poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Camera obscura [DL 2002, nr 5-6 (187-188)]


W „Tekstach Drugich” (nr 5) Michał Paweł Markowski określa jako „metodologiczną psychozę założenie, że „nihil est in interpretatio, quod prius non fuerit in textus”. Czy to metodologiczna psychoza – o tym można by dyskutować, natomiast na pewno zacytowane zdanie zawiera gramatyczny lapsus, a nawet dwa; formuła ta poprawnie powinna brzmieć: „nihil est in interpretatione, quod non prius fuerit in textu...” Derrida niewątpliwie wielkim filozofem jest, lecz po cóż łamać – prawidła gramatyki? (hm)

Rewelacji prof. Staszka Dutki ciąg dalszy: twierdzi on („Gazeta Wyborcza” z 12 II), że Makbet zamordował swojego króla, będąc gościem na jego zamku (gdy tymczasem to król Duncan był gościem Makbeta) i że Szekspir „lekceważył obowiązującą wówczas w teatrze zasadę jedności czasu, miejsca i akcji” (jak wiadomo – w ogóle nie przestrzeganą w teatrze elżbietańskim). Złą przysługę oddaje też Dutka i pamięci Borowskiego, i czytelnikom „Pożegnania z Marią”, gdy pisze („Gazeta Wyborcza” z 19 II), że „Borowski występuje tu pod własnym imieniem”. Badacze twórczości Borowskiego udowodnili chyba, że nie można narratora tych opowiadań utożsamiać z ich autorem! (hm)

Nie jest to właściwie temat dla „Camery”, ale jako ciekawostka może tu w niej chyba zagościć. W wierszu „Koleżanka” z tomu „Druga przestrzeń” Czesława Miłosza czytamy: „Żegnaj Piórewiczówna, nieżądany cieniu / O zapomnianym na zawsze pierwszym imieniu”. Otóż uprzedzając przyszłych komentatorów, którzy zapewne imienia owego będą poszukiwać, pozwalamy sobie wysunąć hipotezę, że było to imię Janina. Tak bowiem podpisała się autorka tekstu (nazwisko małżeńskie: Weyssenhoffowa) „Pamiętam jakby to było wczoraj”, wychowanka Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w Wilnie (matura – 1929). Tekst ten znajduje się w książce zbiorowej „Była taka szkoła”, wydanej w Londynie w r. 1987 pod redakcją Ewy Sławińskiej-Zakościelnej. (hm)

Skoro książka (bardzo sympatyczna!) Haliny Kwiatkowskiej nazywa się „Porachunki z pamięcią”, Kamerzysta pozwala sobie zauważyć, że autorką powieści „Ducissa Kunegundis” (którą Halina, wówczas Królikiewiczówna otrzymała jako nagrodę na międzygimnazjalnym konkursie recytatorskim w Wadowicach) była nie Zofia Kossak-Szczucka, lecz Stanisław Wasylewski (s. 22); na Uniwersytecie Jagiellońskim wykładał Stefan Kołaczkowski (a nie Kleczkowski) i Mieczysław (a nie Antoni) Małecki (s. 24), a Andrzej Rybicki był autorem niejednej sztuki „Biała sowa” (jak czytamy na s. 46 i 54), lecz dziesięciu utworów dramatycznych; tytuły ich można znaleźć w „Bibliografii dramatu polskiego” Ludwika Simona. (hm)

Miło przeczytać w „Odrze” (nr 2), że Jacek Kaczmarski jest entuzjastą „Lalki” Prusa. Ale pamięta ją chyba niezbyt dokładnie, gdy mówi, że „Wokulski próbuje stworzyć potęgę przemysłową, ale tę potęgę przemysłową próbuje stworzyć środkami romantycznymi”. Jak wiadomo, Wokulski zdobywa majątek na dostawach broni, a następnie zakłada spółkę do handlu z Rosją, mówiąc dokładniej – do importu stamtąd tkanin. Na zarzuty, że w ten sposób podkopuje przemysł krajowy, Wokulski odpowiada, że obchodzą go nie fabrykanci, lecz konsumenci, a poza tym – że właścicielami owych fabryk są Niemcy. Gdzie tu więc „potęga przemysłowa”, gdzie „środki romantyczne”? (hm)

Tadeusz Sobolewski („Wysokie obcasy” nr 10) jest przekonany, że „Swój do swego po swoje” to „takie powiedzenie Gombrowicza”. Nic podobnego! Było to hasło bojkotu ekonomicznego wobec Żydów organizowanego w Królestwie, jeszcze przed wybuchem I wojny światowej. Można się było z nim spotkać i w okresie międzywojennym i stąd znał je Gombrowicz. (hm)

Andrzej de Lazari („Plus-Minus”z 9-10 III) o rusycyście prof. Samuelu Fiszmanie: „jego nazwisko odnajduję na stronach różnych konferencji slawistycznych – jako Amerykanin występuje z reguły z referatami o Mickiewiczu”. Prof. de Lazari używa czasu teraźniejszego; powinien wiedzieć, że S. Fiszman zmarł w r. 1999. (hm)

Wiesław Juszczak („Tygodnik Powszechny” nr 11) pisze, że w niemieckim słowie „Dichtung” (poezja), jak w „dichten” ciągle daje się słyszeć echo ich pierwszego seansu: „zagęszczenie”, „zagęszczać”, „wiązać ściśle”. Jest to jednak etymologia mylna: E.R. Curtius twierdzi, że słowo to pochodzi od łacińskiego „dictare” - wykładać, ale także - komponować, zwłaszcza dzieła poetyckie. (hm)

W przypisie do tytułowego eseju w tomie Bogusława Bakuły „Antylatarnik” (Poznań 2001, s. 130) autor pisze: „W uwagach o poniższym tekście na łamach „Dekady Literackiej” prof. H. Markiewicz kąśliwie zauważył, iż pomyliłem łódź ze statkiem” (w pierwszej wersji). Tłumaczył się, że „zwyciężyła pokusa publicystycznej hiperbolizacji” i osłabia zarzuty Kamerzysty (który nb. podpisuje się hm, a nie pełnym nazwiskiem), zauważając, że „to tylko kwestia skali, a nie samego problemu”. Zgoda – i gdyby tylko o zmianę łodzi rybackiej z „Latarnika” w statek z „Antylatarnika” chodziło, Kamerzysta nie zgłaszałby pretensji. Ważniejsze jest co innego. Bakuła napisał (i pozostawił to w nowej wersji swego szkicu), że Skawiński spowodował „klęskę i tragedię wielu ludzi”. Tymczasem strażnik portowy w opowiadaniu Sienkiewicza mówi najwyraźniej, że „nikt nie utonął” – bo inaczej Skawiński poszedłby pod sąd. Całą „tragedię” więc sobie Bakuła zmyślił — i przy tym swoim zmyśleniu obstaje. Esej Bakuły pod wieloma względami słuszny, w swym ataku na na „Latarnika” to jednak walka z wiatrakami. Autor wmawia czytelnikom, że Skawiński to „bohater pozytywny, postać godna naśladowania”. Nic takiego w noweli Sienkiewicza nie ma: latarnik to tylko nieszczęśliwy tułacz, którego przez całe życie prześladuje los, „inwalida Pana Boga”, jak go Sienkiewicz nazywa. Budzi on współczucie, ale nic w tekście nie wskazuje na to, by miał stać się dla kogokolwiek wzorem postawy życiowej.
Bezzasadnie również nazywa Bakuła w tymże szkicu Wokulskiego „łowcą posagów”; prawda, że z Minclową ożenił się bez miłości, ale nie on o jej względy zabiegał. A Izabela na pewno nie była pod względem finansowym dobrą partią. (hm)

A znowu Staszek Dutka („Kujon polski” - dodatek do „Gazety Wyborczej” z 7 maja) wymyślił sobie, że tytuł „Latarnik” można rozumieć symbolicznie - „ta książka (Latarnik?) niczym światło latarni ma wskazywać drogę tułaczom”. Jakąż to drogę wskazuje tułaczom nowela kończąca się tym, że „wiatr porywa znowu ten list, by nim rzucać po lądach i morzach do woli”? Przy okazji p. Dutka jeszcze raz powtarza mylną informację, że Sienkiewicz otrzymał nagrodę Nobla za „Quo vadis”. (W rzeczywistości otrzymał ją za całokształt twórczości). (hm)

Barbara Skarga kończy swój esej o H.G. Gadamerze („Gazeta Wyborcza” z 17 IV) cytatem: „W radosnej i strasznej grozie dzieło sztuki oznajmia: To jesteś Ty – ale mówi także: Musisz zmienić swoje życie”. Ostatnie słowa są również tytułem tego eseju. Większość czytelników sądzi zapewne, że autorem ich jest Gadamer. Tymczasem pochodzą one z wiersza R.M. Rilkego „Starożytny tors Apollina”. (hm)

Stanisław Bereś wydał ciekawą i pouczającą książkę – „Historię literatury polskiej w rozmowach” ze współczesnymi pisarzami. Ale „Camera” nie jest od pochwał, lecz od przypinania łatek. Łatka pierwsza: autor lepiej chyba pamięta film niż powieść „Przedwiośnie”, skoro mówi, że „Żeromski wysyłał Barykę na śmierć z tłumem komunistów” (s. 492) - w powieści śmierci Baryki nie ma! Łatka druga: Bereś nie zaprzecza, gdy Manuela Gretkowska się przechwala: „Nikt poza mną w naszej literaturze nie przypomniał Marii Magdaleny” (s. 535). Tymczasem wystarczy zajrzeć do „Leksykonu postaci biblijnych” Martina Bociana, by dowiedzieć się, że „Tren Marii Magdaleny” napisał już Szymon Szymonowic w XVII w., potem występuje ona w poematach Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Kazimiery Zawistowskiej, w dramatach Krystyna Ostrowskiego i Antoniego Szaldrerowskiego i powieści Gustawa Daniłowskiego, na swoje czasy (1913) tak śmiałej, że aż skonfiskowanej przez cenzurę austriacką. Łatka trzecia: Bereś potrafi się ze swymi rozmówcami wykłócać, ale bez słowa protestu rejestruje wypowiedzi Andrzeja Stasiuka, który wciąż posługuje się uniwersalnym czasownikiem na literę „p” i uniwersalnym przerywnikiem na literę „k”. Czyżby inaczej mówić nie potrafił? A przecież w końcowej nocie o nim czytamy, że proza jego „wrażliwa na barwę słów i muzyczność frazy, zbliża się niejednokrotnie do poezji” (s. 441). No cóż, widać strumień piękności przez Stasiuka płynie, ale on sam pięknością nie jest. A swoją drogą ten wywiad jest pouczającym przykładem tego, ku czemu polszczyzna zmierza... I to polszczyzna inteligencka. (hm)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas