poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RAFAŁ WATROWSKI
O pasji - po „Pasji”
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)


„Pasję” Gibsona oglądałem w innej atmosferze, niż ta podkreślana wielokroć przez właścicieli kin. Zamiast unoszącego się w powietrzu skupienia i nabożeństwa zaznałem intensywnej obecności grupy gimnazjalistek, zlokalizowanych zaledwie jeden rząd za mną. Konsumpcja chipsów zlewała się z nieprzystojnymi odgłosami generowanymi przez ich przewody pokarmowe, a na tym tle wybrzmiewały w co wyrazistszych momentach dwa konsekwentne komentarze: „ja pier....lę” i „to było za realistyczne” (ten ostatni zapewne z ust „inteligentniejszej”). Wychodząc z kina, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że niesmak wynikający z mimowolnej obserwacji tego rodzaju recepcji - generowanie niestosowności i powtarzanie frazesów -znałem już od kilku dni. Wynikał on z toczącej się wówczas (marzec) w mediach gorącej dyskusji, obfitującej w różne niesławne wypowiedzi, jak choćby „zobaczyłam na ekranie jakiś potwornie krwawy pulpet... i zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów” Agnieszki Holland (TVP 2, dyskusja panelowa z 3 marca 2003, opublikowana w wygładzonej formie przez „Tygodnik Powszechny”). No, może zabrakło w gronie moich przypadkowych kinowych towarzyszek najinteligentniejszej, która poruszyłaby wątek antysemicki.

Po kilku tygodniach wyświetlania „Pasji” okazuje się, że szkody wyrządzone w psychikach milionów widzów nie dały o sobie znać tak potężnie, jak to było prorokowane. Chodziło z grubsza o to, że -jak wynika już z tytułu tekstu Adama Krzemińskiego w „Polityce” (11/2004) -afirmatywny odbiór obrazu skończyć się musi niechybnie wylądowaniem w mentalnym średniowieczu (oczywiście nie tym, w którym rozwijała się filozofia i sztuki piękne, ale w najczarniejszym z możliwych). Odbiór filmu bez świętego wzburzenia na jego „antysemicką” fabułę (dla przypomnienia: żydowski nauczyciel Chrystus, uważany przez swoich wyznawców za Syna Bożego, zostaje doprowadzony do śmierci przez wpływową grupę fanatyków władzy i religii, wywodzących się z jego własnego narodu) prowadzić może w prostej linii do rozwoju ideologii, które zbudowały Auschwitz („Fałszywy mit, powtarzany w filmie Mela Gibsona, był najtragiczniejszym źródłem antysemityzmu w ostatnich dwóch tysiącleciach. Rezultaty tego antysemityzmu widzieliśmy w Auschwitz-Birkenau, Treblince, Stutthofie, Sobiborze, Mathausen, Buchenwaldzie, Bergen-Belsen i innych obozach zagłady”. - Szewach Weiss, „Wprost” 11.03.2004).

Ten szum - chciałbym wierzyć, że przynajmniej u niektórych komentujących spowodowany prostą nieznajomością filmu - skłania do kilku smutnych refleksji z pozycji historii kultury. Zdumiewające było przeoczenie faktu, że film ten jest zarówno w warstwie konstrukcyjnej (przekaz ewangeliczny rozdzielony „komentującymi” interludiami), jak i w warstwie semantycznej, dziełem wpisującym się nowoczesnymi środkami w tradycję prastarego gatunku pasji. Jest w sztuce filmowej tym samym (jeśli chodzi o funkcję i konsekwencje interpretacyjne), co misteria i dramaty pasyjne w średniowieczu i baroku (te pierwsze kultywowane nadal w Kalwarii Zebrzydowskiej czy Oberammergau); ciągle żywe „Pasje” Schütza, Bacha, Händla, Telemanna, a współcześnie - Pendereckiego; wreszcie - obrazy męki i śmierci Chrystusa pędzla Grünewalda, Boscha, Rembrandta czy Dudy-Gracza. Podobieństwo wizualne niektórych scen filmu Gibsona do klasycznej ikonografii jest zresztą wyraźne i wydaje się zamierzone. Realizm w przedstawianiu upodlenia i cierpienia Chrystusa był w przeszłości wielokrotnie stosowany, także dla ilustracji teologicznego wymiaru fizycznej eksterminacji Jezusa, będącego przecież Bogiem wszechmocnym. Nawet niektóre obecne w filmie wątki pozaewangeliczne (jak pozorne niebezpieczeństwo rozruchów w razie pozostawienia Jezusa przy życiu), były dyskutowane w rodzimych XVII-wiecznych dramatach pasyjnych, choćby w „Pasji Sławkowskiej” lub „Dialogach o Męce Pańskiej”.

Irytująca i przerażająca nieznajomość lub ignorowanie kontekstu kulturowego u wielu prominentnych komentatorów może skłaniać do przypuszczenia, iż ten kontekst już właściwie nie istnieje, stracił ważność. Doraźna - nawet podszyta ideologicznie - zła wola byłaby chyba mniej zasmucająca, bo zrozumiała. Głośne zarzuty o propagowanie antysemityzmu jawią się wobec tego jako absurdalne w tym samym stopniu, jakim byłoby podobne oskarżenie skierowane do muzyków wykonujących „Pasję Mateuszową” Bacha (przekazywany w niej - dosłownie - tekst ewangelii jest przecież identyczny z tym, na którym opierał się Gibson). Uczynienie filmu ahistorycznym (przeniesienie akcji? dokąd?) i zastosowanie „niedosłownej” narracji (częsty postulat, choćby w kompletnie głupim tekście Krzemińskiego: kojarzy mu się wszystko ze wszystkim; nie rozumie, po co trzymać się „dosłownie” Ewangelii; retrospekcyjne komentarze Gibsona to „migawki” lub „wstawki”) radykalnie zubożyłoby jego semantykę i zmieniłoby pozycję filmu w jego dialogu z tradycją kulturową (w miejsce pasji mielibyśmy inspirowany biblijnie neomoralitet). Mówiąc trywialnie, kompozytorowi oper nie ma co wytykać, że jego aktorzy śpiewają, nawet jeśli czynią to po włosku. Tego typu działań dopuszczali się jednak wobec „Pasji” wspomniani, bezkrytyczni wobec siebie, komentatorzy.

„Pasja” Gibsona jest dziełem sztuki sakralnej - nie jest epitet wartościujący, lecz świadomie przez twórców wybrana kategoria gatunkowa. Dzieła sztuki sakralnej nie podważają przekazów religii, w ramach której powstają. Każda sztuka sakralna ma podwójne dno - do pierwszego sięga widz (słuchacz, czytelnik), odbierający i oceniający dzieło poprzez pryzmat poruszanych wątków (motyw niezasłużonego cierpienia, przebaczenia win, więzi matka-syn) i zastosowanych rozwiązań formalnych (plastyczność scen, ich powiązanie, rola drugiego planu itp.). Do drugiego dna sięgają wierzący, traktujący przestrzeń sztuki jako przestrzeń spotkania z Bogiem - stąd uprawniona w dziele Gibsona interpretacja teologiczna całości i poszczególnych części dzieła. Na prywatny użytek można skupić się na jednym wymiarze („Pasja” była dla wielu osób rodzajem rekolekcji), ale oceniając je - niezależnie czy z pozycji krytyka, czy teologa - trzeba być świadomym obu jej wymiarów i wynikających z nich konsekwencji.

„Pasja” Gibsona oddziałuje przede wszystkim obrazem i obficie czerpie z arsenału możliwości technicznych współczesnego kina. Cóż w tym złego, a tym bardziej dziwnego? Wielu wybitnych twórców, tworząc szczególnie ważne dzieła, dokonywało syntezy dostępnych środków wyrazu - dobitnym tego dowodem są wielkie msze h-moll Bacha i c-moll Mozarta, albo wspomniana już „Pasja” Pendereckiego. Tyle, że ich język jest obecnie hermetyczny i dociera do nielicznych. Żyjemy w czasach zdeterminowanych przekazem wizualnym. Obraz, statyczny i ruchomy, jest dziś najpowszechniejszym środkiem oddziaływania na wyobraźnię. Dzięki możliwościom przekazu wizualnego nasza świadomość zmieniła się w stosunku do wyobraźni przodków - jest nam dane, czasem w kilkuminutowym spocie, obserwować dziesiątki okrucieństw minionego i obecnego stulecia. Na kliknięcie pilota oddaleni jesteśmy od najkrwawszych, nie zawsze z wysokich pobudek tworzonych, imaginacji zdrowych i chorych na umyśle artystów (sceny tortur, kanibalizmu etc).

Gibson porusza odbiorcę - takie zadanie miały wszystkie dzieła czyniące z pasji temat centralny: niejednego po dziś dzień ciarki przechodzą na dźwięk chóru otwierającego „Pasję Janową” Bacha. Ilość dysonansów i chromatyki zawarta w tym dziele przechodzi wszelkie wyobrażenie w odniesieniu do ówczesnego języka dźwiękowego. Podobnie misteria pasyjne, dziś nieco oswojone i po części kultywowane jako atrakcja dla przybyszów z zewnątrz, były niegdyś brutalnie drastyczne w wyrazie; aktorom Gibsona daleko do fizycznych poświęceń, jakich dokonywali średniowieczni odtwórcy ról Chrystusa.

Tak, „Pasja” Gibsona jest wyrazista i dojmująca do szpiku kości. Czyni to w sposób uzasadniony ze względu na poruszaną tematykę - tak „ogólną” (zabijanie niewinnego człowieka - czynność bezprawna, okrutna i brzydka), jak i religijną (śmierć Boga dla zbawienia człowieka). Na powszechny, intersubiektywny wstrząs, na ostry światłocień, cierpki dysonans i przygniatającą polifonię jest dziś miejsce chyba tylko na ekranie kinowym lub telewizyjnym.

Poruszenie widza odbywa się tu zresztą nie tylko przez użycie możliwie drastycznych środków wyrazu, na jakie pozwala medium. Typowym elementem każdej pasji, jej zadaniem wręcz, jest refleksja odbiorcy i skłonienie go do współodczuwania bólu Chrystusa - tak jak w staropolskim tekście pochodzenia misteryjnego: „Gorzkie żale przybywajcie, serca nasze przenikajcie, rozpłyńcie się me źrenice, toczcie smutnych łez krynice” lub bachowskiej arii „Rozpłyń się moje serce w potoku łez” („Zerfließe, mein Herze...”). Obrazy Męki Pańskiej (średniowieczne misteria, renesansowe pięty barokowe płótna, współczesne filmy) zawdzięczają szczególny swój walor refleksji nad bólem, jakiego zaznaje Matka w obliczu śmierci Syna („Już ci już, moje Kochanie gotuje się na skonanie, toć i ja / nim umieram”). I tu niebywałym atutem filmu są arcydzielne sceny z udziałem Mai Morgenstern, pochodzącej z Rumunii żydowskiej aktorki, grającej Matko Chrystusa - poruszają nie mniej niż dosłownie pokazany fizyczny ból. W scenach tych jest jednoznacznie i wzruszająco wyeksponowana miłość - wszak jedyna sensowna przeciwwaga dla śmierci, nie tylko dla wierzących.

I to jeszcze jedna racja za takim a nie innym obrazem Gibsona... Żadne racje nie powinny być jednak dyskutowane w pustej kulturowo przestrzeni lub w duchu wyrozumiałej pogardy dla filmowej „obrazkowej Biblii dla ubogich”. Kultura nie rozpoczęła się w dniu powstania pierwszego filmu Agnieszki Holland, a historia pasji jako gatunku sięga w czasy daleko odleglejsze.

Rafał Watrowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas