprowadzony na ekrany polskich kin ubiegłoroczny zdobywca canneńskiej Złotej Palmy. Inspiracją Słonia stały się tragiczne wydarzenia z 20 kwietnia 1999 roku - dwaj uczniowie jednej z amerykańskich szkół średnich przynieśli do szkoły broń i brutalnie zamordowali kilkunastu swoich kolegów oraz nauczyciela. Film Van Santa opowiada o kilku godzinach, które poprzedziły egzekucję - bo trudno inaczej nazwać to, co stało się w Columbine School.

To bardzo skromny film. Bardzo cichy. Ta cisza jednak przeraża zamiast uspokajać, niepokoi, powoduje napięcie tym trudniejsze do zniesienia, że pozornie nieuzasadnione. Subtelne, nieco melancholijne dźwięki „Sonaty księżycowej” Beethovena, czysta, świetnie wyposażona, nowoczesna szkoła, kojące obrazy zasłanego kolorowymi, jesiennymi liśćmi parku i szkolnego podwórza stwarzają klimat, w którym trudno uwierzyć w istnienie jakiegokolwiek zła. Idealnie skomponowany obraz burzy jednak szybko istnienie kruchego Johna opiekującego się swoim ojcem alkoholikiem, brzydkiej, kanciastej Michelle, która nie chce zakładać szortów na lekcjach WF, nijakiego Alexa, który, obrzucany resztkami śniadania przez złośliwych kolegów na lekcji fizyki, nie potrafi bądź nie chce się bronić. Nawet jednak te, niepokojące i nieprzyjemne, sygnały są szybko łagodzone -John, który jeszcze przed chwilą płakał samotny w jednej ze szkolnych sal, teraz z uśmiechem pozuje koledze do fotografii, Michelle rozpoczyna dyżur w bibliotece - miejscu, gdzie na pewno dobrze się czuje, Alex cierpliwie ćwiczy Beethovena, a potem zajada się naleśnikami swojej mamy. Ich szkolni koledzy - farbowane na blond dziewczęta, przystojni chłopcy ze szkolnej drużyny, nastolatki, które chcą zbawiać świat pod warunkiem, że nie będzie to wymagało z ich strony żadnego wysiłku - nie są wcieleniem wrażliwości i altruizmu, to prawda. Ale nie są też potworami, nie ma w nich nieuzasadnionej nienawiści czy agresji -jeśli już, to tylko skierowana przeciwko sobie - jak wtedy, kiedy urodziwe i bardzo szczupłe dziewczyny zwracają w łazience zjedzony właśnie obiad, żeby obwód ich talii nie przekroczył magicznych sześćdziesięciu centymetrów. Teoretycznie więc wszystko trzyma się jakiejś normy, nawet jeśli jest to wypaczona, odległa od jakiejkolwiek innej, sztuczna norma współczesnej Ameryki. W ramach tej normy mieści się jednak coś, co trudno zrozumieć i zaakceptować i co - być może - doprowadziło do tragedii. To brak rozmowy, dialogu. Bohaterowie filmu nie rozmawiają ze sobą - oni zaledwie przekazują sobie informacje. „Idziesz dziś na koncert?”, „Moja matka przeszukuje mój pokój, to okropne”, „Zabalujemy?”, „Po lekcjach idziemy na zakupy”, „Capri Sun, proszę” - wypowiadane przez uczniów i nauczycieli zdania nie przybliżają ich do siebie, nie pozwalają się poznać. Tak naprawdę wszyscy wolą trzymać się od siebie z daleka, ponieważ jakiekolwiek zbliżenie, otwarcie się na drugiego człowieka grozi kłopotliwym i całkowicie zbędnym obciążeniem jego problemami. Wszyscy młodzi ludzie, których spotykamy, są samotni - nawet jeśli chwilowo nie są sami. Niezwykły zabieg formalny, na jaki zdecydował się reżyser - bardzo długie, kilkuminutowe ujęcia, pozbawione cięć sceny, uporczywe śledzenie pozornie niepotrzebnych, niewnoszących niczego do akcji filmu gestów - pozwala się przyjrzeć samotności nastolatków. Mijają się w korytarzach, czasem nawet się do siebie uśmiechną, ale ich zdawkowe „hej, jak się masz?” nigdy nie jest rzeczywistą prośbą i oczekiwaniem na otwarcie się interlokutora. Wstrząsające są kilkukrotne powtórzenia tej samej sceny, za każdym razem z punktu widzenia innego bohatera. Po chwilowym kontakcie, pozornie radosnym i ciepłym, twarze uczniów tężeją, płytkie emocje są z nich wymazywane. Wyjątkiem jest John - przedwcześnie dojrzały, doświadczony cierpieniem, jest jedyną ze wszystkich pokazanych w „Słoniu” osobą zdolną do troski o kogoś innego poza sobą samym. Tylko on w porę zauważy, że dzieje się coś niedobrego i będzie próbował ostrzec kolegów i pracowników szkoły. Oni zresztą chyba wyczuwają jego inność -w kontaktach z nim stają się ostrożniejsi, bardziej delikatni - na tyle, na ile ich stać. Eric i Alex, którzy z torbami wyładowanymi bronią właśnie wchodzą do szkoły, tylko jego jednego ostrzegą przed zbliżającą się masakrą - „Spływaj, zaraz tu będzie gorąco” - powie jeden z nich. Eric i Alex. Nijacy chłopcy, tysiące takich chodzi po korytarzach amerykańskich szkół. Problem w tym, że poza szkołą przestają być tacy zwyczajni. Póki jeszcze Alex zatapia się w muzyce poważnej, a jego kolega w grze komputerowej, wszystko jest w porządku. Groźnie zaczyna się robić dopiero wtedy, kiedy zauważamy, że fascynująca gra jest typową „strzelanką” - im szybciej zabijesz maksymalnie dużą liczbę ludzi, tym więcej punktów zdobywasz - a muzyka poważna zostaje porzucona na rzecz sklepów internetowych oferujących broń. Oczekując na zamówione egzemplarze, chłopcy oglądają dokumentalne filmy o nazistowskich Niemczech. Wykorzystane w nich fragmenty dokumentów Leni Riefenstahl pokazują wzniosłe, wzorowane na rzymskich, partyjne ceremonie - uczestniczą w nich szeregi urodziwych młodych ludzi zjednoczonych w jednym celu. Chłopców fascynuje ten obraz, to poczucie jedności, przynależności do dużej, silnej grupy. Są w stanie zapłacić wysoką cenę za świadomość, że mogliby być tacy, jak pokazani na ekranie członkowie NSDAP. Komentarz towarzyszący dokumentowi jest jednoznaczny - ci młodzi ludzie poszli potem na wojnę, na której bez większych skrupułów zlikwidowali kilka milionów ludzi. Wniosek wydaje się oczywisty.

Erica i Alexa łączy przedziwna więź- porozumiewają się niemal bez słów, jak bracia, a jednocześnie istnieje między nimi delikatna relacja homoseksualna, z której sprawę zaczynają sobie chyba zdawać dopiero na moment przed strzelaniną. Przygotowując się do masakry, wspólnie biorą prysznic. Nie planowali tego. Spontanicznie - i rozpaczliwie -przytulają się do siebie, całują. „Nikt mnie jeszcze nie pocałował” - mówi jeden z nich. Więc taka bliskość nie zdarzyła im się wcześniej, a jednak obaj podchodzą do niej bez zdziwienia, jak do sprawy oczywistej. Tym bardziej niezrozumiałym wydaje się moment, kiedy jeden z nich, ukoronowując udane polowanie na ludzi, bez słowa, bez emocji zastrzeli partnera.

I nie jest to jedyna w filmie zagadka. Niejasnych, trudnych do ogarnięcia sytuacji jest w nim znaczenie więcej – o „Słoniu” w żadnym wypadku nie można mówić jak o spójnym fabularnie dziele. Odpowiadając na pytania o specyficzną konstrukcję filmu, Gus Van Sant opowiada przypowieść o słoniu, którego kształt chce poznać niewidomy człowiek. Jeśli dotknie trąby pomyśli, że słoń jest długi i wąski, jeśli uszu - że szeroki i miękki, ale nigdy nie będzie miał możliwości poznania całego słonia. Poznanie istoty problemu filmowego Słonia również nie jest możliwe. Mimo policyjnych protokołów przesłuchań, ściśle dokumentalnego filmu Michaela Moore'a „Zabawy z bronią”, dziesiątków artykułów prasowych, wypowiedzi psychologów, socjologów i pedagogów, nie jesteśmy w stanie ogarnąć, zrozumieć tego, co się stało. Zawsze dotykamy tylko trąby. Albo uszu.

„Naiwnością byłoby sądzić, że istnieją jakieś konkretne powody popełnienia tej zbrodni” - mówi Van Sant. – „Tragedia w Columbine zdarzyła się nie dlatego, ze dwóch inteligentnych chłopców obejrzało film o Hitlerze i dla zabawy postanowiło uczcić w ten sposób rocznicę urodzin führera. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Ich przerażające zachowanie wynika z głupoty, na pewno. Ale wiele również mówi o nich styl życia. Czy winy za to, kim są, nie ponosi też środowisko, z którego się wywodzą? A także ich rodzina, koledzy, nauczyciele, jakieś głęboko skrywane urazy z dzieciństwa? A może wszystkie te elementy naraz w nieco innej kombinacji? Nie potrafię tego rozstrzygnąć Zamiast wdawać się w jakieś schematyczne socjologiczno-psychologiczne rozważania ograniczam się w filmie do obserwacji. Bardzo drobiazgowej, z bliska. Pokazuję, jak oni się zachowują, jak jedzą, czego słuchają, w jakie gry grają, jak się do siebie zwracają. Unikam komentarza. Widz ma czas, by samemu wysnuć wnioski. Na własne ryzyko ma odpowiedzieć na pytanie, skąd się w nich wzięło aż tyle okrucieństwa i nienawiści”.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas