poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [DL2002, nr 5-6 (187-188)]

■ „Miłość” to tytuł drugiego almanachu z serii „Punkt po punkcie”, wydawanej przed Gdański Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Do lektury zachęca już wyrafinowana strona edytorska tego tomu i jego bibliofilska wartość: wydano tylko 600 numerowanych egzemplarzy. Do „Miłości” trafiły referaty wygłoszone i omawiane na konferencji o tym samym tytule, zorganizowanej w listopadzie 2001 r. przez Gdański Oddział SPP i Nadbałtyckie Centrum Kultury. Wymieńmy teraz, punkt po punkcie, tytuły rozdziałów: Punkt pierwszy - biblijnie, filozoficznie; Punkt osobny - zazdrość; Punkt drugi - odmiany miłości; Punkt trzeci: dwoje, dwie, wiele; Punkt czwarty - pojedyncze miłości; Punkt piąty-wielka liczba. W punkcie drugim zwraca uwagę „Amour fou surrealistów” Agnieszki Taborskiej. Dla surrealistów miłość była słowem, pojęciem, stanem kluczowym; pisali o niej w poezji, eseistyce i tekstach teoretycznych. Przeżywali miłość na różne sposoby. Breton dwie swoje ważne książki („Nadja”, „Szalona miłość”) napisał po przypadkowym spotkaniu z nieznaną kobietą, przyszłą żoną. Dali szczególnie interesował się erotycznymi obsesjami, dla Aragona wizyty w burdelach były wyrazem buntu przeciw mieszczańskiej moralności, natomiast Breton potępiał sprzedajną miłość. Surrealiści przeprowadzali ankiety na temat życia seksualnego i miłości. Jednak postępowość tych poczynań nie dotyczyła wszystkich sfer: nie umieli ukryć swojego obrzydzenia dla homoseksualistów oraz pewnych przekonań mizoginistycznych. Największym optymistą i idealistą w zakresie miłości był Breton, który przeciwstawiał ją plugawemu życiu. Taborska pisze na zakończenie: „trudno znaleźć innych szalonych doktrynerów, artystów i kochanków, którzy poświęciliby miłości aż tyle uwagi. Mierzyć się z nimi mogą tylko buntownicy drugiej połowy ich wieku: dzieci-kwiaty i paryscy majowi studenci, którzy ku powszechnemu zaskoczeniu podjęli poetykę surrealistycznych manifestów. Bretona już przy tym nie było: umarł dwa lata wcześniej. W 1924 roku oznajmiał: „Najważniejsza jest miłość”. „All You Need Is Love” - powtarzali Beatlesi czterdzieści lat później.”
„Niebo złote ci otworzę, / w którym ciszy biała nić / jak ogromny dźwięków orzech, / który pęknie, aby żyć / zielonymi listeczkami, / śpiewem jezior, ptasi świt” - również w punkcie drugim Kazimierz Nowosielski przywołuje te wersy w tekście „Ku temu, co dalej... O imionach miłości w poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego”. Jednym z najważniejszych imion tej miłości jest piękno w miłości oraz miłość w pięknie; nie da się tego oddzielić zarówno w relacjach międzyludzkich, jak i w odniesieniu człowieka do Boga. Różne imiona (rodzaje) miłości łączą się w poezji Baczyńskiego, jak zbawienie i miłość do ojczyzny: „Bo kto nie kochał kraju żadnego i nie żył / chociaż przez chwilę jego ognia drżeniem, / chociaż i w dzień pokoju w tę miłość nie wierzył, / to temu żadna ziemia nie będzie zbawieniem.” Nowosielski pisze o ewolucji poezji Baczyńskiego od orfizmu do chrystianizmu. „Charakterystyczne, że to właśnie przez miłość i piękno dochodzi Baczyński do zapytywania o Boga osobowego. W pewnym momencie rozpoznaje siebie jako stale będącego w drodze do Niego, ba, jako od początku do końca należącego Doń - do Jego piękna i do Jego miłości.”

Wpadł mi w ręce stary, lutowy numer „Arkusza” (2/2002), do którego warto jednak wrócić ze względu na dwa ciekawe teksty. „Otóż coraz częściej okazuje się, że warto wypromować krótkotrwałą modę, gdyż płynące z niej profity są naprawdę wystarczające. Od wartości artystycznej ważniejsza staje się sama obecność, zdobycie czasu antenowego, wtargnięcie na okładkę poczytnego magazynu, zajęcie eksponowanego miejsca na księgarskiej półce” - pisze Tomasz Mizerkiewicz w artykule »„Wystarczy być?” Próba rynku«. Rzetelna krytyka coraz częściej schodzi na drugi plan, media kreują przeboje książkowe, biorąc pod uwagę korzyści rynkowe, a nie wartości literackie. Wielką karierę robi grafomania - chęć zaistnienia i zysku jest strategią szybszą i skuteczniejszą niż powolne działanie krytyków i filologów. Jednak wyśmiewani często naukowcy od tekstów mają szansę, muszą tylko przestać narzekać na destrukcyjny rynek, a zająć się dyskusjami i książkami, które mogą obchodzić ludzi. I wcale nic chodzi tu o wenezuelskie seriale, lecz o imponderabilia współczesności. Mizerkiewicz przywołuje Karola Maliszewskiego, który stwierdził, że coraz silniej odżywa tęsknota za ideą literatury „wielkiej rozmowy”. Tylko trzeba tę rozmowę podjąć.
Warto również przeczytać zapiski Ewy Rajewskiej z projektu edukacyjnego dotyczącego holocaustu i przeciwdziałania rasizmowi („Integracja międzykulturowa? Lamah lo, mein lieber Freund”). Dwudziestu młodych ludzi z Kanady, Polski i Niemiec dyskutowało, zwiedzało muzea, miejsca pamięci, obozy koncentracyjne, brało udział w nabożeństwach. Organizatorzy całego przedsięwzięcia to: Centrum Judaistyki oraz Kanadyjskie Centrum Germanistyki i Europeistyki York University w Toronto, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, Fundacja im. Heinricha Bölla, Departament ds. Dziedzictwa Kanadyjskiego, Narodowa Centrala Wychowania Politycznego Badenii-Wirtembergii, Polsko-Niemiecka Współpraca Młodzieży. Uczestnicy spotkania rozmawiali o stereotypach i uprzedzeniach, normalności, uczestniczyli w szabacie. Dyskutowali i pytali: „O 613 przykazań, reguł koszem, obrzezania, seks przed ślubem. (...) Dlaczego musiałyśmy siedzieć na galerii (nb. w krakowskiej ortodoksyjnej Synagodze Izaaka ciągle jest w użyciu prawdziwy babiniec, znajdujący się za główną salą modlitw i oddzielony od niej ścianą -okienka są do połowy przysłonięte firankami)? Czy współcześnie żydowska kobieta jest równa żydowskiemu mężczyźnie, czy jeszcze ciągle nie jest?” Akademickie dyskusje mieszały się z życiem. Jedna z Kanadyjek powiedziała, że jej matka, dowiedziawszy się o wyjeździe do Polski zapytała: jedziecie bez żadnej ochrony?

Wieczór - codzienny czas podsumowania, miejsce na żal za czymś, co uciekło bezpowrotnie, spotkanie dnia i nocy, magiczny czas na wspomnienia. Wieczory są jednym archetypicznym wieczorem: „Wieczory, które przyjdą, te co pierzchły, / są jednym tylko, w sposób niepojęty” - pisze Jorge Luis Borges w „Wieczorze” („Twórczość” 4/2002). Gdyby w nieco karkołomny sposób skondensować metaforykę dotyczącą wieczoru, można powiedzieć, że jest to bolesny obraz a jednocześnie boskie odbicie wieczności. Ziemski wymiar (wieczoru) łączy się z boskim - jak chciał Plotyn tak przywołany w wierszu: „życie nasze, ta ulotna mitręga, / jest być może, w istocie, śladem boskim.” Polecam jeszcze dwa wiersze Borgesa opublikowane przez „Twórczość”: „Gongora” i „Milonga nieboszczyka”.

Przy lekturze pierwszego tegorocznego numeru kwartalnika „FA-art” (1/2002) trzeba koniecznie sporo czasu poświęcić na czytanie tekstu „Szadź” Tomasza Sęktasa. Nie dać się przy tym zagadać potokowi słów, ale wziąć udział w zabawie tekstu z samym sobą i z czytelnikiem, w próbie opisania (zapisania) dekonstruującej się rzeczywistości. „Szadź” należy czytać wielokrotnie, najpierw poddając się uderzeniom słów jak kropel deszczu o blaszany dach z rozpływającym się znaczeniem, potem smakować go po kawałku, czytając na głos, wydobywając uroki foniczne („znikąd wytrzaśniętą a swojską skądinąd”), wreszcie kawałek po kawałku, odkrywać, rekonstruować znaczenia. Sensy można też odkrywać przez zdrapanie: „Słowo-zdrapka, uczucie lekkiego swędzenia i niewiele więcej.” Przy tym wszystkim trzeba przygotować się na intertekstualne bombardowanie, odsyłanie do wielu tekstów kultury jednocześnie („nadużyjemy tu nieco cierpliwości nożycorękich cherubów... czas kośby i strzyży spełnił się już w wykorzenieniu i zbaranieniu, w łysej siejbie z dziurawej łajby”), irytujące nawiązania do hermetycznej wiedzy filologów („gramatologiczna partanina”). Polecam smakowite eksperymenty z językiem: „Wyobraźmy sobie tylko bałwana w roli Naczelnego Aksjologa (koniecznie z miotłą!) w cool-esiowatym (cool-eżanki i cool-edzy!) nowym wspaniałym świecie rządzonym prawem kaduka, symulacją, koniunkturą...”  Tekst jest tak skonstruowany, że właściwie nie można go słuchać, ale trzeba go czytać sobie na głos, żeby wydobyć zabawne rymy („a organoleptyk w dawaniu ciała taki galanty, że kudy wam... o mass-medianty”) i nie stracić eksperymentów, dostępnych tylko na poziomie zapisu graficznego („A śnieg prószy i pr„ó”szy.”). Niektóre z błyskotliwych zdań mogą być wykorzystane przez publicystów. Jak na przykład rozwiązanie skrótu globalnej sieci internetowej www: „Wu-wu-wu... Wąchock, Waszyngton, Watykan?” Kilka ciekawych neologizmów: z bytu i butów (buciorów) powstają „byciory”; „czytał-wniweczał”; „teofonia komórkowa”; „lekceważki” („niestrawne skrzydełka lekceważek”); „apokaliptyczna gafologia” (gafa połączona z grafologią); „histeriografia”. Proponuję jeszcze zabawę w wyszukiwanie dalekich (jednak maksymalnie do kilkunastu wersów) gier fonetycznych, chyba najładniej widać to na przykładzie sitek i sitcomów. Osobnym zagadnieniem, które wymagałoby szerszego omówienia, jest rozbudowana autotematyczność tego tekstu. Można również udać się na tekstowe poszukiwania cytatów, filozofów, Adama Małysza, reklam, teorii negocjacji, semantyki, Jana Pawła II itd. Całość (punkt po punkcie - w literaturze szerzy się taka numeracja: jakoś trzeba to wszystko porządkować?) podzielona jest na sześć części (RAZ, DWA, TRZY, CZTERY, CZTERY w dalszym ciągu, PO ROZPUKU). „Tak i my uszliśmy cało” - tak kończy się tekst, kończymy czytać go na głos i wracamy na początek („RAZ. Zdarzyło się, że wezbrał w nas pusty śmiech.”).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas