poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ MIZERKIEWICZ
Autentyk odnaleziony. „Kochana Maryniuchna” Bogusławy Latawiec jako autobiografia rodzinna
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)

„Kochana Maryniuchna” (1), powieść poznańskiej pisarki Bogusławy Latawiec, stanowi szczególny przypadek narracji autobiograficznej. Nie jest to głównie, jak kiedyś powiadał o autobiografiach Lejeune, opowieść o własnej przeszłości z uwydatnieniem dziejów rozwoju osobowego. Książka wzięła się z nieco innego impulsu. Bezpośrednim powodem jej powstania stało się niespodziewane odkrycie przez autorkę listów jej dziadka i babki, które pisywali do siebie w czasie pierwszej wojny światowej. Tak więc zamiast autobiografii, dostajemy raczej odzyskaną prehistorię autobiograficzną. Równie dobrze jednak można mówić o edycji listów rodzinnych połączonych umiejętnie w powieść epistolarną albo wplecionych w jawnie kreowany apokryf rodzinny. Autobiografia zatem nie stanowi wyłącznego czy naczelnego zadania artystycznego tej książki, jej odsłanianie musi dokonywać się przy uwzględnieniu nierozerwalnego związku z innymi powieściowymi ingrediencjami. Aby lepiej rozeznać się w zawiłościach owej niecodziennej autobiografii, spróbujmy na początek wniknąć nieco w materię książki.

Dziwna jest to historia, jak tylko dziwny może być czyjś osobisty przypadek. Poznajemy listy pisane przez Henryka i jego żonę Maryniuchnę (tak ją pieszczotliwie zwał) w dwóch pierwszy latach wielkiej wojny. Henryk jako żołnierz pruskich huzarów śmierci walczył na froncie wschodnim. Wkraczał do Kalisza, maszerował przez ziemie Kraju Nadwiślańskiego, dotarł na dzisiejszą Białoruś. Przemilczane przezeń zmieszanie wynikające z uczuć patriotycznych (pisał, że walczy z Moskalem, ale przecie musiał bić i Polaków), zapytania o sytuację rodzinną, zdawkowe relacje z walk oddziału łączone były z uwagami zdradzającymi szczere zainteresowanie widzianymi miejscami. To chyba najbarwniejsze fragmenty tych listownych narracji, na przykład opis stylu życia ludności poleskiej: „Ludzie wszystkie, kobiety, chłopi i dzieci przeważnie w futerkach, ale na boso. Piece nie wiem, jak Ci mam opisać. No rodzaj jak w piekarni. Na piecach śpią dzieci, a starzy śpią na ławce, albo na deskach, które w izbach do tego są uszykowane. Łóżek wcale nie znają. (...) Garnki mają takie, jak u nas w muzeum stoją i należą do starożytnych rzeczy” (s. 370). Z drugiej strony pozostawiona w Poznaniu żona z trójką dzieci (Kazia, Marysiem i Janinką - matką pisarki), nieraz resztkami sił stawiająca czoła trudnej rzeczywistości wojennej. Do niej szczególnie mocno lgnie empatyczna myśl autorki próbującej wyczarować z przeszłości jej ulotne lęki i zamyślenia. W zakończeniu przebłysk rodzinnej tajemnicy - Henryk miał romans z pielęgniarką, która opiekowała się nim, gdy leżał ranny w szpitalu.

Książka może być całkiem zasadnie nazwana powieścią obyczajową. Latawiec powołuje się na informacje z ówczesnego dziennika polskiego, „Wielkopolanina”, zna minioną topografię miasta, której odkrywanie też wiązało się z szeregiem zdumień i ekscytacji. Przez kartki przesypują się zdjęcia rodzinne, stare pocztówki i fotografie dawnego, germanizowanego Poznania. Obcujemy z osobliwą gwarą poznańską, słyszymy wyrazy już w niej nieobecne. Walor obyczajowy łączy się nieustannie z autobiograficznym - wyszperane ułomki ówczesnej codzienności stanowią szansę na lepszy wgląd w życie przodków, ukonkretniają niektóre z przedstawień, stanowią wędzidło dla zbyt uproszczonych, współczesnych wyobrażeń.

Paul de Man zwracał uwagę, iż każde dzieło literackie ma swe autobiograficzne zakorzenienie, tyle że stopień jawności autorskiej obecności bywa zmienny. Czyli - pisarz zawsze tworzy opowieść o rozwoju własnej osobowości. Jerzy Madejski zaproponował niedawno (w rozprawie „Deformacje biografii”), by mówić w tym przypadku o modalnościowej teorii autobiografii. Książka Latawiec interesująco wykorzystuje zmienną modalność wypowiedzi, różnie odmierzając jej autobiograficzną dawkę. Z jednej strony otwarcie powiada o powstawaniu swego dzieła, choćby napomykając o uwagach i spostrzeżeniach czytelników, którzy odpowiadali na pierwszą wersję powieści drukowaną w odcinkach w „Arkuszu”. Dowiadujemy się, jak dojrzewała myśl o czytanej właśnie książce, a listy - zwyczajnie przepisane do książki - zaopatrzone zostały w komentarze, z których również wyprowadzić można historię poznawania i rekonstrukcji własnych pradziejów duchowych. Ale zaraz obok zjawiają się skreślone w sposób czysto literacki sceny z życia rodzinnego, gdzie autorka oddaje się swobodnej fabularyzacji. Wtedy nie o sprawdzalną historię rodzinną chodzi, lecz o kontakt z fascynującymi kreacjami postaci. Zmienia się zatem modalność wypowiedzi oraz typ lektury. Raz napawamy się wydobytą z przeszłości, malowniczą i dość osobliwą obyczajowością poznaniaków sprzed stu lat. Chwilę potem współczujemy bohaterom, cieszymy się z nimi, jakbyśmy czytali Balzaka czy Dickensa. To ich dzieje osobowe się liczą, zaś autor znika gdzieś w trzecioosobowej anonimowości. Aby zatem ogarnąć proteuszowo zmienną autobiograficzność książki Latawiec, musimy posłużyć się rozszerzonym, de-manowskim pojęciem autobiografii, by znalazły się w niej zarówno konfesje autotematyczne, jak i zanikanie autobiografii w fikcjonalizującej książkowy świat swadzie pisarskiej.

Autobiografia oznacza zarazem szczególnego rodzaju dostęp do rzeczy minionych. Atrakcyjność czytelnicza książki Latawiec bierze się, jak sądzę, z nowej potrzeby autentyku w literaturze. Pisał kiedyś o karierze autentyku Jerzy Jarzębski, obecnie znajduje ona ponowne umotywowanie. Pisanie rodzinnego apokryfu, scalanie pokawałkowanej przez pamięć przeszłości familijnej, okazuje się jedynym może przekonującym obecnie sposobem przyswajania historii dla naszych potrzeb. Okazało się oto, że historia, którą, zdawałoby się, wreszcie jakoś oswoiliśmy, na powrót stała się światem nie naszym, zawłaszczonym przez politykierstwo, rozstrzyganym bez naszego udziału. Dlatego coraz trudniej wpisywać się z własnym, pojedynczym losem w obraz polskiej historii. Pewni jesteśmy tylko tego, co pozostało w rodzinnej anegdocie, co zachowane zostało w dziadkowych listach, ciotczynych mądrościach. Tak doświadczamy twardej materii przeszłości, a nie jej łatwo odwracalnych interpretacji. Opowiadanie sobie półprywatnych historii rodzinnych, sąsiedzkich, tak czy inaczej bliskich, to wiarygodny sposób odnajdywania rzeczy przeszłych i narracja Latawiec ma ów poufny, wyznaniowy (by przywołać jeden z typów autobiografii wyróżniony przez Czermińską w „Trójkącie autobiograficznym”) charakter.

Nieco symboliczne staje się to, że pierwsza wojna była właśnie wojną niewłasną, Polacy uczestniczyli w niej wskutek decyzji obcych sztabów wojskowych, walcząc o sprawy całkowicie im obojętne. Wtedy historia ukazała swe oblicze wyjątkowo obce sprawom rodzinnym, o których nade wszystko opowiada „Kochana Maryniuchna”. Na marginesie zauważmy, że zmiana jest również widoczna w obrębie prozy tworzonej przez Latawiec. W najbardziej bodaj dotąd znanej powieści tej autorki, „Ciemni”, cała fabuła rozgrywała się w wyraźnym związku z kontekstem historycznym (był nim stan wojenny), tymczasem w „Maryniuchnie” wielka historia nie jest czymś żywo obchodzącym bohaterów, nie jest niczym osobistym, sprawą dla której warto zmarnować wiele lat życia, karierę zawodową i liczne przyjaźnie.

Aby jednak dokładniej opisać typ autobiografii, z jakim stykamy się w tej powieści, musimy jeszcze uwzględnić obecny w niej element baśniowy, a może i mityczny. Odnalezienie opowieści przodków jest jak spełnienie uroczego marzenia i upewnienie nas w nieśmiałym przekonaniu, że istnieje gdzieś prawdziwa wersja naszej prehistorii i na jej wyświetlenie przyjdzie czas. Wygląda to tak, jakby bohater opowiadań Schulza nagle odnalazł Autentyk przeglądany wraz z ojcem we wczesnym dzieciństwie. Tę nutkę realizmu magicznego, ten ślad mitu, który wkroczył w codzienne życie, starannie i dyskretnie uwydatnia pisarka. Powiada na przykład, że ma poczucie, iż dziadkowie bacznie śledzą jej poczynania pisarskie i wie, kiedy są niezadowoleni z prezentacji ich dziejów. W zakończeniu natomiast składa relację z zaduszkowej wyprawy na cmentarz, kiedy to nagle zdała sobie sprawę, że idzie ze wszystkimi bohaterami swej książki: uświadomiłam sobie w pełni, jaką to szaloną, idąc tu, zbudowałam sobie wizję z wielu warstw pamięci, wyobrażeń, z myślenio-widzeń: szłam do grobu moich dziadków z nimi samymi jeszcze młodymi, z moją trzyletnią matką, jej przyszłym mężem i ukochaną ciotką nastolatką, i z moim własnym mężem”(s. 376). Schulz uznawał swoje opowiadania za próbę napisania autobiografii duchowej, chciał wniknąć do najgłębszych, mitycznych korzeni świadomości. W powieści Latawiec autorka-narratorka zapytywała we wspomnianej przed chwilą scenie końcowej: „Znowu zostałam dzieckiem, córką, siostrzenicą, wnuczką? Czyżby moje życie było jedynie ciągłym dorastaniem, w którym nic się nigdy nie kończy, a stale zaczyna, jak w trakcie czytania wciąż tej samej baśni, gdy ostatni epizod staje się na powrót pierwszym rozdziałem?” Odpowiedź na powyższe pytanie przynosi cała „Kochana Maryniuchna”. Jednym z przejawów owego „ciągłego dorastania” była ukończona oto powieść, tak więc demanowska myśl o autobiograficzności każdego gestu artystycznego znajduje swe potwierdzenie. Ale - i tu zaczyna się dopowiedz z książki Latawiec - dorastamy zawsze wraz z bliskimi, jest w nas ich młodość i starość, a może i oni sami w nas wciąż dorastają. Paradoksalnie przedmiotem narracji autobiograficznej nie jest dla Latawiec jednostka. Napisać dzieje własnej osobowości, to także - a czasem przede wszystkim - opisać najbliższych, dotknąć tego, co w nich zapoznane i obce. Zatem wypada „przestroić” myślenie o sobie i umieścić siebie pośród innych bliskich, zanurzyć się w tym nieustannym dorastaniu nas wszystkich. Dopiero po tym autorka-bohaterka mogła zwierzyć się w finale powieści: „Od dawna nie czułam się tak bezpieczna, jak teraz między nimi.” „Kochana Maryniuchna” powinna więc nosić oksymoroniczne nieco miano autobiografii rodzinnej.

Autobiografii opowiadającej o takim widzeniu ludzkiej osobowości nie można skończyć - Latawiec nieraz powiadała, że nie wie, czy ukończenie jej książki jest możliwe. A mimo to w zakończeniu poczuła się artystycznie i duchowo spełniona. Dzieje się tak z powyżej wskazanego powodu - „autobiografii rodzinnej” nie można ukończyć, właściwie jej napisanie jest niemożliwe, skoro trwa to nieustanne dojrzewanie, ale można ją pisać tak długo jak Latawiec, czy do momentu, w którym uzyska się, by tak rzec, nową świadomość własnej biografii. Kluczowe okazuje się doznanie, iż nie jesteśmy, nie byliśmy nigdy odciętymi, odizolowanymi jednostkami, że wzrastaliśmy, czyniąc własnym to, co obce. Z tego powodu zamieszkują i dojrzewają w nas dziadkowie, ciotki i wujowie, ledwie w rodzinie pamiętani przodkowie i ci, których już nawet gawęda familijna nie umie przypomnieć. Nie wierzymy w to za bardzo, nie wierzymy do dnia, w którym traf nieprzewidziany podaruje nam ich autobiografię, o której wiemy, że snuje się dalej i że my właśnie potrafimy ją opowiadać.

Tomasz Mizerkiewicz

(1) Bogusława Latawiec, „Kochana Maryniuchna”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2003.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas