poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Dom udręki
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)
„Mistrz i Małgorzata według Michaiła Bułhakowa” Stary Teatr Kraków. Tłumaczenie: Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski. Adaptacja, apokryfy, reżyseria i scenografia: Krystian Lupa. Muzyka: Jacek Ostaszewski. Premiera 9-10 maja 2002.



Premiera „Mistrza i Małgorzaty” według Michaiła Bułhakowa odbyła się w Starym Teatrze 9 i 10 maja, potem dwudniowy spektakl zagrano jeszcze raz i zapowiedziano następne przedstawienia w czerwcu. Myślę, że nawet jeśli „Mistrz” jest spektaklem jeszcze niegotowym, to nie należało lekceważyć zainteresowania widowni. Oczywiście rozumiem, że wieloobsadowe widowisko jest drogie, że aktorzy być może mają różne inne zajęcia. Wszystko to jednak nie tłumaczy upodobania teatru do owej przerwy popremierowej, czyli do marnowania energii artystycznej. Pisanie o spektaklu, którego prawie nikt nie zna, spektaklu tak wyczekiwanym a w gruncie rzeczy wciąż niedostępnym dla widzów, też jest zajęciem dość jałowym.

Podzielony na dwa wieczory, przeszło ośmiogodzinny spektakl Lupy jest inscenizacją, którą trudno mi zaakceptować. Zobaczyłam długi, męczący seans, którego sens gubi się w lawinie słów, w labiryncie nadpisanych nad powieścią znaczeń. Teatralna wypowiedź Lupy jest chłodna, wyważona, rozczarowuje zatem enigmatyczność przedstawienia. Na premierze, najwyraźniej niegotowej aktorsko, spełnia się ono w żywiole opowiadania fabuły. Ale opowiadanie to przy pozorach wierności wszystkim wątkom powieści wierne Bułhakowowi nie jest. Zgoda, nie musi być. Jeśli jednak przedstawienie nie stanowi twórczego dialogu z pisarzem, jeśli jest wobec jego widzenia świata polemiczne, a przedmiot i klimat tej polemiki nie inspiruje widowni do refleksji, twórców natomiast do niezależnej myślowo i artystycznie kreacji, to pytanie o intelektualne i estetyczne koszty podobnego przedsięwzięcia wydaje się zasadne.

Nie wiem, dlaczego Lupa sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, skoro tekst Bułhakowa najwidoczniej wydaje mu się miałki, niezdolny do uniesienia metafizycznych i egzystencjalnych treści, których szuka. Wszystko wskazuje na to, że reżyser powieści nie lubi. Nie lubi przede wszystkim demona polityki i historii, który rządzi losami Małgorzaty, Mistrza i jego książki, a nawet – „pracami” trupy Wolanda. Powieść Bułhakowa jest jednak tak bardzo związana z czasem, w którym powstała, że im bardziej reżyser skrywa jego ślady, tym oczywistsze się one stają. Szatańska trupa, która przyjeżdża do Moskwy, zmaga się – mimo wysiłków reżysera – z ludźmi zsowietyzowanymi, a właściwie ze strzępami ludzkimi. Te oszalałe ludzkie strzępy, umieszczone w jakimś ponadczasowym teatrze głupoty, walczą przecież o mieszkanie, chowają dolary, dbają o polityczną poprawność sztuki, a ich ateizm jest prostą konsekwencją totalitarnego systemu. Trudno doprawdy sądzić, że znajdujemy się w ‘theatrum mundi’, skoro wszystko przypomina o polityce. Zatem w spektaklu powstaje pękniecie między tym, co osiągnąć chce reżyser, a tym, co zawarte jest w powieści. Tymczasem nie tylko sceny, w których diabły ujawniają pragnienia widowni, zgromadzonej w Varietes, owe biedne pragnienia posiadania przyzwoitych butów, pięknej sukni i pachnących, a nie śmierdzących perfum, nie tylko one ujawniają swój „historyczny” charakter. Wszechobecny lęk i skłonność do śnienia wydają się równie symptomatyczne. Podobnie jak bohaterowie książki, bohaterowie przedstawienia śnią lub sny opowiadają, albo boją się ich. Koszmarny sen jest ich ucieczką przed koszmarem rzeczywistości, a łóżko azylem, choć azylem pozornie tylko bezpiecznym. Epizod, w którym Piłat (Jan Frycz) śni, że kaźń Jeszui nigdy się nie odbyła, ma miejsce, moim zdaniem, też w realnej, sowieckiej Moskwie. Jakiś nieuchwytny rys pijanej rozlewności, gniewliwej czułości, z jaką Piłat traktuje Jeszuę, jakiś rekwizyt, mosiężne łóżko, sprawia, że nabieram pewności – oto jeszcze jeden Rosjanin płacze nad swoją małością i z godnym pióra Dostojewskiego bezwstydem śni o przebaczeniu.

Może zresztą owe reżyserskie kamuflowanie historii sprawia, że moja pamięć upiera się przy takich wrażeniach. Dla mnie prokurator miota się po scenie nie w płaszczu podbitym czerwienią, a w jakiejś szmacie szlafroka; obejmuje drobnego człowieczka, którego skrzywdził i teraz będzie się kajał. To piękna scena. Czuły i obrzydliwy zapis marzenia szui o braterstwie ze świętością. Czuły i piękny opis ludzkiego pragnienia wymazania ze świata własnej obrzydliwości. Bóg–człowiek wybaczy. Jeszua (Andrzej Hudziak) chwieje się umęczony, zasłania się rękami, o złu nie chce pamiętać. Ta scena najbardziej mnie zdumiała. Może zresztą jej znaczenie jest inne? Może ta nora w kącie jakiegoś teatru albo podwórka, nora z mosiężnym łóżkiem, nie w Moskwie się znajduje, a w Jerusalem. A może nie w Jerusalem, a we mnie. Może to ja jestem więźniem historii, tak jak bohaterowie powieści, i wszędzie widzę jej pęta. Może to moja zemsta, zemsta widza, który wie, że historia rzadko bywa snem; zemsta za pozbawienie mnie kilku złudzeń. Mistrz był dla mnie bohaterem, który napisał książkę o Jeszui, a nie tym, który spalił tę powieść. Mistrz był dla mnie bohaterem, który pokochał w świecie pozbawionym miłości. Czytając kiedyś tę książkę, wierzyłam, że rękopisy nie kłamią; wierzyłam, ponieważ czytałam „Mistrza i Małgorzatę”. Jej bohater uczył wierności sobie, a czytanie Bułhakowa dawało poczucie wolności. Lupa swoim przedstawieniem to poczucie wolności odbiera. Widzi tylko bezradność i chorobę artysty-Mistrza, który bezpieczny czuje się już jedynie jako pacjent kliniki psychiatrycznej.

Wszystkie sceny, jakie zapamiętałam ze spektaklu w Teatrze Starym, spaja motyw zdrady i dlatego wydaje mi się, że przedstawienie Lupy jest właśnie historią zdrady. Zdrady, tchórzostwa i obłędu. W tym przedstawieniu nie ma miłości; między Mistrzem i Małgorzatą wszystko już stało się i minęło. Została tylko litość i obowiązek. Małgorzata pokochała tylko Mistrza–Autora Książki. On zazdrosny jest o tego, który pisał, o siebie–artystę. Kiedy zaś zdradził swoje dzieło, spalił je, a wraz z nim część siebie i miłość Małgorzaty. W spektaklu Lupy kochankowie ani na chwilę nie są realni. Małgorzata jest częścią delirycznego snu Mistrza. Przychodzi do niego do kliniki psychiatrycznej tylko w koszmarach nocnych. Mistrz jest już tylko człowiekiem przerażonym, który chce jednego, aby pozostawiono go w spokoju. Pragnie uciec przed winą, bo nie obronił rękopisu i nie obronił miłości, ale z uporem będzie twierdził, że chce tylko Małgorzaty. Znużony, chory, chce jej zamiast książki, którą spalił. Zakochani nie wracają za sprawą dobrych diabłów ani na chwilę do swojego przytulnego, pełnego książek pokoiku. Zawsze gnieżdżą się pod niebieską ścianą kliniki psychiatrycznej. Dobre diabły im nie pomogą, gdyż z woli Lupy cierpią one na depresję, znużone ludzkim złem. Woland jest dekadentem, który dawno już stracił panowanie nie tylko nad światem, ale nawet nad swoją świtą. Pielęgnuje go Hella, najwyraźniej przerażona jego niemocą. Władzę objął Korowiow (Piotr Skiba), błazen, złośliwy, ruchliwy i chyba niechętny ludziom. Nie jest na pewno częścią tej potęgi, która przez zło zmierza ku dobru. Przedrzeźnia, małpuje, bawi się ludźmi, eksponuje samego siebie. Zagrywa się na śmierć.

Nikt tu zresztą ani na chwilę nie dąży ku dobru, nikt nikomu nie współczuje. Tylko Małgorzata okazuje litość Friedzie-dzieciobójczyni. Ale w spektaklu Lupy Frieda nie budzi współczucia, raczej – zażenowanie. Ta pijana w sztok baba nie tylko nie pojmuje gestu Małgorzaty; ona nic nie rozumie. Nawet tego, dlaczego prosi, by nie dręczono jej chustką, którą uśmierciła dziecko. Gdy znika, widz oddycha z ulgą. Z długiego spektaklu Lupy dotkliwie zapamiętałam ten      brak współczucia dla pokracznych bohaterów. Są oni raczej preparatami, które ogląda się bez emocji; nie wywołują nawet śmiechu. Zło kpi ze świata, rozwielmożnione, pewne swego, groteskowe. W mojej pamięci centralną sceną spektaklu jest scena z Nisą (Joanna Sydor), bezwzględną, podstępną i kuszącą zdrajczynią, zwabiającą w śmiertelną pułapkę Judasza. Nisa stała się w tym przedstawieniu ważniejsza i wyrazistsza niż Małgorzata. Jest samym złem. A samo zło łatwiej przedstawić niż samo dobro. Nisa w swej krwistej sukni płonie, jest kwintesencją przewrotności. Robi to, co nakazał jej polityk Afraniusz (Bolesław Brzozowski); robi to, co dyktuje jej instynkt zniszczenia. Małgorzata jest bierna; nie umie obronić ukochanej książki, przestaje więc kochać Mistrza. Jej dotyk nic nie znaczy. Jedynie wczepia się w niego, bezradna, cielesna, i jakoś głupia.

Kończy się ten spektakl znakiem śmierci. Ale Małgorzata nawet w zaświatach jest infantylna i nieprzekonująca. A chory Mistrz, czy rzeczywiście mógł wybrać śmierć? Mam nieodparte wrażenie, że diabły zakpiły z niego. Kochankowie po wypiciu trucizny padają jak kukiełki, albo jak ludzie rozstrzelani w egzekucji. Nie są najważniejsi. Nawet doświadczenie zdrady – bo przecież zdradzają się wzajemnie – nie pozwala im osiągnąć jakiegoś wtajemniczenia w byt. Nie mają na to siły.

Z natłoku scen, które niełatwo zapamiętać, wybija się jeszcze jedna, nie w pełni jasna. Oto w kawiarni literackiej, w miejscu, w którym wolno przebywać tylko kochanym przez reżim artystom, zjawia się Krystian Lupa i wprowadza tam diabły, choć nie mają one uprawniających do tego legitymacji. Ten autotematyczny żart sąsiadujący niejako z opowieścią o „domu udręki” wydaje mi się raczej niesmaczny niż szczery. Być może jest to kolejna scena zdrady. Ostatnia w tym spektaklu.

Małgorzata Ruda 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas