poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
INGA IWASIÓW
Intymność i rynek
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)


Kiedy dziś piszę o autobiografii, mam świadomość gatunkowego wymieszania i terminologicznej niekonkretności. Diariusz Bronisława Malinowskiego, opracowany i wydany po angielsku w 1967 roku, a w Polsce dopiero w 2001, został zatytułowany „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”. Jeśli przypomnimy sobie, że analiza tego właśnie tekstu zaowocowała obaleniem założenia obiektywizmu w badaniach i narracji (słynny tekst Jamesa Clifforda), fikcjonalność opowieści o „prawdziwym życiu” autora nie będzie zaskakująca. To właśnie cecha „dziennika w ścisłym sensie” -mieszanka autokreacji, fikcji, reportażu z życia. A autobiografii? Dodać do tych cech trzeba zmącenie gatunków, bo autobiografia ustąpiła autobiograficzności, rozpuszczonej w różnych formach współczesnego piśmiennictwa.

Jeśli badamy autobiografie kobiet, musimy liczyć się z tą deziluzją reprezentacji, która dotyczy form intymnych i quasi-intymnych, ale i uwzględnić pewne szczególne przesłanki, historyczne różnice; miejsce konwencjonalnie prywatnego pisania kobiet w głównonurtowej historii literatury oraz próby nadania mu specjalnych znaczeń podjęte przez krytykę feministyczną. Na koniec, w tym pospiesznym katalogu metody, uwzględnić by trzeba sytuację ponowoczesnego universum, w którym zmącenie i pluralizacja zamienia się w ofertę rynkową.

Kobiece autobiografie miały być, według badaczek II fali feminizmu, tym szczególnym rezerwuarem wiedzy o kobietach, ich życiu, jego przymusach, intymnych odczuciach, który mógłby stanowić wstęp do alternatywnej historii społeczeństwa, obyczajów, literatury. Opisywany po wielokroć gest wiktoriańskiej diarystki, notującej przebieg dnia w kajecie chowanym pod serwetą okrywającą stół w bawialni - okazał się jednak o wiele bardziej złożony, choć może mniej tajemniczy niż wydawało się Wirginii Woolf. Dziś teoretyczka intymnej narracji zwróci uwagę raczej na to, jak odbija ona patriarchat, jak jest konwencjonalna, skonstruowana, porzucając nadzieję na objawienie „kobiecego losu”, a może raczej przeformułowując sens tego banalnego hasła. Kobiecy los? Owszem, ale zawsze w ramie patriarchatu, wewnątrz jego języka. To, co kobiece, to raczej szczególne miejsca ekspozycji braku, implikowana przez tekst nieciągłość egzystencji, której nie zaradzi hipoteza kobiecej semiotyki objawionej w narracji prywatnej. To, sparafrazuję Germana Ritza, zaledwie nić w labiryncie pożądań, jakim podlega kobiecy tekst/życie.

Jeśli jednak nie ma w autobiografiach jakichś prostych rewelacji dotyczących kobiet i ich tajemnic, są w nich zapisane indywidualne, a uwarunkowane kulturowo predylekcje. Umiłowanie kapeluszy i mężczyzn może sąsiadować z niezwykle przenikliwymi i po prostu interesującymi opisami miejsc i zdarzeń, jak u Zofii Nałkowskiej. Rozpisane na konwencjonalne gesty „ego” diarystki wydaje się w rezultacie zdolne do ustępstw na rzecz obserwacji innych podmiotów, rzecz rzadka u piszących mężczyzn, którzy nawet jeśli o ludzkości - roją zawsze o sobie. Gdyby wierzyć teoretykom autobiografii, Lejeune'owi czy de Manowi, jest to gatunek - gdy mówimy o literaturze wysokiej i sprawach ważnych - jednak męski. Bo jeśli uprawiają go kobiety, należy do sfery ich prywatności. Co nie jest prawdą, albowiem prywatność piszących kobiet zwykle bywa naprawdę konwencjonalna, natomiast to, co ciekawe, rozciąga się właśnie tam, gdzie kobiety próbują opisywać świat zewnętrzny. Natomiast mężczyźni, postawmy taką ryzykowną tezę: gdy opisują świat, czują się zobligowani do bycia mędrcami. Bywają interesujący, jeśli odejdą od roli społecznej i decydują się na siebie. W gruncie rzeczy trzeba teorię autobiografii napisać raz jeszcze, uwzględniając paradoksy kulturowych konstruktów i oscylację prywatnego/publicznego w tym, co nazywamy tekstem kobiecym lub męskim.

Jednak nie teoretyczne dywagacje są moim celem. Chciałabym wskazać na inny, równie ważny, paradoks tekstu intymnego dzisiaj. Otóż musimy sobie zdać sprawę z jego zniknięcia. Nie ma dziś, powtórzę, intymistyki. Umarła wraz z rozbudową teorii konstruktywistycznych i neopragmatycznych, ale też w samym środku wrzaskliwego rynku. To, co należało do strefy prywatnej (z całą świadomością, jej umowności), stało się najbardziej pożądanym towarem rynkowym. Quasi-dziennik należy do szczególnie cenionych produktów kultury masowej, a wśród różnych jego odmian wyróżnić należy te, których autorkami są kobiety.

Zapewne nie bez znaczenia jest tu ogólna sytuacja wyprzedaży intymności i strategia podglądactwa właściwa pop-kulturze. Ale dobra cena na intymistykę kobiet związana jest też z tradycyjnie przypisywanym jej „naturalizmem” czy „naturalnością”. Na opowieści kobiety nie trzeba dopisywać słowa „prawdziwa”, bo wiadomo z góry, że autorka jest bliższa w swych wynurzeniach naturze niż kulturze, zwierza się zapewne bezrefleksyjnie; nie gra, bo nie potrafi. Upraszczam ten rynkowy przekaz, więc żeby nie narazić się na zarzut trywializacji, muszę odnotować, że ostatnie dziesięciolecia to także wysyp rewindykacyjnych i tożsamościowych narracji, które podejmowały kobiety po lekcji feminizmu. Cóż, rynek i z tego potrafił wyciągnąć pozytywne dla siebie wnioski. Dziennik narkomanki, alkoholiczki, zabójczyni, lesbijki - czy tożsamość piszących je podmiotów nie uwodzi szczerością i nie da się wykorzystać w celach odległych od intencji? Jasne, da się.

Z tego uścisku rynku i jego szyderczych mocy zdają sobie sprawę intelektualistki. Dubravka Ugrešić, pisząca o niemożliwej autobiografii czasu własnej, doznanej biografii, powraca do strategii, które sama zakwestionowałaby zanim przeżyła wojnę i emigrację. Konstruuje też teksty „do wzięcia”, fingujące los, którego chce czytelnik. Demaskuje proces owej konstrukcji. Narzeka jednocześnie na rynek, którego jest częścią. Wystawia siebie-eksponat w „muzeum bezwarunkowej kapitulacji”, ale nie pozostawia tego faktu bez komentarza.

Co robią inne autorki? Oczywiście, różne rzeczy. I nie mam nic przeciw temu, gdy świadomie. Do tekstów zapraszających do skonstruowanej na potrzeby czasu historii własnej należy „Domino. Traktat o narodzinach” Anny Nasiłowskiej, ale i „Polka” Manueli Gretkowskiej. Także „Lewa, wspomnienie prawej” Krystyny Kofty, pozornie tylko bezgranicznie otwarta na to, co najintymniejsze, bo na walkę z rakiem. Te trzy teksty, przykłady typowe dla konfesji uprawianej w czasach rynku, należą do odmiany szlachetnej, mającej literacki i społeczny cel (raz bardziej jeden, raz drugi). Są jednak w wyraźnej mniejszości, bo dziś czytelnika znajdują raczej grafomańskie wywody aktorek lub skandaliczne wyznania osób znanych z czegokolwiek.

W ostatnich miesiącach mieliśmy znakomity przykład takiego tekstu, którego racją bytu była, szeroko reklamowana, szczerość. Mam na myśli „Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki” Magdaleny Okoniewskiej. Napisany w formie dziennika, wiarygodny jako taki dzięki czemuś, co trudno uznać za zamierzone - brakowi redakcji i niezręcznościom stylistycznym - stal się przebojem literackim, wykorzystującym pieczęć autentyku. Poświęcę mu kilka zdań nie jako osobnemu fenomenowi, ale jako skrajnemu przykładowi tego, czym jest dla rynku kobieca intymność.

W dyskusjach o tym tekście ścierały się dwa stanowiska. Pierwsze, które w popularności tekstu o miłości kobiet chciały widzieć otwarcie na tematykę nieczęsto goszczącą w głównym nurcie kultury. Drugie (ja jestem jego zwolenniczką), że nie ma mowy o żadnym otwarciu, jest natomiast instrumentalne wykorzystanie ekscytującego tematu. Warunkiem wpisania w rynek jest w tym przypadku... literacka miałkość i światopoglądowy anachronizm tekstu. Po pierwsze, rzecz została napisana stylem licealistki. Po drugie, „lesbijka” z tego tekstu jest homofobiczna, antyfeministyczna, a wizja miłości to zestaw komunałów i stereotypów. Tylko taki dziennik lesbijki mógł zostać wypromowany, albowiem nie tylko nie zagraża wizji kobiecości w kulturze heteropatriachalnej (ani samej tej kulturze), ale może dostarczyć rozrywki mężczyznom, czego dowodem wypowiedzi Tomasza Jastruna.

Teoretycznie tekst Okoniewskiej jest typową intymistyką kobiecą. Nieobrobiony, naiwny, ujawniający kobiece tajemnice. Ale przecież nikt nie wierzy w to, że na tym polega autobiografia. Krystyna Kofta pisząca o swych prawdziwych, traumatycznych doznaniach umie pisać. Anna Nasiłowska tka tekst z kultury. Gretkowska gra konwencją szczerości. Wszystkie autorki robią te wszystkie rzeczy - wiedzą, że pisząc, wkraczają w literaturę, samo przeżywanie, sama szczerość nic nie znaczą. Choć mogą, z ironiczną konsekwencją, pomieszać szyki najlepiej zamierzonemu planowi gry w literaturę. Bo tekst i egzystencja, pisanie i życie pozostają w klinczu. Tymczasem rynek próbuje udowodnić, że istnieje tekst życia, który w pogardzie ma literaturę. Mało tego - właśnie taki tekst wchodzi na miejsce literatury. I wygrywa.

Kto bowiem, mając do wyboru, sięgnie raczej po nużące „Dzienniki” Sylvii Plath lub „Listy” Wirginii Woolf, omijając wzrokiem Okoniewską? Może zresztą stawiam złe pytanie, bo każdy z tych tekstów ma innego odbiorcę, będąc też zresztą jednocześnie uwikłanym w rynek; w końcu sprzedaje sieje w pakiecie z filmami. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że wysubtelniona, istotna, doniosła teoria autobiografii (także, razem i osobno, kobiecej) idąca w parze z intelektualno-tekstualną grą na wyżynach literatury, zostaje starta w proch przez pragmatykę życia kulturalnego. Sprzeda się niejeden „autentyk”, byle był konwencjonalny, udając niezwykły. Reszta pozostanie sprawą wąskiego grona nad-świadomych czytelników i twórców. Z „autobiografii” dowiadywać się będziemy tego, co nam w nich pozwoli umieścić, łasy na kontrolowaną intymność, rynek. Rynek, który chętnie schrupie opowieści kobiet. Rzekomo bardziej „naturalne”. Co z tego, że może nawet prawdziwe? Po wielkich autobiografiach XX wieku nie o autentyk idzie, ale o siłę literatury, która potrafi zrobić autentyk z tego, co nim jest i z tego, co nigdy nim nie było.

Nie byłoby dobrze, gdyby po autobiograficznych tekstach popularnych sądzić współczesność. W tym wielkim wymieszaniu, którego jesteśmy świadkami, nieudolne zwierzenia nastolatek brzmią głośniej niż cokolwiek innego. Pedagogiczny projekt, który widziały w osobistym pisaniu matki dzisiejszych feministek - podupadł. W gruncie rzeczy ważne jest, żeby widzieć różnicę pomiędzy tym, co należy do literatury i tym, co powinno pozostać prywatną aktywnością terapeutyczną. Nie wszystkie narracje są, chcę wierzyć, równoprawne.

Inga Iwasiów

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas