poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
„W inny znak wchodzi moja planeta...”
Dekada Literacka 2004, nr 3 (205)


1. Dziecko

„Tomasz urodził się w Giniu nad Issą, w porze, kiedy dojrzałe jabłko spada ze stukiem na ziemię w ciszy popołudni, a w sieniach stoją kadzie brunatnego piwa, które warzy się tutaj po zakończeniu żniw”.

Koniec czerwca nad rzeką Niewiażą jest upalny, woda toczy się leniwie, kwitną wszędzie ogromne, pachnące piwonie.

„Matka nad klombem z piwoniami staje,
 Sięga pojedna i płatki rozchyla,
 I długo patrzy w piwoniowe kraje,
 Dla których rokiem bywa jedna chwila”.

W 90. rocznicę urodzin Miłosza mała wycieczka udała się na Litwę, aby uczcić poetę (choć poety z nami nie było) i zobaczyć to, co się zachowało: przerobiony na małe muzeum dawniejszy świronek w Szetejniach, jedyna pozostałość dworu. Ale reszta była taka sama.

„Wybiegłem o letnim świcie między głosy ptaków
I wróciłem, a między chwilą a chwilą napisałem Dzieło...”

Po latach poeta powie: „... teraz myślę, że dzieło jest zamiast szczęścia”.

Ostatnie eseistyczne teksty Miłosza są powrotem w te emocjonalne rejony z początku stulecia - to „Przyrodnik”, a nade wszystko „Szczęście”, tekst zdumiewający i poruszający, gdzie stary poeta raz jeszcze przywołuje dziecięcą przeszłość, aby powiedzieć, iż ten powrót w miejsca, których już nie ma i pozostała po nich tylko jego pamięć, wyzwalają w nim radość i poczucie harmonii ze światem. Niewielu wybitnych poetów ubiegłego stulecia przyznawało się do tego, iż są szczęśliwi. Kiedy stary Miłosz opowiada o swoich chłopięcych pasjach odkrywania świata, począwszy od listka, ptaka, węża, składających się na tajemniczą naturę, którą próbował uwiecznić w zielnikach, kiedy wspomina tę radość małego przyrodnika, mówi o sile i magii „światoodczucia”.

Być dzieckiem to szczególne doświadczenie. Poeci chętniej ukazują się czytelnikom w swojej dojrzałości, w słusznym zapewne przeświadczeniu, iż jest to ich najlepsze dokonanie. Miłosz zawsze i na różne sposoby odsłaniał siebie-dziecko i było to bodaj jedyne intymne i powtarzające się odsłonięcie, na jakie twórca, dla którego style i formy ekspresji językowej były najważniejsze, sobie pozwalał. Co nie znaczy, iż był hermetyczny, ale znaczy natomiast, iż zmuszał ciekawych jego prywatności do wysiłku. Nigdy nie dawał się podejść - chyba tylko w dziecięctwie i chłopięctwie. „Miotam się i przewracam w łożu mojego stylu” - napisał w „Traktacie teologicznym”. U końca drogi odwraca się wstecz coraz częściej. Byłby w tym bliski znanej frazy Różewicza: „byli szczęśliwi dawniejsi poeci - świat był jak drzewo a oni jak dzieci...”?

Kiedy przychodzi sięgnąć po retorykę poważną, powie (w wykładzie noblowskim): „Jestem dzieckiem XX wieku, ale jest to gorzkie, sarkastyczne doświadczenie. Jestem też autorem książki autobiograficznej, która w przekładzie francuskim została nazwana >>Une autre Europe<<. Niewątpliwie istnieją dwie Europy i zdarzyło się tak, że nam, mieszkańcom tej drugiej, dane było zstąpić w jądro ciemności...”

W „Kronikach” (1987) wkraczamy, wraz z dzieckiem, w nowoczesność, choć mamy zaledwie rok 1913:

„Koleją Transsyberyjską jechałem do Krasnojarska
Z nianią Litwinką, z mamusią, dwuletni kosmopolita
Uczestnik przyobiecanej europejskiej ery...”

Podziwiany przez współczesnych poetów transsyberyjski ekspres (wspaniały poemat napisał o nim Blaise Cendrars) nabierał szybko znaczeń symbolicznych: era miała być „kosmopolityczna”, a to znaczyło wtedy: otwarta, zjednoczona, obiecująca piękną przyszłość.

Epoka, o której powie później Miłosz, iż była nieustającą podróżą do kresu nocy, zaczyna się w pełni nadziei. Udało mu się zobaczyć ją całą, kompletną; był zatem „szczęśliwym człowiekiem” w takim również sensie, jaki nadał tej kwalifikacji historyk (Norman Davies), konstatując w dziele „Europa”, iż prawdziwie szczęśliwy był ten, który posiadł pamięć stulecia; wymienił hrabiego Edwarda Raczyńskiego - teraz dodałby zapewne do tego nazwiska jeszcze drugie. Los potraktował obu łaskawie.

Miłosz często powtarzał, jak przyszpilił go Ksawery Pruszyński na jednym z wileńskich wieczorów poetyckich: „Baławień sudby - pieszczoch losu” - tak miał powiedzieć.

Dziecko przez los wybrane - ten romantyczny motyw poeta jawnie akceptował, bo zapewne jakąś swoją część w nim widział (choć pojawi się w jego wczesnych wierszach i dziecię niedobre, nieczułe...). Potem chłopiec oczekujący na przydział miejsca w epoce, koleje młodzieńczych przyjaźni i miłości: tak czytał „Godzinę myśli”, choć Słowackiego niezbyt lubił. Z „Godziną myśli” przemierzał ulice Wilna i okolice miasta, tajemne zakątki, gdzie podobno Słowacki spotykał się w Ludwiką Śniadecką. W książce tej znajdował początki różnych miłości: do matki, kochanki, przyjaciela. Więc czytał - jak wspomina - ze łzami w oczach.

2. Czasy

Wkraczanie w dojrzałość odbywało się burzliwie i namiętnie. Zapytywany przez dziennikarzy, jakie uczucia towarzyszyły mu w latach debiutu, poeta mówił potem o żarliwości, napięciu, podnieceniu, buncie. W takiej wysokiej temperaturze pisał „Bramy Arsenału” - zdumiewające poetyckie widzenie, symboliczną prefigurację „słowiańskiego losu”, który okaże się ułomny i tragiczny. „A jeśli dziecko zrodzi się z tej krwi słowiańskiej” - dziecko-potwór, człowiek-zwierzę? Ten fragment poematu niemało przysparzał kłopotu, zaś komentując po latach okoliczności powstawania „Bram Arsenału” Miłosz powie, bodaj po raz pierwszy, o swoim daimonionie.

Ale czasy nie było symboliczne, były konkretne, polityczne, społeczne, wymagające bardzo trudnych wyborów. Kiedy po latach Miłosz wydaje książkę „cudzych głosów” o dwudziestoleciu („Wyprawa w dwudziestolecie”), komponuje ją tak, aby wszystkie wymienione czynniki znalazły się w tym chórze. Nadchodzący wiek męski uświadamia Miłoszowi, że teraz jego pokolenie ma przejąć pałeczkę. Wielcy poprzednicy odchodzą, bądź wydają się zbyt słabi, aby podołać umysłowemu przywództwu. Śmieszny jest stary Zdziechowski, choć go szanują - ale czytają dość pobieżnie. Okaże się, iż miał rację, co Miłosz przyzna potem w „Religijności Zdziechowskiego”. Na razie nie potrzebują proroków - choć pociągają nawiedzeni starcy. Filozofia współczesna jest za mała - po wojnie neotomizm nazwie Miłosz „małą filozofią” - choć pochłania ją razem z innymi rówieśnikami. Ale nie tylko takie są jego lektury. Wydaje się, iż do dziś niewyjaśniony do końca jest jego bliski związek umysłowy z Brzozowskim, którego co prawda „wszyscy czytali”. Ale on wydobył z niego taki wątek, który w myśleniu nowoczesnym wciąż jest przydatny, więcej, odkrywczy. Do końca pisał o tym wątku, choć podejrzewał (i tak to podejrzenie nazwał), iż sięga do lamusa idei. Niekoniecznie. Bo przecież właśnie Brzozowski, zawiły autor, zajął się przesileniem romantycznym kultury europejskiej i konsekwencjami tego procesu - wskazując jednocześnie XVIII-wieczny klasycyzm jako początek takiej podmiotowości, która może być „korzeniem” współczesnego człowieka. Kim jestem, kim jestem wobec historii, kim jestem wobec religii - to nie były powierzchowne pytania. Objawiły się one młodemu umysłowi po gorączkowej lekturze książek pisarza, którego dzieło co prawda wciąż penetrowano, przede wszystkim jednak w poszukiwaniu odpowiedzi na zagadkę autobiograficzną, czyli rzekomą zdradę. Tajemnica istnienia, dziwność istnienia, potrzeba metafizyki - te trzy wielkie pytania, powtórzone teraz, w perspektywie twórczości już zamkniętej, zbliżają Miłosza do Witkacego. Nie bez powodu powrócił do niego w latach okupacji. Bliskość istniała zapewne wcześniej - podobnie jak Witkacy Miłosz uznawał tylko pytania fundamentalne, inne uważając za umysłową stratę czasu.

Jego okupacyjny Witkacy otrzymuje kwalifikację jedynego pisarza, który domyślił się losów Europy i jedynego - co o wiele bardziej zastanawiające - który umiał przewidywać tę przyszłość w języku prawdziwie „męskim”. Męskość i stanowczość przeciwstawia Miłosz miękkości językowej autorytetów Europy jego młodości: stylowi Andre Gide'a chociażby. Czy domyślał się już wtedy, że kończy się nieodwołalnie era intelektualnych przywódców, a poniekąd także era artystów? Esej o legendzie wyspy mógłby o tym świadczyć. Po wojnie doświadczyć miał dwojakiego rodzaju umysłowego wygnania: jako emigrant i jako uczestnik społeczności malejącej, tłumionej przez głosy silniejszych. Ale tak naprawdę nigdy nie wybrał „życia na wyspach” - to ono go wybrało.

Myślenie o losie własnym i świata, w którym żył, wyłącznie w kategoriach zasadniczych - a sądzę, iż tak właśnie było - doprowadziło do uogólnień fundamentalnych, które już wtedy się rysują, a wielokrotnie powtarzane będą w latach późniejszych. Otóż Miłosz mówił o wielkiej operacji metafizycznej XX wieku - uważał zaś za tę operację nieustające próby ludzkiego, twórczego umysłu, zmierzające do nadania sensu historii. Ta historia, coraz bardziej przypominająca epoki wielkich walk religijnych, nie mogła być, według niego, postrzegana jako absurdalna. Rozprawa Miłosza z językami absurdu, wytworzonymi przez nasze stulecie, po części również potyczki, jakie prowadził z Gombrowiczem na tym właśnie polu, wynikały z jasnego wyboru: męskiej powagi języka, pojemnej formy, nie zaś drwiny. Oczywiście zapytać można, czy obaj, aczkolwiek odmiennymi drogami, nie doszli do tego samego „iunctim” - ale to zostawmy na boku.

Spośród zachowanych zdjęć okupacyjnych, a nie ma ich wiele, przypomnę to, które najmocniej podległo mitologizacji.

„Właściwie nie ma historii, bo jest tylko mitologia” - napisał stary poeta w jednych z ostatnich tekstów „Spiżarni literackiej”. Spoglądam więc na zdjęcie przedstawiające trzech młodych mężczyzn, trzydziestolatków, siedzących na stosie desek w tartaku. To jest tartak mojego dziadka w Krzeszowicach, na zdjęciu nie widać piętnastoletniej dziewczynki, która właśnie dostała aparat fotograficzny i koniecznie chce wszystko fotografować. Basia jest siostrą mojego ojca, zaś aparat to małoobrazkowa Leica. Jerzy Andrzejewski, Czesław Miłosz, Kazimierz Wyka, patrzący pogodnie w obiektyw, niedługo staną przed wyborami o wielkim ciężarze; Andrzejewski zawsze będzie marzył o sławie, osiągnie ją dopiero jako twórca, który wyrzekł się jakiejś swojej części. Wyka umrze (przedwcześnie) jako autorytet, ale również jako „człowiek ostrugany”. Tych dwóch pozbywało się części siebie, aby istnieć, to znaczy pisać i działać.

Trzeci z nich już wtedy, być może, ma świadomość, iż został wezwany i powołany i nie wolno mu ustępować, zaś los, co rzadkie, docenił to.

Żadnego dziecka nie ma na tym zdjęciu, ale przychodzi już na świat pokolenie, które będzie „dziećmi Miłosza”. Wydaje mi się, że pamiętam pana z wielkimi brwiami i błękitnymi oczami, biorącego moją tłustą rączkę i mówiącego poważnie: „Jestem Miłosz”. Albo mi o tym powiedzieli rodzice - i tutaj nie ma historii, jest opowieść, poniekąd mitologiczna.

3. „Nostalgik przemijalności”

Albo również „nałogowiec żalu za przemijalnością” - tak mówił o sobie poeta.

To poczucie, iż tylko wspomnienia są naprawdę realne, wzmacniało się z wiekiem i narastało w twórczości (dosłownie: „ i wtedy zrozumiałem, że tylko nasze wspomnienia są prawdziwie realne”). W „Prywatnych obowiązkach” esej „Wycieczka w la belle époque”, w nim zaś fragment o Pamiętnikach Wacława Lednickie-go. Kresy w tym wspomnieniu są, jak pisze Miłosz, realne i przejmujące, nasycone życiem. Podobnie stare fotografie: „To słońce, ta parasolka, ten pasek - to wszystko egzystowało, wszystko to powinno dalej egzystować, skoro się faktycznie odbyło...”

Prawda pamięci wydaje się ważniejsza niż prawda chwili teraźniejszej. Kiedy poeta mówił o swoim dochodzeniu do książki „Rodzinna Europa”, użył określenia „utylitarna kreska”. Chodziło mu o technikę, o sposób przywoływania przeszłości. Nie miałem - tłumaczył -poprzedników, bo Wilno nie posiadało swoich literackich, tak szczegółowych świadectw. Paryż - to co innego. Każdy piszący o tym mieście może się odwołać do innych tekstów: Miłosz piszący o Wilnie tworzył od początku ten literacki baedecker i posłużył się stylem przewodnika po mieście; zaczynając od opisania ulic, chciał dojść wreszcie do tego, co ulotne, niepowtarzalne i najcenniejsze: do smaku magdalenki. Przed młodym Miłoszem zarysowały się już wcześniej dwie drogi: Proustowska, o której pisze wyraźnie w „Prywatnych obowiązkach” i droga „homo mysticus”, wskazana przez stryja, Oskara Miłosza. Ostatecznie, „młody barbarzyńca” wybrał tę drugą, ale Proustowski ślad jest w jego twórczości bardzo wyrazisty. Te dwie możliwości przywoływania czasu utraconego przeplatają się w dziele, tworząc jemu tylko właściwą filozofię czasu.

Była jeszcze inna przyczyna poniechania „traktu francuskiego” (choć Oskar też przecież po francusku pisał i do dziś istnieje jego kult we Francji...). Łączyła się ona z właściwościami francuskiego intelektu, który po latach doczekał się określenia „umysł lekkomyślny”. Nie wchodzimy teraz w zasadność tej definicji. Pośród różnych epitetów, jakie rozważaniom Miłoszowym nad myślą jemu współczesną można nadawać, ten ostatni zapewne najmniej go interesował. Akceptował tylko Alberta Camus, momentami Sartre'a.

Ale ojczyzna Miłosza nigdy nie była „mała”, nie była „mniejsza” (jak chociażby u Vincenza): nie chronił się w niej, lecz otwierał jej granice dla innych. Dlatego zapewne Litwa tak fascynuje młodych amerykańskich badaczy twórczości Miłosza - choć jej magia, przesądy i wierzenia pochodzą z okolic najzupełniej dla nich egzotycznych.

Nostalgia poety wzmacnia się i przybiera na sile, nostalgia, jako szczególny stan sam w sobie będący rzeczywistością. Doświadczając owej zbawczej nostalgii, poeta pozbywa się, choć na chwilę, na ulotny moment, bólu egzystencji, zapomina o złu, przestaje być manichejczykiem, opuszczają go trucizny.

Nic nie czułem, stojąc po dziesiątkach lat, w miejscu, gdzie byłem dzieckiem; nie czując zaś nic, czułem jednocześnie, iż jestem naprawdę szczęśliwy. Miałem z powrotem osiem lat. Ale trzeba było doznać tej straty, aby zrozumieć szczęście. W tym egzystencjalnym paradoksie zawiera się, jak w zdecydowanym uchwycie, tajemnica Dzieła.

Tak się zdarzyło w ciągu ostatniego oku, iż parokrotnie rozmawiałam z Czesławem Miłoszem - o czym? O Brzozowskim, rzecz jasna. Zachwycał się wydobytym przeze mnie z zapomnianych archiwaliów i opublikowanym powtórnie po blisko 90. latach poematem Brzozowskiego o Dostojewskim, utworem dziwnym i podniosłym, dla Miłosza wstrząsającym. Napisał o tym zresztą, zaś ode mnie chciał się koniecznie dowiedzieć, dlaczego autor „Legendy” jest tak mało znany współczesnym pisarzom. Ale na to pytanie ja też nie znałam odpowiedzi, a właściwie nie chciałam go tą odpowiedzią martwić. Sam dzwonił w tych poważnych sprawach. Ostatni raz chyba wtedy, gdy napisałam wspomnienie i recenzję witkacologicznej książki Anny Micińskiej. Rodzina Micińskich to był ważny rozdział jego autobiografii - choć częściowo również francuski... Annie przypisał jeden ze swoich piękniejszych, ciemnych wierszy: „Piosenkę”. Z jej ciotką, siostrą Bolesława, Nelly, po mężu Ulatowską, przyjaźnił się we Francji.

My zaś, Anna i ja, byłyśmy już z pokolenia „dzieci Miłosza”. Razem studiowałyśmy, z domów wyniosłyśmy podobne, jak myślę, spoufalenie z literaturą, a potem adorację dla niektórych: Miłosz do nich należał.

Dla Czesława Miłosza tajemnice bytu i drugiej strony, podszewki świata, („a jeśli nie ma podszewki świata”?), nie są już zapewne wielką niewiadomą. Jak w wierszu „Dobranoc” z tomu „Dalsze okolice”:

„Żadnych obowiązków. Nie muszę być głęboki.

Nie muszę być doskonały.
Ani podniosły. Ani budujący.
Wędruję sobie. Powiadam: „Goniłeś.
No to i dobrze. Był czas po temu.”
A teraz muzyka światów odmienia mnie.
W inny znak wchodzi moja planeta.
Drzewa i trawniki wyraźnieją.
Jedna po drugiej filozofie gasną.
Lekko, ale i nic nie wiadomo.
Sosy, roczniki win, mięsiwa.
Trochę gawędy o powiatowych festach,
O podróżach krytą bryką z obłokiem pyłu za nami,
O tym, jakie bywały rzeki, jak ajer pachnie.

Lepsze to niż badać swoje sny.
Tymczasem urastało. Już jest, niewidzialne.
Ani zgadnąć jak, tutaj, wszędzie.
Inni tym się zajmą. A ja na wagary,
Buena notte. Ciao. Farewell”.

Planeta Miłosz dotarła do swojego miejsca przeznaczenia.


Marta Wyka
20 sierpnia 2004

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas