poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ BIAŁKOWSKI
Pogrzeby (fragmenty)
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)


Pięćset złotych! Da pan wiarę? Całe pięć setek za dzień roboty. Może i mniej, parę godzin? Właściwie to jakiej roboty? Leżeć sobie na plecach, poduszka pod głową, miękko, czysto, kto to kiedyś by pomyślał, że za takie leżenie można pieniądze wziąć. I to jeszcze jakie ciężkie... Niektóry to tyle przez miesiąc renty dostanie. A tu proszę, buty błyszczą, koszula wykrochmalona, spodnie w kant, fryzjer nawet za darmo. Tylko leżeć i te pieniądze liczyć, co pod wieczór wpadną. Tyle że nikt nie chce... Da pan wiarę? Żaden nie chce się zgodzić. Normalnie to pięćdziesiąt złotych za dzień dostają, no też obiad z wkładką mięsa, a kawy, herbaty to ile chcą. I robota cięższa, bo od świtu do nocy muszą, a to łazić, a to biegać nawet. A przecież koniec października, już zimno, mróz nad ranem w powietrzu siedzi. Dopiero wieczorem, jak te pieniądze wezmą, bo codziennie dostają, to do Halinki, za sklep, rozgrzać się... Ja sam bym poszedł, od razu, jak stoję w tym oknie, tyle że ja za stary. Pięćdziesiąt lat, a mówią, że stary. Do tego kaleka, noga już nie daje rady, człowiek biedny, niepotrzebny. Patrzeć tylko zostało... Za firanką się chowam i czekam, aż dzwon bić zacznie. Przejdą pode mną ze śpiewem w ustach, jak od naszego grabarza, to taśmę magnetofonową puszczą, marsza, obcy to i orkiestrę za sobą czasem pociągnie. Zaraz znikną, koniec. Tyle mojej radości. Ale ostatnio to się zagapiłem, wierzyć się nie chce, ale tak było. Wszystko przez to, że dzwon nie bił. A nie bił dlatego, że Roberta prowadzili. Bez księdza szli, bo ksiądz się odwrócił od niego. Prosiła rodzina, pieniądze mu wkładali w garść, nie i koniec. Samobójca, tak go nazwał proboszcz. I tą ściśniętą garścią żonie pogroził, jakby co kobieta była winna, jakby zmienić mogła konia starego, jakby Robert co sam zmienić chciał. Zęby miał zawsze czarne, jak go pamiętam, a dobrze pamiętam. Tu, niedaleko, ośrodek rządowy, bardzo ładny. Bloki piętrowe, odmalowane, stołówka, kawiarnia, wszędzie zieleń, drzewa. Tam pracowałem. Obaj tam byliśmy...

- Znam to miejsce - powiedziałem, patrząc na starca w filcowym, siwym kapeluszu na głowie.

- Kilka lat temu spędziłem tam wakacje.

- Prawda, że piękny! Jezioro, lasy, wszystko czyste.

- Tak. Co pan... panowie, żeście tam robili?

- Byłem strażnikiem, dwadzieścia lat przy bramie. To duży ośrodek, było nas wielu. Pół miasta pracowało.

- Czy pana przyjaciel też był strażnikiem, ten Robert? Pilnowaliście razem?

- Nie, Robert był kucharzem. Ale marny był z niego kucharz... - stary zawiesił głos. - Ale nic... - zaczął po chwili - ...pod koniec to Robert cały od tych zębów spuchł, a im bardziej puchł, tym mniej je ratować chciał. Wył przez te zęby coraz głośniej, cały dom nie spał. Aż wreszcie stanął z tą gębą w oknie i wydarł się, że im szybciej umrze, tym mniej go zęby boleć będą. Wyścig z nimi rozpoczął, wojnę im wypowiedział. Zawziął się na te zęby strasznie, nic nie gadał, tylko siedział przed lustrem i na zęby zgrzytał. Uparty był, to i po dwóch tygodniach trzeba było wzywać lekarza. Nie daruję im!, ryknął Rymkiewiczowi, chociaż to doktor. Na wszystkich się zawsze drze. Nagle z pianą na tego Rymkiewicza się rzucił, paluchy w gębę mu wsadził. Komformista, czy jakoś tak podobnie wrzasnął. Potem już cicho siedział, nawet ksiądz słowa nie mógł z niego wyciągnąć. Synu opamiętaj się, nie gniewaj Pana naszego, swym czynem z wisielcami się zrównujesz, samobójstwo ogniem wiecznym opłacisz, nie taki był zamysł Pana, gdy do życia cię powoływał, kiedy tworzył cię na swe podobieństwo. Zmieszał się ksiądz, bo Robert teraz zęby na wierzch wywalił, mało już ich było i mógł im darować. Ale on na łóżku zaległ i szybko umarł. Tyle że usta miał tak mocno zaciśnięte i cholera wie, czy Robert z tymi zębami tak naprawdę wygrał. Włożyli go do trumny, w ciszy pochowali. Ksiądz, trzeba przyznać, honorowo się zachował, nie przyszedł... A teraz pięćset złotych za takie wygodne leżenie dają... Wiadomo, ci z filmu forsy mają jak lodu, z Warszawy przyjechali, to i mają. A tu wystarczy do trumny wleźć, grobową minę zrobić, pudrem policzki posypią, nos wyciągną, wory pod oczy dorobią i się leży elegancko. Tą kamerą po człowieku pojeżdżą, cała robota. Tyle tylko, że trzeba być młodym, a żaden młody nie chce. Ja, ja bym od razy wlazł, jak w tym oknie stoję, ale mnie nie wezmą. Z młodego starego zrobią, odwrotnie się nie da. Boja, proszę pana, bardzo lubię patrzeć na pogrzeby. Ruch jest wtedy koło mojego domu, coś się dzieje. Śmierć niosą, a tyle życia wokoło. A najlepiej to już latem, temperatura swoje robi, ludzi wypala, ruch wtenczas jest największy. Narodu tyle, że tej śmierci to nie widać, wcale jej chyba nie ma. Tak, to możliwe. W każdym bądź razie ja jej nie widzę. Jak pan chcesz zarobić te pięćset, to idź do filmu. Pan jeszcze młody, chociaż nie najmłodszy, to pana wezmą.

- Niech mi pan powie - zapytałem odchodząc. - Czy ten rządowy ośrodek istnieje nadal?

- Bo co? Pan się tam wybiera? Przecież pan od tamtej strony idzie. Sezon się skończył, ale ośrodek jest.

- A czy kucharzami tam dalej są więźniowie?

Zamilkł. Może już nie słyszał mego pytania. Zamknął drewniane okno, skrył się za firaną. Zastukał w szybę, uniósł do góry prawą rękę, rozcapierzył pięć palców, śmiał się, a jego uśmiech był bezzębny. Odchodziłem, czując na plecach profesjonalne spojrzenie byłego strażnika więzienia w K., gdzie więźniowie przygotowywali posiłki rodzinom prokuratorów na wczasach, obsługiwali korty tenisowe, rąbali drewno do wędzarni, dbali o łodzie, na których pływały sędziny w towarzystwie kochanków.

Myślałem o Robercie, o złodzieju z próchnicą. Myślałem o tych wszystkich, których karmił. Jednak najbardziej myślałem o tych zza kolczastego muru, z niewielkiego baraku przy ośrodku, osądzonych przez jęczące w trzcinach niezawisłe uda. O ludziach, których kiedyś, pewnej grudniowej nocy, wyrwano ze snu i wywieziono gdzieś między białe lasy i jeziora. I myślałem też, czy ktokolwiek jeszcze o tym chce pamiętać prócz pięćdziesięcioletnich, sfilcowanych starców. Czy wszystko w tym miejscu kręci się wokół tandetnego serialu, ekipy filmowej, pieniędzy, jakie do miasteczka przybyły. A potem przyszło mi do głowy, że ktoś, kto lubi patrzeć na pogrzeby, nie może być zdrowy na umyśle. Ta myśl mnie uspokoiła. Tylko dlaczego to ja musiałem wpaść na tego człowieka, idąc wyludnioną ulicą Kościuszki. Za sobą zostawiłem zamknięty dworzec kolejowy, zardzewiałą, jak i jej nazwa, Spółdzielnię Kółek Rolniczych. Kamienny mur, okryty czerwoną dachówką, pocięty dwiema żelaznymi bramami cmentarz, gdzie beton i marmur sąsiadowały z drzewami, szczelnie okrywając ziemię, napierając na ogrodzenie. Fontannę owiniętą pożółkłymi klombami. Tam przystanąłem. Tam w oknie pruskiej kamienicy ujrzałem filcową twarz strażnika, uzbrojoną w ciągle ostre spojrzenie, przywołującą mnie do siebie.

Potem po lewej mijałem szeregi domów oblepionych siwym tynkiem, przed nimi leżały kawałki ogrodów, niewielkich sadów, szarych, mdłych i zapuszczonych, tak jak doczepione do domostw szopy i chlewy. Prawa strona drogi miała chodnik oddzielający identyczne budynki, tyle że przetykane bramami prowadzącymi na niewielkie podwórza. Przez moment wylazło słońce, otarło się o okna, pomacało firanki, ruszyło dalej, w miasto, oślepiło mnie tablicą reklamującą lokalny browar, by zniknąć w parze buchającej od stojącego przed magazynem zbożowym ogiera. Koń szczał na kamienny plac, a obserwujący go w oknie baru chłopiec ruchem ręki wskazał na drzwi. Już drugi człowiek nawoływał mnie zza okna, jakby okno stanowiło tu jakąś bezpieczną barierę. Kiedy okno się otwierało, następowała metamorfoza. Pies zerwany z uwięzi piszczał i merdał potulnie ogonem. Wszedłem do środka.

Ja ruszyłem w kierunku domu dziadka Jarosława. Szedłem wolno, co jednak nie zmieniło faktu, że wkrótce dotarłem pod poszukiwany adres. Był to wolnostojący parterowy budynek, zatopiony w jabłoniach zrzucających resztki nadgniłych owoców. Zapukałem. Drzwi otworzyła mi babka. Jak zawsze oschła, sucha, bez fantazji. Omiotła mnie nieufnym wzrokiem. W końcu rozpoznała, bo ruchem dłoni nakazała przekroczyć próg. Szedłem za nią przez wąski korytarz, podłoga trzeszczała. Obie ściany pokrywały liczne zdjęcia i obrazki w ramach. Przedstawiały babkę Kamilę w różnych ujęciach. Babka Kamila na spacerze z wózkiem, babka Kamila krzątająca się po kuchni, babka Kamila w ogrodzie, babka Kamila wychodząca od rzeźnika. Znaleźliśmy się w kuchni.

- Siadaj! - nakazała. - Rozumiem, że ktoś w rodzinie umarł - wbiła we mnie wzrok. - Kto zatem?

- Skąd to babce Kamili przyszło do głowy? Ja tak sam z siebie postanowiłem pokłonić się jej i dziadkowi... A i dom chciałem zobaczyć.

- Czy na pewno nikt nie umarł? Mów szczerze! - zażądała. - Jak każdy w tej rodzinie posiadłeś niezwykłą zdolność kłamania, ale ho, ho... mnie nie oszukasz -obserwowała każde mrugnięcie mych powiek.

- Może babka być spokojna. Wszyscy zdrowi.

- To dobrze, to dobrze... Jednak Pan Bóg w swym miłosierdziu jest niezrównany i oszczędza nawet największych grzeszników - zamilkła, patrząc gdzieś hen, za okno, jakby kogoś wypatrywała. Zaraz jednak uderzyła: - Czym się trudnisz?

- No... ja, jak wiesz babko, trochę mieszkałem nad morzem... Potem wyjechałem za Odrę...

- Czyli że zostałeś włóczęgą. To było do przewidzenia. Wszyscy mężczyźni w tej rodzinie są tacy. Ale czego tu oczekiwać, kiedy ma się takich protoplastów...? Twój dziadek też zostałby włóczęgą, gdyby, dziękować Bogu, nie moja twarda ręka. Właśnie... czy masz żonę, dzieci? Założyłeś rodzinę?

- Jakoś tak nie wyszło...

- Dlaczego mnie to nie dziwi? - powiedziała do siebie. - Czy z włóczęgostwa da się wyżyć? - chlasnęła niczym brzytwą.

- Ależ babciu... ja pracuję! Właśnie zamieszkałem tu niedaleko, urządzam się. Dostałem intratne zlecenie, dlatego tu jestem.

Babka sięgnęła po pisak:

- Podaj mi zatem, chłopaku, swój adres. Wyślę ci kartę bożonarodzeniową. Nikt w tej bezbożnej rodzinie o tym nie pamięta, a to bardzo ważne. No, mów!

- Ja babko Kamilo mieszkam w lesie... Odłożyła kartkę.

- No tak... To jest ta stabilizacja... Nie będę pytać, co tam robisz. Znając życie, skaczesz po drzewach. Swoją drogą to nietakt z twojej strony, mogłeś mi przynieść grzybów.

Zaległa cisza.

- A cóż tam u dziadka Jarosława? Jak zdrowie jego? - postanowiłem zmienić temat.

- A dzięki Bogu, siadł już na dupie - uśmiech rozpromienił jej zmarszczki. -Już nie lata jak kiedyś, teraz tylko na chór wieczorami chodzi. Pojednać się z Panem Bogiem przed śmiercią chce - znów patrzyła za okno.

Zdziwiłem się nieco, bo pamiętałem dziadka Jarosława jako człowieka przygłuchego o wątpliwej muzykalności i takimż głosie. Wiadomość o jego słabym zdrowiu zmartwiła mnie bardzo. Trudno było pogodzić się z tym, że ten człowiek, żywa legenda Polski powojennej, uczestnik protestów społecznych, repatriant, że mój dziadek Jarosław gaśnie.

- Oj, wyszumiał się on, wyszumiał... - zaczęła babka. - To był pięćdziesiąty szósty rok, październik, dobrze pamiętam, nie musisz wiedzieć dlaczego, to są sprawy między kobietami. Dobra matka wie, jak pomóc wtedy córce... Zobaczyłam go na stacji, szesnastoletni byczek, w dziurawych butach z tekturową walizką. Podszedł do mnie, pięknej, dwunastoletniej dziewczyny, co to za stacja, zapytał, sam sobie przeczytaj, odpowiedziałam hardo, a on się zaczerwienił po uszy. Nie wiedziałam, że ten młody mężczyzna, bo on już wtedy był mężczyzną, że ho, ho!, że on nie umie czytać.

- Stalin nie dał uczyć się mowy przodków - powiedziałem smętnie.

- Jaki Stalin?! Bzdury! Leń był i koniec. Wolał z patykiem po jeziorach ganiać, ot i cała prawda.

- Ale tu, w Polsce, słowo pisane dziadek posiadł - nie ustępowałem.

- A no posiadł, jak i nauczycielkę, co do niej chodził na lekcje wieczorami. Babiarz, powiadam, nic więcej.

- Coś się babce Kamili pomieszało! To były ponure czasy! Dziadek ciężko pracował w rybaczówce, a po nocach zdobywał maturę. To wtedy dostał ubecką kolbą w ucho i przygłuchł. Gdy wracał z tajnego spotkania robotników...

- Gdy wracał z popijawy, dopadł go mąż tej nauczycielki. Zdzielił łobuza przez łeb wiosłem.

Babka Kamila najwyraźniej próbowała zburzyć ustalony przez lata wizerunek dziadka Jarosława. Ślepo broniła przegranej sprawy, fałszując chwalebną historię.

- Babko! Ale przecież to wtedy dziadek został najmłodszym dyrektorem gospodarstwa rybackiego w kraju.

- O, kłusować to on umiał dobrze, na tej Syberii się wyszkolił! Nie mogli go złapać, to kierownikiem zrobili. Sam siebie teraz miał okradać?

Milczałem. Najwyraźniej rozmawialiśmy o dwóch różnych ludziach. Było jasne, że staruszce wszystko się pomieszało.

- Ale czuprynę to miał zawsze gęstą... - babka Kamila rozmiękczyła usta językiem. - Pięknym był mężczyzną! Takiego go wzięłam, chociaż gdybym mogła przewidzieć... Ale człowiek młody, to i głupi... Spać będziesz na strychu. Pościel w komodzie leży, a śniadanie to o siódmej. Dobranoc - zakończyła już na środku korytarza. Zniknęła w sypialni.

Postanowiłem, że dziadkowi Jarosławowi pokłonię się rano. Było już koło północy, ogarniała mnie senność. Polazłem na strych.

Obudził mnie zapach jajecznicy. Zszedłem za nim do kuchni. Babka manipulowała drewnianą łyżką nad patelnią. Zająłem miejsce przy stole.

- Czy dziadek jeszcze śpi? - zapytałem troskliwie. - Może chory leży? Pójdę się przywitać... Może poduszkę trzeba poprawić?

- Siedź, chłopaku! - rozkazała babka. - Ten szalony starzec już dawno wybył z domu. Ale ja go dostanę! A wtedy będzie źle, oj źle! - uderzyła łyżką w patelnię, część jajek wylądowała na jej fartuchu.

Wiadomość o dobrym zdrowiu dziadka Jarosława wprawiła mnie w doskonały nastrój. Jadłem, obserwując wiszące na ścianie zdjęcie. Przedstawiało ono dziadka walczącego na niewielkiej łodzi z pianą fal jeziora. Zdjęcie wykonano w marcu sześćdziesiątego ósmego, o czym świadczyła data umieszczona w dolnym rogu. Często słyszałem od ojca opowieści o tamtych ponurych czasach. W historiach tych, przekazywanych w ścisłej tajemnicy, na plan pierwszy wysuwa się postać dziadka i jego chwalebne, szerzej, ze względu na oczywistą tajemnicę, światu nieznane czyny. Dziadek był już wtedy szanowanym dyrektorem gospodarstwa rybackiego. Mocną, acz sprawiedliwą, ręką trzymał wszystko w garści. W skład jego majętności wchodziło wiele jezior, również te, na brzegu którego stało więzienie K. To tam dziadek, jako posiadacz stałych przepustek, pod rybackimi sieciami przemycał paczki od rodzin represjonowanych, tajną prasę, lekarstwa. Swą służbę ojczyźnie przypłacił przedwczesną siwizną i rocznym wyrokiem.

- Patrzysz na to zdjęcie, co? - spostrzegła zawsze czujna babka Kamila. - Załatwił mnie wtedy twój dziadziuś na cacy! W domu troje dzieci, a on...

- Babko! Jak możesz?! - wyrwało mi się z drżącego gardła. - Dziadek o lepszą  Polskę walczył, kratami to okupił, a ty teraz...


- Twój dziadek w karty walczyć jeździł! Bimbrem z więźniami handlował, pisma im woził, aleja wiem, co to za pisma były! Wstyd w kiosku takie teraz kupować! Na rok mnie wtedy zostawił, bo samego naczelnika więzienia w karty orżnął!

A tamten mu nie popuścił... Chociaż sama jeździłam, prosiłam... Do pracy na poczcie iść musiałam, żeby mieć mu co do paczek wkładać... Ot i cała prawda...

Zastanawiałem się nad tym, co skłoniło mą babkę do tak oczywistej mistyfikacji, fałszowania zdarzeń. Wyczytałem kiedyś, że dla tych starych ludzi kilkanaście lat życia w kraju uwolnionym od komunizmu stanowi niewielki procent. Ich aktywność życiowa przypadła na czas mroku i terroru. Ciągle żyją przeszłością. Najprawdopodobniej moja babka chorobliwie bała się represji, aresztowania, przesłuchań, bicia. Powtarzała oficjalną wersję, by nieopatrznym słowem nie spowodować dramatu. Nawet pokrewieństwo krwi nie dawało gwarancji uniknięcia wsypy. Wiadomym jest przecież, że synowie zdradzali ojców, matki córki swe zdradzały. Rozumiałem zatem w pełni jej podejrzliwość. Jadłem, uśmiechając się. Bawiła mnie ta konspira. Potem ucałowałem dłoń babki Kamili i ruszyłem do drzwi.

- Stój! - krzyknęła babka. - Pamiętaj, że wrócić masz wcześnie. Od czasu, gdy przyjechał ten zwariowany film, nasze spokojne miasteczko oszalało. Jakichś dziwnych person się pełno kręci. I żeby tylko na tym się kończyło, to pół biedy. Wczoraj w nocy coś się tłukło w sieni. Kot, pomyślałam, i do drzwi ruszyłam. Otwieram, światło palę, a tam człowiek leży o ścianę oparty. Boże, może umiera! Przyszło mi pierwsze do głowy. Po dziadka już leciałam, kiedy wtedy ten biedak z podłogi jęczeć zaczął, o Stasiaka pyta. Uspokoiłam się zaraz, bo już wszystko było jasne. Z filmu był chłopina, bo część z tych filmowców u Stasiaka mieszka, gdzie pokoje zajmują. A ten mój biedak zabłądził... - spojrzała na mnie surowo - ...bo z miejscowymi się zadawał. Potem pod drzwi mi go przynieśli, buty z nóg ściągnęli, bo skarpetki miał czyste. Widocznie ładne te buty były. Dziadka trzewiki oddać mu musiałam. Trochę go piły, ale lepsze to niż na boso po kałużach latać.

- Babka Kamila chce teraz powiedzieć, abym z nikim nie pił po nocach wódki.

- Dokładnie tylko to chcę powiedzieć - zakończyła sucho. Ruszyłem na ulicę Górską.


Tomasz Białkowski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas